47. Anonimowy S to...?! Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 20 Lutego, 2010, 15:31
Florian zmierzwił swe miodowe włosy.
-Wyruszacie w końcu, czy nie?- zapytał brata, pogrążonego w lekturze. Biblioteka dostarczała im ich ulubionych i praktycznie jedynych rozrywek.
-Wiesz, że najpierw musimy wezwać pewną osobę…
Jonasz uniósł głowę znad książki, gdy wypowiedział tę kwestię i przyjrzał się uważnie bratu.
Jedna brew Floriana pojechała do góry po czole.
-Matka mówiła, że ojciec zaraził kogoś wampiryzmem, tam, na Wyspach Brytyjskich.
Florian zesztywniał.
-Biedaczek…- mruknął.
-Coś nie do końca się udało. Ale ta osoba i tak należy do naszego świata.- warknął czarnowłosy.- Musimy ją tu przyjąć, trzymać się razem.
-Ale dlaczego?
Florian wyczuł, że jego siostra zbliża się nieuchronnie i czyta w jego myślach.
Naraz otworzyły się drzwi.
-Ponieważ ma teraz znamię naszej rodziny, praktycznie do niej należy. Chociaż nie do końca, bo zamiana nie dokonała się jeszcze w pełni. Musimy coś zrobić, by ta istota stała się jednym z nas.- rzekła Marina.
-A jeśli nie będzie chciała?- zdziwił się najmłodszy wampir.
-Nie wiem, czy będzie miała jakikolwiek wybór…- wzruszyła ramionami Marina.
-Dzieci, już czas.- Diana weszła do biblioteki.- Idziemy ją przywołać. Może pomoże nam zabić naszego wroga. Im nas więcej, tym lepiej.
Jonasz przewrócił oczyma.
-Kondukt powitalny, phi! To nie dla mnie… Idę coś upolować…
Sekundę potem już go nie było.
-Chodźmy, Florianie, Marino.- kobieta kiwnęła na dzieci i razem udali się do jadalni, do jednej z trumien.
Zaczął się obrząd…
Nad stadionem unosił się krzyk setek gardeł. Świsty, wrzaski, pełne wrażenia i napięcia napełniały moje uszy, mimo, że stałam niedaleko chatki Hagrida-całkiem daleko od boiska. Już przywykłam do wyostrzonego słuchu i węchu, innych zmysłów, oraz dziwnych zmian…
Marzec w tym roku szybko nadszedł. Tak naprawdę trudno było mi uwierzyć, że już jest. Czas przeciekał mi się w szóstej klasie niczym piasek przez palce.
Bezwiednie wyciągnęłam kartkę z kieszeni peleryny: był to niewielki liścik, który dostałam przedwczoraj. Niejaki S pisał do mnie, ja do niego. Zżerała mnie dzika ciekawość, kim on tak w rzeczywistości jest. Dawno pozbyłam się myśli, że mógłby być to Lukas, to było zbyt subtelne, jak na niego. Bo osoba sprawiała wrażenie wrażliwiej, a nie, jak on, okazującej swe uczucie z delikatnością godną człowieka jaskiniowego.
Jak miło, że mogę w samotności opierać się o to drzewo. Że nikt mi nie przeszkadza. Wszyscy poszli na ten mecz Slytherin kontra Hufflepuff. Super, błogosławiona cisza…
Obserwowałam wierzbę, o którą się opierałam. Na gałązkach pojawiały się pierwsze wiosenne pączki. Śnieg dawno już stopniał, trawa powoli odradzała się do życia. Słychać było co jakiś czas nieśmiały świergot ptaka. Jasne niebo zwiastowało letnie upały, mimo, że wydawały się one niezwykle odległe. Zostały jeszcze niecałe trzy tygodnie, a wiosna wróci…
Usłyszałam czyjeś kroki. Kto fatyguje się tu teraz? Jeżeli ktoś zmierza do mnie, to tylko Peter-on jeden wie, że tu jestem.
O rany… Zza drzewa wysunął się powoli nie kto inny, ale…
-Hej, szukałem cię!- Luke posłał mi niepewny uśmiech.
-A to czemu?- zainteresowałam się, w duchu przyrzekając, że uduszę za pierwszym lepszym razem Petera za to, że szasta informacjami na prawo i lewo.
-Nie dostrzegłem, byś stała na trybunach. Czemu tak się odcinasz od ludzi?
-Ech, nie sądzę, że chciałabym ci zdradzać moje sekrety.- odparłam, nieco poirytowana faktem, że można być takim natrętnym.
-Rozumiem.- zmrużył oczy- Nie proszę cię o to. Myślałem, że może coś ci się stało…
-Póki co żyję. A teraz, jeśli mogę cię o to prosić…
Głos uwiązł mi w gardle i po prostu wyminęłam go, nie zaszczycając nawet chłodnym spojrzeniem. Utkwiłam dumny wzrok w wieżach Hogwartu.
-Mary Ann, czekaj!- warknął i złapał mnie za ramię. Obróciłam się gwałtownie, gasząc go spojrzeniem, dopóki nie puścił. Przybliżył się nieco, świdrując mnie wzrokiem. Nie cofnęłam się, choć wzięła mnie na to ochota.
-Nie bądź taka oschła i zimna!- poprosił nieco rozkazującym tonem. Uniosłam brwi.
-Wolałabym, abyś mi nie mówił, co mam robić, a czego nie.- mruknęłam.
-Źle mnie zrozumiałaś. Nie o to mi chodzi!- warknął- Nie podoba mi się po prostu, że… Że dla mnie jesteś taka, a dla innych…
-No?- podchwyciłam gwałtownie- Co chciałeś mi powiedzieć? Co masz na myśli?
Zastanawiał się chwilę.
-Mnie tak traktujesz, a… a Potter, na przykład… Albo Black.
-Zastanówmy się…- rzekłam ironicznie- Dlaczego jestem otwarta na Jamesa i Syriusza… Naprawdę, nie mam pojęcia!
-Oni wcale nie są lepsi ode mnie w niczym!- zirytował się- Traktowałbym cię inaczej…
-O czym ty w ogóle mówisz?! Co kryje się za tym „traktowałbym”?
Wwiercił we mnie swe ciemne, błyszczące oczy.
-Czy wiesz, że odcień twoich tęczówek jest inny?- zdziwił się nagle, zbliżając twarz do moich oczu.
-Co?- zapytałam, zdezorientowana.
-Poważnie, mają srebrny kolor. Kiedyś były zielone.
-Zwariowałeś?!- parsknęłam- Jak oczy mogą być srebrne?!
-Mogą najwyraźniej, bo twoje takie są…- wpatrzył się w moje tęczówki intensywnie. Ona…jest…taka…taka…jest…taka…
-Przepraszam, mówiłeś coś?- zapytałam, zaskoczona. Luke uniósł brwi- Słyszałam, jak ktoś coś o kimś mówił…- urwałam, zdając sobie sprawę, jak to dziwnie zabrzmiało.
-Nie, nie wydaje mi się…- chrząknął- Pozwól mi jeszcze chwilę przyjrzeć się twym oczom… Nie…wytrzymam…nie…
Jego twarz rosła z każdą najmniejszą chwilą. Wydało mi się to wręcz dziwne, obce, nierealne…
Gdy jego nos delikatnie dotknął mojego, gwałtownie odskoczyłam. Wpatrywałam się w niego czując, jak na mych białych policzkach wykwitają malinowe plamy.
