| |
 Pamiętnikiem opiekuje się Nutria Do kwietnia 2007r pamiętnik prowadziła Ciśka
Niepoprawny kretyn
Dodała Hannah Abbott Sobota, 20 Września, 2008, 20:51
Notka z dedykacją dla Marty, w podziękowaniu za nowe logo.
Dziękuje:*
-Nie będę tolerować takiego zachowania!-piskliwy krzyk było słychać na całym korytarzu-Żałosne kreatury lekceważące regulamin szkolny! -mali drugoklasiści kuliki się w sobie jakby chcieli przeniknąć przez podłogę. Zamilkłam na chwilę dla złapania oddechu.-Z którego jesteście domu?-zapytałam zwyczajnym tonem
-Z Gry...ffindoru-wyjąkał jasnowłosy chłopiec
-Gryffindor traci piętnaście punktów,-wrzasnęłam na nowo-za zakłócanie spokoju na korytarzu, lekceważenie organu władzy, jak i próbę podrzucenia łajnobomby woźnemu, który i tak ma zaprzątniętą głowę. Rekwiruję owe przedmioty.-ostatnie zdanie wypowiedziałam już tylko z mściwym uśmieszkiem. Chłopiec myśląc, że nie widzę schował jedną z łajnobomb do kieszeni, a mi przekazał trzy sztuki. Już miałam przywołać go do porządku i odjąć kolejne punkty, kończąc całą sprawę szlabanem, gdy przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Zemszczę się ta tym robaku Flichu, za tamto przyłapanie w nocy. Tak więc łaskawie pozwoliłam dwunastolatkowi zrobić mnie w balona. Energicznym krokiem ruszyłam ku Wielkiej Sali na śniadanie. Przez cały posiłek byłam nieobecna duchem obmyślając mój plan, który na razie pozostawał w tym samym punkcie, to znaczy na wymknięciu się w nocy i dostaniu pod drzwi Flicha który powinien w tym czasie patrolować szkołę. I tego właśnie się boję. Co będzie jeśli ta zmora będzie u siebie?
-Hanno-usłyszałam głos obok siebie.
Rzuciłam Susan nieprzytomne spojrzenie i dopiero po kilku minutach zobaczyłam Ariel wyjadającą rozmoczone płatki z mojej zupy mlecznej.
-Hej maluchu,-powitałam ją i pogłaskałam po łepku, dziwiłam się, że Johnny po tej całej historii z naszym chodzeniem mi jej nie odebrał.-co tam dla mnie masz?
Odwiązałam sprawnie liścik i podsunęłam sówce tosta z dżemem morelowym. Uwielbia ten przysmak.
Machinalnie spojrzałam na podpis. Gorąco mi się zrobiło, była to odpowiedź Matta na dość dziwny list wysłany przeze mnie po skosztowaniu eliksiru powabu. Brzmiał tak:
Hanno!
Nawet nie wiesz jak się uśmiałem czytając Twój pierwszy list. Wszystkiego domyśliłem się
zanim przysłałaś sprostowanie. Będę dzisiaj około 17 w Hogwarcie, zostałem zaproszony na
pogawędkę przez profesora Dumbedore'a. Co ty na to żebyśmy spotkali się około 15, gdzieś
w pobliżu holu? Nie byłem jeszcze w waszym zamku, mogłabyś mnie oprowadzić? Czekam
na odpowiedź.
Mathew
Ha super, dzień z Mattem. W końcu się zrelaksuję i przy okazji wypomnę mu by nie wtrącał się w nie swoje sprawy. Wczoraj wieczorem doszłam do wniosku, że to od niego Dumbledore dowiedział się o moich przemianach. Zadowolona wstałam od stołu i wcisnęłam list do torby. Pierwsze są eliksiry trzeba więc przygotować się psychicznie na katusze.
Jednak na lekcji czekała nas miła niespodzianka, Snape pozostawił nas samych sobie, nakazując uwarzyć eliksir sermancki, ujawniający pierwotną postać rzeczom transmutowanym. Niespodzianka byłaby o wiele milsza gdyby ten wywar nie był aż tak skomplikowany, zdecydowanie ponad moje siły. Zniechęcona zabrałam się do roboty. Obok mnie na szczęście siedziała Esthel Jowing, uprzejma krukonka nie mająca wyróżniającego się talentu w żadnej konkretnej dziedzinie. Po prostu była dobra we wszystkim.
-Mogłabyś mi pomóc?-uśmiechnęłam się niepewnie, nigdy nie rozmawiałyśmy ze sobą poza przywitaniem w tej klasie. Nawet głupiego ,,Cześć” nie wypowiadamy mijając się na korytarzu.
-Oczywiście-odparła z męczeńskim uśmiechem, poczułam chłód w ciele. Łaski bez, obejdzie się, pomyślałam i zabrałam się do odważania właściwiej ilości obranego mango. Zajęło mi to sporo czasu, gdyż ten nieznośny owoc co chwilę zmieniał swoją wagę.To głupie i bezsensowne, ale naprawdę tak było.
-Oblej go najpierw wrzątkiem.-usłyszałam- Twoje mango jest po prostu za świeże.
Rzuciłam piorunujące spojrzenie w stronę Esth. Jak to możliwe by owoc był zbyt świeży? Może być niedojrzały ale zbyt świeży? Dałam jednak za wygraną i oblałam tę cholerna roślinę wrzątkiem z różdżki, po czym wrzuciłam z powrotem na wagę. Rzeczywiście pomogło, teraz waga była stała.
-Dzięki.-odparłam z uśmiechem
Reszta lekcji minęła na podobnych uwagach Esthel, która postanowiła jednak naprawdę pozostać siostrą miłosierdzia. Denerwował mnie okropnie ten jej męczeński uśmiech. Byłam zadowolona, gdyż mój eliksir miał zbliżona barwę do opisanej w podręczniku. Gdy zadzwonił dzwonek wszyscy rzucili się do wyjścia, tylko ja ociągając się zostałam w tyle. Taki był rytuał, co lekcje najwolniej jak umiałam zbierałam swoje rzeczy by móc nie zwracając na siebie uwagi wziąć eliksir powabu. Gdy akurat nie miałam lekcji ze Snapem musiałam specjalnie przychodzić do niego po lekcjach. Raz chciałam nawet zapytać się o to, dlaczego nie mogę wziąć od razu kilku porcji aby nie musieć codziennie przychodzić, jednak stanąwszy twarzą w twarz z Mistrzem Eliksirów, cała odwaga ulatniała się ze mnie pozostawiając rumieńce wstydu ma mej twarzy.
Dzisiaj podobnie jak zawsze chwyciłam buteleczkę czekająca na mnie na rogu biurka. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi wpychając flakonik do torby.
-Proszę tu jeszcze na chwilę.-rozległ się głos, na dźwięk którego ogarnął mnie strach.
-Słucham panie profesorze?
-O dwudziestej dyrektor chce cię widzieć u siebie w gabinecie.-oznajmił krótko odpychającym tonem-Co oznacza, że jutro nie musisz tu przychodzić po wywar.-Stałam czekając na ciąg dalszy, jednak Snape spojrzał na mnie z irytacją i wyszeptał chłodne ,,Do widzenia”.
-Naturalnie proszę pana.-odparłam nieco zadziornie lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć ja już wypadałam z klasy, albo raczej wpadałam na czającą się pod nią Esthel.-Co ty tu robisz?-zapytałam głupio rozmasowując sobie czoło.
-Ja, ja-zmieszała się nieco-chciałam się tylko zapytać czy mogłybyśmy spotkać się po południu-zrobiła się czerwona jak piwonia, jednak ja wyczułam, że chodzi jej co coś innego.
-Mam dzisiaj naprawdę masę spotkań i jeszcze do tego muszę zrobić zadania domowe z transmutacji i astronomii.-próbowałam się wytłumaczyć, jednak Esthel zrobiła tak żałosną minę...-Jeśli pasuje Ci godzina siedemnasta dwadzieścia to jesteśmy umówione.
-Super-rozpromieniła się-Dzięki. Do zobaczenia.
Rozradowana dziewczyna cmoknęła mnie w policzek i pobiegła przed siebie. Ruszyłam samotnie korytarzem w kierunku dziedzińca, goniąc resztę klasy zmierzającą w stronę cieplarni numer trzy.
Od dawna wiedziałam, że Esthel nie ma przyjaciół. Nie wiem dlaczego, była miła, ładna i koleżeńska. Chociaż ładna to może za mało powiedziane, była naprawdę olśniewająca. Ciemnobrązowe, gęste i długie włosy, najczęściej upięte w niesfornego koka na karku. Delikatne rysy twarzy z wydatnymi ustami, o jakich ja mogę tylko pomarzyć. Do tego jeszcze te oczy koloru jasnej nocy. Kurcze, że ja nigdy nie widziałam jej z żadnym chłopkiem. Chyba, że woli dziewczyny, jednak z żadną też jej nie widziałam. Chociaż w tym przypadku byłoby usprawiedliwione gdyby się z nią ukrywała.
Czekałam przy drzwiach wejściowych na Mathew, spóźniał się już pięć minut. Nienawidzę gdy ktoś mnie wystawia do wiatru. Jak się pojawi to mu dam do wiwatu. Pełna buntowniczych myśli czekałam na przyjaciela, który w końcu pojawił się w drzwiach, oczywiście w kapturze na głowie.
-Typowe.- mruknęłam na przywitanie, a on w odpowiedzi tylko ściągnął kaptur. Jego twarz była całkowicie zmieniona, szczęśliwa i uśmiechnięta, był tak rozpromieniony, że wszystkie moje żale i pretensje poszły w niepamięć.
-Miło cie widzieć w odrzucającym uśmiechu.-przywitał się. Moja mina z pewnością odzwierciedlała koci grymas.
-Już nie powiem nic o tobie.-odparłam rzucając mu wyzywające spojrzenie, byłam gotowa na walkę słowną, on jednak uśmiechnął się wesoło, podał mi ramię jak w jakiś starodawnych czasach i ruszył na przód. Trudno mi uwierzyć, że nigdy wcześniej nie był w Hogwadzie. To raczej on mnie po nim oprowadzał, nie ja jego. Nie zaprzeczę, że miło spędziłam z nim czas. Walnięty Matt wdał się w konflikt z Irytem, któremu po skończonej sprzeczce z nosa kapało coś fioletowego, okropność.
-Cześć Hanno-usłyszałam gdy przechadzaliśmy się korytarzem na drugim piętrze. Zdziwiona rozejrzałam się dookoła, ujrzałam Esthel podchodzącą do nas z uśmiechem.
-Witaj Esth-wyjąkałam zdziwiona
-Nie przedstawisz mnie swojemu chłopakowi?-tego było już za wiele, prawie jej nie znam, a ona zgrywa moją przyjaciółkę. Spojrzałam szybko na Matta, który ku mojemu zadowoleniu przyglądał się jej z melancholią. Była parzcież bardzo ładna, a ja nie wiedziałam w jakich dziewczynach Mathew gustuje, gdyby jednak okazał jej zainteresowanie nie wytrzymałabym zalotów tej pary.
-Oczywiście, że przedstawię cię, ale nie mojemu chłopakowi, tylko przyjacielowi.-oświadczyłam miażdżącym głosem- Mathew to jest Esthel i na odwrót-ułatwiłam sobie przemówienie
-Miło mi.-Esthel zwróciła się do Matta i rzuciłam mu ,,klejące” spojrzenie. Klejącym nazywamy inaczej z Su uwodzicielskie. Katem oka nadal obserwowałam Mathew, który nie zmienił wyrazu twarzy.
