Nie wiem jak mam to zacząć...
Głupio się czuję, bo od dawna nie dodałam żadnej notki ani się nie odezwałam...
Nie miałam kiedy, a notka się jakoś nie chciała skleić, brakowało pomysłów.
A te pierwsze miesiące w gimnazjum wcale nie są łatwe jakby się mogło wydawać...
Teraz już idzie lepiej w szkole, ale...
No właśnie.
Rezygnuję z tego pamiętnika...
Nie chcę ciągle sobie myśleć, że "muszę coś napisać, bo dawno tego nie robiłam"...
Mam nadzieję, że nowy właściciel będzie idealnie nadawał się do pamiętnika Lavender Brown
Dziękuję Wam też za te wszystkie komentarze, te dobre jak i złe, że byliście tutaj ze mną.
Pa!
PS. Oczywiście zostaję na stronie, na razie jako komentująca, ale może będę miała kiedyś szansę pisać pamiętnik, w którym będzę wiedziała jak potoczy się zycie bohatera, co chcę napisać i Wam opowiedzieć, będzie częścią mnie...
Piszę te notkę po to aby przekazać Wam dwie wiadomości:
1. Nowa notka będzie w sobotę, napewno.
2. Teraz wszystkie informacje skierowane do mnie proszę wysyłać na nowy adres email: lunalovegood@autograf.pl
Pozdrawiam!
Lucy
7. Turniej Trójmagiczny Dodała Lavender Wtorek, 05 Sierpnia, 2008, 11:29
[fiolet]No i jest nowa notka. Mam nadzieję, że będzie się podobała. A jeśli zauważycie jakieś błędy to napiszcie mi o nich.[/fiolet]
------------
Weszłam do jasno oświetlonej Sali Wejściowej, a potem prosto do Wielkiej Sali, gdzie już siedziało całe grono pedagogiczne bez profesor McGonagall i Hagrida. Oprócz nich do pomieszczenia wszedł także Ludo Bagman, dyrektor Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów w swoim starym stroju drużyny Os i Barty Crouch, dyrektor Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z posępnym uśmiechem. Nagle usłyszałam nad sobą znajomy głos:
- Hej, Lavender!
Obróciłam się i zobaczyłam Freda i George’a Weasley’ów uśmiechających się szeroko. Byli bliźniakami i dosłownie w ogóle nie różnili się niczym, nawet wielkością i rozmieszczeniem piegów na twarzy. Czasami miałam nawet problem i nie wiedziałam, który z nich to Fred, a który George.
- Możemy się dosiąść? – zapytał George i nie czekając na odpowiedź usiadł obok mnie, a Fred obok Parvati, która spuściła szybko wzrok i zajęła się jedzeniem, spod kępki jej ciemnych włosów zauważyłam kawałek czerwonego ucha.
Czy ja o czymś nie wiem?
Gdy gwar rozmów i szumu ucichł, dębowe drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i weszła nauczycielka transmutacji prowadząc lekko wystraszonych a jednocześnie podekscytowanych pierwszoroczniaków. Przed stołem profesorów stał mały, drewniany taboret a na nim spoczywała wyświechtana Tiara Przydziału. Nagle rondo kapelusza rozwarło się i Tiara zaczęła śpiewać wysokim głosem:
Tysiąc lub więcej lat temu,
Tuż po tym, jak uszył mnie krawiec,
Żyło raz czworo czarodziejów,
Niezrównanych w magii i sławie.
Śmiały Gryffindor z wrzosowisk,
Piękna Ravenclaw z górskich hal,
Przebiegły Slytherin z trzęsawisk,
Słodka Hufflepuff z dolin dna.
Jedno wielkie dzielili marzenie,
Jedną nadzieję, śmiały plan:
Wychować nowe pokolenie,
Czarodziejów potężnych klan.
Takie są początki Hogwartu,
Tak powstał każdy dom,
Bo każdy z magów upartych
Zapragnął mieć własny tron.
Każdy inną wartość ceni,
Każdy inną z cnót obrał za swą,
Każdy inną zdolność chętnie krzewi,
I chce jej zbudować trwały dom.
Gryffindor prawość wysławia,
Odwagę ceni i uczciwość,
Ravenclaw do sprytu namawia,
Za pierwszą z cnót uznaje bystrość.
Hufflepuff ma w pogardzie leni
I nagradza tylko pracowitych.
A przebiegły jak wąż Slytherin
Wspiera żądnych władzy i ambitnych.
Póki żyją, mogą łatwo wybierać
Faworytów, nadzieje, talenty,
Lecz co poczną, gdy przyjdzie umierać,
Jak przełamać śmierci krąg zaklęty?
Jak każdą z cnót nadal krzewić?
Jak dla każdej zachować tron?
Jak nowych uczniów przydzielić
By każdy odnalazł własny dom?
To Gryffindor wpada na sposób:
Zdejmuje swą tiarę – czyli mnie,
A każda z tych czterech osób
Cząstkę marzeń swych we mnie tchnie.
Więc teraz ja was wybieram,
Ja serca i mózgi przesiewam,
Każdemu dom przydzielam
I talentów rozwój zapewniam.
Więc śmiało, młodzieży, bez trwogi,
Na uszy mnie wciągaj i czekaj,
Ja domu wyznaczę Wam progi,
A nigdy z wyborem nie zwlekam.
Nie mylę się też i nie waham,
Bo nikt nigdy mnie nie oszukał,
Gdzie kto ma przydział, powiem,
Niech każde z Was mnie wysłucha.*
Rozbrzmiały oklaski i gwizdy, które jednak natychmiast ucichły, kiedy profesor McGonagall powiedziała:
- Kiedy wyczytam ucznia bądź uczennicę ma podejść tutaj – wskazała na taboret i kapelusz – nałożyć Tiarę na głowę po czym udać się do stołu swojego domu.
Na twarzach uczniów pierwszej klasy pojawiło się wielkie podniecenie pomieszane z przerażenie. Dobrze znałam to uczucie.
- Ackerley, Stewart!
Wystąpił jakiś niski chłopiec, dygocąc na całym ciele, włożył Tiarę Przydziału na głowę aż po uszy i usiadł na stołu.
- Ravenclaw! – wrzasnęła Tiara.
Stewart Ackerley zdjął kapelusz i pospiesznie zajął miejsce przy stole Krukonów. Kilka krzeseł dalej zauważyłam Cho Chang, szukającą Ravenclawu, która oklaskiwała Stewarta i Szarą Damę wpatrującą się w nowego ucznia, jej twarz była dziwnie pusta i nic nie dało się z niej odczytać.
- Baddock, Malcolm!
- Slytherin!
Malcolm powędrował na swoich tłustych nóżkach do stołu Ślizgonów z mściwym uśmieszkiem na twarzy i usiadł obok Draco Malfoy’a. Uhh, jak ja go nienawidzę, chętnie bym mu przywaliła w tą jego roześmianą gębę.
- Branstone, Eleonor!
- Hufflepuff!
- Caldwell, Owen!
- Hufflepuff!
- Creevey, Dennis!
Z szeregu wyszedł chyba najniższy chłopiec o mysich włosach w wielkim, sięgającym mu daleko za kostki płaszczu, w którym rozpoznałam płaszcz Hagrida. Dennis cały się trząsł, ale bynajmniej nie z przerażenie, ale z zimna, z włosów ciekła mu woda. Tiara Przydziału chwilę się zastanowiła, gdy założył ją na głowę i opadła tak, że nie było widać kompletnie nic, dopiero jego chudą szyję i wtedy kapelusz po raz pierwszy tego wieczoru krzyknął:
- Gryffindor!
Razem z Parvati zaczęłyśmy głośno klaskać, a Fred i George dodatkowo gwizdali na palcach.
- McDonald, Natalia!
- Gryffindor!
I znowu zaczęłam klaskać. Jak to dobrze mieć nowych uczniów w Gryffindorze.
- Pritchard, Graham!
- Slytherin!
- Quirke, Orla!
- Ravenclaw!
Kolejka nowych uczniów zmniejszała się wyjątkowo powoli, zdaję mi się, że w tym roku jest ich trochę więcej. I wreszcie, kiedy Whitby, Kevin trafił do Hufflepuffu, profesor McGonagall zabrała Tiarę oraz stołek i umieściła je w kącie Wielkiej Sali, obok drzwi prowadzących do Izby Pamięci. Następnie powstał profesor Albus Dumbledore, odchrząknął i powiedział tylko jedno słowo:
- Wsuwajcie!
I natychmiast stoły czterech domów ugięły się pod ciężarem najbardziej wytrawnych i wybornych potraw. Nie wiedziałam za co się zabrać, więc nałożyłam wszystkiego co było najbliżej po trochu. Parvati zrobiła podobnie. Niewiele rozmawiałyśmy, byłyśmy tak głodne, w pociągu nie miałyśmy czasu zjeść swojego drugiego śniadania. Spojrzałam po naszym stole w poszukiwaniu Harry’ego, Rona i Hermiony. Zapomniałam ich się zapytać dlaczego profesor Remus Lupin zrezygnował ze stanowiska nauczyciela obrony przed czarną magią? Hm… Parvati coś o tym wspomniała..