-Dam ci życiową radę.- wykrztusiłam chłodno, kompletnie wytrącona z równowagi- Następnym razem z kolejną dziewczyną zacznij inaczej…
Poczułam, że stało się to, co chciałam: zrobiłam się niewidzialna. Lukas rozejrzał się, przerażony.
-Mary Ann?!- wrzasnął, nieco rozpaczliwie. Nie dbałam o to: pobiegłam prosto do szkoły.
No nie… Nie mogę uwierzyć w to, co się przed chwilą działo… Dlaczego zaczynam płakać?! O co mi chodzi?! Powinnam się cieszyć czy wzruszyć ramionami… Bo ja wiem. Kto by przejmował się takimi bzdurami?!
Jako, że nauczyłam się już stawać widzialna gdy chcę, w Sali Wejściowej szybko to zrobiłam. Akurat napatoczyła się grupka Ślizgonów. Nie wytrzymałam. Łzy poleciały z moich oczu.
-Severusie!- jęknęłam głośno przez łzy. Wszyscy zerknęli na mnie. Nie dbając o pozory, podbiegłam ku najlepszemu przyjacielowi i zarzuciłam mu ręce na szyję. Było mi źle, bardzo źle. Bałam się jednego: że mnie odtrąci, wyśmieje, uda, że mnie nie zna. Ale Severus zrobił coś, co tylko jeszcze bardziej wzmogło moje uczucie: objął mnie bardzo mocno, dodając otuchy. Poczułam falę ciepła ku niemu, jaka wylewała się z mojego serca galonami.
Ślizgoni wlepiali w nas skonsternowane, zbite z tropu spojrzenia. Niektórzy uśmiechali się nieco złośliwie, ale niewiele mogli zrobić, w końcu Sev był ich kumplem.
-Ktoś cię skrzywdził?- szepnął Severus w moje ucho. Jego pytanie nasączone było groźbą.
Nie odparłam. Obrzydzenie do Lukasa wypełniło mnie do cna. Nie potrafiłam nad nim zapanować. Do cholery, co on takiego zrobił?! Przecież nie wybił mi połowy rodziny! To o co tak naprawdę chodzi?! Nic z tego nie rozumiem… Jestem jakaś nienormalna.
-Nic, dopadł mnie nagły żal…- odparłam cicho i mocniej się do niego przytuliłam. Poza Remusem i Jamesem tylko z nim czułam się w pełni swobodnie. Chociaż przy Syriuszu też ostatnio tak zaczęłam.
Wszyscy uczniowie Hogwartu weszli przez drzwi frontowe; mecz się zakończył. Sądząc po minach większości, wygrali Ślizgoni-niezawodna, niepokonana drużyna tego roku. Trzech Huncwotów, czyli James, Peter i Syriusz, posłali mi zaskoczone spojrzenia, gdy dostrzegli mnie w tak nietypowej sytuacji. Syriusz kiwnął na mnie dyskretnie, by nikt nie zauważył.
Puściłam Severusa, szepcząc „Dziękuję”, po czym podeszłam do Łapy. Gestem wskazał reszcie, że nie są mu potrzebni do szczęścia, toteż James i Pet odeszli do dormitorium.
-Hej, chciałbym porozmawiać o… Och, znowu coś ci się stało?- zerknął na moje srebrne oczy.
-Najwyraźniej. Szkoda… Zielone były przecudne…
-Dziękuję.- uśmiechnęłam się. Humor skoczył mi diametralnie po przytuleniu się do kochanej osoby. Syriusz utkwił we mnie zaskoczone, pytające spojrzenie.
-Że moje zielone oczy ci się podobały… Wiesz, chyba umiem czytać w myślach…- to obojętne stwierdzenie nawet mnie tak mocno nie zszokowało. Ogólnie, już mało co mnie dziwi.
Syriuszowi z wolna stężała twarz.
-Błagam, wyłącz to, dobrze? Przynajmniej wtedy, gdy ze mną rozmawiasz. Nie będę mógł się skupić mając poczucie, że ktoś grzebie mi w mózgu. Proszę…- posłał mi nieco przerażone, błagalne spojrzenie.
-Dobra, jeżeli nie chcesz…- wzruszyłam ramionami, nieźle ubawiona jego trwogą. Spojrzał na mnie nieufnie- Widocznie masz myśli, których nie chciałbyś nikomu pokazać…
Parsknęłam złośliwie. Syriusz podjął przerwany wątek, udając głuchoniemego:
-No więc ekhym… Wracając do sprawy, co jakiś czas pojawiają się u ciebie dziwaczne zdolności oraz zmiany w wyglądzie… Zapisałem je sobie, bo od pewnego czasu badam twój ciężki przypadek…
-Dzięki!- pokręciłam głową z politowaniem- Jakiego niewiarygodnego odkrycia dokonał pan Black?
Syriusz pogrzebał w kieszeni i wyciągnął zmiętą karteczkę:
-Wygląd.- jął wyliczać- Proste, czarne włosy…
-To akurat od szamponu.- zaprotestowałam.
-A chciałaś, żeby były proste?- zripostował. Nie odpowiedziałam.
-Dalej… Nieustanna bladość, kły ostre i długie, teraz masz jeszcze inne oczy…
-I księżyc na biodrze.- zauważyłam beztrosko- Takie znamię. Noszę je, odkąd ugryzł mnie wampir.
Syriusz uniósł brwi.
-No właśnie. A teraz najważniejsze-zdolności i cechy. Szybkie bieganie, niewidzialność, latanie, czytanie w myślach, przemieszczanie przedmiotów, wstręt do czosnku i cebuli, do srebra i słońca oraz megaostre zmysły. Nie zastanawia cię to?
-Nie, wcale.- mruknęłam z sarkazmem.
-Bo mnie bardzo. Jesteś zupełnie, jak wampir. Tyle, że nie pragniesz krwi. Na razie…- dodał ostrożnie.
-Przecież Dumbledore powiedział, że nie będę wampirem!- przeraziłam się.
-Tak. Ale mówił o skutkach ubocznych…- Syriusz spuścił głowę- Mówił, że wampiry są nieśmiertelne. Że mają mnóstwo wspomnień i często przelewają je w swoje ofiary. Wiesz… Twoja podświadomość może wyczyniać różne rzeczy. Być może o niektórych nawet nie masz pojęcia…
Posłał mi znaczące spojrzenie.
-Co sugerujesz?- zapytałam z najwyższą ostrożnością. Jego słowa mnie przeraziły. Bo nie zrozumiałam z nich tyle, ile bym chciała. Brzmiały, jak groźba.
-Czytałem dużo na ten temat… Jak nigdy, he he!... No nic, w każdym razie, był taki jeden przypadek, że wampir zlał się w jedno ciało ze swą ofiarą. Innym razem, w trakcie wysysania wampirzyca została zabita. W ofiarę przelała myśli i wspomnienia o jedynym synu, automatycznie. I ten mężczyzna łączył się myślami z tym jej synem. Słynny przypadek z osiemnastego wieku… Nic nie rozumiesz?
