| |
 Pamiętnikiem opiekuje się Lucy Do 27.10.2008r. pamiętnikiem opiekowała się Luna Pomyluna. Kącik Luny
2.
Dodała Luna Niedziela, 09 Listopada, 2008, 21:04
Ta notka wyszła taka dziwna...
Ciągle w niej coś zmieniałam, poprawiałam...
Tutaj chyba się sprawdzi to, że co długie, nie musi byc wcale super.
Noc. Ciemna i bezchmurna. Pełna strachu i tajemniczości… Co chwilę granatowe niebo rozjaśniała złota błyskawica o najróżniejszych zygzakach, a zaraz po niej można było, wcale nie wysilając słuchu usłyszeć mrożący krew w żyłach grzmot. Była burza. Chyba najgroźniejsza od kilkunastu lat.
Ale nie dla dwóch osób.
Stanęli oni na niedużej wysepce, otoczonej wzburzonym morzem, którego wody co chwila obijały się o śliskie skały. Jeden z nich, niższy miał mysie włosy, mały nos, a odziany był w długą pelerynę podróżną, która sięgała mu za pięty. Drugi, wysoki, o trupio białej twarzy, szkarłatnych oczach i szparkach jak u węża, zamiast zwykłego narządu węchu miał granatową pelerynę, spod której wyciągnął różdżkę z ciemnego drewna dębu. Machnął nią krótko i na jej końcu zapalił się maleńki płomyczek, machnął drugi raz, a dwie istoty stojące przy żelaznej bramie, podążyły za nimi. Niższy mężczyzna trząsł się ze strachu, kiedy przechodzili obok celi, w których siedziały osoby, powoli tracące chęć życia. Miały zapadnięte oczy, a byli tak wygłodzeni, jak by dostawali jedzenie raz na siedem długich dni i nocy. Przy, każdym takim czarodzieju stała jedna istota, taka sama jak te dwie wcześniejsze. I te również, kiedy mężczyzna machnął różdżką sunęły za nim krok w krok. Kiedy za dwoma czarodziejami znalazł się tłum najstraszniejszych istot, jakie chodziły po ziemii, wyższy szepnął im coś po cichu, po czym z głuchym trzaskiem aportował się wraz ze swoim towarzyszem w nowe miejsce. Istoty pokiwały sobie krótko tym co miały pod kapturami i stanęły na swoich zwykłych miejscach.
* * *
Była piąta rano, kiedy otworzyłam oczy. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest jeszcze noc, ale to nie byłoby możliwe… Spoza firanki mogłam zobaczyć ciemnoniebieskie niebo i białe chmurki posuwające się po nim z zawrotną szybkością. Odnalazłam pod łóżkiem moje kapcie z misiem i zeszłam na dół do kuchni. Nie było zimno, więc nalałam sobie wody mineralnej i usiadłam przy okrągłym stole.
Ten rok chyba będzie jednym z najtrudniejszych w moim życiu. Może oprócz tego, w którym zmarła moja mamusia.. Jedynym i najważniejszym powodem będzie powrót Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Tylko, że nie wszyscy chcą w to uwierzyć, a Tiara Przydziału zawsze powtarzała, że powinniśmy się trzymać się razem. Święte słowa. Kiedy wczoraj przeglądałam najnowsze wydanie „Proroka Codziennego” to co chwilę natrafiałam na krótkie wzmianki bądź całe artykuły o tym, że Harry Potter i kochany dyrektor Hogwartu, Dumbledore są delikatnie mówiąc bez narządu umysłu. To nieprawda. Dlaczego mieliby kłamać, skoro już nie jeden raz udowodnili, po której są stronie. Kiedyś przeczytałam w jednej książce, że gdy chcemy coś osiągnąć, to cały świat pomaga nam po kryjomu, ale my nawet nic o tym nie wiemy. Jednak nie mam pojęcia czemu ma służyć to wyśmiewanie się z ludzi, którzy wierzą Chłopcu Który Przeżył.
I wtedy w czasie moich filozoficznych rozmyślań, poczułam chłodny powiew na plecach, aż zadrżałam, a zaraz potem usłyszałam trzask zamykanych drzwi wejściowych. Usiadłam wygodniej w krześle i po chwili przede mną stanął tatuś z ociekającą wodą parasolką, którą zamiast od razu osuszyć jakimś zaklęciem, postawił w kącie.
- Tato! – zawołałam.
- O, witaj córeczko. – odpowiedział wyraźnie zaskoczony. – Co ty tutaj robisz?
Zmrużyłam oczy, kiedy zapalił światło w kuchni, mimo iż na zewnątrz powoli robiło się jasno. Dochodziła siódma.
- O rany! – krzyknęłam. – Siedzę tu już niecałe dwie godziny.
Tatuś uśmiechnął się.
- No widzisz jak czas szybko płynie na miłych rozmyślaniach.
Ciekawe czy moje się do takich zaliczają.
Przy truskawkowej herbacie z dodatkiem mięty i szczypiorku, dowiedziałam się, dlaczego tata wyszedł wczesnym rankiem i to w taką burzę, która już ustawała. Widać było jeszcze na niebie lekko szare chmury, a na szybach domu płynące kropelki deszczu. Otóż tak jak obiecał chciał mi przynieść ten róg buchorożca, ale nie udało mu się. Szkoda, bo od dzieciństwa o nim marzyłam. Podobno, kiedy przybył do biura, jego już nie było, tylko pusta ściana, gdzie wisiał. Pewnie ktoś z redakcji tak jak my, uwielbia odkrywać nowe gatunki zwierząt i pożyczył sobie nasz okaz. Na pewno jutro odda.
I w lepszym humorze dopiłam herbatę i pobiegłam na górę do swojego pokoju.
* * *
- Luna, zejdź już na dół.
Chciałam, ale nie mogłam. Ester, czyli moja kotka, za nic nie chciała wejść do swojego koszyka. A przecież ma tam tak milutko. Specjalnie dla niej uszyłam własnoręcznie kocyk z przeróżnych materiałów i kupiłam jej mnóstwo zabaweczek, np. kaczuszkę, myszkę i kucyka z białym ogonem. Ale jej się to nie podoba.
W końcu jednak dałam za wygraną i wzięłam Ester na ręce. W kuchni czekał już na mnie tatuś z moim kufrem szkolnym.
- Gotowa? – zapytał.
Pokiwałam głową.
Nareszcie znowu znajdę się w Hogwarcie. Tak bardzo za nim tęskniłam przez te wakacje, a szczególnie za Emily, z którą nareszcie znalazłam wspólny język. Tata obiecał przysyłać mi co tydzień nowy numer „Żonglera” czego nigdy wcześniej nie robił, bo ciągle był na wyjazdach. Czuję, że ten rok będzie niezapomniany.
Na dworzec King Cross zajechaliśmy mugolską taksówką po naprawdę drastycznych przejściach; Ester nie przepada za jazdą i zostaliśmy nieźle podrapani. Tatuś zapłacił kierowcy i pobiegliśmy pędem na peron dziewiąty i dziesiąty. Stał tam dość spory tłum, więc nikt nie zauważył, kiedy przeszliśmy przez barierkę.
Był tam gdzie zwykle. Duży, czerwony z błyszczącymi w słońcu szybami. Z komina co chwilę buchała szara para w kształcie niedużych obłoczków. Pociąg był taki jak go zapamiętałam.