W końcu talerze zalśniły czystością i profesor Dumbledore wstał i rozejrzał się po Wielkiej Sali, po czym odchrząknął i powiedział:
- Witam Was w nowym roku szkolnym. Mam nadzieję, że wszyscy się najedli i napili.
Profesor Lupin zrezygnował z posady nauczyciela obrony przed czarną magią, dlatego przedstawiam Wam profesora Alastora Moody’ego, który zajmie jego stanowisko.
- Moddy, ten auror? – zapytał Seamus Finnigan, który siedział dwa miejsca ode mnie.
- Taak. – odpowiedział George. – Ojciec bardzo go lubi, ale ludzie mówią, że kompletnie zbzikował, dlatego odesłali go na emeryturę. Nie potrafił odróżnić zwykłego uścisku dłoni od usiłowania morderstwa. Sam zapełnił połowę, jak nie więcej cel w Azkabanie i tym sposobem narobił sobie mnóstwo kłopotów.
Przyjrzałam się bliżej nowemu nauczycielowi. Jeszcze żaden nie wytrzymał dłużej niż rok, jeden umarł, drugi postradał zmysły, a trzeci odszedł, a skoro George mówił, że kompletnie mu się pomieszało to czy da radę nauczyć nas czegoś?
Profesor miał na sobie ciemnoszarą szatę, spod której pod stołem wystawała drewniana noga. Jego włosy były już siwe, gdzieniegdzie tylko można było dostrzec pasma ciemniejszych włosów. Brakowało mu sporej części nosa, jakby utracił ją w potyczce z jakimś śmierciożercą. Na twarzy miał wiele szram i szerokich blizn, które się rozciągały jeszcze bardziej, gdy tylko Moody próbował się uśmiechnąć. Ale tym co najbardziej przykuwało uwagę w jego dość nietypowym wyglądzie były oczy. Jedno było małe, szare i wpatrywało się najwyraźniej w złoty kielich przed sobą. Natomiast drugie było całkiem inne. Duże z niebieską tęczówką obracało się szalenie w oczodole, tak, że co jakiś czas samo białko. Miałam niemiłe przeczucie, że on widzi wszystko co tylko zechce i nie tylko przed sobą, ale i za.
- Wygląd to ma nie bardzo? – mruknął Fred, zauważając mój wyraz twarzy, który teraz okazywał obrzydzenie, bo oko znowu obróciło się do tyłu. – Ale to był najlepszy auror jakiego dotąd miało Ministerstwo Magii. Nic dziwnego, że jego wygląd tak się zmienił po tylu pojedynkach.
- Jak co roku przypominam wszystkim uczniom, że wstęp do Zakazanego Lasu jest absolutnie zabroniony, a uczniowie pierwszej i drugiej klasy nie mogą odwiedzać Hogsmeade. Z najwyższą przykrością muszę także powiedzieć, że w tym roku szkolnym nie będzie międzydomowych rozgrywek o Puchar Quidditcha. – przez salę przebiegł jęk zawodu i gniewu. – A nie będzie ich, gdyż w tym roku w Hogwarcie odbędzie się. – tu zrobił pauzę i omiótł spojrzenie każdy stół domu – Turniej Trójmagiczny!
- Co? – wrzasnęli jednocześnie bliźniacy, podrywając się z krzeseł.
Turniej Trójmagiczny? Ale..Ale to, przecież niemożliwe. Tata opowiadał mi kiedyś o takim turnieju, odbył się w jego siódmej klasie.. Niestety zakończył się nieszczęśliwie. Zginęła jego najlepsza przyjaciółka (nie mówię to oczywiście o mamie), a turniej wygrał jego największy wróg. Ale teraz w Hogwarcie? Po tylu latach? To jest nielogiczne.
- Tak. – odpowiedział Dumbledore. – Turniej Trójmagiczny. Dla tych którzy nie wiedzą, pozwolę sobie na krótkie wyjaśnienie. Turniej Trójmagiczny to przede wszystkim wspaniałe widowisko. Otóż pierwszy turniej odbył się jakieś siedemset lat temu, jako przyjacielskie współzawodnictwo trzech największych w Europie szkół magii i czarodziejstwa: Hogwartu, Beauxbatons i Durmstrangu. Każda szkoła wybierała swojego reprezentanta, a owych trzech reprezentantów rywalizowało między sobą w trzech magicznych zadaniach. Turniej odbywał się co pięć lat, po kolei w każdej szkole, i w powszechnej opinii był znakomitą okazją do zadzierzgnięcia trwałych więzi między młodymi czarownicami i czarodziejami różnych narodowości. Niestety, ofiar śmiertelnych było tyle, że w końcu zaprzestano organizować turnieje.
Coś skręciło mi się w brzuchu tworząc niemiły ucisk, a Parvati wytrzeszczyła oczy.
- W ciągu wieków podejmowano próby powrotu do tradycji turnieju, ale żadna się nie powiodła. Nasz Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i Departament Czarodziejskich Gier i Sportów uznały jednak, że nadszedł czas na jeszcze jedną próbę. Pracowaliśmy ciężko przez całe lato, by mieć pewność, że tym razem żaden mistrz nie znajdzie się w śmiertelnym zagrożeniu. Dyrektorzy Beauxbatons i Durmstrangu przybędą do nas w październiku z listami kandydatów i zostaną u nas do końca roku szkolnego, a wybór trzech reprezentantów odbędzie się w Noc Duchów. Niezależny sędzia osądzi, którzy uczniowie najbardziej zasługują na to, aby współzawodniczyć o Puchar Turnieju Trójmagicznego, chwałę swojej szkoły i tysiąc galeonów.
Na twarzach Freda i Georga Weasley’ów pojawił się wyraz wielkiego zdziwienia i natychmiast obaj syknęli:
- Wchodzę w to.
- Jednakże, w tym roku postanowiliśmy zmienić trochę zasady turnieju. – ciągnął Albus Dumbledore. – Wyjaśni nam to pan Barty Crouch. – wskazał ręką na nadal posępnego dyrektora departamentu, który wstał powoli i przemówił dziwnym, melancholijnym głosem:
- W tym roku ulegnie zmianie tylko jedna rzecz. Wprowadzamy ograniczenie wiekowe kandydatów na reprezentantów, a więc żaden uczeń poniżej siedemnastu lat nie może wziąć udziału w Turnieju Trójmagiczny i żadne sprzeciwy tego nie zmienią. – dodał, bo po Wielkiej Sali przebiegł szum oburzenia, sprzeciwu i złości.
Zauważyłam, że Malfoy krzyczał chyba najgłośniej przy swoim stole, zrobił się biały na twarzy i ręce zacisnął w pięści. Natomiast Parvati Patil siedziała nadal spokojnie wpatrując się tylko w braci Weasley’ów, którzy przewrócili swoje krzesła i wymachiwali pięściami ze złości. W tłumie Gryfonów, co wcale nie było takie łatwe, zważając na to co aktualnie robią, wypatrzyłam Harry’ego, Rona i Hermionę. Hermiona podobnie jak moja przyjaciółka siedziała grzecznie na swoim miejscu, próbując uspokoić Rona, który wymachiwał swoim widelcem z kiełbasą. Natomiast Harry był jakby zamyślony, w innym świecie… Ciekawe o czym tak myśli.. O mnie? Może.. Nie, no co ja sobie wyobrażam, na pewno nie. A jeśli? To byłoby super.. No widzisz. Co? Podoba Ci się. Nie, kłamiesz.
I tak spierałam się z moim wewnętrznym głosem, że nawet nie zauważyłam, że gwar na Sali ucichł, wszyscy usiedli, a dyrektor Hogwartu coś mówił:
-…Osobiście dopilnuję by żaden uczeń bądź uczennica poniżej siedemnastu lat nie mogli zgłosić się do turnieju. Więc Ci którzy mogą i chcą zawalczyć o chwałę swojej szkoły, niech do czwartkowej nocy wrzucą pergamin z imieniem, nazwiskiem i nazwą szkoły do niezależnego sędzi, którym jest.. Panie Filch, proszę.
Woźny Argus Filch, który podczas Ceremonii Przydziału i przemowy Dumbledore’a stał w końcu Sali, trzymając w rękach swoją kotkę Panią Norris. Teraz położył ją gwałtownie na ziemi i wyszedł na chwilę z Wielkiej Sali by wrócić z czterema nieznanymi mężczyznami, których nigdy w życiu nie widziałam, niosących takie jakby… trofeum przykryte aksamitnym materiałem. Postawili je tuż przed Dumbledore, który wypowiedział tylko jedno zdanie:
- Oto Czara Ognia, niezależny sędzia Turnieju Trójmagicznego.
I wtedy z tej czary buchnął ciemnoniebieski płomień i rzucił światło na coś mniejszego co dopiero teraz zostało przyniesione (tym razem przez jednego mężczyznę). Dumbledore widząc nasze zaciekawione spojrzenia machnął krótko różdżką i moim oczom ukazał się wspaniały błękitny puchar z srebrnym napisem „Turniej Trójmagiczny”. Był piękny.