Zamilkł, obserwując mnie uważnie. Nic nie odpowiedziałam, rozmyślając nad jego słowami.
Czy jej to nie rusza?!... Jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie…
-Tak, wiem.- rzuciłam niecierpliwie.
-Mary Ann!- oburzył się- Już z tobą nie rozmawiam. Miałaś panować nad tym!
-Och, no tak… Przepraszam cię!
-Dobra, spadam. Zanim usłyszysz więcej, niż bym chciał…
Posłał mi krzywy uśmiech i zmył się tak szybko, jak tylko mógł. Hmm, nie brzmiało to wszystko zbyt wesoło…
O moją głowę pacnęła zmięta kulka pergaminu. Rozejrzałam się uważnie, lecz nikogo nie było. Być może to robota Irytka?
Podniosłam znalezisko i rozwinęłam.
„Mary Ann!
Rzadko spotykam takie osoby jak Ty. Wierz mi. Chciałbym jeszcze spotkać Cię na żywo, byś wiedziała, kim jestem naprawdę. Przyjdź pod dział o runach w bibliotece, w piątek przed śniadaniem.
Twój S”.
***
-Dziś na pewno się uda!- ucieszyła się Marina.
-Tak. Upłynął określony czas…- odparł Florian, z ciekawością przyglądając się trumnie.
Piątek przed śniadaniem… Póki co, trzeba się zwlec z łóżka.
Obudziłam się z zamkniętymi oczyma. Ból głowy był nieznośny, gorszy, niż zwykle. I do tego ta senność…
-Mary Ann! Zaraz zaczynamy lekcje!- głos Lily zadźwięczał nieprzyjemnie.
-Nigdzie nie idę…- ledwo wymamrotałam.
-Ależ idziesz!- zirytowała się Lily i postawiła mnie na nogi. Oczy same mi się kleiły.
-Spałaś w ogóle tej nocy?- zapytała Alicja. Kiwnęłam potakująco- Dziwne…
Z trudem dobrnęłam na sam dół. Droga tam zajęła mi dziesięć minut więcej, niż zazwyczaj przy średnim tempie pośpiechu.
W bibliotece około ósmej nie było nikogo, poza zdesperowanymi jednostkami. Wpadłam do toalety niedaleko królestwa książek, by przemyć twarz. W lustrze dostrzegłam odbicie własnej buzi. Odcień skóry był potworny, jak zielona świeczka, ale nie dbałam o to. Najbardziej interesowało mnie obecnie utrzymanie w miarę pionowej postawy przed tym zlewem.
Udało mi się nieco oszukać senność strumieniem lodowatej wody, którym ochlapałam twarz. Oczy nieco się rozszerzyły.
Z powrotem ruszyłam ku bibliotece. Teraz poczułam nagły zryw własnego serca. Mimo wszystko ciekawość walczyła z całkowitym otępieniem. Zdenerwowanie wkradło się do mózgu. Zaraz nie wytrzymam tego napięcia… Tym S może być każdy…
Powoli podkradłam się pod jedną z półek, przyglądając się uważnie działowi z runami. Nikogo tam nie było poza jakimś uczniakiem, szperającym wśród książek z zapałem.
Dopadło mnie rozczarowanie. Może ten S wcale nie miał sympatycznych zamiarów? A jeśli zrobił to jakiś dziwny Ślizgon, by z kumplami ponabijać się ze mnie? Być może stoją gdzieś razem i mnie obserwują, mając ubaw po pachy z głupiej, naiwnej Mary Ann Lupin, która, niczym ten piesek, posłusznie przyleciała do biblioteki…
Dobra, udam, że interesują mnie runy, a nie jakieś głupawe spotkania z anonimami. Podeszłam pewnie do półki i jeździłam wzrokiem po woluminach, by znaleźć wyimaginowaną książkę. Westchnęłam mimowolnie.
-Czegoś szukasz? Może mógłbym ci pomóc?- zaoferował się szperający w książkach uczeń.
-Nie, dzięki, Gregor…- rzuciłam przez ramię, nieco zaskoczona nagłym zewem rycerskości, jakim popisał się przed chwilą Goyle. Zerknął na mnie z ukosa.
-Lubisz runy, prawda?- zagadnął.
-Owszem…- rozejrzałam się naokoło niecierpliwie, czy S nie idzie mnie ratować z opresji.
-Ja też.- zerknęłam na niego z ciekawością. Uśmiechnął się tryumfalnie- Wiedziałem, które miejsce najlepiej nada się na spotkanie…
Zamarłam i wydałam zduszony okrzyk. Wlepiłam w niego przerażone spojrzenie. Uśmiechnął się smutno i nieco przepraszająco.
-Taa… To ja jestem tym S.
-Ty jesteś…- dalej głos uwiązł mi w gardle. Pięknie. Nic, tylko się zabić…
-Hmm… S jak Slytherin…- dodał, najwyraźniej nie wiedząc, co dalej. Zaległa przykra cisza.
-Dlaczego do mnie pisałeś?- spuściłam wzrok. Taak, Goyle jest zdecydowanie za wysoki, by wpatrywać się w niego zbyt długo…
Zastanowił się chwilę.
-Bo ty jesteś inna. Sympatia, jaką okazałaś mi w szpitalu… Jesteś…
Naraz rozległ się dzwonek. Odetchnęłam z ulgą.
-Ech, te durne lekcje… Chciałbym z tobą porozmawiać. Możemy spotkać się tu po lekcjach? Może mielibyśmy więcej czasu…
-Eee, dobra…- mruknęłam bez zastanowienia i szybko uciekłam.
Świat się wali… O co im wszystkim chodzi?! Najpierw ten idiota Steinmann, teraz Goyle… Tak się na mnie uwzięli, no! Czym się wyróżniam od innych? Chyba niczym, tak myślę. Być może inne dziewczyny też mają takie problemy? Weźmy na przykład Lily i jej fanatycznego, zdesperowanego wielbiciela… No, ale jest monumentalna różnica pomiędzy, powiedzmy, Lukasem a Jamesem, pod względem zarówno kręgosłupa moralnego, jak i stopnia pofałdowania mózgu. Oj tak, na Steinmanna jestem wściekła. Ech, zaczyna mnie to wszystko już drażnić z lekka…
Dobrnęłam do klasy transmutacji, pod którą czekała na mnie Lily.
-No i co? Widzę, że wciąż ledwo odbierasz świat zewnętrzny.- zmartwiła się. Ziewnęłam szeroko w odpowiedzi.- Ciekawe, od czego to…
Obok nas stanęli Huncwoci.
-I jak?- James aż skakał z podniecenia- Poznałaś tego oszałamiająco przystojnego, niewiarygodnie męskiego pożeracza serc niewieścich?!
Parsknęłam. Jego wersja skrajnie różniła się od rzeczywistości.
-Taa… To Gregor Goyle.- i zaczerwieniłam się.
Huncwoci wypuścili powietrze z ust po tych słowach.
-Łee!!!- Syriusz parsknął i odrzucił włosy do tyłu- Masz na myśli tego Ślizgona z mordą niczym traktor?! To brakujące ogniwo pomiędzy małpą a człowiekiem?!