-Co za głupia dziewczyna. Jak ty możesz się z nią kolegować?-zapytał gdy znaleźliśmy się sami.
-A kto powiedział, że się z nią koleguję?-spojrzałam na niego ostro. Po tym jak zrobiła maślane oczy do Matta, przestałam się nią przejmować,a dzisiejsze nasze spotkanie zakończę w rekordowym tempie.
-Hym skoro mówiła, że jestem twoim chłopakiem to znaczy, że czasami rozmawiacie...
-Nieprawda.-zaprzeczyłam-To znaczy, że nic o mnie nie wie.-dokończyłam-Pomaga mi na eliksirach, to wszystko.
-A chciałabyś?-zapytał z innej półki, z nieukrywanym rozbawieniem w oczach.
-Co?
-Być moją dziewczyną?-teraz już śmiech miał wypisany na całej twarzy
-Chyba śmieszny jesteś.-odparłam stanowczo
Jeszcze tylko tego brakowało by zaczął się ze mnie naśmiewać. Milczeliśmy przez chwile.
-A ja, może i bym chciał.-rzucił wesoło zanosząc się rechotem.
-Jesteś nienormalny.-skwitowałam
-Wiem, dlatego nadal się z tobą zdaje.-wyszczerzył zęby, gdy niespodziewanie zarobił moją torbą pełną książek po głowie.
-Mała poprawka niepoprawny kretynie,-rzuciłam żartobliwie-to JA się z tobą koleguje dlatego, że jesteś nienormalny, bo jak ogólnie wiadomo przeciwieństwa się przyciągają.-szczególny nacisk nałożyłam na słowo ,,ja''.
Odpowiedział mi tylko śmiechem, którym po chwili się zaraziłam i obydwoje zacieszaliśmy jak głupki... CDN
[ 15 komentarze ]
Eliksir powabu.
Dodała Hannah Abbott Sobota, 13 Września, 2008, 22:36
Pozdrawiam i zapraszam do czytania:*
Okrągły gabinet był udekorowany we wstążki, balony i serpentyny. Aż mi się w głowie zakręciło z powodu zmieszania kolorów białych , różowych, jadowicie zielonych i wściekle czerwonych. Wielce zdziwiona spojrzałam na twarz dyrektora.
-Proszę siadaj.-zwrócił się do mnie, wskazując na jeden z dwóch krzeseł, stojących przed biurkiem z kilkoma bukietami kwiatów-Mam dzisiaj urodziny,-wyjaśnił widząc pytające spojrzenie-a skrzaty trochę przesadziły.-zachichotał
Odwróciłam głowę i dopiero wtedy mną wstrząsnęło. Na całej wielkości ściany był powieszony obraz, jeśli to coś można było tak nazwać, przedstawiający niemożliwie zniekształconą głowę dyrektora. Nie rozumiałam rozbawienia dyrcia. Nie widziałam tutaj nic śmiesznego, to wszystko było raczej okropne.
-Ma pan do mnie jakąś sprawę?-spytałam grzecznie, nie ukazując niesmaku wobec wnętrza.
-Ach, tak-zgodził się ze mną- Jednak musimy jeszcze chwilę poczekać na pewną osobę.-drzwi gabinetu zaskrzypiały- O wilku mowa-powiedział na widok wysokiego chłopca.-Witaj Johnny.
-Dzień dobry, dyrektorze.-odparł i rzucił mi jedno z nieprzyjemnych spojrzeń, z których wywnioskowałam, że podejrzewa, iż na niego doniosłam.
-Usiądź proszę.-Dumbledore wskazał mu krzesło, stojące obok mojego- Z pewnością zastanawiacie się po co was tu zaprosiłem. Doszły mnie słuchy o dziwnych wydarzeniach, w których w dwoje braliście udział.
Johnny na jego słowa oblał się rumieńcem, a ja zapłonęłam do niego nienawiścią którą starałam się ukryć.- Czy wiecie cokolwiek na temat przemian których doświadczacie?-zaszczycił nas po kolei jednym ze swoich rentgenowskich spojrzeń.
Pokręciłam wolno głową, gorączkowo myśląc: o co w tym wszystkim chodzi. Spojrzałam z lekka na Johnny'ego, który poróżowiał jeszcze bardziej.
-Tak?-zachęcił ślizgona dyrcio, jednak widząc, że ten nie potrafi albo nie chce się wysłowić, mówił dalej- Czy któreś z was kierowane zazdrością nie użyło czaru Amora? Starodawnego i niezwykle niebezpiecznego zaklęcia?-milczeliśmy nadal-Panie Smith?
-Ja, ja-zająknął się- owszem użyłem.-wyznał
-A czy rzucając je, zdawałeś sobie sprawę, z zagrożenia jakie ono ze sobą niesie?-głos miał nadal spokojny, jednak ja wyczułam ostrość sztyletów ukrytych w słowach.
-Byłem pewny, że się uda.
-Byłeś pewny.-powtórzył cicho Dumbledore i popadł w zadumę.- Pewność czasem zawodzi i prowadzi do zguby. Tak też się stało w twoim przypadku Johnny. Czy wiesz, jaką krzywdę wyrządziłeś sobie i swojej przyjaciółce? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie poprawnie go użyłeś? Panno Abbott-zwrócił się nagle do mnie, gdy z osłupieniem na twarzy przysłuchiwałam się ich rozmowie niczego nie rozumiejąc-Czy wiesz może jak działa zaklęcie Amora, zwane inaczej zazdrości?
-Nie wiem, panie profesorze.
-Jest to czar który rzucony poprawnie, daje odczuć osobie przepełnionej zazdrością, o zdradzie ukochanej osoby. Smith zdecydował się na ten rozpaczliwy krok. Jednak zamiast wiedzieć co się z tobą dzieje, przeklną was oboje.
-Przeklną?-zapytałam
-Niestety tak, jest to zakażenie, które nie leczone, rozprzestrzenia się powodując coraz większe zmiany. Na szczęście rozmawiałem już z profesorem Snape'm, który znalazł sposób na powstrzymanie rozwoju zakażenia, jest to eliksir powabu. Naturalnie szukamy czegoś, co mogłoby wyleczyć was całkowicie, jednakże jest to bardzo rzadki przypadek i znalezienie choćby wzmianki o tym jest bardo trudne.
Spojrzałam ze złością na Smitha, co ten czubek sobie wyobrażał? On jest chory. Najpierw jakieś zaklęcie mogące mnie zabić, potem próba gwałtu.
-Jestem niestety zmuszony zawiesić pana w prawach ucznia, do czasu zebrania nauczycieli, w czwartek. Na owym spotkaniu uzgodnimy co dalej.-dyrektor wydawał się bardzo zasmucony tym co właśnie zrobił, w przeciwieństwie do mnie.
Dumbledore wstał i podszedł do pobliskiego, srebrnego kredensu. Wyjął z niego dwa ogromne puchary z których wydobywały się różowe spirale. Dał nam po jednym kielichu z jak się domyśliłam, eliksirem powabu.
-Do dna.-powiedział
Bardzo ostrożnie przyłożyłam puchar do warg i przechyliłam nieco. Różowawy płyn wlał mi się do ust. Smak wywaru, na przekór moim wyobrażaniom okazał się pyszny. Smakował trochę jak karmel z lodami waniliowymi. Poczułam ogarniające mnie uczucie spokoju i szczęścia. Ogarnęła mnie głupawka. Wiedziałam, że nie mogę się złościć, nie byłam w stanie. Spojrzałam z uśmiechem na ślizgona, który również szczerzył zęby. Następnie zwróciłam się do dyrektora.
-Wszystkiego kolorowego w dniu urodzin. Szczęścia pachnącego i zdrowia mocnego.- zachichotałam jak głupia i wyszłam z gabinetu. Za mną wyszedł Johnny również się śmiejąc. Patrzyliśmy co chwile na siebie i wybuchaliśmy rechotem. Mijającym nas ludzi słaliśmy uśmieszki i ściskaliśmy im przelotnie dłonie. Nawet nie zauważyłam kiedy go zgubiłam, oczywiście nawet się tym nie przejęłam. Czułam się jak po rzuceniu zaklęcia rozweselającego. Gdy w paradowałam do dormitorium, cmoknęłam Susan i Elizabeth w policzki i usiałam na stole wyciągając pergamin.
Mathew,
świat jest taki piękny, szkoda, że ciebie tu nie ma.
Ten niedobry chłopczyk Johnny, zasługuje na kilka klapsów. Wiesz co on zrobił?
Nie wiem czy uwierzysz, ale użył wobec mnie Amora. Hahaha. To doprawdy śmieszne, jeśli
wziąć pod uwagę, że mu się nie udało. Napisz kiedy znowu się spotkamy bo straaasznie się
stęskniłam.
Papa, buziaczki Hanna.
Jak przez mgłę sunęłam po zamku w stronę sowiarni, w której było ciemno i cicho. Chwyciłam delikatnie jedną z sów, nie bacząc kogo była i wysłałam ją z listem. Bardzo zadowolona ruszyłam do drzwi. W drodze do pokoju wspólnego minęłam Smitha, zabawiającego jakiś pierwszaków z Gryffinoru. Gdy po wielokrotnych uśmiechach i po przesłanych buziakach trafiłam do sypialni, dziewczyny położyły mnie na łóżku. Po zetknięciu z poduszką od razu zasnęłam.
Boże. Co ja najlepszego zrobiłam? Gdzie papier, gdzie pióro. Muszę jak najszybciej sprostować list do Mathew. Czemu dyrektor nie uprzedził nas o działaniu eliksiru? Pewnie pysznie się bawił na myśl o głupotach, które zrobimy pod wpływem napoju. Co sobie teraz o mnie Matt pomyśli? Do tiary dziadka!!! Ale zrobiłam z siebie idiotkę.
Nachyliłam się nad arkuszem pergaminu. Ręce tak mi się trzęsły, że zrobiłam ogromnego kleksa na samym początku listu.
Matt,
nawet nie wiesz jak mi głupio. Nie bierz do siebie wczorajszego, idiotycznego zresztą listu.
Zapomnij o tym, dobrze? Nie byłam sobą pisząc go, więc nie odpowiadam jego za treść.
Acha, i podejrzewam od kogo Dambledore dowiedział się o mojej przemianie.
Pozdrawiam Hanna.
Przeczytałam jego treść ze trzy razy zanim uznałam, że można go wysłać. Drżącymi rękoma przywiązałam go do nóżki Ariel, po czym ją wypuściłam przez okno. Nigdy więcej tego eliksiru. Nigdy.
Były to jednak puste słowa. Przekonałam się o tym po dwugodzinnych eliksirach, kiedy to nietoperz nakazał mi zostać po lekcji.
-Abbott, tutaj masz dawkę eliksiru, którą zażyj przed snem.-postawił na biurko szklaną buteleczkę, wypełnioną różowym płynem.- Masz codziennie przychodzić do mnie po lekcjach po nową porcję, dopóki dyrektor nie wezwie cię do siebie. Zrozumiano?
-Tak jest, proszę pana.-odpowiedziałam sztywno po czym zabrałam eliksir i wyszłam z klasy.
Przed zaśnięciem, leżąc już w łóżku, ze ściśniętym gardłem łykałam eliksir. Chwilę później cały lęk minął, przepędzony nieograniczoną euforią.