- Oto puchar turnieju, który otrzyma zwycięzca. Myślę, że to już wszystko, więc życzę wszystkim dobrej nocy! Zmykajcie!
Rozległo się szuranie krzeseł i gwar podnieconych rozmów. Wzięłam Parvati Patil za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia, by po chwili wspinać się po marmurowych schodach na siódme piętro.
- Turniej… Łał.. Tysiąc galeonów.. – mówiła szeptem, choć ją doskonale słyszałam.
- A co chciałabyś się zgłosić? – zapytałam ironicznym tonem.
- No pewnie!
Dalej szłyśmy w milczeniu.
- Jakie jest to hasło? – zapytałam.
- Eee… Banialuki?
- Zgadza się. – powiedziała Gruba Dama i wpuściła nas do Pokoju Wspólnego Gryfonów, w którym huczało jak w ulu.
Wszyscy rozprawiali o Turnieju Trójmagicznym, a my skierowałyśmy się do sypialni dziewcząt, która na szczęście była pusta. Pewnie Hermiona siedziała na dole razem z Harrym i Ronem. Przebrałam się w piżamę i weszłam do ciepłego łóżka. Parvati zrobiła to samo i przez kilka minut leżałyśmy w ciszy wsłuchując się w szum wiatru na dworze. Po chwili odezwałam się:
- Parvati..
- Hm?
- Czy Ty no wiesz… - nie widziałam jak to powiedzieć.
- Co wiem?
- No to.. no wiesz.. Czy Tobie podoba się Fred?
Udało się, powiedziałam to.
- Mi? Niee.. Coś Ci się wydawało.- odpowiedziała i z trudem powstrzymała ziewnięcie. – Możemy iść spać?
- Nie. Wcale mi się nie wydawało, zrobiłaś się cała czerwona, kiedy usiadł obok Ciebie. To też mi się zdawało? – nie odpowiedziała. – Parvati?
No tak, zasnęła. Pff. A mi się jednak wydaje, że ona coś do niego czuje, chociaż jest od niej o dwa lata starszy, a zawsze mi mówiła, że chciałaby mieć faceta w swoim wieku. Ja chyba nigdy jej w tych sprawach nie zrozumiem. Trudno. Muszę jutro odwiedzić profesor Trewlaney, może ona mi coś powie?
6. Podróż do Hogwartu Dodała Lavender Niedziela, 27 Lipca, 2008, 15:16
[fiolet]Przepraszam Was za tak długą nieobecność. Nie będę się tłumaczyć, ale obiecuję, że notki będą się odtąd pojawiały najpóźniej co tydzień.
Zapraszam do czytania i wyrażania swoich opinii.[/fiolet]
----------------
- Lavender! Wstawaj już tak późno.
Przetarłam zmęczone oczy i zobaczyłam przed sobą moją przyjaciółkę Parvati. Za oknem dopiero zaczęło świtać, ptaki śpiewały już swoje poranne koncerty, a wiatr kołysał spadającymi liśćmi. Dzisiaj był pierwszy września, a więc dzień, w którym miałam jechać po raz już czwarty do Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Tym razem bez żadnych większych (próbowałam założyć bluzkę na lewą stronę) problemów znalazłam się na dole w kuchni, która także pełniła funkcję jadalni. Na śniadanie była pyszna jajecznica, taką jaką lubię z boczkiem i ciepła herbata z cytryną. W pewnej chwili usłyszałam szum skrzydeł i przez otwarte okno wleciała miodowa sowa z egzemplarzem „Proroka Codziennego”, pan Patil wrzuciła jej do woreczka pięć knutów i zanurzył się w lekturze. Z pierwszej strony nadal widniał Mroczny Znak, choć już trochę mniejszy, a obok niego zdjęcie dwóch ludzi ubranych w stare łachmany. Spojrzałam na artykuł:
NOWE PODEJRZENIE W SPRAWIE MROCZNEGO ZNAKU! Podczas tegorocznych Mistrzostw Świata w Quidditchu, które wygrała Irlandia, pojawił się po raz pierwszy od ponad trzynastu lat Mroczny Znak, znak Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Nikt do tej pory nie miał pojęcia, kto to mógł zrobić, ale Dzisiaj sprawa się trochę rozjaśniła. Otóż dopiero dzisiaj zauważono, że rodzeństwo July uciekło z Azkabanu. Dokładnie w dzień Mistrzostw Świata, co już jest dosyć dziwne, ponieważ tylko jednej osobie udało się uciec jak dotąd z więzienia a był nim seryjny morderca Syriusz Black. „Podejrzewamy, że to właśnie któreś z nich wyczarowało Mroczny Znak, gdyż należeli oni do ścisłego grona zwolenników Sami-Wiecie-Kogo. Dlatego prosimy całą społeczność czarodziejów o ostrożność do momentu złapania więźniów” (więcej na str.11)
No nareszcie jakieś konkrety! Od kilku tygodni mówili, że już są na tropie złapania sprawy, a tu nic. Pewnie wtedy jeszcze nie wiedzieli kto to zrobił.
- Lavender, spakowałaś wszystko? – zapytała pani Patil nakładając mi na talerz cztery parówki.
- Muszę jeszcze tylko włożyć do klatki Albinka i schować pamiętnik. – uśmiechnęłam się szeroko.
Przez ten czas odkąd mój tata przysłał list (którego nie powinnam była czytać) nie było od nich żadnych wieści, co mnie trochę zastanawia, ale nadal jestem na nich zła. W następnej sekundzie przez okno w kuchni wleciała duża brązowa płomykówka z listem w dziobie, który wyjął pan Patil. Sowa od razu wyleciała z powrotem. Dokończyłam swoje śniadanie akurat w momencie, kiedy do pomieszczenia weszła Parvati w dżinsach i niebieskiej bluzce.
- No to mamy szczęście. – rzekł tata mojej przyjaciółki. – Nie musimy tłuc się metrem, przyślą nam samochód z Ministerstwa.
- To dobrze. Nieźle byśmy wyglądali w mugolskie środku transportu z królikiem, sową i wielkimi kuframi. – zaśmiała się Gryfonka, siadając przy stole i biorąc do ręki kanapkę z szynką.
- To ja może pójdę się skończyć pakować. – powiedziała i wyszłam.
Pokój, w którym sypiałam znajdował się na pierwszym piętrze przy samym końcu korytarza. Był on niewielki z seledynowymi ścianami o bladożółtym sufitem. Okna wychodziły na wschód, na podwórze przed domem. W kącie stało hebanowe łóżko z baldachimem, należące kiedyś do babci Parvati. Pościel na nim była rozrzucona, nie zdążyłam jej poskładać. Przy drugiej ścianie stało drewniane biurko z mnóstwem szufladek i zieloną lampką. Obok stała wielka szafa, w której trzymałam ubrania i buty. Teraz była już pusta, ale nadal piękna. Spojrzałam jeszcze raz na widok przed oknem i zauważyłam jakąś kobietę w szarej szacie, która spoglądała na dom państwa Patil. Spod kaptura wystawały kosmyki jasnych prostych włosów i mały lekko zadarty do góry nos. Była mi dziwnie znajoma.. Moje rozmyślania nad tą postacią przerwała Parvati wbiegając do mojego pokoju z kanapką w ręku i mówiąc z pełnymi ustami:
- Kav, m…lucimy juź wydodzidź, pospliesz się.
- Eee… - nie bardzo rozumiałam jej słów. – O co Ci chodzi?
Parvati pokazała mi gestem ręki, żebym zaczekała aż przełknie jedzenie i powiedziała:
- Lav, musimy już wychodzić, pospiesz się.
- Dobrze, zaraz zejdę na dół.
Kiedy to powiedziałam, przyjaciółka kiwnęła głową i wyszła w stronę sypialni, zapewne sprawdzić czy niczego nie zapomniała. Ja w tym czasie wrzuciłam pamiętnik na sam wierzch do kufra i poszłam poszukać Albinka. Króliczek siedział za biurkiem i skubał stare, złamane pióro.
- Chodź do mnie, Albinek. – powiedziałam szeptem wyciągając dłoń w jego stronę, na której leżała świeża marchewka. – Jedziemy do Hogwartu. No chodź.
W końcu, po jakiś dwóch minutach Albinek skusił się na posiłek i dał się wsadzić do klatki. Omiotłam jeszcze wzrokiem pokój, w poszukiwaniu jakiejś zapomnianej rzeczy, ale wyglądało na to, że wszystko zabrałam. Zeszłam ze schodów, ciągnąć za sobą kufer, a w ręku trzymając klatkę z Albinkiem. Chyba wiedział, że jedziemy do Hogwartu, bo wyczytałam z jego twarzy szeroki uśmiech.
- Gotowa? – zapytała pani Patil stojąc w drzwiach z różdżką w prawej dłoni.
Pokiwałam głową i ruszyłam przez żwirową ścieżką w kierunku samochodu. Był ciemnoniebieski i nieduży. Usiadłam z tyłu razem z Parvati na miękkich, błękitnych siedzeniach, kładąc sobie na kolanach klatkę z króliczkiem. Droga na dworzec była niezwykle nużąca, słuchaliśmy jakiś piosenek w radiu i żuliśmy gumy balonowe. Na King Kross zajechaliśmy o 10.20. Pan Patil udał się po wózki, a my zaczekałyśmy przed wejściem obserwując spieszących się ludzi i ich rodziny.