-Widzisz, Syriuszku?!- ucieszył się Rogaś- Odnalazłeś wreszcie rodzinę!
Zaraz zarobił kopa.
-I jak było? Romantycznie?- cieszył się bezczelnie Remus. Posłałam mu pełne politowania spojrzenie.
-Zwariowałeś?! Chciałam stamtąd zwiewać czym prędzej!!!
-Trzeba było.- zauważyła Lily.- Może powinnaś mu powiedzieć, że nie interesuje cię znajomość z nim…
-Nie umiem być niegrzeczna dla tych, co mi nie zaskórzyli…
-Trzeba było mnie tam wezwać, wyrwałbym cię z opresji!- zawołał bohatersko Rogaś- Dowaliłbym mu…
-Taa…- Syriusz parsknął- Miałbyś chyba sinusoidę zamiast twarzy…
-Lepsza sinusoida niż to, co ma teraz!- wydusił z siebie z trudem Remus i oboje z Syriuszem leżeli na ścianie, wietrząc jamy ustne i łapiąc rozpaczliwie powietrze. James ryczał ze śmiechu, jak opętany. Nawet Lily lekko się uśmiechnęła. Tylko Peter stał bez żadnej reakcji.
Wleźliśmy do klasy za McGonagall.
-Evans!- usłyszałam za sobą szept Jamesa, gdy już opanował dziki atak śmiechu- A co to jest to sinuo-coś-tam?...
Lekcje były masakryczne. Nie potrafiłam się skupić. Nie dość, że Goyle obijał mi się o ścianki głowy, to jeszcze praktycznie usypiałam. Na dwóch transmutacjach czas dłużył się w nieskończoność. Kilka razy Lily zmuszona była mnie poszturchiwać, bo osuwałam się na blat ławki. Niestety, na dwóch następnych lekcjach, czyli eliksirach, nie mogłam siedzieć, lecz stałam. Tym razem to na Alicję spadła niewdzięczna rola osobistego budzika. Najgorzej jednak było potem-ostatnią bowiem lekcją była obrona. Musiałam się bardzo pilnować, by nie zarobić szlabanu za zbyt częste mruganie powiekami.
-I jak dzień?- Goyle usiadł naprzeciw w bibliotece. Jego niski głos, nieco tępy z brzmienia dziwnie mnie rozdrażnił.
-W miarę.- odparłam zdawkowo, czując się niezwykle niekomfortowo.
-Wyglądasz na senną.- z szokiem odkryłam pod nieco zachrypniętą warstwą jego głosu troskę i zaniepokojenie- Wszystko gra?
-Tak, mam ostatnio pewne problemy z samopoczuciem…
Urwałam, obserwując Syriusza, który przemknął za jego plecami. Widocznie szukał jakiejś książki, ale miałam nieodparte wrażenie, że został wysłany przez siły wyższe swego gangu na szpiegowanie. Zezłościło mnie to.
-Może dlatego, że ugryzł cię wampir.- zerknęłam na niego z zaskoczeniem- Tak, wiem. Wszyscy to wiedzą. Wiesz, powinnaś iść i się wyspać.
-Taa… Chyba tak zrobię. Eee, dzięki, Gregor… - i podniosłam się z wolna.
Naraz zakręciło mi się w głowie. Kurczowo złapałam krawędź krzesła, po czym bezzwłocznie oddaliłam się, czując na sobie zaniepokojony wzrok Goyle’a.
-Nic mi nie jest…- szepnęłam do siebie na pocieszenie. Ból głowy był nie do zniesienia, nigdy tak mnie nie bolała. Miałam wrażenie, że coś rozrywa od wewnątrz moją czaszkę, coś próbuje się wydostać…
-O, hej, siostra!- Remus zagadnął mnie, niosąc naręcze jakichś książek. Zmarszczył brwi- Coś ci dolega jeszcze bardziej? Jesteś nawet nie blada, ale trupio zielona…
Warknęłam doń w odpowiedzi. Cofnął się, zaskoczony.
-Zjeżdżaj, wilkołaku...
Wyminęłam go i z trudem utrzymując pionową postawę ciała ruszyłam dalej. Miałam wrażenie, że ziemia ucieka mi spod stóp.
-Mary Ann!- Remus ocknął się za mną. Zignorowałam go, zastanawiając się nad celem i przyczyną mojej odzywki. Szłam przed siebie, jak we śnie, bardzo męczącym śnie. Można by powiedzieć, iż był to koszmar.
Przede mną długa droga do dormitorium…
Trzy kroki naprzód. Nogi zaczęły mi się trząść, kolana z trudem utrzymywały ciężar, jaki na nich spoczywał.
Cztery następne. W brzuchu powstał lej, próżnia, miejsce, gdzie szła cała moja energia i wyparowywała. Bolało. Mimowolnie zgięłam się lekko wpół.
Po dwóch krokach dalej desperacko złapałam się mijanej kamiennej okiennicy. Mój mózg ścisnął się niczym pięść, spowodował zamroczenie przed oczyma. Straciłam przez chwilę rozeznanie, gdzie góra, a gdzie dół. Przed oczami rozbłysły wszystkie gwiazdy, ale uczucie powoli mijało. Łomoczące serce wyrównywało rytm, żołądek rozkurczał się. Tylko wciąż nie mogłam się ruszyć z miejsca. Wlepiłam wzrok w dłonie, zaciśnięte boleśnie na rzeźbionej okiennicy. Zrobiły się szare, na skórze wykwitły jakieś dziwne, fioletowe plamy. Ciekawe, od czego to… Poczułam niewyobrażalne zimno, wędrujące od rąk, by rozejść się po całym ciele. A więc jednak coś niedobrego dalej się dzieje…
-Meggie, nie umieraj! Przybywam!
Wrzask Jamesa gdzieś po prawo sprawił, że prawie ogłuchłam. Sekundę potem James i Remus przystanęli obok.
-Co ci się dzieje?- wrzeszczał Rogaś.
-Nic, nic mi nie jest… James, już wszystko gra…- szepnęłam. Głowa nagle przestała dawać o sobie znać bólem, odzyskiwałam czucie. Tylko nogi mi się trzęsły i to absurdalne zimno…
-CO TY MI ZA KITY WCISKASZ, DZIEWCZYNO?! STOISZ LEDWO NA TYCH SWOICH ODNÓŻACH, TRZYMASZ SIĘ OKNA… TO JEST NORMALNE?!- podrapał się po łepetynie- No, chyba żeś se golnęła z gwinta…
-James, mózg postradałeś, przecież to Meggie!!!- oburzył się Remus- A nie Syriusz…
-Powiedz coś! Co tylko chcesz!- poprosił James- Chcesz pączka? Ptysia? Bezę? Homara z anchois?! Wszystko razem?!?! Zrobię wszystko, tylko wróć!!!- zawrzeszczał dramatycznie, machając dziko rękoma na wszystkie strony. Remus westchnął.
-Chcę spać…
-SPAĆ?!?! JUŻ, NATYCHMIAST, ZAŁATWIONE, ROBI SIĘ!!!- poczułam, że James podniósł mnie na rękach i ruszył ku naszemu dormitorium. Remus pomykał za nim. Czułam, że muszę powiedzieć mu coś ważnego.