- No to miłego roku. – zawołał tatuś, przytulając mnie mocno do siebie. – Kiedy tylko dostanę z powrotem róg od razu napiszę do ciebie.
I już miał odchodzić, kiedy przypomniałam sobie o czymś bardzo ważnym.
- Tato! – zawołałam i pobiegłam do niego zostawiając bagaże. – Przecież nie odtańczyliśmy naszego Tańca Szczęścia.
- Faktycznie. Luneczko, ty to masz pamięć jak babka mojego dziadka. – zawołał.
Złapaliśmy się za ręce i zaczęliśmy kręcić się dookoła coraz szybciej i szybciej, by w końcu upaść na ziemię i znowu wstać, podskakując do góry. Przy tym wszystkim doszły jeszcze słowa piosenki, które ułożyłam w wieku sześciu lat.
- Słoneczko jest żółte, a szczęście kolorowe! – krzyknęłam na cały głos i zatrzymałam się, łapiąc z trudem oddech.
Tata stał się i zaśmiewał w głos. Wiedziałam, że uwielbia tą piosenkę.
- Dobrze, że sobie o tym przypomniałaś. – odrzekł, machając w stronę tłumu czarodziejów, który dziwnie na nas patrzył.
Ale po tych słowach z kieszeni płaszcza tatusia rozległ się głos „Już późno!” i ostatni raz ucałowaliśmy się w oba policzki, i już go nie było. Zostałam sama, ale się tym wcale nie przejęłam. Wróciłam szczęśliwa do swojego bagażu i wsiadłam razem z nim i Ester na plecach do pierwszego wagonu.. Od razu poczułam znajomy zapach czegoś magicznego. Ruszyłam przed siebie mijając zapełnione po brzegi przedziały. Dopiero przy końcu znalazłam jeszcze pusty. Z trudem wciągnęłam tam kufer i ustawiłam na górnej półce, po czym usiadłam przy oknie wyciągając z podręcznego plecaczka z króliczkiem najnowszy numer „Żonglera”, w którym jednak zabrakło artykułu o buchorożcach. Pociąg po chwili ruszył; najpierw powoli, nabierając tępa, by później pędzić swoim starym torem. Za oknem można było podziwiać wspaniałe widoki, które zmieniały się raz po raz. Najpierw były przedmieścia Londynu, później puste pola i łąki pełne kwiatów.
- Luna!
Usłyszałam głos nad sobą, akurat w najciekawszym momencie artykułu zatytułowanego „Czy plumpki mogą pomóc na smoczą ospę?”. Podniosłam oczy do góry i ujrzałam nad sobą moją przyjaciółką Ginny Weasley.
- Hej! – zawołałam, odkładając gazetę.
Ginny wtaszczyła swój kufer na górę i usiadła naprzeciwko mnie. Była ona wysoką, czternastoletnią Gryfonką o ognistych włosach i brązowych oczach.
- Jak minęły wakacje? – zapytałam z nad gazety, którą z powrotem otworzyłam.
- Dobrze. W sumie nic specjalnego. – odrzekła krótko. – Interes taty się kręci?
I tak rozmawiałyśmy. Krajobrazy za oknem zmieniały się szybko; niedawno były łąki, a teraz już wysokie góry. Około pierwszej przyszła czarownica z wózkiem ze słodyczami. Od razu kupiłyśmy sobie cukierki i paszteciki dyniowe, które zaraz zjadłyśmy. Niestety Ginny miała pecha i natrafiła na fasolkę o smaku sardynek w sosie owocowym, a ja o smaku wymiocin. Wkrótce zrobiło się już ciemno za oknem i wtedy drzwi się otworzyły. Stanął w nich blondyn o srebrnoszarych oczach, Draco Malfoy i jego dwóch osiłków.
- Co Pomyluna nareszcie znalazła sobie przyjaciółeczkę? – powiedział.
Ginny momentalnie wstała i wyciągnęła wypolerowaną różdżkę.
- Nie mów tak do niej!
W sumie, przecież nic się nie stało. Każdemu mogą się pomylić imiona.. Nawet mnie.. Ale postanowiłam się nie wtrącać; wiedziałam, że Ginny wolałaby, abym siedziała cicho.
- Bo co? – Malfoy także wyciągnął swoją różdżkę.
- Bo to.
Ginny machnęła krótko różdżką trzy raz i natychmiast Draco i jego koledzy leżeli na podłodze z dodatkowymi parami rąk i uszami mierzącymi ze cztery metry. Z ledwością wstali z przerażeniem na twarzach, a ja nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam się śmiać. Naprawdę śmiesznie wyglądali. A Ginny jakby nigdy nic wróciła na swoje miejsce zasuwając z trzaskiem drzwi.
* * *
Pociąg wreszcie się zatrzymał, bo na dworze znowu zaczął padać drobniutki deszcz, zwany zabawnie kapuśniaczkiem. Ściągnęłyśmy swoje kufry z półki, ja zabrałam Ester znowu na plecy i wysiadłyśmy z pociągu.
- Pirszoroczni do mnie! – rozległ się tuż nad nami głos gajowego Hagrida.
- Cześć. – powiedziała Ginny.
- Witajcie. Cholibka, jak dawno cię nie widziałem. – odpowiedział Hagrid, po czym zagarnął swoją wielką dłonią grupkę przerażonych uczniów.
Wsiadłyśmy razem i z dwójką drugoklasistek z Hufflepuffu do pierwszego powozu, który natychmiast ruszył. Te pojazdy ciągną tajemnicze, magiczne istoty, zwane testralami. Ludzie się ich boją, ponieważ są takie odmienne i w ich mniemaniu przynoszą nieszczęście. Może dlatego, że widzą je tylko ci, którzy widzieli jak ktoś umierał. Ale ja się z tym nie zgadzam. Każdy z nas ma w sobie choć odrobiną dobra, które wcześniej czy później się ujawni, nawet zwierzęta.
Kilkanaście minut później dojechałyśmy pod wrota zamku, obok których wisiały płonące pochodnie, rozświetlające drogę. Tłum uczniów wyskoczył z powozów i wszedł do Sali Wejściowej, gdzie trwał okropny huk i harmider. To Irytek postanowił w dość nietypowy sposób rozpocząć nowy rok szkolny. Rozrzucał wokół siebie kałamarze pełne atramentu.
- Dosyć! – krzyknęła profesor McGonagall, która w tym momencie wbiegła do pomieszczenia.
Ale Irytek wcale się tym nie przejął i już po chwili poczułam jak po moich włosach spływa ciemna i lepka maź.
- Och. – zawołała Gryfonka, ale ja tylko się uśmiechnęłam i pociągnęłam ją za sobą do Wielkiej Sali, gdzie słychać już było gwar rozmów.
Rozstałyśmy się, ja pobiegłam w stronę stołu Ravenclawu, a Ginny Gryffindoru. Jednak kiedy szłam w kierunku wolnego miejsca, co się nie zgadzało. Na stołach było jedzenie, tak jakby zmienili kolejność uroczystości..
- Hej. – powiedziała moja przyjaciółka z dormitorium Emily Wilson.
Prawie bym ją ominęła w tym tłumie. Usiadłam naprzeciwko niej, obok jakiegoś niskiego Krukona i przypatrzyłam się jak nabija kiełbaskę na widelec.
- Smacznego. – powiedziałam, a Emily pokiwała głową i uniosła widelec na wysokość ust.