- Już jestem. – zawołał do nas tata Parvati, machając ręką.
Podeszłyśmy do niego i sprawnym ruchem załadowaliśmy kufry i podręczny bagaż na wózki. Między peronem 9 a 10 zauważyłam Harry’ego Pottera, Hermionę Granger i Rona Weasley’a.
- Hej! – powiedziałam podchodząc bliżej.
- Jak się masz Lavender? – zapytała Hermiona spoglądając na swojego kota Krzywołapa.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Szkoda, że profesor Lupin nie będzie uczył już nas w tym roku.. – jęknął Ron, kiedy całą gromadą szukaliśmy wolnego przedziału.
Ja też strasznie polubiłam profesora Remusa Lupina, choć nie wiedziałam czemu zrezygnował. Może Harry coś wie?
Wolny przedział znaleźliśmy na końcu trzeciego wagonu. Kiedy Ron pomagał Parvati włożyć kufer na górę, ja zatrzymałam się i popatrzyłam na nich po kolei. Nie byłam pewna czy mogę z nimi usiąść. Zwykle siedzieli we trójkę, bez Parvati. Hermiona chyba wiedziała o czym myślę, bo powiedziała:
- Lavender, na co czekasz? Chodź.
Weszłam powoli i zajęłam miejsce przy oknie naprzeciwko Harry’ego. Miał na sobie rozciągniętą, szarą koszulkę i wytarte na kolanach jeansy. Pod grzywką czarnych włosów można było dostrzec jego legendarną bliznę w kształcie błyskawicy.
Pierwszym tematem było oczywiście wydarzenie na Mistrzostwach.
- Czytaliście ten artykuł w Proroku? – zapytałam, grzebiąc w torbie w poszukiwaniu owego egzemplarza. – Jest.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Najpierw Black, teraz July… - zamyśliła się Parvati. – Może oni rzeczywiście mają coś ze sobą wspólnego.
- Nie. – odpowiedziała stanowczo Hermiona.
I w tej właśnie chwili drzwi przedziału się otworzyły i stanął w nich niski chłopak, Neville Longbottom.
- Mogę się dosiąść? – zapytał.
- Jasne. – odpowiedział Harry robiąc mu miejsce koło siebie.
Pociąg miał ruszyć za kilka minut, gdy nagle Hermiona krzyknęła patrząc w okno:
- Lav, czy to nie twoi rodzice?
Serce zabiło mi mocniej, kiedy wyjrzałam przez okno.
Tak to byli oni. Matka ubrana w niebieską sukienkę i granatową pelerynę gorączkowo przeszukiwała okna pełne uczniów. Ojciec natomiast spoglądał nerwowo na tłum spóźnionych dzieci krzątających się po peronie. W końcu mama krzyknęła:
- David, tu jest!
Miałam zamiar oderwać twarz od szyby, ale jednak tego nie zrobiłam. Zamiast tego delikatnie opuściłam okno i wychyliłam się w kierunku mamy, która ze łzami w oczach i uśmiechem na twarzy wpatrywała się we mnie. Po chwili obok niej stanął ojciec wyciągając swoją dłoń w moją stronę. Nie bardzo wiedząc czy powinnam to zrobić, uścisnęłam ją mocno i powiedziałam:
- Co Wy tu robicie?
- Przyszliśmy odprowadzić córkę. – odpowiedziała mama.
Nie wiedziałam co dopowiedzieć, na szczęście pociąg gwizdnął i zaczął po woli ruszać.
- Powodzenia w Hogwarcie. Ten rok będzie naprawdę wspaniały, zobaczysz! – zawołał jeszcze tata, machając ręką.
Parvati spojrzała na mnie podejrzliwie, kiedy odwróciłam się od okna i opadłam na swoje miejsce. Chcąc nie dopuścić do krępujących pytań, dlaczego moi rodzice mnie nie przywieźli itp., powróciłam do poprzedniego tematu rozmowy.
- Czemu sądzisz, że Black nie ma nic wspólnego z tym rodzeństwem, Hermiono?
- No bo.. – zamyśliła się. – Po prostu to wiem. Może dlatego, że rodzeństwo nigdy nie było po stronie Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
- To dlaczego w takim razie trafili do Azkabanu?
Odpowiedzi podjął się Ron.
- Z tego co tata mi opowiadał, w Hogwarcie należeli do Hufflepuffu. Potępiali czarną magię, i dlatego po ukończeniu szkoły założyli wraz z przyjaciółmi założyli nielegalne stowarzyszenie działające przed Sami-Wiecie-Kim. Kilka lat później wynaleźli nowy sposób przyrządzania dosyć skomplikowanego eliksiru. Sami-Wiecie-Kto, gdy się o tym dowiedział, zapragnął mieć kogoś z tej grupy i wybrał przywódców. Próbując wyciągnąć od nich informacje, stracił kilka ze swoich sługów. Między innymi pradziadka Malfoy’a. A on był jednym z najlepszych, specjalizował się w rzucaniu zaklęcia Cruciatus. To właśnie oni pozbawili go życia na oczach kilku mugoli. Ministerstwo, które w tych czasach za każde morderstwo wsadzało do Azkabanu, nie zrobiło wyjątku mimo iż działali w słusznej sprawie. Więc po co Black miałby im pomóc skoro – tu zawahał się i spojrzał ukradkiem na Harry’ego – działali po dwóch innych stronach.
- A co to był za eliksir? – zapytała Parvati wpatrując się w Rona.
- Taki, który pozwalał stać się niewidzialnym, bez użycia żadnych przedmiotów typu peleryna-niewidka. Sama-Wiesz-Kto, chyba bardzo tego potrzebował, ale nadal zastanawia mnie fakt, dlaczego? Przecież był najpotężniejszym czarnoksiężnikiem, wszyscy się go bali.
Po opowieści Rona zapadła kilkunastominutowa głucha cisza, którą przerwała czarownica zaglądająca do naszego przedziału.
- Coś z wózka, kochaneczki?
Pogrzebałam w kieszenie i znalazłam kilka srebrnych syklów. Podeszłam do czarownicy i wybrałam Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta, Gumę Balonową Drooblesa i paszteciki dyniowe. Podczas gdy zajadaliśmy się smakołykami, Harry zapytał:
- Czy wiecie cos na temat tego czegoś niezwykłego, co ma się w tym roku wydarzyć w Hogwarcie? Percy cały czas mówił o czymś takim, a pan Weasley nic nie chciał powiedzieć.
Pokręciłam głową, ale przypomniałam sobie słowa taty: „Ten rok będzie naprawdę wspaniały, zobaczysz!” Przez resztę drogi próbowaliśmy odgadnąć co to ma być. W końcu za oknem zrobiło się ciemno i zaczął wiać lekki, miły wiaterek. Przebraliśmy się w szkolne szaty i ustawiliśmy się przed wyjściem z wagonu.
- Jak to dobrze znowu znaleźć się w Hogwarcie. – pomyślałam, wysiadając.
Nad głowami uczniów rozległ się głos gajowego, Hagrida:
- Pirszoroczni, do mnie!
Harry, Ron i Hermiona pobiegli do niego, a ja z Parvati i Nevill’em wsiedliśmy do powozu, który zawiózł nas pod wrota zamku.
-------------
Przepraszam także za wszystkie blędy jakie są, ale nie sprawdziałam tej notki.
PS. U Lily Potter wpis pojawi się jutro.
5. List od pewnego pana, którego nie chcę znać. Dodała Lavender Sobota, 15 Marca, 2008, 13:11
[zloty]Przepraszam, za taką długą nieobecność. Teraz notki będą pojawiały się częściej, bo mam nowe pomysły. Już was nie zanudzam i zapraszam do czytania. Ja osobiście nie jestem zbytnio zadowolona z tej notki, ale to Wa nilicznym komentującym i czytającym zostawiam to zadanie (ocenienie tej noci). Przepraszam także za wszystkie błędy.[/zloty]
----------------------
Siedziałam akurat przy stole w kuchni państwa Patil zajadając się płatkami czekoladowymi z mlekiem, kiedy do pomieszczenia wleciała brązowa duża sowa. Okrążyła kuchnię, upuściła list na kolana taty Parvati i wyleciała, zostawiając po sobie duże pióro. Pan Patil oderwał wzrok od „Proroka Codziennego” i rozpakował kopertę. Wypadł z niej maleńki skrawek papieru. Wiedziałam, że nie wolno czytać cudzej korespondencji, ale nie mogłam się powstrzymać i wstałam chyłkiem od stołu, jednak kiedy napotkałam spojrzenie ojca mojej przyjaciółki, które mówiło „Usiądź na swoim miejscu, ten list jest do mnie”, więc cóż miałam zrobić, usiadłam i dokończyłam jeść kolację, ale w mojej głowie już układał się plan. Pan Patil pochylił się nad listem marszcząc brwi, nie był długi (list), więc po chwili wstał i udał się do swojej sypialni. Ja natomiast wypiłam resztkę mleka z miski (wiem, że to niekulturalnie, ale mi się spieszyło)i pobiegłam na górę do pokoju, który dzieliłam z Parvati. Moja przyjaciółka jest rannym ptaszkiem i już dawno zjadła śniadanie, a teraz pakowała walizkę, no bo w końcu jutro jedziemy do Hogwartu!