[ 15 komentarze ]
GD-samoobrona.
Dodała Hannah Abbott Sobota, 06 Września, 2008, 21:31
Hej, wybaczcie wszyscy za braki w komentowaniu ale jakoś tak wyszło, że mój rozkład dnia nie pozwala na korzystanie z komputera na co dzień. Obiecuję nadrobić wszystkie braki jutro, czyli w niedzielę. Notę dodaję jak mówiłam w weekend, a następna już za tydzień.
Pozdrawiam i ściskam, oraz dziękuje za poprzednie komenty oraz za to, że jesteście ze mną .
Szłam szybko ciemnym korytarzem. Moje kroki odbijały się echem po zakurzonej, marmurowej posadzce. Śpieszyłam się bardzo a dodatkowy stres i adrenalina nadawały coraz większe tempo krokom. Za srebrną zbroją znajdowało się ukryte przejście o którego istnieniu wiedziało tylko kilku uczniów. Miałam szczęście do nich należeć. Odruchowo z niego skorzystałam. Było tam zupełnie ciemno, gdyż jako tajne nie miało pochodni ni innego źródła światła. Serce zabiło mi jeszcze szybciej, o ile było to możliwe. Po kilkunastu krokach w czarną otchłań, chwyciły mnie w ramiona silne ręce. Krzyknęłam przeraźliwie. Poczułam ścisk na ustach i szybki oddech napastnika. Miałam zamiar w jakiś sposób zareagować jednak ręce i nogi miałam unieruchomione, a różdżkę w kieszeni szaty. Moje wszystkie wysiłki szły na marne, nie było szans na oswobodzenie. Błysnęło światło, to atakujący świecił mi prosto w oczy. Nie dostrzegłam jego twarzy, gdyż rażące światło mnie oślepiało. Moje ciało było jakby związane grubymi linami, z przerażeniem na twarzy próbowałam dostrzec twarz trzymającego różdżkę. Światełko zgasło, słychać było tylko sapanie napastnika. Oczy powoli przyzwyczajały się do wszechogarniającej ciemności. Niewiadomo skąd zamajaczył ciemny kształt przede mną, i poczułam pocałunek na ustach. Był on namiętny i pełen pożądania. Ten człowiek całował me usta, szyję, ciało. Powoli schodził coraz niżej a ja nie mogłam nic zrobić. Ręce wsunął mi pod bluzkę i zaczął delikatnie łaskotać mnie po brzuchu, rozpiął mi guzik, potem jeszcze jeden. Nie oddychałam, nie myślałam, nie czułam. Byłam oszołomiona i zbyt przerażona by cokolwiek zrobić, by temu zapobiec. Wiedziałam tylko jedno, ten ktoś chce mi zrobić krzywdę. Po kilku minutach obmacywania, które dla mnie wydawały się najokropniejszą z możliwych wiecznością, zdjął ze mnie zaklęcie i mogłam się ruszać. Widocznie zamierzał przejść do sedna sprawy. Już nic nie mogę poradzić. Jeż jest po mnie. Nie ma sensu się bronić, to na nic. Pozbawiona nadziei wpatrywałam się w przestrzeń, modląc się o ratunek. Napastnik odczuwając moją uległość, poluźnił uścisk i uwolnił moje nogi. Nie myślałam o tym co robię, zwinęłam jedną pod siebie i machnęłam nią dziko. Trafiłam, przeciwnik zsunął się po mnie jęcząc cicho. Wstałam i na oślep zaczęłam rzucać zaklęcia Difinis, słyszałam ciche stęknięcia co upewniło mnie, że trafiłam.
-Lumos-krzyknęłam I strumień wąskiego światła padł na leżącą na posadzce postać. Aż zaniemówiłam z wrażenia. Był to Johnny Smith. Rzuciłam mu pełne osłupienia spojrzenie, ale on nie patrzał na mnie, trzymał się kurczowo za brzuch. Widząc, że powoli odzyskuje siły i w walce na różdżki nie miałabym szans, odwróciłam się na pięcie wybiegając z przejścia przed zbroję, za która znajdował się korytarz.
Biegłam najszybciej jak mogłam, byleby jak najdalej od tamtego miejsca. Gdy mijałam klasę do transmutacji rozległ się za mną ostry głos Flicha.
-Stój.-nie miałam wyboru, stanęłam jak wryta, wiedząc, że przynajmniej teraz jestem bezpieczna.
-Czy wiesz może która jest godzina?-zapytał z uciechą w głosie.
-Nie mam pojęcia.
-Jest w pół do jedenastej. Czy możesz mi wyjaśnić co ty tutaj robisz? I to w dodatku w takim stanie?
Naturalnie nie wiedziałam jak wyglądam, ale spodziewałam się, że do najprzyjemniejszych widoków na pewno nie nalezę.
-Za mną.-rzucił zadowolony i nucąc coś pod nosem ruszył w kierunku drzwi profesor od transmutacji. Zapukał cicho.
Po kilu sekundach ukazała się profesor w rozpuszczonych włosach w których wyglądała niesłychanie dziwnie. Minę miała srogą jednak nie zaspaną, co oznaczało, że jej nie obudziliśmy, na szczęście.
-Panna Abbott.-stwierdziła
-Dobry wieczór pani profesor-zaczął woźny- Tą uczennicę przed chwilą złapałem na buszowaniu po zamku tuż obok pani klasy.
-A dlaczego przychodzi pan z tym do mnie, panie Flich?-woźny nie potrafił odpowiedzieć sensownie na to pytanie- Z tego co wiem jej opiekunem jest profesor Sprout i to do niej powinien pan się zgłosić.
Spojrzała na niego bystro spod okularów.
-Wybaczy pan ale wolałabym wrócić już do siebie.-oznajmiła po czym stwierdzając, że woźny nie ma jej nic więcej do powiedzenia zamknęła drzwi mówiąc ,,Dobranoc”
Flich bez słowa poprowadził mnie wąskim korytarzem o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Byłam zbyt rozdygotana by zwrócić nań uwagę, trzęsłam się cała, co woźny wziął najwyraźniej za strach przed karą.
-Tak, tak, -mruczał- drżyj sobie, drżyj. Ja już dopilnuję aby porządna kara wynagrodziła ci twoje szwendanie się po zamku.
Stanęliśmy przed zielonkawymi drzwiami z kołatką w kształcie borsuka, Filch bez słowa chwycił ją i zastukał. Czekało go jednak kolejne rozczarowanie tej nocy, profesor Sprout nie było. Zaklną cicho pod nosem i najwyraźniej nie wiedział co zrobić. Wykorzystałam zręcznie sytuację dając drapaka. Było to ryzykowne i głupie, jednak w tamtej chwili nie zważałam na to, w jakie pakuję się tarapaty. Biegłam przed siebie słysząc krzyki woźnego.
-Chodź ze mną na śniadanie.-prosiła mnie przyjaciółka-Przeczuwam, że wczorajszy dzień nie należał do najlepszych. Możesz mi śmiało odpowiedzieć co ci na sercu leży.
Leżałam na łóżku trzymając w w rękach poduszkę. Wiedziałam, że nie mogę jej o tym powiedzieć. Widziałam już jej zbulwersowaną minę i słyszałam jak mi mówiła, bym udała się do profesor Sprout lub samego dyrektora. Dlatego chcąc nie chcąc wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Spojrzałam na swoje odbicie i zobaczyłam zaspaną twarz pełną determinacji. Odwróciłam głowę i przymknęłam oczy, próbując ukryć gromadzące się pod powiekami łzy. Zacisnęłam zęby po czym wyszłam za Su z dormitorium. Wchodząc do Wielkiej Sali dobiegł mnie zwyczajny, codzienny harmider wiecznie towarzyszący życiu szkoły. Za wszelką cenę starałam nie patrzeć się w stronę ślizgonów. Usiadłam na swoim miejscu przy stole puchonów, z postanowieniem udania się do biblioteki, w celu znalezienia kilku ksiąg z dobrymi zaklęciami obronnymi. Moje plany uległy jednak zmianie, gdy w trakcie jedzenia duszonych pieczarek z cebulką, pojawiła się przy mnie Hermiona Granger.
-Wieczorem o ósmej, na siódmym piętrze, naprzeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem i trollami, pierwsze spotkanie grupy samoobrony. Przekaż Susan, Ernie i Justynowi.-powiedziała półgłosem po czym uśmiechnęła się i pomachała mi ręką, jakby tylko po to do mnie podchodziła.
Szczerze ucieszyłam się na wieść o spotkaniu, w końcu tam lepiej będzie mi nauczyć się czegokolwiek, z osobami korygującymi moje błędy. Nie zdając sobie sprawy z tego co robię, utkwiłam wzrok na stół ślizgonów. Po kilku sekundach dotarło do mnie, że Smith ma podbite lewe oko i napuchnięty nos. Uśmiechnęłam się sama do siebie wiedząc, że aby usunąć skutki uroku Difinis należy wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie.
Dochodziła ósma, nie chcąc się spóźnić musiałam przyśpieszyć kroku. Kilka ostatnich metrów podbiegłam. Znalazłam się w umówionym miejscu, jednak nie było tu nic, pusty skwarek ściany.
Zezłoszczona z powodu głupiego żartu Hermiony odwróciłam się na pięcie i niemal dostałam zawału widząc uśmiechniętą twarz rudzielca Rona, wystającą zza drzwi których przed chwilą tu nie było. Gestem zaprosił mnie do środka. Byłam ostatnią osobą która przyszła na spotkanie.
-Drzwi znikają po drugiej stronie po przekręceniu klucza.-usłyszałam jak Hermiona zwraca się do Harry'ego. Na te słowa poczułam ulgę bo wiedza, że robimy coś niezgodnego z regulaminem nie dawała mi spokoju a myśl, że mogliby nas przyłapać napełniała mnie strachem.
-Zastanawiałem się, co powinniśmy najpierw zrobić i...ee...-Hermiona podniosła rękę ku górze.
-Myślę, że powinniśmy wybrać przywódcę.-oświadczyła
Pomyslałam, że chciała by zagarnąć to stanowisko.
-Harry jest przywódcą-odezwała się Cho Chang, patrząc na Hermionę jak na wariatkę.
Zarumieniona kujonka wytłumaczyła, że chodziło jej o wzrośnięcie autorytetu Harry'ego, na co ludzie przestali się na nią patrzeć. Jak przewidywałam, każdy bez wyjątków uniósł do góry rękę.
-Powinniśmy się jeszcze jakoś nazywać.-dodała Granger
Padło kilka propozycji, których nikt nie popadł.
-Grupa Defensyw?-zaproponowała Cho-w skrócie GD więc nikt nie domyśli się o czym mówimy...
-Tak, GD jest dobre-wtrąciła się Ginny, siostra Weasley'a-ale jako skrót od Gwardii Dumbledore'a, bo tego właśnie ministerstwo obawia się najbardziej.
Parsknęła śmiechem i duma rozrosła się w moim ciele. Tak spełniać najgorsze obawy ministra magi, to dopiero coś.
Harry oznajmił, że pierwszym zaklęciem jakie będziemy ćwiczyć będzie Expeliarmus, kazał również dobrać się w pary. Susan spojrzała na mnie z troską i stanęła przy mnie, na co zmierzający ku niej Justyn zrobił kwaśną minę, która zrobiła się jeszcze mniej przyjemna gdy zauważył, że Ernie stanął przy Terry'm. Rozejrzał się po pomieszczeniu iż mściwym uśmiechem podszedł do Luny Pomyluny. Jednak przyjaciółka wcale się tym nie przejęła i odwróciła się do Ju tyłem.