Ale wtedy właśnie stało się coś dziwnego; jedzenie poznikało ze stołów, jakby tam nigdy się nie znalazło. Chyba nie wymagała tego sytuacja, bo wszyscy uczniowie Hogwartu wyglądali na zaskoczonych, ale zaczęłam się śmiać, ściągając przy tym parę oburzonych twarzy. Nastała grobowa cisza, przerwana wreszcie wejściem profesor McGonagall i tłumu przerażonych pierwszoroczniaków. Doszli oni do stołka, na którym spoczywała wyświechtana Tiara Przydziału.
- Ehem.. – zaczął dyrektor Dumbledore. – Widzę, że i Was zaskoczyło nagłe pojawienie się i zniknięcie naszego posiłku, ale jest to spowodowane, jak mnie przed chwilą poinformowano awarią zaklęcia. Dlatego ucztę, każdy dom skończy w swoim Pokoju Wspólnym. – przez salę przebiegł pomruk. – A tak poza tym to witam wszystkich starych i nowych uczniów w nowym roku nauki. – dodał już z uśmiechem na twarzy. – Zapraszam Was na Ceremonię Przydziału.
I profesor McGonagall wyciągnęła długi zwój pergaminu, na którym zostały zapisane wszystkie nowe imiona i nazwiska uczniów. - Ci, których wyczytam niech podejdą tu i nałożą na głowę Tiarę Przydziału.
Ja jednak nie usłyszałam do jakiego domu, kto trafił, bo wybiegłam marzeniami poza granice rzeczywistości.
Byłam lekka jak wiatr. Ubrana w ziewną sukienką z lnu. Skaczę wraz z moją kotką po chmurach i wydmuchuję kolorowe bańki ze specjalnego czarodziejskiego sprzętu. Jestem taka szczęśliwa, nie muszę się niczym przejmować, bo życie jest cudowne.
- Panno Lovegood!
Otworzyłam niechętnie oczy i zobaczyłam nad sobą profesora Flitwicka, stojącego nade mną.
- O co chodzi? – zapytałam śpiewnym głosem.
W Wielkiej Sali już nikogo nie było, tylko przede mną leżał plan lekcji. Czyżbym zasnęła?
- Uczta się już dawno skończyła. – odpowiedział profesor. – A panienka tu jeszcze siedzi.
- Tak? Nawet nie zauważyłam, kiedy wszystko dobiegło końca.
- No to zmykaj już. – powiedział. – Gdy ja chodziłem do szkoły, tez zdarzały mi się takie chwile zapomnienia…
Jednak nie usłyszałam już dalszej części przeszłości profesorka, bo wybiegłam na schody.
[ 6 komentarze ]
1.
Dodała Luna Czwartek, 30 Października, 2008, 09:01
Oto moja pierwsza notka w tym pamiętniku.
Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Z dedykacją dla Parvati Patil
Siedziałam w swoim pokoju, odrabiając pracę domową z transmutacji, która o dziwo szła mi całkiem nieźle, mimo iż nie przepadam za tym przedmiotem, kiedy usłyszałam głos taty:
- Luno, zejdź na dół!
No tak. Pewnie tata znowu przypalił nam drugie śniadanie.
Zbiegłam prędko po drewnianych, miło skrzypiących schodach do kuchni. Było to nieduże, okrągłe pomieszczenie pełne szafek i kredensów. Pośrodku stał stół z trzema nakryciami (trzema?) i jeszcze pustym wazonem wypełnionym wodą. Podłogę pokrywała blado żółta posadzka z maleńkimi kwiatuszkami, a ściany pomalowane były na zielony kolor.
- O co chodzi, tato? – zapytałam pogodnie, wkładając do ust soczystą truskawkę.
- Tak sobie pomyślałem, że skoro mamy dzisiaj tak piękny dzień, to zaprosimy na posiłek mojego kolegę z redakcji, Daniela Huber’a. Co o tym sądzisz? – odparł, podchodząc do małej szafki tuż nad moją głową i szukając w niej cukiernicy.
Goście! Tak dawno nikogo u nas nie było, więc tylko pokiwałam z uśmiechem i pobiegłam do przedpokoju, gdzie ubrałam czerwone sandałki. Skoro ma ktoś przyjść to muszę mu coś podarować, u nas w domu zawsze panuje ta zasada.
Na dworze było ciepło i słonecznie, tak jak mówił tata. Gnomy w naszym ogródku powyłaziły ze swoich norek i też korzystały z wygód jakie dawała wspaniała pogoda; jedne znalazły kawałek jakiejś szmatki i próbowały go najwidoczniej podzielić na części, inne siedziały w sadzawce, tuż za płotkiem, oddzielającym nasze podwórko od rozległej, kolorowej łąki.
Postanowiłam, że udam się w swoje ulubione miejsce, koło rozległego lasu, przez który przepływała rzeka. Tam zawsze było dużo kwiatów, więc wystarczy na trzy wianki, które będą moim prezentem.
Nie myliłam się.
Tafla rzeczki mieniła się srebrzyście odbijając w sobie promienie słoneczne i sunąc leniwie w głąb lasu. Roślin tu było pełno, więc już po chwili mogłam usiąść na płaskim kamieniu i rozpocząć pracę.
Jeden kwitek, potem drugi… I powoli robił się z tego wianuszek. Woda miło obijała się o kamienie, a ptaki w lesie wesoło ćwierkały. I przy tak miłych odgłosach skończyłam pierwszy wianek, który zaraz założyłam sobie na głowę.
Wiatr rozwiewał moje włosy we wszystkie możliwe strony, ale mi to nie przeszkadzało. Szybko skoczyłam na pierwszy kamyk, potem na drugi na rzeczce, aż znalazłam się na drugim brzegu. Może ja zostanę rusałką i będę w przyszłości robić to co teraz? Niczym się nie przejmować, tylko marzyć i marzyć…
I wtedy, poczułam jak tracę równowagę, a z mojej głowy spada wianek, prosto do wody… Obróciłam się do tyłu i zobaczyłam dwóch uczniów Hogwartu ze Slytherinu, z którymi mamy lekcje zielarstwa.
- Co Pomyluna? – zawołał wyższy z nich. – Coś Ci chyba spadło z głowy, co to było? Twoja nowa biżuteria? To się tylko na śmietnik nadaje.
Obydwoje się zaśmiali głośno i uciekli, a ja spuściłam głowę. Było mi smutno, ale przecież to jeszcze nie tragedia. Usiadłam, więc tam gdzie wcześniej i zabrałam się do pracy. Słońce grzało mnie w plecy, a ja nuciłam sobie moją ulubiona piosenkę.
Czas szybko minął i już po pół godzinie leżały obok mnie trzy, kolorowe wianuszki. Wzięłam je do ręki i pobiegłam z powrotem do domu.
Już od furtki poczułam zapach wspaniałej potrawy, którą sami (czyli ja i tata) nauczyliśmy się robić, czyli zupa z plumpek, takich malutkich zwierzątek żyjących w jeziorach. Zdjęłam sandałki w przedpokoju i pobiegłam do kuchni, gdzie siedział już kolega taty.
- Witam pana! – powiedziałam i założyłam mu na głowę mój prezent. – Mam nadzieję, że się spodoba.
Daniel Huber był redaktorem naczelnym w „Żonglerze”. Miał krótkie, siwe włosy i krzaczaste brwi. Nie przyszedł by tu (miał już po uszy pana Lovegooda w pracy), gdyby nie jego żona, która nie uznawała odmowy żadnego z zaproszeń, czy to ktoś ją zapraszał czy ona do siebie.