- Parvati! – powiedziałam, siadając na brzegu łóżka.
- Co? – zapytała, podnosząc głowę.
- Twój tata dostał lisy… - zaczęłam.
Spojrzała na mnie wymownie, oczekując dalszej wypowiedzi.
- No i ja sądzę, że…to list…od moich rodziców.
- A dlaczego?
- Wprawdzie twój tata nie pozwolił mi przeczytać tego listu, nawet nie powiedział od kogo on jest, ale moja kobieca inteligencja podpowiada mi, że to oni (moi rodzice) przysłali mi list. Tylko dlaczego nie wprost do mnie?
Zamyśliłam się. No właśnie dlaczego? Siedziałyśmy tak w milczeniu dobre piętnaście minut. Przez ten czas, dopracowywałam sobie mój plan w myślach.
- Muszę go wykraść… - powiedziałam cichutko.
Parvati wybałuszyła oczy.
- Chcesz zabrać list mojemu ojcu? – spojrzała prosto w moje oczy, ale ja szybko odwróciłam głowę. – Na pewno dobrze to przemyślałaś?
Kiwnęłam głową i wyszłam z pokoju.
Wieczór
Siedziałam na łóżku, trzymając fotografię mojej rodziny. Szczerze mówiąc brakuje mi rodziców, w końcu to moja rodzina. Przyznają źle ich potraktowałam, ale oni mnie bardziej. Byłoby mi łatwiej gdyby powiedzieli mi o tym trochę wcześniej, a nie przed samym wyjazdem. To mnie właśnie najbardziej zabolało, to, że wszystko odkładają na ostatnią chwilę. Słońce już zaszło za horyzont, a na jego miejscu „usadowił” się księżyc rzucając białą poświatę na uliczki. Zegar na jeden z wież kościelnych wybił właśnie 12.00, kiedy do pokoju wbiegła Parvati w swojej różowej piżamie w kwiatki. Mimowolnie zachichotałam.
- Co ty masz na sobie?
Parvati tylko machnęła lekceważąco ręką.
- Rodzice poszli właśnie spać, myślę, że zasną za jakieś pół godziny. Tata ma mocny sen, ale mama… potrafi się przy otworzeniu przez kogoś z domowników obudzić, więc uważaj. Ale..
Urwała, bo na dole ktoś się poruszył, ale na szczęście zaraz znowu DOM pogrążył się w całkowitej ciszy. Spojrzałyśmy po sobie. Wyraz twarzy Parvati mówił wyraźnie „Nie rób tego, może to wcale nie jest list od twoich rodziców, gdyby tak było na pewno by ci powiedzieli. Nie narażaj się, wiesz jaki jest mój tata.”
Wiedziałam, ale mimo to postanowiłam zaryzykować. Spytałam jeszcze tylko, wstając z łóżka i kierując się do drzwi:
- List leży na stoliku?
- Taak..
Wyszłam na palcach z pokoju i ruszyłam cicho korytarzem. Serce tłukło mi się w piersi ze zdenerwowania, bałam się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Pokój, znaczy sypialnia rodziców Parvati znajdowała się w końcu korytarza. Światło było zgaszone, więc uznałam, że śpią. Drzwi było otwarte leciutko, popchnęłam je, a wtedy zaskrzypiały. Pan Patil przekręcił się na drugi bok, chrapiąc głośno.
- Wrr. – pomyślałam.
Wsadziłam głowę do środka, a potem całe ciało. List leżał tam gdzie miał, czyli na nocnym stoliku. Kiedy drzwi zaskrzypiały, pan Patil obrócił się na bok i strącił ręką list, który wystawał teraz spod łóżka.
- Wrr. – pomyślałam raz kolejny.
Na paluszkach podeszłam do łóżka i schyliłam się pod nie. Wyciągnęłam rękę i niechcący koniuszkami palców popchnęłam list dalej. Zaklęłam w duchu, myśląc, „Oni w każdej chwili mogą się obudzić”. Wstałam z klęczek, otrzepałam spodnie i rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś długiego. Państwo Patil skoro lubili starocie w ich pokoju można było znaleźć mnóstwo rzeczy drewnianych. Komody, szafy, ramki na zdjęcia itp. Uwagę moją przykuł długi patyk leżący w kącie. Wzięłam go i ponownie zanurzyłam się pod łóżko. Teraz nic nie stanęło mi na przeszkodzie i już po chwili trzymałam list, trochę zgięty w dłoni. Wycofałam się z pokoju, przyciskając list do piersi i popędziłam do Parvati.
- I co masz? – zapytała, a ja podniosłam pergamin wysoko w górę.
Opadłam na łóżko i zaczęłam łapczywie czytać:
Drogi Patryku! Domyślam się, że moja córka jest u Was, z racji tego, że Parvati jest jej przyjaciółką. Wiem także, że Lavender nie zechce mnie i mojej żony zobaczyć, ale myślę, że spotkamy się 1 września na King Kross. Proszę nie mów jej o tym. Pozdrawiam!
David Brown
Zamarłam. Czyli oni jednak nie pojechali? No bo by nie zdążyli wyjechać i wrócić… Dziwne… A jednak chyba coś dla nich znaczę..
- Nie. – powiedziałam stanowczo. – Oni uważają mnie za zabawkę, którą można odrzucić w kąt.
Dalszą część nocy spędziłam na takich właśnie rozmyślaniach. Raz naprawdę im wierzyłam, a raz nie. Około drugiej w nocy odniosłam list na miejsce, żeby nikt się nie skapował, że zniknął.
4. Mistrzostwa Świata w Quidditchu i Jego Znak. Dodała Lavender Wtorek, 29 Stycznia;, 2008, 12:50
- Lav obudź się!
Otworzyłam niechętnie oczy. Nade mną stała Parvati z uśmiechem na twarzy. Odrzuciłam koc na bok (ktoś mnie musiał nim przykryć kiedy usnęłam) i wyskoczyłam żwawo z łóżka. Parvati przyniosła mi parę bluzek i spodni z mojej walizki. Miałyśmy kupę zabawy wybierając dla mnie dzisiejsze odzianie. Po jakiś piętnastu minutach wybrałam liliową bluzkę z błyszczącą ważką i niebieskie jeansy rybaczki z mnóstwem kieszeni. Wybiegłyśmy z pokoju, podniecone ale szczęśliwe do kuchni. Pani Patil ustawiała właśnie tosty z serem i szynką na stole, kiedy wbiegł zdyszany jej mąż.
- Kochanie, co się stało? – zapytała.
- Właśnie spotkałem Bagmana. On to dopiero jest! Paraduje między namiotami w tym swoim starym stroju Os. Za grosz ostrożności! – krzyknął, po czym padł na krzesło.
Kim jest ten… Bagman? Nie znałam nikogo o takim nazwisku, bo na imię to nie wyglądało. Na szczęście, mama Parvati widząc moją zdziwioną minę, odpowiedziała:
- Bagman to szef Departamentu Magiczny Gier i Sportów. Kiedyś grał na pozycji pałkarza w Osach.
Reszta śniadania spłynęła nam bardzo szybko, chyba z powodu naszej rozmowy, której temat jak zwykle brzmiał: „Kto wygra Mistrzostwa?” Kiedy wybiła godzina 11.00 wyszłyśmy w pogodnych nastrojach (ja i Parvati) przed namiot w poszukiwaniu jakiś pamiątek na dzisiejszy mecz. Skierowałyśmy się w stronę gdzie było najbardziej głośno. Przed pięknym czteropiętrowym namiotem stało trzech mężczyzn. Jeden niski, w mugolskim garniturze i meloniku na głowie, drugi w starej szacie Os a trzeci w niebieskoszarej szacie.
- Tak, mają przyjechać pod koniec października. – powiedział ten w kostiumie drużyny Quidditcha.
Podeszłyśmy bliżej, starając nie szeleścić zeschłymi liśćmi i patykami porozrzucanymi na ziemi. Ukryłyśmy się za tym wielki namiotem i nasłuchiwałyśmy. Nagle Parvati mnie uszczypnęła.
- Ten w tym garniturze to jest chyba…oh! – krzyknęła, ale zaraz zatkała sobie usta ręką.
Ci czarodzieje widocznie coś usłyszeli, bo rozejrzeli się dookoła siebie. Wstrzymałyśmy oddech. Po minucie musiałyśmy w końcu nabrać powietrza, na szczęście oni (wiecie kto) już nie szukali nikogo tylko rozmawiali dalej.
- O kogo ci chodziło? – zapytałam szeptem. – Ten wyglądającego na mugola?
- Taak. Wiesz co Lavender myślę, że czas iść. – odpowiedziała również szeptem.
Dlaczego ona nigdy nie mówi niczego od razu? Tylko zawsze musi tak ciągnąć? Chyba muszę ją odtąd nazywać centaurem. Mają wiele ze sobą wspólnego.