-Dobra... liczę do trzech.- odezwał się Harry-Raz... dwa... trzy...
-EXPELIARMUS-krzyknęłam a niecelne zaklęcie świsnęło koło Su i trafiło w Terry'ego. Spojrzałam na kumpelę I już wiedziałam dlaczego ja nie zostałam rozbrojona. Jej mina wyrażała troskę, co znaczyło, że specjalnie nie użyła zaklęcia. Spojrzałam na nią z wyrzutem, więc w końcu również zaczęła próbować mnie rozbrajać. Pod koniec spotkania umiałam to robić perfekcyjnie. Byłam z siebie niezwykle zadowolona. Pokój GD opuszczaliśmy parkami lub trójkami by nie wzbudzić podejrzeń.
[ 10 komentarze ]
Hogsmeade
Dodała Hannah Abbott Sobota, 30 Sierpnia, 2008, 21:06
Ostatnia wakacyjna notka pisana z myślą o tych, którzy zawsze są ze mną i czytają te wypociny.
Dziękuję:*.
Wpisy w roku szkolnym będą pojawiać się regularnie w soboty lub niedziele, zależy jak mi szkoła na to pozwoli.
Szybko nadszedł dzień wypadu do Hogsmeade, na który oczekiwałam z z niecierpliwością. Po pierwsze spotkanie z Mathew a po drugie organizacja Hermiony Granger, która swoją drogą może być ciekawa. Johnny od tamtego nieszczęsnego listu nie odzywa się do mnie. Nie odpisał na niego a na przerwach udaje, że nie istnieje. Nie chce być potworem ale mi to na rękę, wole by mnie unikał niż bym miała się z nim ściskać bądź całować. Żal mi najbardziej przyjaźni którą utraciłam, bo co by nie gadać przyjacielem był dobrym.
Ustawiłam się razem z innymi w długiej kolejce przy wyjściu z zamku, gdzie Flich sprawdzał na długiej liście czy wszyscy mają pozwolenie. Stałam w grupce przyjaciół to znaczy z Justynem, Susan i Ernie i zastanawiałam ile jeszcze woźny może nas tu trzymać. W końcu po wielu minutach stania i oczekiwania na swoją kolej Flich stanął przed nami i po podaniu nazwisk i odszukaniu ich na liście, ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę wioski. Była 10 30 co oznaczało, że zdążymy jeszcze przed pójściem do Świńskiego Łba, wstąpić do Zonka i może nawet Miodowego Królestwa. U tego pierwszego przeciskając się pomiędzy zachwyconymi uczniami dotarłam do lady by zapłacić za kilka łajnobomb, które warto mieć przy sobie, kulki woskowe które sklejają ci buzię na kilkanaście minut i powodują okropny zapach z ust utrzymujący się przez dobę oraz gryzący kubek, rozgryzający wargę podczas picia. W sklepie ze słodyczami natomiast, kupiłam sobie zapas słodyczy na, jak stwierdziła Susan kilka miesięcy. Oczywiście dla mnie kilka miesięcy może oznaczać najwyżej cztery tygodnie, bo słodycze pożeram w rekordowym tempie. Wśród zakupionych łakoci były: kilkanaście bloków czekoladowych, musów-świstusów, czekoladowych żab, fasolek wszystkich smaków, karmelki gębosklejki i inne tego typu produkty. W końcu obładowani ruszyliśmy w stronę Świńskiego Łba, gdzie byliśmy umówieni z Hermioną. Kilkaset metrów przed gospodą przyłączyło się do nas kilka osób. Upewniwszy się, że zmierzamy ku temu samemu celowi podaliśmy swoje nazwiska i wszczęliśmy miłą rozmowę. Z dala dostrzegłam bliźniaczki Patil znikające w drzwiach pubu, następnie rozmarzoną i wyglądającą na stukniętą krukonkę jak poinformował mnie Ju, była to Pomyluna którą znają już chyba wszyscy, po niej weszliśmy my, to znaczy ja, Su, Ju, Ernie, Katie Bell, Alicja Spinnet, Angelina Johnson, Colin i Denis Creeveyowie.
Gdy wszyscy zajęli już miejsca barman zamarł trzymając w rękach szklankę.
-Czołem-powitał go Fred, stając przy barze-poprosimy o dwadzieścia pięć butelek piwa kremowego.
Barman spojrzał na niego jak na wariata po czym rzucił ze złością brudną szmatę i zaczął wyciągać spod lady zakurzone butelki.
-No to zdrówko-powiedział Fred i zaczął rozdawać butelki-Każdy się zrzuca, nie mam tyle forsy, żeby wszystkim postawić..
Rzuciłam mu roztargnione spojrzenie i uśmiechnęłam się. Ci bliźniacy to naprawdę fajni ludzie, z pewnością dogadaliby się z Mattem. Wyjęłam z portmonetki kilka sykli i rzuciłam na wyciągniętą dłoń Georga.
Gdy gwar zebranych ucichł już nieco z miejsca wstała Hermiona i z nieco zarumienioną twarzą i piskliwym głosem zaczęła przemowę.
-No więc..ee...więc chyba wiecie, po co tu przyszliście. Ee...no więc Harry wpadł na pomysł...to znaczy...-spojrzała szybko na Harry'ego-właściwie to był mój pomysł...żeby ci, którzy zechcą, uczyli się obrony przed czarną magią... to znaczy...prawdziwej obrony, a nie tych głupot, które wciska nam Umbridge-głos Hermiony był teraz o wiele bardziej stanowczy i przekonujący-bo tego nikt nie może nazwać obrona przed czarną magią.-W tym momencie Anthony Goldstein powiedział głośno ,,Brawo”, na co Granger odpowiedziała mu wdzięcznym uśmiechem a Ron rzucił mu zabójcze spojrzenie.-No więc, pomyślałam sobie, że byłoby dobrze wziąć sprawy w swoje ręce.
-Założę się, że chcesz zdać dobrze suma z obrony przed czarną magią, mam rację-przerwał jej, jak dla mnie nieco złośliwie Michael Corner.
-Pewnie, że chcę.-odpowiedziała mu ostro-Ale chcę czegoś więcej, chcę, żebyśmy nauczyli się bronić, bo...bo...-po krótkiej pauzie dokończyła-Bo Lord Voldemort powrócił.
Zadławiłam się piwem kremowym a z moich oczu poleciały łzy, przez kilka dobrych chwil usiłowałam zaczerpnąć powietrza. Wszyscy oprócz Harry'ego i Hermiony zareagowali podobnie.
Następnie głos zabrał jasnowłosy puchon, który jak się później okazało nazywa się Zachariasz Smith i mimowolnie zaczęłam się zastanawiać czy nie ma powiązania z Johnny'm.Powiedział kilka niezbyt miłych słów na temat jego wątpliwości o powrocie Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, na co Harry bardzo się wzburzył. Nie rozumiem po co tu przylazł jeśli jemu nie wierzy?
-No więc...-przemówiła Hermiona po skończeniu dialogu Harry Zachariasz-więc...jak mówiłam...jeśli chcecie się nauczyć obrony, to musimy się zastanowić, jak będziemy to robić, jak często będziemy się spotykać, gdzie będziemy...
-Czy to prawda-przerwała jej Susan która zaskoczyła mnie swoją śmiałością. Oczy utkwiła w Harry'm- że potrafisz wyczarować patronusa?
-Prawda-odpowiedział skromnie Harry
-Cielesnego patronusa?-Nie dawała za wygraną
-Ee... znasz może panią Bones?-zapytał z podejrzana miną.
-To moja ciocia.-pochwaliła się Su- Jestem Susan Bones. Opowiedziała mi o twoim przesłuchaniu. Więc... to prawda? Potrafisz wyczarować patronusa-jelenia?
-Tak-przyznał
Na to słowo kilka osób mruknęło z zachwytem.
Ludzie zachęceni pytaniem Susan sami zaczęli wypytywać go o różne przygody i wyczyny jakich dokonał. Gdy doszli do uratowania Kamienia Filozoficznego z rąk Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać moje oczy zrobiły się najpierw jak dwa galeony a potem wielkie jak dwa kafle.
W końcu po przypomnieniu jeszcze kilku wyczynów Harry'ego, grożeniu Zachariaszowi, śmiesznym stwierdzeniu Luny o dość nietypowej armii Knota i bezskutecznej próbie znalezienia odpowiedniego miejsca do spotkań, Hermiona wyjęła z torby pergamin, pióro i zaproponowała by każdy się podpisał żeby było wiadomo kto był. Wymieniliśmy z Ernie'm spojrzenia, chyba nie mówią nam wszystkiego, ta lista ma pewnie zupełnie inny cel. Bliźniacy i pozostali gryfoni złożyli chętnie podpisy, jednak pozostali ociągali się i w końcu Ernie wypowiedział to o czym sama myślałam.
-No bo... zrozum, jesteśmy prefektami.-zwrócił się do Hermiony- A jakby ta lista wpadła w czyjeś ręce... no, rozumiesz... sama powiedziałaś, że gdyby Umbridge się dowiedziała...
-Ernie, czy ty naprawdę myślisz, że zostawię tę listę na wierzchu?
-Nie. Nie, jasne.-odpowiedział Ernie spokojniejszym głosem-No dobra, podpiszę.
Następnie podpisał się Ju a po nim ja z dziwnym podnieceniem. Bo szerze mówiąc cieszę się, że Hermiona zaufała mi aż tak bardzo by dzielić się taką informacją, a poza tym nie znoszę Umbridge.
Gdy jako ostatni Zachariasz Smith złożył podpis Fred oznajmił, że on, jego brat i Lee Jordan mają coś jeszcze do zrobienia i muszą spadać. Spojrzałam na zegarek znajdujący się na moim przegubie i zerwałam się z miejsca, była 12 01, to znaczy, że się spóźniam. W gazecie dla młodych czarownic przeczytałam kiedyś, że kobieta zawsze powinna się spóźniać na spotkania z chłopkami o mniej więcej pięć minut, jednak ja tego nie chciałam. Wybiegłam przed wszystkimi wymijając zręcznie bliźniaków i wybiegając na dwór. Umówiłam się z Mathew w Trzech Miotłach, gdzie miałam zająć stolik a teraz były na to marne szanse, poza tym miałam nadzieję, że Matt jako pełnoletni kupi mi do picia coś mocniejszego. Chciałabym spróbować na przykład Ognistej Łyski. Wchodząc do lokalu rozejrzałam się szybko, tak jak myślałam wszystkie stoliki były pozajmowane, zrezygnowana chciałam już wyjść na zewnątrz gdy nagle w samym kącie baru dostrzegłam zakapturzoną postać siedzącą samotnie przy niedużym stoliku. Uczniowie patrzyli na nią podejrzliwie i nikt się do niej nie przysiadał. Ruszyłam w jej stronę i zmęczona opadłam na przeciwko.
-Cześć.-powiedziałam wesoło
-Skąd wiesz, że to ja?-wydobył się zdziwiony głos spod szaty
-Czy kiedykolwiek ściągasz ten kaptur?-odpowiedziałam pytaniem
-Ah, no tak.
-Możesz już się go pozbyć, jesteś ze mną i niestety ja mam wymagania.
Zaśmiał się cicho i odsłonił twarz, którą zdobiła nowa blizna na policzku.
-Co to?-zapytałam podejrzliwie, nie wiem dlaczego rozzłoszczona.