Teraz, kiedy poczuł, że coś spada mu na głowę, szybko wziął to ręką i położył przed sobą na stole. Kto by dawał coś takiego mężczyźnie? Chyba tylko córka Lovegooda, Luna. Wiedział, że ta rodzina jest stuknięta, dlatego modlił się, żeby stąd jak najszybciej wyjść.
- Dziękuję. – wykrztusił, a Luna uśmiechnęła się promiennie i nalała do trzech miseczek , gęstej, żółtej „papki” o zapachu dawno nie pranych skarpetek.
- Proszę. – powiedziała i wręczyła mężczyźnie jedną z miseczek i łyżkę, a sama usiadła naprzeciwko.
- Smacznego. – tym razem odezwał się pan Lovegood.
Pan Huber ostrożnie zanurzył łyżkę w misce i podniósł na wysokość nosa i powąchał, nie mylił się co do zapachu, ale jeszcze bardziej bał się smaku. Powoli włożył łyżkę do ust i natychmiast łzy stanęły mu w oczach, a on sam zaczął się krztusić. Łyżka wraz z pozostałą zawartością spadła z brzękiem na podłogę.
- Tato! – zawołałam.
Kolega tatusia złapał się za szyję, a jego twarzy przypominała teraz dojrzałego buraczka. Tata poklepał po plecach mężczyznę, po czym usiadł z powrotem na swoje miejsce, jakby nigdy nic.
- Wiedziałam. – wykrzyknęłam. – Tato, każdy kto spróbuje tej zupy reaguje tak samo! Wiedziałam, że będzie panu smakować. – zwróciłam się do pana Huber’a, który pił teraz z zawrotną szybkością szklankę z wodą, znaczy się wodę ze szklanki.
- Zgadza się córeczko.
- Yhy.. – Daniel Huber, odstawił szklankę i podniósł łyżkę z podłogi. – Ale wiesz, panie Lovegood…
- Ach. Dajmy sobie spokój z tą oficjalną formą. Jestem Ksenio.
- Eh. Dobrze. – pan Huber wykrzywił usta w grymasie, który zapewne miał być uśmiechem. – No, więc Ksenio.. Ja chyba już nie zjem więcej, dziękuję…
Szkoda… Ale przynajmniej będzie więcej dla mnie.
- Na pewno? – zapytałam,
Kiwnął głową. Wzięłam miskę i z wyrazem błogiego uwielbienia zaczęłam jeść. Mmm… To jest takie pyszne. Tymczasem mój tata i jego kolega zaczęli rozmawiać o najnowszym numerze „Żonglera”.
- Myślę, że mógłbym opublikować mój nowy artykuł na temat buchorożców, znalazłem nawet na wakacjach jego róg…
Buchorożec! Od lat z tatą jeździliśmy do Azji, aby zobaczyć te zwierzęta, a teraz dowiaduję się, że mam jego róg.
- To prawda? Znalazłeś go? Naprawdę ma cztery pary żółtych oczu? – zapytałam, wstając z podniecenia.
- Taak. – tata popatrzył na mnie i uśmiechnął się szeroko. – Ale niestety zostawiłem go wczoraj w biurze… Ale… Chwila, przecież nie widać na rogu jego oczu?
Daniel Huber, popatrzył z niedowierzaniem na ojca i córkę. Co to ma być, ten bucho… coś tam? Oni są naprawdę zdziwaczali, pomyślał. Żeby wierzyć w takie niedorzeczności. Ciekawe jak tej córce powodzi się w szkole…
Mężczyzna nie przyjąłby tej pracy, ale urodziło mu się nie dawno dziecko i nie miał z czego utrzymać żony i Justyna (bo tak go nazwali). Jeszcze teraz, kiedy krążą plotki, że Sam-Wiesz-Kto wrócił (on w to nie wierzył), ludzie coraz bardziej oczerniają Hogwart i jego dyrektora. No i samego Pottera, Chłopca, Który Przeżył. I jak on tam pośle syna, jeśli to wszystko nie ustanie. Lovegoodowie, pewnie wierzą w te bzdury, w końcu jakby inaczej?
I wcale się nie mylił. Rzeczywiście Luna i jej ojciec jak najbardziej wierzyli w tą wiadomość, która coraz więcej „produkowała” kłótni i sporów, między pupilkami Dumbledor’a i np. czarodziejami czystej krwi. Ksenofilius Lovegood, gardził tymi artykułami w najsławniejszej gazecie czarodziejskiej „Proroku Codziennym”.
- Och, szkoda… Tak bardzo chciałam go zobaczyć.. – powiedziałam ze smutkiem.
- Nie martw się córeczko. Postaram się Ci jutro przynieść z pracy, przed twoim wyjazdem do szkoły.
No tak! Prawie zapomniałam! Przecież jutro jadę z powrotem do Hogwartu! Już nie mogę się doczekać.
- Tato to ja może skoczę na górę, skończyć wypracowanie z transmutacji… - powiedziałam.
- Tak, tak. – odpowiedział. – A my sobie tu jeszcze porozmawiamy. Prawda Dań?
Uh.. Dań? Co ten facet sobie myśli? Musze jakoś wymigać się szybko, bo zaraz zwariuję, myślał. Mężczyzna wyglądał, jakby piorun w niego trzasnął ze zdwojoną siłą.
- To do widzenia! – krzyknęłam, a po namyśle dodałam. – Komu śpieszno, temu czas, lalala!
I pobiegłam do swojego pokoju.
Był to nieduży pokoik z błękitnym dywanem na podłodze i niebieskimi ścianami. Pod jedną ścianą stało łóżko, które wybrałam razem z mamą, z hebanowego drewna. Obok na stoliku stała niewielka lampka, a obok niej zdjęcie z moja matką na tle naszego domu.
- Mamo..
Tęskniłam za nią, ale wiedziałam, że nie chciałaby, żeby było mi smutno.
Wyjęłam spod szafy, trochę zakurzony kufer i zaczęłam do niego wkładać ubrania, a potem książki.
[ 7 komentarze ]
Hej!
Dodała Luna Środa, 29 Października, 2008, 13:28
Nazywam się Lucy i zostałam nową właścicielką pamiętnika Luny.
Historia rozpocznie się w wakacje przed piątą (Harry'ego, Rona, Hermiony czyli Luny czwartą) klasą, kiedy w zamyśle Rowling poznajemy Pomylunę.
Luna na początku będzie zwariowana, taka jak ją znamy, ale pod wpływem pewnych wydarzeń jej spojrzenie na świat zmieni się diametralnie...
Wiem, że nigdy nie dorównam poprzedniej autorce, ale będę się starała.
Mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć w mojej przygodzie z tym pamiętnikiem, który od zawsze chciałam prowadzić.
Buziaczki!
PS. Wie ktoś jak się wkleja zdjęcia?
[ 1 komentarz ]
Pożegnanie
Dodała Luna Niedziela, 28 Września, 2008, 18:43
Hej! Dziś nie piszę już jako Luna, lecz rzeczywista autorka pamiętnika. Niestety, czasem brakuje mi czasu na wymyślanie Lunowych przygód, czasem chęci i zapału, kiedy indziej pomysłów. Dlatego tez postanowiłam, że przestanę pisać ten pamiętnik, bo ciągnięcie w nieskończoność pisania na siłę niesystematycznych notatek jest bez sensu.