- Ale kto to jest?
- Rany, Lavender ty nikogo nie znasz! – krzyknęła szeptem. – Przecież to jest Knot, minister magii.
Zatkało mnie. To prawda nigdy nie widziałam z bliska ministra, ale czytałam o nim w Proroku. Korneliusz Knot. Gdy przyjrzałam mu się bliżej, rzeczywiście był to on. Te same ciemne oczy, zmarszczki na całej twarzy. Parvati nie mogła się mylić.
- Czy na pewno to był odpowiedni krok? – zapytał ten w niebieskoszarej szacie.
- Mój drogi Barty, na pewno, przecież tak długo z tym zwlekaliśmy. Trzeba w końcu spróbować jeszcze raz. Jestem pewny, że Dumbledore wszystkim się zajmie jak należy.
Kiedy to powiedział, czarodziej nazwany Barty, zaczerpnął powietrza i odszedł.
- Ach! Znowu zapomniałem zapytać się Barty’ego! – zawołał Knot. – Od rana próbuję porozmawiać z bułgarskim ministrem magii, ale on nie zna angielskiego. Ciągle robi jakieś dziwne ruchy. – dokończył i deportował się z cichym trzaskiem.
Ludo Bagman w swoim kostiumie drużyny odszedł szybko w kierunku jakiegoś małego chłopca latającego na dziecinnej miotełce. My natomiast spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem i bez słowa ruszyłyśmy przed siebie. Wiatr leciutko wiał nam w twarz, kiedy stanęłyśmy przed stoiskiem z pamiątkami. Słońce przygrzewało jeszcze bardziej atmosferę napięcia. Po prostu pogoda cud miód na mecz.
- Parvati co sądzisz o tej rozetce? – zapytałam, wskazując na zielono-białą pamiątkę.
- Myślę, że możesz sobie ją kupić, razem z tym szalikiem i kapeluszem. – uśmiechnęła się.
W mojej sakiewce pobrzękiwały złote monety, kiedy płaciłam. Kupiłam to co zaproponowała mi moja przyjaciółka. Ona natomiast zaopatrzyła się w figurkę Wiktora Kruma i kapelusz irlandzki (do tej pory nie wie komu kibicuje!). Wolnym krokiem ruszyłyśmy do namiotu, Parvati ciągle wpatrywała się w figurkę Kruma, który spacerował kaczykowatym krokiem na jej dłoni. Ja też na niego patrzyłam ukradkiem, ale myślałam o czymś zupełnie innym, o podsłuchanej rozmowie. Kto ma przyjechać pod koniec października? Do Hogwartu? Co nie odbyło się od ponad stu lat? Przez te moje rozmyślania o mało nie wpadłam na Hermionę Granger.
- Cześć! – powiedziała, podnosząc kilka książek z ziemi.
Ona też miała kapelusz i rozetkę w barwach Irlandii.
- Hej! – odpowiedziałam. – Przepraszam. – dodałam.
Gryfonka uśmiechnęła się do nas, pomachała ręką i już jej nie było. Gdy doszłyśmy w końcu do naszego namiotu, poczułyśmy odór spalenizny. To tata Parvati próbował swoich kulinarnych zdolności, kiedy jego żony nie ma. W kuchni wszystko było zamglone, okna pootwierane, a na podłodze walało się mnóstwo rozbitych skorupek od jajek i kiełbasy.
- Panie Patil… - zaczęłam rozglądając się dookoła i zastanawiając gdzie postawić nogę. – Co pan zamierzał zrobić?
- Ja chciałem ugotować jajecznicę, bez czarów.
- Trzeba było poczekać na mamę! – krzyknęła Parvati.
No i tak zmarnowałyśmy godzinę na sprzątanie kuchni, zamiast siedzieć u nas w pokoiku i zastanawiać się co na siebie włożyć.
18.50 namiot
Siedziałam na swoim łóżku i wyglądałam przez okienko. Księżyc wzeszedł już na swoje miejsce, otoczony milionami gwiazd. Ich blade światło wpadało przez okno wprost na moją twarz. Ciągle rozmyślałam o tym co usłyszałam. Wydawało mi się to trochę dziwne. Co było aż takie straszne, że przestano to robić, kto przyjedzie i gdzie? Moi przyjaciele siedzieli w małym saloniku dyskutując o wszystkim. Tym razem nie padł temat Quidditcha. Nagle z zamyślenia wyrwało mnie zielone i czerwone światło, które rozbłysło na zewnątrz, a także dźwięk gongu.
- Już czas! – zawołał tata Parvati, cały podniecony.
Narzuciłam na siebie kurtkę i wyszłam przed namiot. Tysiące czarodziejów i czarownic zmierzało w kierunku lasu, za którym to był ten stadion. My także tam ruszyliśmy. Przed wejściem na stadion należało podać takiej śmiesznie wyglądającej czarownicy (wiem, że była czarownicą, bo z kieszeni wystawała jej różdżka) bliety. Poszło sprawnie i gładko, i już po chwili siedzieliśmy na najwyższym miejscu (nie była to loża honorowa, a szkoda). Przy wejściu dostaliśmy plan przebiegu meczu. Najpierw miały się zaprezentować maskotki obu drużyn a dopiero potem zacząć mecz. I rzeczywiście za chwilę nad naszymi głowami przeleciał wielki krasnal w barwach Irlandii.
- Leprokonusy. – pomyślałam.
Były to malutkie stworzenia, każde trzymające zieloną lub biała lampkę. Były takie śliczne. Nagle znikły, ponieważ przez ich figurę (tak ją nazwę) przeskoczyły piękne dziewczyny. Miały długie srebrno blond włosy, malutkie niebieskie oczy a poruszały się tak dostojnie jak… no nie wiem.
- Tato! – krzyknęła Parvati za mną.
Obróciłam się. Jej tata spoglądał na wile, zżerając je wzrokiem i wychylając się spoza balustrady. Kiedy pomogła mu jego żona usiąść bezpiecznie, powiedział:
- Zawsze strzeżcie się wil.
Po krótkim milczeniu całego stadionu, rozległ się głos komentatora:
- A teraz moi państwo powitajmy narodową drużynę Irlandii!
Reszta część wypowiedzi zanikła w wrzasku kibiców Irlandii. Drużyna okrążyła ładnie i zgrabnie boisko po czym zawisła na samym środku.
- Taak. – westchnął Ludo Bagman, komentator. – To naprawdę wspaniała drużyna. Ale czy druga nie okaże się lepsza?
W tym momencie na boisko wzleciało siedem czerwonych smug.
- Krum! To jest Krum!
Usłyszałam obok siebie podniecony głos Parvati. Kiedy wszyscy się uspokoili można było zacząć mecz. Opisałabym go ze szczegółami tutaj, ale wiedzcie, że nie starczyłoby mi pamiętnika. Dlatego powiem tylko, że Irlandia ma naprawdę wspaniałych ścigających, a Bułgaria szukającego. Już w pierwszych dziesięciu minutach Irlandia wbiła dziesięć goli, a Bułgaria tylko jeden. Ale co tam! Nasz sędzia także nie mógł się opanować. W pewnym momencie wyszedł na środek boiska i zaczął wymachiwać miotłą i rękami napinając muskuły w kierunku wili, które teraz wcale nie były takie piękne. Wydłużyły im się nosy, z pleców wyrastały skrzydła, jednak po chwili się uspokoiły. Końcowy wynik meczu wyniósł 170:160. Ale dla kogo? No właśnie. Opiszę ostatnią końcówkę meczu, bo nie mogę się powstrzymać.
Krum, bułgarski szukający użył Zwodu Wrońskiego, aby spowolnić przebieg meczu. Podczas gdy magomedycy krzątali się wokół irlandzkiego szukającego, Lyncha, Krum szybował nad nimi wypatrując znicza. Kiedy przerwa się skończyła, żaden z zawodników nie dbał o zasady. Co chwilę były rzuty karne. Kiedy Irlandia prowadziła tymi stu siedemdziesięcioma punktami, Lynch zanurkował gwałtownie w dół. Wypatrzył złotego znicza. Bułgarski szukający, kiedy go zobaczył wystrzelił w powietrze niczym strzała i ruszył. Krople krwi wielkości piłek tenisowych spadały na ziemię tworząc wielkie kałuże krwi. Lecieli już ramię w ramię. Wydawać by się mogło, iż za chwilę się rozbiją, ale… Już Krum ściskał znicza w swojej ciężkiej dłoni. Kibice Irlandii (w tym i ja) popatrzyli na tablicę wyników i już wszystko było wiadome. Irlandia zwyciężyła. W podskokach wróciliśmy do namiotu, omawiając ze szczegółami przebieg tej brutalnej gry. Prawie do wpół do pierwszej w nocy nie spaliśmy.
01.00 namiot
- Szybko, wszyscy wstają.