-Nic takiego, używam maści zajdzie całkowicie.
Nadal patrzałam na niego z lekkim wyrzutem, ale postanowiłam już milczeć.
-To co tam u ciebie?-zapytałam
-To co zawsze, chociaż muszę wyznać, że bez ciebie mi się nudzi.-spojrzał na mnie tak jakby to była moja wina
-A więc to tak?-rozległ się nade mną głos. Jak na komendę odwróciłam głowę i ujrzałam rozzłoszczonego Johnny'ego.- Rzucasz mnie dla jakiegoś...-spojrzał z politowaniem na Mathew-dupka.
-Nie rzuciłam cię bo wcale z Tobą nie byłam.-powiedziałam ze spokojem- I nie nazywaj go dupkiem.
- Będę nazywać go jak mi się podoba.-wycedził-Zauważyłem, że wolisz towarzystwo gorszych.
-Czy to było o mnie?-odezwał się groźnie Matt. Zaczynało robić się gorąco, musiałam jak najszybciej zapobiec nieszczęściu.
-A jak myślisz?-spojrzał na niego znacząco. Mathew wstał z miejsca a jego twarz wykrzywiona był dziwnym grymasem. Było odrobinę wyższy od Johnny'ego i szerszy w barach, wyglądał imponująco.
-Johnny proszę- zwróciłam się błagalnym tonem do byłego przyjaciela, ludzie z zaciekawieniem przyglądali się tej scenie.
-Prosisz? Ty mnie prosisz? Po tym jak mnie urządziłaś?-zipał gniewem.-Nie masz prawa prosić mnie o nic więcej niż o przebaczenie.
Był rozzłoszczony do granic możliwości, na twarzy pojawiły się wypieki ustępujące po chwili nagłej bladości, jakby przezroczystości skóry. Jego oczy stały się czarne jak dwie wypalone dziury, a usta czerwone jakby cała krew z twarzy się w nich zebrała. Aż zaniemówiłam z wrażenia, przecież to samo działo się ze mną w czasie niekontrolowanych gniewów. Szybko wstałam od stołu i chwyciłam Mathew za ramię.
-Chodź-powiedziałam cicho, ale on patrzył z zainteresowaniem na ślizgona-Wyjdźmy stąd.-nalegałam.
W końcu dość niechętnie Matt ruszył w stronę wyjścia a ja szłam obok niego uczepiona ciepłego ramienia. Nogi same poniosły mnie ku wrzeszczącej chacie, nie myślałam nawet dokąd idę. Byłam oszołomiona przemianą Johnny'ego. Usiedliśmy pod drzewem na ogromnym płaskim kamieniu tuz obok ogrodzenia nawiedzanej chaty i milczeliśmy przez dłuższą chwilę.
-Kto to był?-zapytał patrząc na mnie podejrzliwie
-Nikt.-chciałam zakończyć temat, jednak się nie dało
-Twój były chłopak?-jego twarz nie wyrażała żadnych emocji
-To moja zeszłoroczna miłość, z którą dużo przeszłam. Gdy byliśmy sami było cudownie, a gdy znajdowaliśmy się koło jego przyjaciół pomiatał mną razem z nimi, w końcu to ślizgoni a oni czują się lepsi od innych. Przez wakacje dużo ze sobą pisaliśmy i w końcu mu zaufałam. Zostaliśmy przyjaciółmi. Jednak dosyć niedawno wyznał mi miłosć a ja go odrzuciłam. Nie jestem gotowa na żaden związek.-wyjaśniłam skrótowo
-Żaden?-spytał z naciskiem
Przez chwilę pragnęłam powiedzieć, że na jakiś mam, jednak wybrnęłam z sytuacji innymi słowami.
-Żaden wymuszony.
-A co się z nim działo, tam w tej gospodzie?
-Ja nie wiem, bo to jest dziwne. Mi dzieje się dokładnie coś takiego samego gdy jestem wściekła. Pierwszy raz stało mi to się w Norwegi. Wstrząsnęło mną, że on ma to samo.
-Myślę, że powinnaś pójść z tym do profesora Dumbledore.
-Co?-zapytałam zdziwiona, nawet mi to do głowy nie przyszło
-Mam co do tego pewną teorię, tylko nie wiem czy jest słuszna. Jednego jestem pewien, jest to coś czarno magicznego i osobą która może coś o tym wiedzieć jest twój dyrektor.
-Skąd taka pewność?
-Bo czasami do niego piszę gdy mam jakieś wątpliwości, w każdym razie to wielki czarodziej i wspaniały człowiek. Obiecaj mi, że do niego pójdziesz.
-Ja, nie wiem. Po co mu zawracać głowę kimś takim jak ja? Przecież ma masę innych spraw na głowie.
Mathew na te słowa tylko spojrzał na mnie dziwnie i schylił się po coś na ziemię. W następnej chwili ugodziła mnie kulka błotna w tył głowy. Spojrzałam na niego zbulwersowana a ten tylko uśmiechnął się serdecznie i zaczął ugniatać nowy pocisk. Rozejrzałam się w koło, wyczarował kilka kałuż zapewne by brać z nich błotko. Ukryłam się za drzewem i zanurzyłam ręce w zimnej wodzie. Pomacałam dno i stwierdziłam, że jest piaskowe. Nabrałam pełne garście błota i ruszyłam w stronę Mathew stojącego z dwoma bombami błotnymi. Świst i ledwo uniknęłam pierwszej kulki a już dostałam drugą w dłoń. Teraz przyszło kolej na mnie więc rzuciłam obie na raz by zwiększyć mozliwość trafienia, dostał w lewy bark. Zaczęliśmy się ganiać pomiędzy drzewami zaśmiewając się przy tym jak szaleni. W końcu Matt złapał mnie w ramiona i dotknął moich policzków, myślałam, że chce mnie pocałować więc zrobiło mi się gorąco, ale ten wariat chichocząc natarł mi tylko twarz błotem. Zaśmiewając się chwycił mnie w pół i runęliśmy do największej kałuży. Leżąc w niej cali umazani i mokrzy chichotaliśmy jak opętani delektując się niezwykłością chwili, chociaż była bardzo brudna wiedziałam, że jest wyjątkowa. Popadliśmy w zadumę. Nie wiem o czym myślał, ale ja chciałam byśmy mogli leżeć w tej zimnej kałuży całe życie. Po długich minutach upojnego spokoju nachylił się nade mną i wyszeptał cicho, tak jakby nie chciał niszczyć nastroju.
-Musimy się już chyba rozstać.-no i masz, zespół cały efekt, cały mój bajkowy zamek który zbudowałam przed chwilą w głowie, runął nieodwracalnie.- Jestem umówiony na obiad z dziadkami, a nie chcę by się denerwowali.
Kiwnęłam ze zrozumieniem głową lecz moja mina wyrażała coś całkowicie przeciwnego. Matt pomógł mi wstać i spojrzał z uśmiechem.
Zbliżył się do mnie i przytulił mocno.
-Będę pisał-obiecał i wypuścił mnie z ramion. Potem spojrzał mi głęboko w oczy jakby chciał przez to coś powiedzieć i ruszył między drzewa gdzie obrócił się w miejscu i zniknął pozostawiając mnie samą.
[ 21 komentarze ]
Wbrew sobie.
Dodała Hannah Abbott Środa, 27 Sierpnia, 2008, 22:09
Notkę dedykuję Laurze-Emmie, której obiecałam to już dosyć dawno, pewnie wiesz czego możesz się w niej spodziewać? Następny wpis ukaże się na zakończenie wakacji.
Pozdrawiam.
Pierwsze dni szkoły są naprawdę okropne, zwłaszcza gdy jest się prefektem, istna męczarnia.
Pełno zadań domowych, obowiązków prefekta, gatek na temat egzaminów i spojrzeń ze strony Susan, która o dziwo nie całowała się już na każdym kroku z Justynem. W dodatku ropuszyca Dolores jest okropna, męczy Pottera i nie uczy nas niczego oprócz odpowiadania chórem na jej pytania. Miałam już tego wszystkiego dosyć dlatego bardzo się ucieszyłam widząc na tablicy ogłoszeń karteczkę z datą wypadu do Hogesmade, wyznaczoną na koniec września. Ruszyłam więc w stronę sowiarni z zamiarem wysłania informacji do Mathewa, jednak nawet nie uszłam połowy trasy, gdy drogę zagrodziła mi Hermiona Granger.
-Cześć Hanno,-zaczęła-mam pytanie. Czy chciałabyś uczyć się obrony przed czarną magia poza lekcjami?-spytała na wydechu
-Jak poza lekcjami? Czy profesor Umbridge robi jakieś kółko? Nie, na mnie nie licz.
-Oczywiście, że nie.-zaśmiała się trochę nerwowo i rozejrzała na boki- Chodzi o takie spotkania, na których będziemy uczyć się takiej prawdziwej obrony magicznej a nie tego kitu który wciska nam Umbridge.
-Jeśli tak,- w końcu teraz gdy powrócił Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać dodatkowe zaklęcia nie zaszkodzą-to chcę. Tylko czy to nie jest aby przydatkiem łamanie regulaminu?
-Spokojnie, sprawdziłam to pod każdym względem i nic nie mogą nam zrobić.-odpowiedziała nieco niepewnie-Ernie, Susan i Justyn już o tym wiedzą, się zgodzili. Pierwsze zebranie odbędzie się podczas najbliższego wypadu do Hogesmade w Świńskim Łbie o 11. Wiesz gdzie to jest?
Pokiwałam głową.
-Ile będzie trwało zebranie?
-Nie więcej niż godzinę.
-No dobra. Będę na pewno, dzięki.-powiedziałam i ruszyłam dalej w stronę sowiarni. Najwyżej umówię się z Matem o 12 i wyjdę z zebrania trochę wcześniej.
W końcu po wielu przebytych schodach dotarłam na miejsce. Wzrokiem odszukałam Ariel i przywołałam ją do siebie. Sprawnie przywiązałam króciutki liścik do jej nóżki i długo patrzałam jak odlatuje. Właśnie miałam iść na śniadanie gdy drzwi się otworzyły. Stanął w nich Johnny.
-Hey, szukałem cię wszędzie. Musimy pogadać.-minę miał skupioną i poważną.
-Okey, o co chodzi?-spytałam życzliwie
-Yyy, nie wiem od czego zacząć.-parsknął wymuszonym śmiechem- Hym, od pewnego czasu rozmyślam nad tym, co było w tamtym roku. Pamiętasz może to co wydarzyło się między nami?-nieznacznie pokiwałam głową-W tym roku postawiłem wszystko na jedna kartę. Postawiłem się moim kumplom ze Slytherinu i chcę być z tobą. Co ty na to?
-Ja, ja-nie wiedziałam co powiedzieć, te słowa były dla mnie szokiem-N-nie, nie-e, nie wiem, ja musiałabym to przemyśleć. To, to jest trudne.
-Co?-zapytał szczerze zdziwiony- Dziewczyno czy po tym wszystkim co zrobiłem dla nas, dla ciebie wahasz się jeszcze nad odpowiedzią? Zerwałem znajomość z przyjaciółmi, jestem teraz sam. Nie mam do kogo gęby otworzyć a ty co? Wahasz się jeszcze?
Dotknął mnie ty do żywego. Faktycznie, on myślał o nas w odróżnieniu ode mnie jako o czymś więcej niż przyjaciołach. Więcej? Czy może być coś więcej niż najprawdziwsza, szczera przyjaźń?