Dzięki za wszystkie pozytywne i negatywne oceny moich "wypocin" literackich, dzięki za całą krytykę, dzięki, że zaglądaliście do kącika Luny i się w nim udzielaliście, dzięki, że w ogóle postaraliście się skomentować wpisy, lub tez tylko je przeczytać, rzucić okiem.
Ale Luna to nadal jedna z moich ulubionych postaci 
Cześć!
P.S. Nadeszła jesień, o gnębiwtrysk nietrudno! Uważajcie na siebie!
![[image]](http://news.bbc.co.uk/media/images/42431000/jpg/_42431690_luna_imagenet_gall.jpg)
[ 7 komentarze ]
Powrót do domu
Dodała Luna Piątek, 15 Sierpnia, 2008, 11:21
Ach, nareszcie w domu!
Kilka dni temu wróciłam z willi wujka Clams'a. Na szczęście pogoda jako tako dopisała i niemal codziennie chodziłam na plażę. Pewnego razu usypałam sporą wydmę z piasku i położyłam się na niej wygodnie, przymknęłam oczy i straszliwie się zamarzyłam. Nawet nie wiem, kiedy zapadłam w drzemkę. Godzinę później obudziłam się spalona na raka! Niestety, zawsze opalam się na róż, wściekły róż. Ale co tam, to równie ciekawy kolor, jak i brąz. Szkoda tylko, że piekąca i łuszcząca się skóra po spaleniu się na słońcu nie jest już taka ciekawa. Musiałam wysłać do Taty list z prośbą o słoiczek łagodzącego balsamu z aloesu, alg morskich i sproszkowanych pestek winogron. To tradycyjna mikstura, którą sporządzamy każdego lata, tak na wszelki wypadek. Podobnie jak Tata, nie ufam zbytnio mugolskim środkom.
Fofira chyba wzięła sobie za punkt honoru nie dać się zepchnąć na drugi plan, kiedy przyjadę do jej domu, więc nie tylko uprzykrzała mi życie, ale też starała się przez cały czas być w centrum uwagi. Nic dziwnego, skoro jej matka wciąż mi dogadzała i nie traktowała jedynie jak dziwaczkę, ale przede wszystkim jako gościa.
Wujek Clams dużo pracował; gdy wreszcie udało mu się wziąć urlop, zabrał nas na wycieczkę do lasu. Fofira ciągle się skarżyła i narzekała, wuj popędzał nas co chwilkę, ciocia martwiła o mnie i o córkę, a ja? Zasłuchana w śpiew ptaków ponad nami (sapanie Fofiry trochę mi w tym przeszkadzało), zapatrzona w ogarniający nas las, wdychałam woń żywicy i świeżego igliwia. Było tam zupełnie inaczej, niż w Zakazanym Lesie, ale na swój sposób cudownie i beztrosko...
W czasie moich nierzadkich spacerów po ogrodzie wokół willi często spotykałam wesołego ogrodnika. Wiedział już od wuja, że jestem czarownicą i był tym bardzo zaintrygowany; czasem nawet drwił sobie ze mnie. Gdy pokazałam mu jednak podręcznik do zaklęć i różdżkę, które nie wiedzieć dlaczego wzięłam ze sobą, w końcu mi uwierzył. Stwierdził, że "jeśli wszyscy czarodzieje są tacy, to w waszej magicznej społeczności musi być bardzo ciekawie". Nie jestem pewna, czy to komplement, czy też może nie...
Z mieszanymi uczuciami opuściłam willę. Cieszę się, że wróciłam do mojego ukochanego, jedynego na świecie Domu. Niestety ilekroć rzucę okiem na wymalowany sufit mojego pokoju, ogarnia mnie tęsknota za najwspanialszymi przyjaciółmi, jakich mogłam zdobyć...
[ 8 komentarze ]
Wakacyjne zamieszanie
Dodała Luna Poniedziałek, 30 Czerwca, 2008, 20:00
Przepraszam za te długie przerwy w pisaniu ;( Mam nadzieję, że wakacje będzie na to więcej czasu i chęci.
***************************************************************************
Witajcie!
Minęło już kilkanaście dni wakacji, ale przed nami jeszcze całe długie dwa miesiące wolnego od szkoły... Niestety tata zadecydował, że tego roku znowu pojadę do willi wujka Clams’a. Próbowałam odwieść go od tego pomysłu, ale nic z tego. Obiecał tylko, że później oboje się gdzieś wybierzemy, na przykład w góry; tam pewnie łatwo jest znaleźć chrapaki krętorogie.
Dziś nie miałam nic lepszego do roboty, więc postanowiłam się spakować na jutrzejszy wyjazd. Wyciągnęłam starą, podniszczona torbę podróżną w wyblakłe groszki i ropoczęłam proces wrzucania do niej części mojej letniej garderoby, książek, mapy, notatnika, pudełka kredek, ołówków, piór i mugolskich długopisów, wędki, wszystkich rzeczy niezbędnych do utrzymania higieny, pliku Żonglerów, odtwarzacza muzycznego, dwóch tykwobulw i buteleczki syropu na bazie wody z bagien na kaszel – ogólnie nazywa się to pakowaniem. Dobrze, że moja torba tylko wygląda na niedużą, a w rzeczywistości jest bardzo pojemna.
Gdy nadeszła pora obiadu, jak zwykle byłam już porządnie głodna, więc zeszłam do kuchni. Niestety, okazało się, że tata musi wstąpić do pracy, ponieważ w biurze redakcji Żonglera wybuchło spore zamieszanie w związku z nawałem roboty nad wakacyjnym numerem gazety, gdyż niektórzy pracownicy już wyjechali na urlopy.
- Co ci, Luno? Ach… Ten artykuł o krwiożerczych muszkach pewnie sprawił straszne kłopoty, Sara Wee nie poradzi sobie przecież z marginesami…. Są tak olbrzymie, no tak, to przez te szczury, ostatnio ich tyle się pojawiło… Luna, co ty, czego szukasz?? – Tata miotał się po całym mieszkaniu, próbując zebrać do olbrzymiej, lecz dziurawej aktówki wszystkie walające się po podłodze dokumenty związane z Żonglerem, jednocześnie usiłując zapiąć guziki wyjściowej kamizelki i porozumieć się ze składającym raport pracownikiem redakcji, którego głowa co jakiś czas pojawiała się wśród płomieni kominka.
- Aaach… Nic, nic, nie przeszkadzaj sobie, ja tylko jestem taka głodnaa…- Odpowiedziałam, podnosząc z podłogi kartkę z projektem okładki i podając ją tacie.
- Ach, te myszy… To znaczy szczury…Może by tak zastawić pułapki… Ach, łapki, tak, miałem się skontaktować z tym panem od reklamy eliksiru na zmarszczki…. Ach, kurze łapki… - Tata już spakował aktówkę i teraz szukał kapelusza. – Lunoo, zrób sobie coś do kurzenia… Yyyy, to znaczy do jedzenia, ja wychodzę! - Z tymi słowami tata nacisnął na głowę stary kapelusz pszczelarza i wyszedł z domu, pozostawiając pracownika redakcji mamroczącego raport z kominka.