Nie spałam, więc tylko leniwie zeskoczyłam z łóżka. Na zewnątrz było jasno, a gdy spojrzałam na zegarek była dopiero pierwsza w nocy. Dziwne… Jednak nie tylko to. Słychać było przerażające śmiechy i wycia, a także jakby inna część osób krzyczała ze strachu i bólu. Wyjrzałam przez okno. Tłum zakapturzonych ludzi maszerował przez pole namiotowe. Nad ich głowami leciało troje ludzi. Ludzie w pelerynach palili wszystko co stanęło im na drodze, to dlatego było tak jasno.
- Lavender! Co ty tu jeszcze robisz?! Chodź. – zawołała Parvati.
Złapała mnie za rękę i siła wywlekła z namiotu. Pobiegłyśmy, wyciągając przed siebie różdżki. Co z tego, że nie wolno nam czarować tak dla siebie? Teraz było zagrożenie życia! Wszyscy kibice uciekali w stronę lasu. Pobiegłyśmy za nimi. Rodzice Parvati zostali aby pomóc Ministerstwu zatrzymać tych ludzi. Kiedy znalazłyśmy się już chyba w środku lasu, zza drzew wzleciało w niebo coś zielonego. Wszyscy ucichli. Nawet mrówki zamarły w bezruchu. Nad lasem widać było zieloną czaszkę z wielkim wężem wypełzającym z jej ust.
- A więc to jest… - wybełkotałam.
- Tak to jest Mroczny Znak, Znak Sama-Wiesz-Kogo. – dokończyła za mnie moja przyjaciółka.
- To znaczy, że tamci ludzie to… Śmierciożercy? – zapytałam.
- Tak to oni. – Parvati spuściła głowę.
Wyjrzałam powoli zza drzewa, tłumu Śmierciożerców już nie było, same szczątki namiotów i całego dobytku.
- Tu jesteście. – powiedzieli równocześnie państwo Patil.
- Nic wam się nie stało? – zapytała przerażona pani Patil.
Pokręciłyśmy przecząco głowami.
- Złapmy jakiś wczesny świstoklik i wynośmy się stąd.
I tak zrobiliśmy. Udało nam się skorzystać z starego kalosza i już dwadzieścia minut później nasze nogi stanęły przed lasem, niedaleko domostwa mojej przyjaciółki.
Rzeczywiście, ucisk w brzuchu nie należał do najprzyjemniejszych. Na szczęście podróż nie trwała długo, szczerze mówiąc trzymałam się gazety tylko parę sekund. Pomimo tego ucisku czułam się szczęśliwa. Byłam wolna. Jak łabędź płynący po tafli jeziora, w której odbijają się promienie słońca a potem wzlatujący wysoko w powietrze. Wylądowaliśmy na miękkiej, prawdziwie zielonej trawie. Przed nami rozpościerało się ogromne (nawet nie wiecie jak bardzo) pole namiotowe, w kolorach zielono-białych i czarno-czerwonych (kolory drużyn). Ruszyliśmy żwawym krokiem do niskiego mężczyzny, który najwidoczniej nie wiedział co to mugolskie ubranie. Miał na sobie golfową czapkę, koszulę w zielono-czerwone pasy, bojówki i gumiaki dla wędkarzy. Wyglądał śmiesznie. Właśnie skończył rozmowę z rodziną czarodziei o posępnie wyglądających twarzach, kiedy my podeszliśmy do niego.
- Pan… - zaczął.
- Patil z rodziną i koleżanką córki.
Czarodziej popatrzył na mnie ukradkiem, po czym wrócił do notesu.
- Patil, Patil, Patil… - mruczał pod nosem.
Staliśmy tam chyba z pięć minut, choć mi wydawało się, że chyba z pół godziny. Przez ten czas, mogłam się bliżej przyjrzeć otoczeniu. Przed nami stała wielka brama z szarym obramowanie. Za nią stały już pierwsze namioty czarodziejów. Jedne były malutkie i skromne jak choćby ten po prawej. Mały, zniszczony, pożółkły ze starości, w niektórych miejscach miał kolorowe łaty. Ale nie tylko takie namioty były. Po przeciwległej stronie stał pałac. Z pięcioma wysokimi wieżami, oknami z błyszczącymi firankami i zasłonami, ścieżka przed nim wysypana była maleńkimi kamyczkami, aż się dziwić, schludnie poukładanymi.
- Jest. Czwarte miejsce, pole ósme, tuż pod lasem. – zawołał ochoczo czarodziej i wskazał rękę kierunek. Obejrzałam się jeszcze raz za siebie i pobiegłam za resztą mojej grupy.
Namiot 9:45
- Lav, obrazisz się jeżeli zajmę ci to łóżko? – zapytała Parvati.
Obróciłam się w jej stronę.
- Oczywiście. – spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – że nie.
Zauważyłam jak odetchnęła z ulgą i rzuciła torbę na łóżko. Poszłam w jej ślady. Kiedy tak leżałam wciąż nie mogłam uwierzyć, że tu jestem. A wszystko dzięki Parvati. Nie wiem co ja bym bez niej zrobiła. Z zamyślenia wyrwał mnie słodki zapach unoszący się z sąsiedniego pomieszczenia, który służył za tymczasową kuchnię. Cała rodzina Patil siedziała ściśnięta przy maleńkim stoliku głośno rozmawiając o szansach Irlandii na wygraną.
- Irlandia ma trzech najlepszych ścigających. Ale Bułgarzy mają Kruma…
- Mówię Wam Irlandia wygra, Krum robi za każdego ze swojej drużyny a każdy z naszych robi za siebie.
Słuchając tej wymowy zdań rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś do siedzenia. Kuchnia tymczasowa była mała i zagracona. Wszędzie walały się zużyte sztućce, naczynia. Tylko na parapecie przy oknie było czysto. Chyba z powodu wielkiego placka, który stał na nim i to on wydzielał ten niesamowicie smakowity zapach. Ruszyłam w jego kierunku.
- Ooo. Nie wiedziałam, że nasza Lavender jest takim łakomczuszkiem. – zaśmiała się mama Parvati.
Obejrzałam się powoli. Wszyscy wpatrywali się we mnie z wielkim uśmiechem na ustach. Czułam się nieco skrępowana. Ale nie trwało to długo. Po chwili pani Patil podeszła do mnie i wzięła ciasto na stół. Wyjęła z szafki talerzyki z srebrnymi brzeżkami i wielki nóż, którym zaczęła kroić placek z jabłkami. Zamiast jeść go ze wszystkimi, wyszłyśmy z Parvati na zewnątrz z zamiarem zwiedzenia okolicy. Nasz namiot nie wyróżniał się za bardzo od tych stojących dookoła. Jednak kiedy oddalałyśmy się coraz bardziej, zmieniały się wystroje namiotów. Pewnie czarodzieje nie mogli wytrzymać, aby pokazać, innym że są lepsi. Jeden namiot to wyglądał jak zamek królowej Śniegu, a jeszcze inny jak słoneczny domek letniskowy. Po piętnastu minutach dostrzegłyśmy grupkę ludzi z ognisto czerwonymi włosami. To byli na pewno Wesleyowie.
- Witajcie dziewczęta. – przywitał nas pan Weasley. – Wy to na pewno Lavender Brown i Parvati Patil, przyszłe jasnowidzki?
Zarumieniłyśmy się. To prawda. Najbardziej lubianą przez nas lekcją było wróżbiarstwo ale nigdy nie powiedziałam, że to chciałabym robić w przyszłości. Fred i George Weasley (te łobuzy z Gryffindoru) siedzieli w koncie rozmawiając cicho. Ich młodsza siostra, Ginny zagłębiła się w wyjątkowo grubej książce. Tytułu niestety nie zdążyłam dostrzec, bo rudowłosa poszła zaraz do namiotu.
- Dzień dobry! – odpowiedziałam.
- Jeśli szukacie Harry’ego, Rona i Hermiony to ich tu jednak nie znajdziecie.
- My… właściwie to ich… nie szukamy… - odrzekła za mnie Parvati. – Tak przechodziłyśmy obok.
- Ale jednak jakby co to szukajcie ich przy kranie z wodą. – powiedział, po czym dodał. – Kibicujecie Irlandii??
Kiwnęłyśmy głowami i ruszyłyśmy dalej. Placek z jabłkami był wyśmienity. Dawno takiego nie jadłam. Po drodze do kranu (postanowiłyśmy jednak odwiedzić tą sławną trójkę) spotkałyśmy mnóstwo koleżanek i kolego : Dean’a Thomasa i jego przyjaciela, Dennisa i jego brata i wiele wiele innych. Kiedy zaszłyśmy pod kran obeszłyśmy kolejkę dookoła, ale naszych przyjaciół nie znalazłyśmy. No trudno. Szybkim krokiem wróciłyśmy do naszego namiotu aby nabrać sił itp. A później wyruszyć na wspaniałe widowisko. Już się nie mogę doczekać!