-Ja muszę to przemyśleć. Postawiłeś mnie naprawdę w trudnej sytuacji. Ja, ja nie wiem jak to ocenić.
-Jak chcesz.-przemówił teraz już spokojniejszym tonem.-Spotkajmy się o godzinie 17 w bibliotece, tam omówimy wszystko. Dobra?-lekko pokiwałam głową a on zniknął za progiem, pozostawiając mnie oszołomioną. Wszystko wydawało mi się jakby odległe, widziane przez mgłę. Ja naprawdę zapomniałam, że w tamtym roku działy się te wszystkie rzeczy. Te pocałunki, ta akcja w zakazanym lesie. Nie chciałam do tego wracać, kochałam kiedyś Johnny'ego, ale teraz tylko go lubię. Chcę by był moim przyjacielem ale nic więcej. Czuję się winna temu wszystkiemu, może w którymś momencie nie zdając sobie z tego sprawy dałam mu jakiś mały, ledwie zauważalny znak, że liczę na coś więcej niż przyjaźń? Biegiem ruszyłam do pokoju wspólnego. Wylatując z rury wpadłam na Susan, która widząc moje blade oblicze zrobiła przerażona minę i spojrzała na mnie z troską. Czym prędzej pobiegłam w kierunku dormitorium, padając na łóżko i ukrywając twarz w poduszce. Ktoś usiadł na moim łóżko, chwile później przytulając mnie i pocieszając. Była to Su, patrzyła na mnie współczująco i ze spokojem czekała na zwierzenia, które ku mojemu zdziwieniu nastąpiły dość szybko.
-Tak mi przykro, że postawił cię w takiej sytuacji.-powiedziała Su nadal mnie przytulając-Co zamierzasz?
-O to chodzi, że nie wiem.-usiadłam po turecku
-Chyba musisz wiedzieć czy czujesz coś do niego czy nie.
-On jest moim przyjacielem i nie chcę by to się zmieniło.-wyznałam szczerze
-No to chyba wszystko jasne.-podsumowała z uśmiechem Susan
-Nie, nie jest jasne.-krzyknęłam zaskoczona swoją gwałtownością- Nie rozumiesz? On zostawił wszystko, zniszczył swój dotychczasowy świat, poświecił wszystko dla mnie. Liczył na to, że w tym całym bałaganie będę z nim. Nie chcę go ranić, nie chcę go odrzucać po tych jego wyrzeczeniach a gdy mu powiem, że nie chcę z nim chodzić będzie czuł się z pewnością odrzucony. Nie wiem co robić!!!-ostatnie słowa doprowadziły mnie prawie do łez. Doceniałam to co zrobił, jednak czy ma sens związek na siłę? Jeśli z boku będzie ktoś trzeci. Kto trzeci?, przemknęło mi przez myśli i w głowie ujrzałam Mathewa. Oblałam się rumieńcem.
-Kochanie-łagodnie odezwała się Su-nie rób niczego na siłę. Lepiej będzie jeśli powiesz mu co naprawdę myślisz. Nie możesz postąpić wbrew sobie. Nie można dać komuś szczęścia, samemu nie będąc szczęśliwym.
Rozważałam słowa tej dziewczyny. Tej której jeszcze kilkanaście minut temu życzyłam kilku bolesnych upadków ,a teraz czułam, że na nowo jesteśmy przyjaciółkami. To dziwne, pomyślałam, ale zawsze zbliża nas jakaś historia z Johnny'm. Ostatnio też tak było.
-Masz rację. W tym związku nie byłabym szczęśliwa, nie ma szans. Ja nie kocham jego tylko...-urwałam zgorszona i spojrzałam szybko na kumpelę-Zapomnij, sama nie wiem co plotę.
Na kanapę wskoczyła ruda kotka z białawymi pręgami którą dostałam od rodziców przed przyjazdem do szkoły. Nazwałam ją Gessenera, w skrócie Gess. Pogłaskałam ją po łepku a ta przymknęła oczy i zamruczała rozkosznie.
-O nie.-wrzasnęłam-Lekcja zaczęła się już 7 minut temu!!!
-Co?-Su zrobiła przerażona minę-Co mamy pierwsze?
-Umbridge.-odpowiedziałam zrywając się z łózka i chwytając torbę z książkami. Wybiegłyśmy z sypialni. W Pokoju Wspólnym nie było już prawie nikogo, tylko kilku uczniów ze starszych klas siedziało w koncie i odrabiało prace domowe. Pognałyśmy w stronę trzech otworów w ścianie, po chwili biegłyśmy już korytarzem. Wpadłyśmy do klasy obrony przed czarną magią zdyszane i czerwone na twarzy. Czułam w boku przeraźliwy ból, miałam kolkę.
-Przepraszamy za spóźnienie pani profesor.-powiedziałyśmy chórem, tak jak lubiła ropuszyca
-A co się takiego stało kochaniutkie?-odezwała się słodkim, piskliwym, dziewczęcym głosem
-Ktoś zrobił nam psikusa-odpowiedziałam zdenerwowana-przestawił zegarek w sypialni. Zauważyłyśmy to dopiero będąc w Wielkiej Sali, gdzie nie było żywej duszy a jakiś duch powiedział nam, że jest już dawno po dzwonku.-łgałam jak najęta
-Po dzwonku?-zmierzyła nas profesorka- Nazwiska.-rozkazała
-Bones.
-Abbott.-gdy wypowiedziałam swoje jej oczy rozszerzyły się lekko.
-Siadajcie na miejsca.-odezwała się w końcu-Pochowajcie różdżki i wyjmijcie książki, pióra oraz pergaminy. Migiem!
Dwa razy nie było trzeba nam powtarzać, w rekordowym czasie znalazłyśmy się w swoich ławkach.
Na lekcji było nudno jak zawsze przepisywaliśmy oraz czytaliśmy podręcznik, na koniec zadała nam długaśne wypracowanie do domu.
Reszta zajęć minęła bez jakichkolwiek godnych uwagi wydarzeń. Po lekcjach postanowiliśmy odrobić zadania domowe w PW, żeby mieć mniej na później. W końcu nadeszła godzina 16 50 więc z ciężkim, ołowianym sercem ruszyłam w stronę wyjścia.
-Powodzenia.-rzuciła Su i wyszczerzyła żeby w uśmiechu, chcąc dodać mi otuchy, a chłopcy rzucili zaciekawione spojrzenia. Nie wiedzieli gdzie idę.
W bibliotece byłam pierwsza, czekając na Johnny'ego dobierałam w głowie odpowiednie słowa.
Po kilku minutach przyszedł Smith.
Usiadł naprzeciwko przyglądając mi się uważnie, jakby chciał odczytać odpowiedź z mojej twarzy.
Minę miał zdesperowaną i przepełnioną jakby lękiem.
-Nie mogę działać wbrew sobie-zaczęłam, a jego brwi uniosły się nieco w górę- Nie będę Cię okłamywać. Nie chcę-spojrzałam w jego oczy. Był to największy błąd jaki mogłam popełnić podczas naszego spotkania. Jego ślepia wyrażały oddanie i zaufanie, jakby wierzył, że nie zrobię niczego złego, że jestem dobra.-robić nic pochopnie.-dokończyłam, zmieniając końcówkę tego zdania. Miało ono brzmieć tak: Nie chcę cie ranić, ale nie możemy być ze sobą.
-Więc?-spytał ponaglając mnie
-Jestem pełna obaw.
-Niepotrzebnie. W wakacje zdałem sobie sprawę, że kocham Cię, bardzo. Coś zaczynało mi już świtać podczas naszej ostatniej rozmowy w tamtym roku na korytarzu, kiedy zrozumiałem, że najprawdopodobniej już nic do mnie nie czujesz. Ale tak nie jest, prawda?-spojrzał mi głęboko w oczy. Jak ja mam mu powiedzieć, że nic z tego? Przepraszam chłopcze ale niestety to jest prawda, nie czuję już zupełnie nic, może z wyjątkiem miłości braterskiej, chociaż nie znam tego uczucia bo jestem jedynaczką? Jju, ta sytuacja mnie przerosła, moje milczenie było krepujące ale ta jego głupia natarczywość również. Ostatni raz zagłębiłam się w te jego ufne oczy i zaskoczona tymi słowami powiedziałam.
-Jasne, że nie.
-Więc zgadzasz się?
-Na co?
-No, na chodzenie.
-Ach to,-ta wymiana zdań zaczęła mnie z lekka irytować-nie wiem jeszcze, boje się. Daj mi czas do namysłu.
-Chcesz zrobić mi próbę, tak? Czy może się mną bawisz?-zapytał lekko rozzłoszczony
-Nic z tych rzeczy!-zaprzeczyłam- Zrozum, ja nie mogę z miejsca podjąć tak ważnej decyzji.
Oblicze Johnny'ego odprężyło się nieco i na jego twarzy pojawił się uśmiech, zaproponowałam spacer po zamku, z powodu chęci zebrania myśli. Wstaliśmy od stołu i ruszyłam w stronę drzwi a za mną Smith. Szwendaliśmy się po korytarzach szkolnych, rozmawiając i śmiejąc się jak przyjaciele.
-Johnny, muszę już iść do siebie. Nie odrobiłam jeszcze wszystkich zadań, a czas goni.-powiedziałam z nieskrywaną niechęcią. W końcu naprawdę wolałam być z nim tutaj niż się uczyć.
Skierowaliśmy swoje kroki w stronę kuchni. Po chwili stanęliśmy przed Skrzypiącym Benem. Już miałam podejść do niego i wypowiedzieć hasło gdy Johnny pochylił się i złożył na mych ustach nieśmiały pocałunek. Zapomniałam!!! Przecież chodzenie wiąże się również z całowaniem, jeśli tylko. Gorąco mi się zrobiło. Nadal traktowałam Johnny'ego jak przyjaciela i lubiłam jego towarzystwo, ale pocałunki to już gruba przesada. Po chwili znów się przybliżył się niebezpiecznie i pocałował mocniej, dłużej, delektował się naszą bliskością, smakiem moich ust. Zabrakło mi tchu i zakręciło się w głowie. Skamieniałam przestając myśleć. Nie zareagowałam właściwie, co prawda nie oddawałam pocałunków, jednak mogłam to zakończyć, powstrzymać jakoś.
Gdy Johnny już sobie poszedł poczułam się jak dziewczyna, która po jednorazowym wyskoku została złapana w biologiczną pułapkę (dziecko) i teraz bez uczucia musi tkwić w związku wcale tego nie chcąc, chociaż nie, tak czuć może tylko facet. Ratunku, staję się mężczyzną!
-Ciężko było?-spytała Susan gdy tylko pojawiłam się w sypialni.
-Nawet nie wiesz jak.
-I jak to zniósł?
-Uspokoił się.
-Co?- niezrozumiała Su-Uspokoił się bo dałaś mu kosza?
-Nie, uspokoił się całując mnie.
-JAK TO?-wrzasnęła wstrząśnięta po kilku sekundach łapiąc o co chodzi
Opowiedziałam jej wszystko, z drobnymi szczegółami, to co czułam, co zrobił on wpływając na moja decyzję.
-Głupia jesteś.-stwierdziła bez ogródek- Będzie cierpieć i ty też. Lepiej dla niego by było gdybyś mu powiedziała prawdę a nie udawała, że wszystko jest w porządku.
-W końcu jeszcze nie powiedziałam tak.