- Brak pięciu pracowników na ośmiu, trzech wzięło urlopy, dwoje wyjechało na wczasy kilka dni temu, nie wypełniwszy swoich obowiązków w redakcji, prosimy pana o pilne przybycie, problemy z drukarką, rzucony na nią został prawdopodobnie Urok Tysiąca Kwiatów, nie drukuje nic oprócz wzorków z krokusów i stokrotek…. Halo? - Ciągnący swój raport monotonnym głosem mężczyzna rozejrzał się po pokoju. Stałam naprzeciwko kominka i przypatrywałam mu się uważnie. Ciekawe, co teraz zrobi?
- Eee… Panie Lovegood? – rzucił pytanie w przestrzeń.
- W czymś panu pomóc? – zapytałam pogodnie.
- Eeee… Noo… Pewnie jesteś Luna, czyż nie tak?
- Owszem. Mój tata wyszedł do redakcji przed momentem. Co jeszcze chciałby pan wiedzieć?
- Uu… No, właściwie to już nic. Dziękuję, skoro zaraz zjawi się w pracy, to tam dokończę mój raport. Żegnam! - Jego głowa zniknęła za kurtyną ognia.
No nic…. Skoro żołądek nadal domaga się napełnienia, zabiorę się za gotowanie. Sięgnęłam po opasły tom pełen przepisów kulinarnych, który zawsze leżał u nas na stole. Po krótkim przeglądzie jego stronic oraz zawartości lodówki zadecydowałam, że ugotuję zupę z draceny, a na drugie danie placki z cynamonu polane mugolskim kremem o tajemniczej nazwie kogel – mogel.
Tata bardzo się ucieszył, kiedy wieczorem wrócił zmęczony z pracy i zastał w kuchni stół zastawiony ciepłym i – mam nadzieję – pysznym posiłkiem. Od dziecka dużo gotuję; często pomagałam mamie, teraz pomagam i ojcu, albo czasem, tak jak dzisiaj, sama coś upichcę.
Teraz kładę się już spać. Jutro czeka mnie długa podróż. Nawiasem mówiąc, kogel – mogel okropnie mi zasmakował…
[ 10 komentarze ]
Wyjazd do domu
Dodała Luna Sobota, 09 Lutego, 2008, 15:22
Witajcie!
Ostatnio nie miałam zbyt wile czasu na skrobnięcie czegokolwiek w pamiętniku. Na kilka dni przed feriami nauczyciele jakoś się na mnie uwzięli…Pani Hooch zdążyła mi nawet dać surową reprymendę przed samym wyjazdem do domu – ale też nie bez powodu. Przechodziłam przez błonia, gdy akurat jedna z pierwszych klas miała zajęcia z latania na miotle. Uczniowie to poszczękiwali z zimna zębami, to przytupywali i kręcili się niecierpliwie, oczekując na koniec lekcji i upragnione ferie. W końcu nadeszła ta chwila, a ja, nie mogąc się powstrzymać, wyrwałam miotłę z ręki małego chłopczyka i wzbiłam się w powietrze…”Ferie, ferie, nareszcie!” – krzyczałam, nie zważając na ostry wiatr i mróz. W końcu pani Hooch gwizdnęła na mnie tak przeraźliwie, że aż się zdzwiłam, że taki dźwięk może się wydobyć z małego urządzonka przykładanego do ust. Wylądowałam na ziemi i razem z tłumem pierwszaków pobiegłam w stronę powozów zaprzężonych w testrale.
Nie minął kwadrans, a już siedziałam w pociągu Hogwart Express naprzeciwko Ginny i Neville’a. To wspaniali przyjaciele, wiecie o tym? Zadziwiające, że uświadomiłam to sobie akurat wtedy, kiedy wpatrywali się we wzory wymalowane przez mróz na szybie, machinalnie kręcąc młynki różdżkami.
W końcu dotarliśmy na stację kolejową w Londynie. Wzięłam kufer, owinęłam się chustką (z poprzedniej notki możecie się o niej dowiedzieć więcej ) i wyszłam na dworzec. Tam czekał już mój tata; na pewno go znacie, jest wydawca Żonglera – czyli mojej ulubionej, rzecz ciemna, gazety. To znaczy rzecz JASNA. To powiedzonko czasem mi się myli.
Tata miał na sobie kremową, prostą szatę przypominającą koszulę nocną, czarny kapelusik i buty oraz zieloną kamizelkę wytłaczaną w krokodyle, którą kupiłam mu na maleńkim targu pod Hogsmeade na Boże Narodzenie. Bardzo się ucieszył na mój widok i zaczął do mnie biec, ale bardzo niefortunnie poślizgnął się na ogromnej, zamarzniętej kałuży. Pamiętacie, mi też się to ostatnio zdarzyło! Szybko podbiegłam do ojca i pomogłam mu wstać. Kiedy tylko otrzepał się okruchów lodu i śniegu, zaczęliśmy zgodnie przytupywać i klaskać, a potem zawołaliśmy:
- Hop, hop, bęc, bęc, ślizgu, ślizgu. Tam, gdzie raki zimują!
Oczywiście mnóstwo osób spojrzało na nas ze zdziwieniem, a to przecież taki stary zwyczaj. Gdy jakaś osoba poślizgnie się na lodzie w gronie rodziny, to trzeba szybko odtupać i wypowiedzieć formułkę, bo inaczej każda kolejna rodzina wywróci się w tym samym miejscu. Działa nawet wtedy, gdy nie ma się przy sobie różdżki.
Tata zaprowadził mnie do dość starej, wysokiej kamienicy nieopodal wyjścia z King’s Cross. Na dole mieścił się sklep z gwoździami i śrubkami, należący do pewnego posiwiałego charłaka. Weszliśmy po schodach na pierwsze piętro, gdzie mieścił się skromnie umeblowany salon. Tata wyjął z koszyka na drewno garść proszku Fiuu i wrzucił do kominka wbudowanego w jedną ze ścian.
Po chwili byliśmy już w domu. Od razu poczułam dziwny, nieznany mi zapach.
- Moja tarrrta! – Jęknął tata, łapiąc się za głowę.
- Jaka „tarrrta”? – zapytałam pogodnie.
- Zrobiłem tartę z suszonych liści mandragory, specjalnie na powitanie ciebie. Chyba się przypaliła. – Pobiegł do kuchni i zaczął się energicznie krzątać koło piecyka.
- Wątpliwość słuszności słowa „chyba” w tym przypadku jest niewątpliwa. Ty na sto procent przypaliłeś tą tartę, tatku.
I tak rozpoczęły się moje ferie. Chyba nie muszę dodawać, że mnóstwo czasu spędziłam na pomaganiu tacie w zdrapywaniu resztek spalonego ciasta z tacy i ratowaniu pieca.
Na dzisiaj tyle…Następnym razem opiszę Wam mój Dzień Zakochanych…Mam nadzieję, że będzie udany.
Pozdrawiam,
Feriowa Luna (Jest w ogóle słowo „feriowa”? Eee tam, nieważne…)
Daję jeszcze moją fotkę. Co o niej sądzicie?
![[image]](http://img292.imageshack.us/img292/7711/evannazj6.jpg)
[ 26 komentarze ]
Wesołych Świąt!
Dodała Luna Środa, 26 Grudnia, 2007, 19:34
Wiem, wiem. Trochę się spóźniłam. A nawet bardzo. Ale to chyba nie szkodzi, żebym mogła Wam wszystkim z całego serca życzyć...