-Jest bardzo blada!- zauważył z troską, ignorując natarczywe spojrzenia gapiów.
-Od niewyspania.- zasugerował James- No, teraz się wyleżysz. Nie ma bata. Koniec. Masz szlaban na bezproduktywne szlajanie się po szkole. I umawianie na randki z jakimiś pasztetami.- burknął na koniec.
-Remus!- jęknęłam natarczywie- Remus, przepraszam…
-Nie masz za co… Ja zawsze ci wybaczę…
-Nie wiem, co we mnie wstąpiło…
-To zrozumiałe.- mruknął, obserwując nieprzytomnie mijane jednostki uczniowskie. Wszyscy odwracali się, słychać było zaintrygowane szemranie.
Dobrnęliśmy, zdawać się mogło, po kilku sekundach do dormitorium. Film począł mi się urywać i odczuwałam ulgę na myśl o słodkim, głębokim śnie, po którym odzyskam sprawność…
James złożył mnie na łóżku Remusa (czyli tym najmniej uświnionym i najbardziej sterylnym), po czym oboje usiedli w jego nogach. Powoli zamykały mi się powieki, odpływałam…
-STOP! NIE!
Ktoś wpadł do dormitorium i doskoczył do mnie, potrząsając mną. Poznałam po głosie, iż był to Peter.
-Co…?- zapytałam, nieprzytomna prawie.
-Co ty robisz?! Ona musi się przespać, ledwo kontaktuje…- obruszył się gdzieś tam James.
-Syriusz już tu idzie…- wyjąkał, jakby to wyjaśniało jego zachowanie. Jednak powieki przymknęły mi się mimowolnie i już zapadałam w sen.
-NIE POZWÓLCIE JEJ USNĄĆ!!!- grzmot Syriusza skutecznie mi przerwał. Podbiegł do mnie i chwycił mocno w ramiona.
-Mary Ann, słuchaj! NIE WOLNO ci spać!!! Słyszysz mnie?! Nie możesz usnąć! Wstawaj i nie wiem… Pobiegaj sobie w kółko. Albo włóż głowę pod lodowatą wodę.
-W marcu?!- przeraził się Remus, ale nikt go nie słuchał.
-Nie… potrafię…- wyszeptałam, ale rozchyliłam powieki.
-MUSISZ! To jest niebezpieczne!- potrząsnął mną, jak kukłą.
-Co?- zdziwił się Lunatyk. Syriusz rzucił mu od niechcenia średniej grubości wolumin, który aż do teraz trzymał pod pachą.
-AUU!- Remus oberwał prosto w skroń. Krew polała się. Cała ta szarpanina wydała mi się zbędna, nie z tego świata. Remus wrzeszczał coś do Syriusza i odwrotnie, ale ja tego nie widziałam. Aksamitny, czarny sen otworzył przede mną swe wrota…
46. Walentynkowe przepowiednie i... Dodała Mary Ann Lupin Poniedziałek, 08 Lutego, 2010, 00:00
No i nowy odcinek. Nieco przydługi-rekordowy wpis miał tylko 3 strony więcej, hehe.
Dziękuję pięknie za życzonka ! I Syrci za wiersz dla mnie u Lunia-piękny prezent. Tak, kończę 18 (odpowiedź dla Alice-mam nadzieję, że przybędziesz wkrótce na mój pam bez większych problemów .
Pozdrawiam! Dedyk dla Was!
-MAM WAS!
Ku nam pomknął z prawej zielony strumień. Zrobiliśmy gwałtowny unik w bok, zaklęcie roztrzaskało w drobny mak każdy najmniejszy słoik. Rozległ się ogłuszający hałas, wróg osłonił twarz przed wodospadem szkła, które rozprysło się na wszelkie możliwe strony. Wykorzystaliśmy moment jego nieuwagi i prawie na klęczkach zwialiśmy w lewo, wzdłuż pólek z konfiturami. Co jakiś czas jakiś słoik za nami eksplodował, gdy trafiło go zaklęcie.
-Szybciej!- jęknął James- Musimy odnaleźć chłopaków!
Chwyciłam w biegu parę butli coli z mijanej półki i rzuciłam za siebie. Po odgłosie poznałam, że jedna się stłukła. Druga natomiast wpadła pod nogi napastnika, który wywrócił się o nią z impetem.
Jego różdżka, która wciąż oświetlała wnętrze zaklęciem światła, zatoczyła malowniczy łuk w powietrzu. Niezawodny szukający, James, chwycił ją w dwa palce, wydając okrzyk tryumfu.
Zatrzymaliśmy się przed ladami z mięsem. Za jedną z nich kulił się Pet, Syriusz natomiast biegał po niej i ciskał we wrogów różnymi częściami zwierząt, zazwyczaj z kością.
-Hej! Wara od moich kumpli!- warknął James i posłał jakieś zaklęcie w stronę jednego z czarodziejów. Trafił w lodówkę z wędlinami, która rozwaliła się efektownie, obrzucając pobliskie otoczenie swymi szczątkami. Następny czar skutecznie powalił pierwotny cel.
-HA!- zawył Syriusz z uciechy.
Zielony promień z prawej o cal minął moje biodro i trafił w beczkę z arbuzami, która natychmiast rozeszła się w szwach. Wielkie, zielone owoce runęły ku mnie, Remusowi i Jamesowi, który tego nie zauważył, toteż chwilę później spoczywał zaskoczony na ziemi pod ladami z mięsem.
Czarnoksiężnik rzucił się ku bezbronnemu Rogasiowi, który zamarł.
-Łapy precz, kretynie!- ryknął Syriusz, zeskoczył z lady, po czym, po chwili zastanowienia zdzielił go w łeb trzymanym od samego początku metalowym koszykiem.
Gdy wróg leżał powalony na ziemi, całą piątką rzuciliśmy się główną aleją ku wyjściu. Już tak niedaleko…
Zaklęcie wystrzelone za nami pomknęło ku naprzeciwległej półce, a ona runęła prosto na nas.
-W BOK!- ryknął James.
-UWAGA!- wrzasnął Pet.
Poczułam, jak ktoś z lewej popchnął mnie i razem przetoczyliśmy się w prawo. Chwilę potem o podłogę, tam, gdzie przed sekundą staliśmy, grzmotnął potężny regał z alkoholem. Harmider tłuczonego szkła i odgłos uderzenia o kafelki ogłuszył mnie na kilka chwil.
Pozbierałam się z podłoża, obok leżał Remus.
-Nic ci nie jest?- spytał- O nie…
Bo oto na końcu jednej z alejek dostrzegł biegnących ku nam dwóch czarnoksiężników.
-Do magazynu!
Naraz dopadliśmy do drzwi na końcu alejki, w której leżeliśmy, po czym władowaliśmy się do środka, w ostatnim momencie zamykając za sobą drzwi.
-Zabarykaduj tym!- zawołałam, wskazując na skrzynię. Z najwyższym wysiłkiem przesunęliśmy ładunek tak, by zasłonił wejście, po czym skryliśmy się we wnętrzu ponurego, ciemnego magazynu.
Stosy skrzyń nieco nas dezorientowały co do kierunku poruszania się. Remus złapał mnie za rękę i razem w milczeniu posuwaliśmy się w labiryncie.