-Ale dałaś mu nadzieję. Nie rozumiesz, ze teraz odmówić będzie ci coraz trudniej? Pogrążasz się.
Zamarłam wiedziałam, że ma rację. Nie zniosę więcej palących pocałunków Johnny'ego.
-Jutro na pewno mu powiem.-zdecydowałam-Pójdziesz tam ze mną, staniesz w ukryciu i dopóki tego nie zrobię nie pozwolisz mi odejść, okey?
-No jasne, słońce.-uśmiechnęła się
-A jak tam ty i Ju?-zapytałam nieśmiało pragnąc jak najszybciej zmienić temat
-Jakby to powiedzieć? Tkwimy w martwym punkcie.-zaśmiała się
-Kryzys przed małżeński?
Zaśmiewałyśmy się dobre kilka minut. W końcu chcąc nie chcąc poszłam dokańczać lekcje.
Pisząc esej na eliksiry wpadłam na genialny pomysł (przynajmniej taki wydawał mi się z początku). Napisałam do Johnny'ego list, w którym wytłumaczę mu w najłagodniejszy sposób, że nie chcę z nim być.
Oto i on:
Johnny!
Przepraszam, ale nie mogę być Twoją dziewczyną.
Bardzo Cię lubię, jednak jesteś moim przyjacielem i wolę aby tak zostało. Proszę nie gniewaj się
Hanna.
[ 8 komentarze ]
Przepraszam.
Dodała Hannah Abbott Piątek, 22 Sierpnia, 2008, 23:21
Moi drodzy ten wpis dedykuję dla dziewczyn, które są jak wspomniałam wcześniej moim natchnieniem .
Dziękuję:
Eveline
Laurze-Emmie
Margot
Marcie G
Kolejność nie ma znaczenia, po prostu wynika z kolejności komentarzy pod poprzednim wpisem.
31 lipca, godziny wieczorne
Siedziałam nad otwartym kufrem w którym wszystko począwszy od książek skończywszy na skarpetkach dobranych w jednakowe pary leżały na swoim miejscu. Dostałam od Erniego list w którym chwalił się, że również został prefektem. Może to dobrze? W końcu należało mu się, zawsze był taki???? Poukładany. Pytał się również czy spotkamy się na King's Cross aby wspólnie udać się do przedziału prefektów. Napisałam mu kilka słów gratulacji oraz zgodę na propozycję, lecz nawet nie zapytałam o to w jaki sposób dowiedział się o mojej odznace. Pochylając się nad kufrem odpisałam jeszcze na list Johnny'ego który chciał bym usiadła z nim w przedziale, z dala od ślizgonów i tych innych, jak się wyraził. Naturalnie zgodziłam się, przy czym jeszcze napomknęłam o obowiązkach prefekta które dane mi było przejąć.
Do Mathewa nie napisałam jeszcze ani razu. To wszystko, on i wyjazd wydaje mi się snem do którego nie mogę powrócić. Kilka razy czułam ogromną chęć skontaktowania się z nim, ale gdy tylko wyciągałam pergamin ulatniała się bezpowrotnie. Nie wiem co mnie odciągało od pisania do niego, przecież chciałam. Tak boleśnie pragnęłam potwierdzenia, że to wszystko naprawdę się wydarzyło, że nie było złudzeniem lub snem z którego zaraz się przebudzę. Wolałam zapomnieć niż cierpieć z tego powodu. Wiem przecież to głupie, nie mogłam cierpieć skoro to wszystko jest prawdą. Wmawiałam to sobie miliony razy, jednak bezskutecznie bo to, co kłębi się w głowie nastoletniej dziewczyny dalekie jest od normalności.
1 września
Poczułam ciepły oddech na twarzy, coś łaziło po moim łóżku hałasując cicho. Powoli otworzyłam oczy i ze zdumieniem ujrzałam malutkiego kociaka. Był rudy z białawymi pręgami na lśniącym futerku, spojrzał na mnie pięknymi oczami koloru chabru. Zachwycona wyciągnęłam dłoń by go pogłaskać, maluch prychnął zaciekle i drapnął mnie długimi i ostrymi pazurami. Na palcu wskazującym pojawiły się szybciutko kropelki krwi.
-Ty mała gnido!-warknęłam pół żartem, lekko zirytowana zachowaniem kota.
Szybkim ruchem chwyciłam go za grzbiet i przyciągnęłam do siebie. Byłam przygotowana na nowy atak pazurkami, jednak zwierzątko tylko zamiauczało i wtuliło się w mój brzuch. Spojrzałam na nie ze zdziwieniem, po czym zerwałam się z łóżka i chwyciłam przygotowane ubranie, które z pospiechem zaczęłam na siebie nakładać. Była 9 56, co znaczyło, że ZASPAŁAM!
Następne piętnaście minut zapamiętałam jako mieszaninę barw, krzyków i stukot obcasów. Sceną która utkwiła mi w pamięci już całkowicie na spokojnie, było siedzenie w autobusie o nazwie Błędny Rycerz z koszykiem na kolanach i klatką koło nóg. Rodzice siedzieli kilka miejsc dalej.
Nikomu, powtarzam nikomu nie polecam takiego sposobu lokomocji. Kierowca słysząc od taty, że trzeba jechać nieco szybciej, ucieszył się bardzo i wcisnął gwałtownie pedał gazu. Przez całą drogę okropnie trzęsło i co kilka minut leżałam na ziemi. Zrezygnowana zdecydowałam w końcu pozostać na glebie, słuchając jak mama przekonuje obsługę by użyli zaklęcia trwałego przylepca na krzesła a piętro wyżej na łózka.
Po kilkunastu minutach które dla mnie, osoby lezącej na podłodze stały się wiecznością, autobus zatrzymał się gwałtownie a ja uderzyłam głową o przeciwległy bok pojazdu. Z poczuciem wielkiej, niczym nie zmąconej ulgi, wyszłam szybko z Błędnego Rycerza posyłając nieszczęśnikom, który musieli jeszcze tam zostać pełne szczerego współczucia spojrzenia. W trakcie jednego z nich zdawało mi się, że zauważyłam twarz Mathewa. Patrząc tam po raz drugi widziałam postać w długiej szacie z kapturem na głowie. Serce podeszło mi do gardła, zrobiło się gorąco i zabrakło mi powietrza. Odwróciłam się gotowa tam pobiec. W chwili gdy robiłam pierwszy krok coś pociągnęło mnie za rękę i chcąc zachować równowagę musiałam skoczyć ze schodów przed drzwi autobusu. Osoba która wyciągnęła mnie siłą z pojazdu był mój tata, spojrzałam na niego gryzącym spojrzeniem po czym bez słowa skierowałam się za mamą popychającą wózek z moimi rzeczami oraz dwoma zwierzątkami.
Na peronie numer dziewięć i trzy czwarte był ogromny tłum, dym z pociągu gryzł mnie w oczy z których po chwili popłynęły łzy. Mama myślała, że to z powodu odjazdu.
-Och kochanie, nie płacz.-mówiła- Przyjedziesz do nas na ferie świąteczne.
Zirytowało mnie to bardzo. Chciałam się odszczekać ale w tamtej chwili ktoś mnie znowu popchnął I starym zwyczajem straciłam równowagę.
-Uważaj jak-zaczęłam, ale w tym momencie zobaczyłam Johnny'go szczerzącego zęby w uśmiechu.-Cześć, co tam?-zaczął rozmowę, ale wtedy przeszła pomiędzy nami grupka ludzi, a gdy się rozeszli Shmita już nie było. Wzruszyłam tylko ramionami.
-Pa mamo, pa tato-zwróciłam się do rodziców i pozwoliłam na chwilę przytulanek oraz na głośne zawodzenie mamy.
W końcu przepełniona radością i przekonaniem, że teraz może być już tylko lepiej ruszyłam z wiklinowym koszykiem oraz klatką na przód pociągu do przedziału prefektów. Po drodze spotkałam dumnego jak paw Ernie'go który szedł wypinając pierś z przyczepioną odznaką.
Ucieszyłam się gdy zobaczyłam wśród prefektów Hermionę Granger sympatyczną kujonkę z Gryffindor'u oraz Rona Weasley'a piegowatego rudzielca.
Zajęłam miejsce pomiędzy Hermioną i Ernie'm, po czym wstał jeden z naczelnych i zaczął ciągnąć nudny jak gumochłon monolog. Po pierwszym kwadransie zaczęły się ciche rozmowy i muszę się przyznać, że pierwsza odezwałam się właśnie ja.
-Jak tam wakacje Hermiono?-zapytałam
-Hym?-zapytała roztargniona słuchając uważnie przemowy. Westchnęłam z politowaniem.
-Całkiem dobrze.-odpowiedział za nią Ron pochylając się nad jej nogami-A jak u Ciebie? Nie nudziłaś się z nim?-wskazał z chichotem na Ernie'go, który z pół otwartymi ustami, co wyglądało idiotycznie, wpatrywał się w prefekta naczelnego.-To przygłup.
-Ron.-powiedziała z oburzeniem Hermiona
-Nie było tak źle. Nie trzymałam się z patafianami.-odpowiedziałam szeptem, na co Ron popadł w chichot przypominający śmiech, a Hermiona rzuciła mi pełne niedowierzania i wyrzutu spojrzenie. Zrobiłam niewinną minę a ludzie zaczęli się na nas patrzeć i uciszać chichocącego piegusa.
Ronil, to znaczy prefekt prowadzący zebranie zrobił się z lekka purpurowy na twarzy, próbował jeszcze kilka razy wrócić do swojej przemowy, ale widocznie zapomniał na czym stanął. Na jego widok nie wytrzymałam i zaczęłam śmiać się dziko.
-Wyjdź stąd-krzyknął rozhisteryzowany naczelny
Zrobiłam głupią minę i prychnęłam lekceważąco po czym zwyczajnie opuściłam pomieszczenie. Stałam przy drzwiach przedziału patrząc co się dzieje. Prefekt powrócił do swojej przemowy, ale wtedy ktoś inny powiedział coś megaśmiesznego na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet Ronil. Wykorzystałam zręcznie sytuację, weszłam z powrotem i szybko zajęłam swoje miejsce, tylko po to by usłyszeć, że mamy teraz wyjść i patrolować korytarze. Jak najszybciej puściłam się biegiem poprzez ekspres szukając Johnny'ego. Znalazłam go dopiero na szarym końcu pociągu gdzie siedział i czytał książkę. Interesujące.
-Hej
-Czołem-odpowiedział
Usiadłam na przeciwko i czekałam niecierpliwie aż ślizgon schowa żmudną książkę.
Przez całą drogę prowadziliśmy gatkę-szmatkę w której to narzekaliśmy na wakacje, moich przyjaciół, rodziców, znowu na moich przyjaciół i nawet się nie obejrzeliśmy a już wjeżdżaliśmy na peron w Hogsmeade.
Wielka Sala
Hym, pełno jedzonka, pełna swoboda myśli, czyżby to było moje życiowe motto? Kurcze ten dzień jest beznadziejny!!! Liczyłam na ulgę, na poczucie komfortu które jak sądziłam, po powrocie do szkoły mnie ogarnie. Ale nie, wciąż coś mnie gryzie, coś jest nie tak, czegoś mi brakuje tylko nie wiem co to może być.