2. Co ja bym bez niej zrobiła! Dodała Lavender Poniedziałek, 07 Stycznia;, 2008, 08:32
Usłyszałam za drzwiami kroki zbliżającej się osoby, która najprawdopodobniej otworzy mi drzwi. I miałam rację. Po chwili stanęła przede mną wysoka, ciemnowłosa kobieta o dużych oczach i czekoladowej wręcz cerze. Była to mama Parvati Patli, mojej przyjaciółki. Widać było, że moje przybycie ją bardzo zdziwiło ale trudno. Zaprosiła mnie gestem do środka i zapytała:
- Lavender ale co ty tutaj robisz? Mamy się dopiero spotkać za pół godziny pod lasem. Zaraz mieliśmy wychodzić…
Nie miałam ochoty odpowiadać, zaraz by z tego wynikła jakaś większa awantura a w najgorszym wypadku, skontaktowanie się z moimi rodzicami. Ruszyłam żwawym krokiem przed siebie mijając regały z książkami, szepczące portrety i szafy z szklanymi gablotkami. Czułam się tutaj trochę nieswojo, w końcu byłam tutaj po raz drugi raz w życiu. Na szczęście bez trudu znalazłam drzwi do pokoju Parvati. Nawet nie zapukałam, co było z mojej strony bardzo niegrzeczne, ale kto by się teraz tym martwił? Parvati siedziała przy biurku i czytała „Proroka Codziennego”. Z pierwszej strony uśmiechała się do mnie postać kobiety z wyglądu bardzo miłej ale i twardej. Podeszłam do łóżka, na którym leżała ładnie złożona pościel, i dopiero wtedy moja przyjaciółka popatrzyła na mnie. Miała taki sam wyraz twarzy jak jej mama, wyjąkała:
- Yyyy…. Hej! Co ty tutaj robisz? Miałyśmy si…
Przerwałam jej gestem ręki i zaczęłam wyjaśniać. Opowiedziałam każdy szczegół, wszystko. Kiedy skończyłam Parvati wydała okrzyk oburzenia.
- Jak tak można?! Współczuje ci… - powiedziała i przytuliła mnie do siebie. – Musimy coś z tym zrobić… - zamyśliła się. – Twoi rodzice na pewno w pierwszej kolejności przyjdą tutaj albo od razu na Mistrzostwa…
- Szkoda, że już nie mogę na nie pojechać… - powiedziałam.
- Jak to nie? Oczywiście, że pojedziesz, z nami, będzie nam strasznie miło. Porozmawiam zaraz z rodzicami, napewno się zgodzą.
- Nie wiem jak mam ci dziękować.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie i oto już Parvati poleciała do kuchni, porozmawiać. A ja zostałam sama. Rozejrzałam się po pokoju. Był piękny. Taki magiczny. Na parapecie stały rzędem jakieś nieznane mi magiczne rośliny, po prawej stronie stało duże łóżko, nad nim wisiało zdjęcie moje jak siedzę w Pokoju Wspólnym. W tym momencie zabrakło mi tej atmosfery w Hogwarcie, tego wszystkiego co tam się działo. Po lewej stronie pokoju było nieduże biurko zawalone pergaminami, książkami i złamanymi piórami. Usiadłam przy nim. Nie minęło jakieś pięć minut a do pokoju wpadła moja przyjaciółka, widać, było, że jest szczęśliwa. Opowiedziała mi co jej powiedzieli rodzice. Miałyśmy za dosłownie sekundę zejść na dół i przygotować się do wyjścia bo jedziemy razem! Jupi! A co się tyczy moich rodziców to zostaną poinformowani o moim wyjeździe. Byłam zszokowana ale jak to Parvati powiedziała, mogłam się tego spodziewać skoro przytaszczyłam tu swoją walizkę. Zbiegłyśmy pędem na dół i stanęłyśmy przed drzwiami frontowymi. Czekali już tam na nas państwo Patil. Miło gawędząc ruszyliśmy pod las. Przed lasem „czekała” na nas stara gazeta, która okazała się być świstoklikiem.
- Musicie stanąć wokół niego – zawołał tata Parvati – i złapać się jej jednym palcem a na trzy poczujecie niemiły ucisk w pępku.
Stanęliśmy zwartą grupką, i kiedy dotknęłam gazety wskazującym palcem, usłyszałam obok siebie głos.
- Jeden, dwa trzy!
Leciałam wysoko ponad chmurami, ponad wszystkim. Wiatr targał mi włosy. Suknia lekko falowała, a apaszka zakrywała moje delikatne ramiona. BACH! Wszystko znikło. Słońce, chmury, wiatr. Leżałam w łóżku przykryta ciepłą kołdrą. Słoneczne promyki wpadały przez okno do pokoju i oświetlały twarz mojej mamy, która stała nade mną z uśmiechem.
- Co to, nasza królewna chciała zaspać w tak ważny dzień?
No tak! Jak mogłam o tym zapomnieć. Cały czas tylko o tym myślałam, mówiłam a teraz, co? Śpię sobie spokojnie w łóżku! Szybko wyskoczyłam z niego (łóżka) i zaczęłam wciągać spodnie.
- Spokojnie, spokojnie. - powiedziała mama śmiejąc się. Najpierw chodź zjedz śniadanie, ubranie i tak przygotowałam ci na dole. Czyste i porządne, nie to, co teraz się nosi. Jakieś rozciągnięte dżinsy i bluzy.
- Mamo! - krzyknęłam z wyrzutem.
Ale ona tylko nadal chichotała i wypchnęła mnie na korytarz. Przebiegłam pędem całą jego długość i wpadłam z hukiem do kuchni. Przy stole siedział tata czytając Proroka Codziennego.
- Witaj kochanie.
- Tato, ile czasu nam zostało? Kiedy wychodzimy?
Usiadłam przy stole i spojrzałam na tatę. Widać było, że chce mi coś ważnego powiedzieć. Poprawiłam się na krześle i wbiłam w niego wzrok
- Cccco się stało...??
Mama, która akurat stawiała mi śniadanie (kakao oraz grzanki z dżemem truskawkowym) chrząknęła i zerknęła na tatę.
- No, więc - zaczął. - Dostaliśmy z mamą zaproszenie tydzień temu na wyjazd do Egiptu. Podobno znaleziono tam ślady Berty Jorkins, wiesz, że ona jeszcze nie wróciła a twoja mama mogłaby zrobić z tego artykuł do "Czarownicy". I dzisiaj musimy wyjechać.
Zamurowało mnie. Dosłownie. I to akurat w ten dzień, w którym mieliśmy razem, wspólnie z Parvati i jej rodziną pojechać na Mistrzostwa Świata w Quidditchu! A oni mi mówią, że sobie wyjeżdżają. Nie spodziewałam się tego po nich.
- CO WY SOBIE MYŚLICIE?? - wrzasnęłam. - ŻE TO JA NIBY JESTEM JAKĄŚ ZABAWKĄ, KTÓRĄ MOŻNA PRZERZUCAĆ Z RĄK DO RĄK??
- Ale kochanie my chcie...
Nie pozwoliłam im dokończyć. Odepchnęłam zbliżającą się rękę mamy i wypadłam z kuchni. Przeleciałam jak burza przez korytarz, potem po schodach i wpadłam do sypialni. Wyciągnęłam spod łóżka walizkę, którą miałam zabrać, klatkę z Albinkiem (króliczkiem)i wybiegłam na dół. Biegłam prosto do drzwi wejściowych. Żeby tylko uciec, żeby znaleźć się jak najdalej od nich. Nigdy ich już więcej nie zobaczyć... Słyszałam krzyki rodziców coś w stylu "Lavender, poczekaj chcemy ci to wyjaśnić" albo "Kochanie stój". Nie zwracałam na nie uwagi. W końcu wybiegłam na dwór. Słońce miło przygrzewało, taki wspaniały dzień na mistrzostwa świata. A moim rodzice wszystko to zepsuli w ciągu paru minut! Jedyną osobą, do której mogłam się teraz udać, była Parvati. Ona zawsze mnie rozumiała i potrafiła pomóc, byłam pewna, że teraz mnie nie zawiedzie. Na szczęście nie mieszkała daleko, więc po pół godzinie byłam pod jej drzwiami. Po drodze mijałam lasy, pola, łąki. Wiatr miło wiał mi w twarz. Nawet wypuściłam Albinka, aby rozprostował kości. Cieszył się jak mały króliczek, w końcu jednak niecały czas jest. Ach, też bym tak chciała, hasać wśród drzew, nie mieć żadnych zmartwień tylko cieszyć się swobodą i życiem. Ale wróćmy do rzeczywistości. Stanęłam przed małym ogródkiem, który otaczał dom państwa Patil. Pchnęłam lekko nogą furtkę, która miło zatrzeszczała zapraszając do środka. Ruszyłam żwirową ścieżką w stronę mosiężnych drzwi z kołatką. Państwo Patil byli wielbicielami różnych starych rzeczy, więc były tu różne przedmioty pochodzące z dziewiętnastego wieku albo i nawet z osiemnastego. Kiedy stanęłam przed drzwiami, podniosłam ostrożnie kołatkę i zastukałam.
CDN
Próba z właścicielką. Dodała Lavender Środa, 26 Grudnia, 2007, 14:44
Witajcie!
Nazywam się Luna Lovegood i dostałam pamiętnik Lavender Brown na próbę, mam nadzieję, że wywiążę się z obowiązków i dostanę go no, nie na próbę. Mam także nadzieję, że notki będą Wam się podobały, będą one jednak nie kontynuacją wpisów Justyny, tworzę własną historię. Już niedługo notka!