Wesołych, zdrowych, spokojnych i pogodnych Świąt,
samych pięknych i kolorowych snów,
pomyślności i szczęścia w życiu,
dobrych przyjaciół,
aby zawsze była z Wami rodzina,
abyście nigdy nie musieli się denerwować, krzyczeć ani kłócić, bo to niepotrzebne,
abyście zawsze mieli nadzieję, dobre serce i chęć działania,
no i żeby Was nargle nie pogryzły, jak będziecie stali pod jemiołą ze swoją sympatią...Albo i bez 
Świąteczna Luna

***********************************************************
Dziękuję za komentarze. Wiecie, Luna ma marzycielską duszę, ale sami przyznajcie, czy nie jest też trochę stuknięta? Słowo "wyrżnęłam" moim zdaniem tu pasuje, bo Pomyluna to nieobliczalna i zaskakująca postać. Droga Aryo, jakie błędy stylistyczne były w notce? Nie zauważyłam, żeby były, ale może coś trzeba poprawić. Pozdrowienia
[ 16 komentarze ]
Gdy pada śnieg
Dodała Luna Niedziela, 16 Grudnia, 2007, 14:58
Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Bardzo je lubię, ale nie z powodu prezentów. Kocham tę cudowną atmosferę...Której nie mogą popsuć nawet złośliwe nargle
W Hogwarcie, jak co roku, przygotowania już ruszyły pełną parą. Pojawiły się ozdoby z ostrokrzewu i świątecznych girland, zbroje zostały wypolerowane na wysoki połysk i niebawem zaczną cichutko wygrywać kolędy, wszędzie stanęły przepiękne choinki, stroiki, wieńce...Zawisły również migoczące mnóstwem barw sople. Wygląda to wszystko prześlicznie.
Nauczyciele jednak nie poddali się radosnej atmosferze oczekiwania i wcale nie przestali nam tyle zadawać tuż przed przerwą świąteczną. Wręcz przeciwnie, coraz więcej jest sprawdzianów i ćwiczeń. Ludzie bywają dziwni.
Postanowiłam to jednak zlekceważyć i zamiast ślęczeć nad książką i pergaminem, ubrałam ciepłą, błękitną kurtkę oraz fioletową chustkę na głowę, wzięłam zapas kukurorzeszków i poszłam do Zakazanego Lasu. Gdzie tylko spojrzeć, zalegał śnieg. Na znanej mi dobrze polance tuż przy skraju powitały mnie testrale. Ich stadko wyraźnie odcinało się na tle śnieżnej bieli. Są one bardzo inteligentnymi stworzeniami, lecz zimą trudno im znaleźć pożywienie. Staram się więc je dokarmiać, kiedy tylko mogę. Jeden z nich, dorosły i bardzo duży osobnik od razu podszedł do mnie. Sądzę, że niektórzy mogliby się trochę przestraszyć - wychudzone, czarne zwierzę...Które widzą nieliczni. Ale ja się nie bałam. Wyciągnęłam rękę z kukurorzeszkami, żeby mógł się najeść. Po chwili pozostałe testrale również się powolutku zbliżyły. One są naprawdę piękne, wiecie? Nie minęło nawet 5 minut, kiedy moja torba została opróżniona i cały zapas kukurorzeszków znalazł się na ziemi, aby zwierzęta mogły po nie sięgnąć. Aha... Kukurorzeszki... Pewnie nawet nie wiecie, co to takiego. A są to po prostu małe orzeszki, przypominające trochę ziarnka kukurydzy. Rosną na drzewach gdzieś w Afryce, ale główny grafik redakcji Żonglera co roku przywozi z wakacji mojemu tacie całe pudło tych suszonych rarytasów. Trudno się więc dziwić, że niewiele osób kiedykolwiek słyszało o tym egzotycznym owocu.
Powiało chłodem i zaczął prószyć śnieg. Jak Wam już ostatnio wspominałam, lubię ten biały puch, lecz zrobiło mi się bardzo zimno i zawróciłam do zamku. Byłam tuż przed wejściowym dziedzińcem, kiedy nagle chwila nieuwagi sprawiła, że przechodząc po zamarzniętej kałuży okropnie się poślizgnęłam...Wylądowałam twarzą w zaspie. Cała byłam obolała...Jakoś się pozbierałam i czmychnęłam do dormitorium. Niestety, wyrżnęłam tak bardzo, że chyba jednak będę musiała iść z tymi wszystkimi potłuczeniami do skrzydła szpitalnego.
Pozdrawiam,
śniegowa Luna

**********************************************************
W dzisiejszej notce mało było ekscytujących przygód, ale sądzę, że spokojniejszy post czasem sie przyda
Bardzo, bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję za wszystkie miłe komentarze. Jesteście wspaniali! Aha. Cho Chang, wierna czytelniczko - masz dobry pomysł z tym blogiem, ale nie bardzo wiem, jakby to wyglądało. Czy mogłabyś mi powiedzieć, jak to sobie wyobrażasz - mam pisać nocie już opublikowane na stronie, czy jak? Jeszcze raz pozdro dla wszystkich!
[ 19 komentarze ]
Tajemnicza mikstura
Dodała Luna Sobota, 24 Listopada, 2007, 19:36
Stopniało już mnóstwo śniegu, którego wcześniej napadało. A szkoda, bo nie zdążyłam się jeszcze nacieszyć białym puchem....W dodatku przed okresem świątecznym jest trochę więcej pracy - trzeba ćwiczyć nowe zaklęcia, napisać esej na półtora stopy pergaminu na Transmutację i sporządzić mapkę gwiazdozbioru na Astronomię - w moim przypadku Kasjopei. Wszystko to plus brzydka pogoda sprawiły, że mam paskudny humor. Rzadko mi się to zdarza...No ale cóż.
Po południu strasznie się nudziłam. Poszłam do mojego dormitorium, usiadłam i przejrzałam zawartość mojego kufra. Od początku roku szkolnego nie wypakowałam kilku rzeczy, które aż dotąd spoczywały na jego dnie razem z mnóstwem kolorowych gałganków, błyszczących guzików, szklanych koralików i paciorków, strzępków barwnych szmatek i sznurków, świstkami czystego bądź zapisanego drobnym maczkiem papieru. Kiedy coś nie było mi już potrzebne, bezużyteczne, lub po prostu miałam pod ręką tylko kufer - to wrzucałam do niego wszystko, co tylko można zmagazynować.
Przesypywałam swoje skarby z rąk do rąk. Co by tu zrobić?...Nagle zauważyłam jakąś karteczkę. Było ich tu bardzo wiele, ale ta została wciśnięta w sam kąt i poskładana chyba z dziesięć razy, tak że była tylko maleńkim kwadracikiem. Ostrożnie ją rozłożyłam. Papier był troszeczkę pożółkły i miał postrzępione brzegi. Rozpoznałam moje własne pismo, lecz z wczesnego dzieciństwa, kiedy jeszcze nieskładnie gryzmoliłam literki i trzymałam pióro na opak. Był to najwyraźniej przepis na jakiś eliksir. A wyglądało to mnie więcej tak:

Nie wiem, jak mogłam tak kiedyś pisać i robić tyle kleksów oraz plam 
Nie zastanawiając sie zbyt długo, wrzuciłam kartkę do kieszeni i pobiegłam do lochów. Na szczęście była pora obiadu, na który ja nie miałam wcale ochoty, więc zimne korytarze były puste. Zdjęłam starą, posrebrzana spinkę z włosów i z małą pomocą Alohomory wdarłam się do magazynu Snape'a. Znalazłam tam niemal wszystkie potrzebne składniki. O aromat wiśniowy poprosiłam skrzaty domowe w kuchni pod Wielką Salą. Były bardzo uprzejme.