Takie myśli ciążyły mi od czasu opuszczenia powozów. Otumaniona wkroczyłam do Wielkiej Sali. Starałam się uwolnić od otępienia jakie mnie ogarnęło wsłuchując się w dziwną piosenkę Tiary Przydziału. Niewiele z niej zrozumiałam, było mi jednak zbyt ciężko myśleć o tym dłużej. Następnym wydarzeniem jakie odnotowałam było wystąpienie bardzo małej i w dodatku grubej czarownicy przypominającej żabę.
-Umbridge- krzyknęłam zaskoczona, zwracając na siebie uwagę puchonów
Przecież to przyjaciółka mojej babci, tylko skąd ona się tutaj wzięła?
-Ernie, Ernie-szeptałam gorączkowo do kumpla, słuchającego nudnej jak flaki z olejem przemowy-Co ona tu robi?
-To nauczycielka,-powiedział przejęty-obrony przed czarną magią.
O nie, pomyślałam, jeśli ta baba ma mnie zamiar czegokolwiek nauczyć to muszę uzbroić się w cierpliwość.
Po cudownych słowach powitania, skierowanych do nas przez profesor Umbridge, przez większa część uczniów przespanych (należałam do tej większości) , wstałam od stołu słysząc nad głową słowa prefekta każącego zająć się pierwszakami.
-Hasło to Mandragory.
-Pierwszacy,-krzyknęłam znudzonym tonem-tutaj!
Przede mną ustawił się rządek przestraszonych pierwszorocznych.
-Idziemy-rzuciłam komendę i ruszyłam przed siebie ku drzwiom jadalni. Karzełki podreptały potulnie za mną.
Zatrzymałam się dopiero przed starożytną zbroją, z której wydobył się mrożący krew w żyłach szept.
-Hasło?
-Mandragory.-odpowiedziałam spokojnie.- Nie bójcie się, Skrzypiący Ben lubi postraszyć nowych.- wyjaśniłam pobladłym pierwszakom, którzy z pół otwartymi ustami patrzyli na zardzewiałą zbroję.
Ben odskoczył od ściany z odgłosem w pełni usprawiedliwiającym jego ksywkę, ukazując wielką klapę w podłodze. Otworzyłam ją szybkim ruchem ręki a moim oczom ukazały się trzy okrągłe otwory.
-Są to wejścia do naszego pokoju wspólnego. Należy po prostu wskoczyć w jeden z nich. Nie obawiajcie się-powiedziałam patrząc na grubego malca stojącego obok mnie.- rury same dopasują swą wielkość do użytkownika. Tylko uwaga.-zrobiłam pełną napięcia pauzę- Wiecie, że nasz dom odznacza się uczniami sprawiedliwymi, wiernymi i prawymi wiec gdyby któreś z was, świadomie potępiło którąś z tych cech, np. kłamiąc, rury nie pozwolą wam z siebie skorzystać dopóki nie naprawicie swoich błędów. Innego wejścia i wyjścia z pokoju nie ma.
To teraz po kolei będziecie do nich wskakiwać i czekać na mnie w pokoju wspólnym. Zrozumiano?
Po niepewnych zapewnieniach pierwszaków wskazałam palcem na grubaska trzęsącego grubymi nogami. Zamknął oczy jakby się modlił, zrobił krok do przodu i runął do otworu w podłodze. Po kolei wpuszczałam nowych do dziur a po minucie sama do jednej wskoczyłam. Transport rurami jest bardzo szybki, niemal niezauważalny, w przeciągu sekundy stoisz z powrotem na nogach.
Rozejrzałam się dookoła. Dzieciaki zrobiły tak jak kazałam, stali i czekali na dalsze instrukcje.
-Aby skąd wyjść należy użyć tych trzech otworów- pokazałam ręką przeciwległą ścianę.-Jak niektórzy zauważyli, wylotów rur którymi tu przybyliśmy już nie ma. Jest to zabezpieczeniem przeciwko omyłce. Gdy korzystamy z otworów potocznie zwanych ,,wychodź”, wychodzimy o jakieś 30 stóp dalej niż tutaj wchodziliśmy. Zanim się z wami pożegnam wspomnę jeszcze, że nie można rurami ,,wchodź”(czyli prowadzącymi do PW) stąd wyjść ani na odwrót. No to teraz to już chyba wszystko. Dobra noc.
Zadowolona ruszyłam w stronę marmurowych schodów prowadzących do dormitorium, coraz więcej uczniów zaczęło napływać do Pokoju Wspólnego.
-Aaa zapomniałam, tu są dormitoria dziewczyn-wskazałam ręką na prawo.-a chłopaków na lewo.
Po czym z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku udałam się do swojej sypialni, gdzie czekało ciepłe łóżeczko.
2 września
Siedziałam przy stole, jedząc cieplutkiego tosta z marmoladą i popijając mlekiem, gdy nadeszła poranna poczta. Nie spodziewałam się jakichkolwiek listów, więc omal się nie zadławiłam widząc sowę lądującą przede mną i wyciągającą nóżkę z karteczką. Odwiązałam ją drżącymi palcami, próbując opanować emocjonalne uniesienie.
Cześć.
Nie wiem kiedy u Ciebie kończą się wakacje, ale jak dla mnie to właśnie dobiegły one końca. Obiecałaś napisać przed szkołą, więc czekałem i muszę przyznać, że trochę się zawiodłem.
Ciekawi mnie co aż tak ważnego wydarzyło się u Ciebie, że zapomniałaś o swoim towarzyszu z Norwegi. Liczę na to, że się tego dowiem.
A teraz z innej beczki. Co powiesz o tym abyśmy spotkali się, w tej waszej wiosce koło Hogwartu do której pozwalają wam czasem chodzić? Jeśli myślisz, że to dobry pomysł to powiadom mnie o dacie i godzinie, gdy już się tego dowiesz.
Ściskam Mathew.
Ps.Widzisz dziewczyno co ty ze mną robisz? Przez Ciebie byłem zmuszony napisać najdłuższy list w moim życiu. Mam nadzieję, że było warto.
Ściskam Mathew, ściskam Mathew, błąkało mi się po głowie, spotkali się...spotkali się....
Byłam dziwnie ogłupiona a serce wykonywało miliony bić na sekundę, myślałam, że zaraz wycieńczone stanie. Wyciągnęłam z torby telepiącą się ręką pióro od Mata i kawałek pergaminu, i zaczęłam odpisywać.
PRZEPRASZAM!
Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.
Skończyłam mój rozpaczliwy list na pięćdziesiątym powtórzeniu nie licząc nagłówka.
[ 12 komentarze ]
Żegnaj Norwegio.
Dodała Hannah Abbott Wtorek, 19 Sierpnia, 2008, 18:27
Dziękuję za wszystkie komentarze . Mam pewną propozycję. Co powiecie na to, by każdy z was powiadamiał mnie w komentarzach o swoich nowych wpisach? Jest mi naprawdę ciężko szperać po stronie i sprawdzać czy są nowe wpisy, gdyż goni mnie ograniczenie na komputer. Piszcie w komentach czy się godzicie.
Co do notki przepraszam, że jest taka nijaka. Zdaję sobie z tego sprawę, ale tłumaczy mnie może chodź trochę fakt, że chorowałam (do wczoraj) na grypę żołądkową i co jakiś czas musiałam robić przerwę. Liczę na Waszą wyrozumiałość
Pozdrawiam Nutria.
Strach,-powiedział pewnego dnia Mathew, próbując nakłonić mnie do jednego ze swoich szalonych pomysłów- to grzech pierworodny, wszelkie zło na świecie wynika stąd, że ktoś się czegoś boi.
Nie wiem gdzie usłyszał, bądź przeczytał powyższe zdanie, ale usprawiedliwia ono trochę jego graniczącą z głupotą odwagę. Coś w tym jest bo teraz, ilekroć tylko zaczynam się bać wypowiadam w myślach to zdanie i ogarnia mnie, jakbym wyszeptała jakieś magiczne zaklęcie, spokój i męstwo. Jak się przekonałam w ciągu ostatnich pięciu dni mojego pobytu w Norwegi, te dwie cechy były mi niezmiernie potrzebne. Nie mogłam narzekać na nudę, bo odkąd Mat dowiedział się ode mnie prawdy, to znaczy wie już, że nudzę się tu niemiłosiernie będąc przy tym pokłócona z przyjaciółmi, codziennie wpada do mnie i zabiera do coraz ciekawszych miejsc, gdzie robimy rożne głupoty. Raz to było skakanie z dachu pobliskiej wieży zabytkowej, aby nad sama ziemią Mat podrywał mnie do góry zaklęciem. Przyznam co prawda , że nie prędko zgodziłam się na ten dość drastyczny sposób zapewniania rozrywki. Następnie był to wypad do pobliskiej wsi na jazdę konną, gdzie dano nam ledwo żywe szkapy. Ja jechałam na skarogniadej kobyłce o imieniu Ira, której za żadne skarby nie mogłam wprawić w ruch, a Mat dostał kasztana Galona o ślicznej łysince i pięknych dużych oczach. Po chwili Mathew znudzony popychaniem konia, wyciągną różdżkę i tak, by mugolscy właściciele zwierząt tego nie zauważyli wystrzelił małym snopem iskier obok stworzenia, które przerażone zaczęło brykać, strzelać z zadu, galopować ku zadowoleniu swojego jeźdźca. Co tu dużo gadać Mat jest szalony.
W przeddzień mojego wyjazdu, wieczorem udałam się na króciutkie spotkanie z nowym przyjacielem, by się z nim pożegnać. Ubrałam dosyć ciepło i wyszłam na ulicę lezącą przed moim pensjonatem, stałam tam chwilę czekając na Mathewa.
-Cześć-usłyszałam w uchu szept
-Witaj-odpowiedziałam szybko-Nie mam zbyt wiele czasu, urwałam się tylko na chwilkę pomimo ogromnego zgorszenia mojej matki.-Mat milcząco mi się przyglądał.
-Tak dziwnie się żegnać, no nie?-powiedział w końcu a ja pokiwałam głową- . Mam tu coś dla ciebie, byś nie zapomniała o mnie i czasem napisała krótki list, gdyż długiego pewnie nie przeczytam.-Wyjął z kieszeni śliczne, czarne orle pióro.
-Dzięki. Możesz być pewny, że do Ciebie się odezwę, możliwe, że jeszcze nawet w te wakacje.
-Będę czekać.-odpowiedział. Po tych słowach zapadła przeciągająca się chwila, w której to myślałam w jaki sposób mamy sobie powiedzieć ,,Do widzenia”. W końcu po milionach scenariuszach urojonych w mojej głowie zdecydowałam się na najszczerszy, przyjacielski. Zbliżyłam się do niego, spojrzałam w tę jego dziwną, tajemniczą twarz, wspięłam się na palce I uścisnęłam go po raz pierwszy, czując przy tym silną wieź, która nawet nie wiem kiedy splątała mnie z tym człowiekiem.
-Dziękuję za wszystko,-szepnęłam w nadziei, że będzie wiedział , że mówię to tym czasie który mi poświecił-będziemy w kontakcie.-dorzuciłam
Wyzwoliłam się spod jego ramion, gdyż on po pierwszej chwili zaskoczenia moim zachowaniem odwzajemnił uścisk. Rzuciłam ostatnie pożegnalne spojrzenie na przyjaciela, zastanawiając się ile razy dostane od niego list. W moim życiu często spotykałam na wyjazdach fajnych ludzi, zawsze jednak ta znajomość kończyła się na kilku listach. Błagałam w duchu by ta historia miała inne zakończenie.
-Do zobaczenia-rzucił jeszcze Mat na ostatki, a ja odwróciłam się i wolnym |