Od strony wejścia rozległ się huk, odłamki skrzyni uderzyły o inne.
-Są tu…- szepnął Remus, po czym lekko wychylił się zza węgła, by dostrzec przeciwnika.
-Włazimy?- wymamrotałam, wskazując na nieco niższą skrzynkę.
-Z ust mi to wyjęłaś…- szepnął flegmatycznie, po czym bezszelestnie wspięliśmy się po skrzynkach na sam szczyt i przykucnęliśmy, by obserwować zdarzenie z góry.
Wolno poruszający się między ścianami ze skrzyń obiekt obserwował wszystko z najwyższą czujnością. Przystanął dokładnie pod nami. Remus poruszył się niespokojnie, jego kolano chrupnęło nagle.
Mężczyzna z wolna począł unosić głowę ku górze.
-ZWIEWAMY!- krzyknęłam, po czym błyskawicznie zerwałam się na równe nogi i kopnęłam glanem z całej pary skrzynkę stojącą obok. Pakunek zleciał i rąbnął wroga w głowę. Remus uderzył w następną, która powieliła zachowanie poprzedniczki.
Rzuciliśmy się do ucieczki w prawo, skacząc po skrzyniach w najwyższym pośpiechu, a one, naruszone naszym szybkim i gwałtownym biegiem, obsuwały się na dół, robiąc nieziemski hałas.
-REMUS, SZYBCIEJ!- jęknęłam, czując, że tracę grunt pod nogami. Ale niewiele to dało-wkrótce oboje zwaliliśmy się z kretesem na ziemię razem z pakunkiem, na którym się znajdowaliśmy.
-Auu!- jęknął Remus, gdyż skrzynia zmiażdżyła mu nogę. Następna uderzyła mnie w głowę kantem. Zaszumiało mi w uszach, poczułam krew spływającą po skroni…
Do rozwalonego magazynu wpadły dwie postaci i z wolna, nieuchronnie się ku nam zbliżały.
-Nie…- szepnął Remus, próbując wydostać nogę. Ja straciłam na chwilę świadomość i ległam w bezruchu na zakurzonej posadzce. Wszystko dwoiło mi się przed oczyma.
-Remus? Mary Ann?- z ulgą stwierdziłam, że szept ten należy do Syriusza.- Gdzie James?
-Był z wami…- jęknął przez zaciśnięte zęby Remus. Syriusz i Peter pomogli mu wydostać się czym prędzej spod skrzyni, a potem czyjeś ramiona uniosły mnie do góry.
-Został w środku…- szepnął Syriusz z przerażeniem.
-Tu jest wyjście!- zauważył Peter, wskazując na drzwi- Nim wydostaniemy się na zewnątrz!
-Najpierw znajdźmy Jamesa!
-Może ktoś po niego wróci? Remus jest przecież ranny, nie wejdziemy tam wszyscy!
-Dobra!- wymamrotałam- Wyjdźmy, potem po niego wrócę. Najpierw oddalmy się z Remusem.
-Ale nie dasz sobie rady sama!- żachnął się Syriusz.
-Nawet nie wiesz, jak ostatnio szybko umiem biegać, jeśli tylko zechcę…- szepnęłam, choć nie tak pewnie.
-Cóż, zdążyłem się przekonać o tym, gdy wpadłaś na mnie w parku…
Wyszliśmy na zimną, styczniową już noc. Przed nami rozpościerała się ulica, wiodąca prosto do Londynu.
-Pięć minut drogi stąd pieszo zaczyna się zatłoczone centrum.- objaśnił Syriusz- W tłumie łatwo zgubić ofiarę… To jest ulica Holywell Row, jak nią pobiegniemy, wkrótce dotrzemy do Moorgate, tam śmierciożercy nas nigdy nie znajdą.
-Ruszajcie!- poprosiłam, przerażona faktem, z kim mam do czynienia- Poradzimy sobie z Jamesem.
Zawróciłam do sklepu. Nie miałam najmniejszej ochoty wchodzić do ciemnego pomieszczenia, gdzie czają się śmierciożercy. Tak naprawdę wcale nie muszę znaleźć Jamesa, on może siedzi gdzieś w kącie i nigdy się nie ujawni… A ja nie mam różdżki. Bóg jeden wie, ilu ich tam się na mnie czai…
Przekroczyłam próg głównym wejściem. Przy rozwalonych ladach leżały martwe ciała ekspedientek i jeden klient.
Z duszą na ramieniu ruszyłam główną alejką, zasłaną śladami walki.
Z prawej wypadł na mnie jeden ze śmierciożerców. Roześmiał się w głos okrutnym śmiechem.
-A masz!
Podniosłam z ziemi roztrzęsionymi rękoma puszkę z żarciem dla kota i cisnęłam prosto w jego roześmianą gębę. Puszka zdzieliła go w rozwartą szczękę. Druga spowodowała, że stracił przytomność. Głupkowaty śmiech ustał.
-Meggie!- usłyszałam słaby głosik.
James leżał niedaleko roztrzaskanego regału z alkoholem.
-Coś mi się stało z ręką…- podniosłam Jamesa z trudem, wyczuwając jednocześnie, że ktoś zbliża się.
-Wiejemy.- mruknęłam w tym samym momencie, gdy zza węgła wypadło dwóch śmierciożerców.
Dopadliśmy do drzwi. Zaklęcie za nami wysadziło je, rozpryskując szkło na śnieg.
-Moorgate…- pomyślałam- Trzymaj mnie mocno za rękę, Rogaś…
Zaczęliśmy biec jak najszybciej w stronę centrum. Całą siłę woli skupiłam na tym, że chcę uciec. Daleko. MUSZĘ uciec… A jeśli to nie podziała?...
Nagle wszystko naokoło zrobiło się jakby zamazane. W sekundę przebiegłam kilkadziesiąt jardów, James ze mną, uczepiony moje ręki.
-MEGGIE!- ryknął, jakby zdziwiony.
-Siedź cicho!- odwrzasnęłam w euforii, z trudem zmuszając własny tułów do nadążania za przebierającymi ultraszybko nogami.
Dwie minuty potem wmieszaliśmy się w tłum świętujących Nowy Rok mieszkańców Londynu.
-Gdzie reszta?- zaniepokoiłam się- Syriusz miał rację. Oni nas nie znajdą, my siebie także nie…
-Na pewno sobie poradzili!- pocieszył mnie James- My też sobie poradzimy! Musimy się tylko gdzieś przechować przez resztę nocy…
Wymijaliśmy niespotykane tłumy ludzi, trzymając się kurczowo za ręce.
-Masz jakąś kasę?- zagadnął spokojnie okularnik.
-Nie… Miałeś zamiar gdzieś przenocować?
-Taa, to byłoby chyba najlepsze rozwiązanie… Radziłbym nie wracać do mnie, gdy po okolicy kręcą się takie menele…- zakończył z odrazą.
-Nie podoba mi się, że śmierciożercy tak zaczynają się panoszyć…- szepnęłam.
Mijał nas nieświadomy niczego, radosny, lekko podchmielony tłum, ciesząc się ze wszystkiego. Nawet nie wiedzą, jakie niebezpieczeństwo czyha na nich!...