Podekscytowana wróciłam do lochów. Tam zamknęłam się w klasie od Eliksirów (tam zostawialiśmy kociołki i wagi) i dokładnie odmierzając składniki, powrzucałam je do mojego kociołka. Byłam bardzo ciekawa, co z tego wszystkiego mi wyjdzie. Za pomocą różdżki zapaliłam ogień pod kociołkiem. Pod chwili mikstura zawrzała. Po klasie poniósł się śliczny zapach wiśniowego aromatu...Zmieszanego ze skrzekiem i całą resztą, co nie dawało zbyt dobrego efektu. Barwa wywaru również była dziwna; karminowoczerwone spiralki mieszały się zielonymi, brunatnymi i czarnymi zawijasami. Mieszałam w kociołku cierpliwie. Po kwadransie bardzo bolała mnie ręka. Im bardziej wzrastało ryzyko odkrycia mojej pracy i im bardziej mieszały się i zlewały kolory, tym intensywniej zastanawiałam się, na co przepisu użyłam. Czy to specjalne jedzenie dla testrali? Eee, chyba nie...
Z trudem wytrzymałam pół godziny mieszania (pod koniec olśniło mnie i pomogłam sobie czarami). Ostrożnie zmąciłam specjalnym zakraplaczem powierzchnię eliksiru w kociołku. Uniosłam go i...Kilka kropel spłynęło po wierzchu mojej dłoni. Nic się nie działo. Panowała upiorna cisza, gdy wtem...Na mojej ręce zakwitły prześliczne ornamenty. Były niczym tatuaż, rozprzestrzeniając się po całej ręce, ramionach i twarzy. Cóż za zaskakujący efekt! Cała moja skóra pokryła się roślinnymi wzorkami. Wyglądałam jak jeden, wielki, chodzący ogródek.
Niespodziewanie drzwi otworzyły się i do środka wparował Snape. Znoowuu on.
- Co ty wyrabiasz? Malunków ci się zachciało? Jak ty wyglądasz, Lovegood?
Chciałam coś odpowiedzieć, ale z moich ust wydobył się jedynie cieniutki pisk.
- Jeszcze sobie żarty stroisz?! - Nagle profesor dostrzegł zakraplacz i kociołek. - Ach tak! Zabawiasz się eliksirami. Rzeczywiście, uwarzyłaś coś nie mniej dziwacznego od siebie. - Warknął.
Język znów odmówił mi posłuszeństwa. Pewnie był to kolejny efekt mikstury. Nagle poczułam, że coś się dzieje z moimi włosami. Dotknęłam głowy; jakoś dziwnie się unosiły. Szyba w małym okienku w mgnieniu oka posłużyła mi za lustro. Na czubku głowy miałam olbrzymi kwiat, niczym kapelusz! To bardzo dziwne. W eliksirze nie było ani jednego kwietnego płatka. Czy pyłku. Bardzo osobliwe.
Nie przestając ostrożnie dotykać kwiatu, niechcący zamachnęłam się łokciem i przewróciłam kociołek. Było już za późno. Tak, właśnie tak - Snape również dotknął rozbryzgujących się kropel. Działo się z nim to samo, co ze mną.
Przez otwarte drzwi do sali zajrzeli jacyś Ślizgoni.
- Ooo, Lunusia - dziecko kwiat? -Zadrwił jeden, pogwizdując. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył opiekuna swojego domu. - Raczej dzieci kwiaty...
Resztę dnia profesor spędził na szukaniu antidotum. Mam u niego przechlapane do końca szkoły...
Ale co tam.
Pozdrawiam...
[ 15 komentarze ]
1 2 3 4 » | Script by Alex
| | |



 Magiczny wypoczynek dla kazdego!

Newsy po angielsku:
MuggleNet
The Leaky Cauldron
Harry Potter's Page

KONKURS
Pamiętnik Albusa Dumbledora!

ŻONGLER
KSIĘGA HOGWARTU
 Nasza Szkoła Hogwart
Nasza strona JK Rowling
Nowości na stronie JKR!
Związek Krytyków ...!
Pamiętnik Miesiąca!
Konkurs ZKP
Pamiętnik Hermiony!
Pamiętnik Ginny!
Pamiętnik Malfoy'a!
Pamiętnik Rona!
Pamiętnik Harrego!
Pamiętnik J. Pottera
Pamiętnik Lily Evans!
Pamiętnik Freda i Georga
Pamiętnik Lavender
Lily i James Potter
Pamiętnik Padmy Patil
Pamiętnik Dorcas Burska
Natasha Potter
Susan Bones
Aurora Silverstone
Pamiętnik Toma Riddle'a
Meadows Dorcas
Pamiętnik Laury Diggory
Pamiętnik Hannah Abbott
Pamiętnik Hagrida!
Pamiętnik Petunii Ewans!
Pamiętnik Lily Potter!
Pamiętnik W. Kruma!
Mary Ann Lupin!
James Potter Junior!
Madeleine Halliwell
Roxanne Weasley
Joanne Carter (Black)
Pamiętnik Wiktorii Fynn
Pamiętnik R. Lupina!
Pamiętnik J. Darkness!
Lucius Malfoy
Pamiętnik Teda Lupina
Syriusz Black'a!
Pamiętnik Fleur!
Pamiętnik Marty Pears
INKUBATOR
Pamiętnik Luny!
Pamiętnik Bellatrix Black
Pamiętnik Rose Weasley!
Pamiętnik Alicji Spinnet
Pansy Parkinson
Pamiętnik Cho Chang!
Nowa Księga Huncwotów
Pamiętnik Voldemorta
Victorie Weasley
Pamiętnik Romildy Vane
DO PRZEJĘCIA:
Minerwa McGonagall
Albus Dumbledore
Molly Weasley
Nymphadora Tonks
Cedrik Diggory
Albus Severus Potter
Pamiętnik Parvati Patil!
Gilderoy Lockhart
Percy Weasley
Angelina i Katie
Neville Longbottom
Lekcje zielarstwa
ARCHIWUM
Myślodsiewna Snape'a
Pamiętnik Ritty Skeeter!
Pamiętnik Tamary Black
Arien Halfelven
Pomona Sprout
Alastor Moody
Pamiętnik S. Trelawney
Pamiętnik Ann Raven
Pamiętnik Artanis
Marietta Egdecombe
Peter Pettigrew
Pamiętnik Sary Potter

CIEKAWE DZIAŁY
(Niektóre do przejęcia!)
Bestiarium HP!
Biografie HP!
Madame Malkin
W.E.S.Z.
Wmigurok
Księgi Magii
OPCM
Artykuły o HP
Chatka Hagrida!
Plotki z kuchni Hogwartu
Lekcje transmutacji
Lekcje: eliksiry
Kącik Cedrica
Nasze Gadżety
Poznaj swój HOROSKOP! (na luty 2008)
Zakon Feniksa
Dodaj własnego Newsa!

LSM zaprasza na Magiczne Lato i Magiczną Zimę z Harrym Potterem na Zamku Czocha oraz na Zamku w Gniewie!



Jeżeli chcesz otrzymywać najświeższe nowinki ze Świata Magii to wpisz niżej swój adres e-mail
 Najlepsze środki na odchudzanie działają na bazie guarany
| |