James rozglądał się z czujnością dyskretnie, jego ręka w skórzanej rękawiczce ściskała o wiele mocniej moją, niż wynikałoby to z sytuacji.
Radość tłumu i różnorakie hałasy zdawały się być groteskowo śmieszne. Najpierw widziałam śmierć niewinnych ludzi. Teraz ktoś śmieje mi się w twarz, bo zobaczył fajerwerk…
Dwie łzy spłynęły po moim nosie. James otoczył mnie swym lewym ramieniem. Odwzajemniłam gest.
-Spędźmy noc w jednym z budynków, co? Jestem tak zmęczony, że jest mi już wszystko jedno…- mruknął.
Weszliśmy do jednego z licznych budynków mieszkalnych przy ulicy, po czym skuliliśmy się razem blisko siebie w kącie zatęchłego korytarza…
Księżyc wpuszczał przez otwarte okno blade światło. Przesuwał się z wolna po małym, drewnianym łóżku. Pościel była wełniana, w niebiesko-czerwoną kratkę.
Mała piąstka zacisnęła się na poduszce. Bardzo jasne, prawie białe loczki porozsypywały się na pościeli naokoło główki pogrążonego we śnie ośmioletniego dziecka. Niedaleko leżał filcowy misiek, ręcznie zrobiony przez troskliwą mamę. Jedno oczko z czerwonego guzika już dawno odpadło, ale miś był wciąż najukochańszą zabawką chłopca.
Pod oknem spoczywały dwa drewniane wagony i lokomotywa, dalej, metalowe pudełko po herbacie, gdzie chłopczyk trzymał kilkanaścioro ołowianych żołnierzyków. Potem mały stos książek, które uwielbiał oglądać i czytać. Na końcu leżała lalka z drewna, słomy i trocin, należąca w przeszłości do jego siostry. Nigdy się nią nie bawił. Wszystko pogrążone było w idealnej ciszy, sen obejmował nawet żołnierzyków w pudełku.
Światło księżyca przysłonił cień. Coś, co wskoczyło na parapet i poruszało się prawie bezszelestnie, wślizgnęło się do pokoju i zbliżyło ku dziecku.
-Świetnie.- oblizał wargi Jonasz- Wiedziałem, gdzie się udać. Ranemsletta jest pełne smacznej, młodej krwi…
Pochylił się nad drobnym, bezbronnym ciałkiem.
-Mamo?...- zapytało dziecko, zanim nie krzyknęło piskliwie, szamocząc się w objęciach śmierci…
„ZRUJNOWANO SKLEP SIECI SAINSBURY’S” a dalej „Kim byli tajemniczy sprawcy?”.
Czyli gazety już wiedzą…
Przyglądałam się pierwszej stronie lokalnej gazety. Głosiła, że zginęło w sklepie aż osiem osób. Westchnęłam, odkładając brukowca na półkę.
Salonik prasowy, w którym stałam z Jamesem, nie był zbyt zatłoczony. Poza nami stał tu jeszcze jakiś potężny facet oraz drobna staruszka.
James zajrzał mi przez ramię i obdarzył ciepłym uśmiechem otuchy.
-Wiesz, że ci się wyprostowały zupełnie włosy przez tę noc?- zagadnął- To pewnie od pogody…
-Trudno.- pociągnęłam nosem.
-Nie wiem jak ciebie, ale mnie bolą wszystkie kości po tej nocy!- parsknął szeptem.
Uśmiechnęłam się smutno w odpowiedzi.
-Nie martw się. Oni już na pewno są szczęśliwi.
-A co, jeżeli zostawili tych, którzy ich kochali?- zapytałam, a łzy zamazały mi widok- To właśnie najbardziej ich mi szkoda…
James nie odnalazł stosownej riposty. By nie dostrzegł, że łzy spadają obficie z mych oczu, odeszłam w bok.
BUCH! Wyryłam prosto w wielgachny brzuch tamtego mężczyzny.
-Przepraszam.- bąknęłam.
-MARY ANN!- rozległ się tubalny okrzyk. Uniosłam głowę ku górze i oniemiałam.
-O ja…- udało mi się tylko wykrztusić.
-Mia bella ragazza!- zawołał entuzjastycznie człowiek- Co za niespodzianka! Żyjesz? Myślałem, że nie…
Chwycił mnie w swój kleszczowy uścisk. A potem ryknął takim śmiechem, że pół sklepu się zatrzęsło.
-Wujek Giuseppe…- szepnęłam, zszokowana.
-Naturalmente!- zakrzyknął.
Nie widziałam go z siedem lat! Teraz musiał mieć prawie pięćdziesiątkę, jednakże czarne włosy, zapięte w kitkę, przeczyły jego wiekowi. Garnitur opięty był na potężnym brzuszysku.
-Nie poznałem cię od razu. Tui capelii… Są inne! Hebanowe i proste! A miałaś takie piękne loczki, ragazza! I coś taka blada? I trista? Rozchmurz się nieco, prego!
-Eee… Dobrze. Wujku, co tu robisz?
-Och, moja praca. Czasem muszę wyjechać. Bella Italia! Zawsze tęsknie!
Znowu ryknął śmiechem.
-Wracając do ciebie… Słyszałem, że nie żyjesz! Povera Julia! Tak ją kochałem!
Kiwnęłam.
-Chyba muszę już spadać…- zerknął na zegarek- Che ore sono?… Ach, już dziesiąta za dwie! Cóż, Mary Ann, za chwilę mam ważną rozmowę… Odwiedź nas w wakacje, d’accordo?
-Dobrze.- uśmiechnęłam się- Do wakacji jeszcze trochę…
-Szybko zleci! Prego, to nasz adres! Nie zgub go! Wyślesz nam una lettera z odpowiedzią!
Wakacje spędzasz w tym roku w Italii!
Jeszcze raz zmiażdżył mnie w czułym uścisku, po czym wytoczył się na zewnątrz. Zrobiło się dziwnie cicho.
-Ło matko!- westchnął James.- A kto to był?
-Mąż przyrodniej siostry mamy. Tej mugolskiej. Miały jednego ojca. Mój przyszywany dziadek miał romans z Włoszką i z nią wyjechał do jej kraju, pozostawiając mamę z babcią. Moja mama i Anastasia, bo tak nazywało się nieślubne dziecko, miały tyle samo lat. I dlatego bardzo się lubiły, mimo dziwnej sytuacji w rodzinie. Traktowały się jak najlepsze przyjaciółki. Bywałam u nich z mamą na wakacjach, gdy byłam młodsza. Zawsze ojciec wujka Giuseppe, Luciano, traktował mnie jak najukochańszą wnuczkę i pieszczoszkę, mimo, że nie byliśmy spokrewnieni.
James pokręcił głową. Byłam absolutnie pewna, że nie zrozumiał ni w ząb.
-To co, szukamy ich? Może siedzą u mnie…- podjął- Głodny jestem.
-Ja też…
Na zewnątrz czuć było zapach świeżych bułeczek z pobliskiej piekarni. Żołądek skręcił mi się boleśnie.
-Mmm, mam niekontrolowany ślinotok…- westchnął James tęsknie- Nie mamy pieniędzy…
Przykleił nos do szyby.
-Przydałaby się peleryna-niewidka…
Przyjrzałam się bułeczkom i nagle z całą mocą zapragnęłam zjeść jedną z nich.
-Nie dla psa kiełbasa, nie?- mruknął James, odwracając się ku mnie- Meggie?
Rozejrzał się.
-Meggie?- krzyknął, jakby mnie szukał.
-Przecież stoję obok, ślepolcu!- zaśmiałam się.
James raptownie rozejrzał się, nie lada zszokowany.
-Meggie! Gdzie jesteś?! Słyszę cię, ale nie widzę!
-James, masz omamy z głodu?! Stoję tuż obok!
Pomachałam mu rękoma przed twarzą.
-Gdzie?
Zerknęłam na wystawę z wolna i dostrzegłam, że moja osoba nie odbija się w szybie. Co…?!
-Ty… Ty naprawdę mnie nie widzisz?- szepnęłam ze strachem.
-Bóg mi świadkiem!- zawołał- Coś ty zrobiła?!
-Nic! Stałam sobie niewinnie!- odparłam, zerkając na bruk, na którym nie spoczywały moje stopy, mimo, że powinny- Mam iść po te bułeczki? A jak się zrobię widzialna na środku sklepu?
-Nie, lepiej nie… Nie będziemy kraść. Dojdziemy do domu o własnych siłach! Ekhem, czy mogłabyś się z łaski swej zmaterializować? Czuję się jak debil, gdy gadam do powietrza…
-Nie umiem tak na zawołanie! Czekaj, spróbuję się skupić…
Nic to nie dało. Ogarnął mnie paraliżujący strach, że już na zawsze tak pozostanie.
-James, ratuj!- pisnęłam i potrzasnęłam nim.
-Tylko jak? Czekaj, wracajmy. W domu na pewno coś się wymyśli… Pobiegniesz tak szybko, jak wczoraj? Dotrzemy tam w pięć minut!
Mój megaszybki sprint był dziś jeszcze dziwaczniejszy, niż wczoraj. Miałam wrażenie, że jestem parą oczu, szybującą nad ziemią.
-No, nareszcie!- Syriusz rzucił się ku kumplowi w hallu.- Gdzie jest Mary Ann?
-Tu!- pisnęłam żałośnie.
-O rany…- wyszeptał Syriusz- No to mamy problem…
Dotarliśmy do salonu, gdzie siedzieli Remy i Peter.
-Tylko mi nie mów, że zgubiłeś moją siostrę!- Remus wstał, twarz mu stężała.
-Jeśli chodzi o zasięg wzrokowy, to przyznaję, że tak…- odparł James, pokornie spuszczając głowę.
-Jestem tu, Remusie!- szybko wtrąciłam- Trochę chyba straciłam na ostrości…
Zaległa cisza. A potem wybuchnęłam śmiechem. Huncwoci zerknęli po sobie, a potem, jeden po drugim, zawtórowali mi, pokrótce tarzaliśmy się wszyscy na podłodze.
Przytuliłam się do Remusa, a w sercu narósł mi dziwny smutek. Wszyscy zbiliśmy się w ciasny kłębek.
-Specyficzne uczucie!- parsknął Luniaczek- Powietrze mnie obejmuje!
-Nie łam się, Meggie! My i tak cię wszyscy kochamy!- zakrzyknął James.
Mój kotek zamiauczał żałośnie. Westchnęłam.
-Mam nadzieję, że dojdę do siebie.
-Być może czujesz się niedowartościowana.- James odchrząknął, jak profesor, pragnący wyrazić swą niewiarygodną tezę- Odrzucona przez społeczeństwo…
-Przymknij się, mądralo…- rzuciłam niedbale.
Syriusz zmarszczył brwi, myśląc nad czymś głęboko.
***
-Czeka go śmierć…- wycedziła przez mocno zaciśnięte zęby Diana.
-Matko, co zobaczyłaś?- Marina podeszła do rodzicielki, która krążyła przy stole. Florian zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem, spoczywając na jednym z foteli.
-Widziałam, kto zabił Wiktora. Miałam wizję... Wiktor przyszedł do mnie w nocy… Powiedział, kto to był… Wiem nawet, jak wygląda i jak ma na imię!
Roześmiała się złowrogo.
-Nie możemy wyruszyć, by go zabić, dopóki Jonasz nie powróci z polowania!- zachłysnęła się Marina.- Wiesz, jak mogłoby się dla niego skończyć pałętanie się gdzieś w dzień…
-Tak, on może umrzeć.- przytaknął Florian.
-Muszę pomścić zabójcę mojego męża!- zasyczała Diana.
Przyjrzała się dzieciom, a potem rzekła z przesadną, ironiczną słodyczą:
-Morderca jest wyjątkowy, nosi imię prosto z nieboskłonu… Psia Gwiazda, też mi coś!
Wybuchnęła demonicznym śmiechem, Florian i Marina zawtórowali jej, Florian nieco przestraszony…
-Meggie, wstawaj! Za dziesięć minut jest mecz!!!
Głos Lily wyrwał mnie z bardzo głębokiego snu. Tak głębokiego, że praktycznie musiałam przypomnieć sobie, kim jestem.
-Meggie, szybko! Błagam!
-Już…
Potworny ból głowy i światłowstręt uderzyły mnie z całą mocą. Zrobiło mi się aż niezdrowo.
Zacisnęłam mocno język między zębami, żeby nie krzyknąć.
-AUU!!!
Lily, krzątająca się przy moim kufrze z ubraniami, obróciła się z pytającą miną.
-Nic… Ugryzłam się, to wszystko…
Wolno rozczesywałam moje ciemne, prawie proste włosy, ziewając przeciągle.
-Hej, Meg! Kontaktujesz? Zaraz masz mecz z Puchonami!
-Hura…
Przyspieszyłam jednak ruchy i szybko zeszłyśmy na dół.
-No chyba żartujesz!- oburzyła się Lily, gdy wypadłyśmy na styczniowy, mroźny poranek i przemierzałyśmy błonia.- Masz natychmiast wracać i coś zjeść!
-Nie ma czasu…- wysapałam- Lily, przepraszam, ale pobiegnę, tak będzie szybciej…
Puściłam się biegiem i dziesięć sekund potem stałam już w szatni i zdejmowałam koszulkę. Byłam obecnie jedyną dziewczyną w drużynie, toteż całą szatnię damską miałam dla siebie.
Chwilę potem dotarłam do mojej drużyny.
-Już jestem!- usprawiedliwiłam się przed Jamesem- Wystarczyło pobiec…
-Hmm, chyba korzystasz ile wlezie z twego nowego daru!- uśmiechnął się- Tylko proszę cię, nie rób się niewidzialna…- mruknął szeptem- Wpędzisz mnie w nerwicę.
Wyszczerzyłam zęby.
-Sen przywraca normalność. W tym przypadku również.- odparłam.
James zmrużył podejrzliwie oczy.
-Co jest?- uniosłam brwi.
-Miałaś jakiś inny uśmiech…- mruknął- Syriuszu!
-No?- fuknął znudzonym tonem Łapa, opierając się na rączce od miotły.
-Coś mi tu nie pasi, a tobie?
Syriusz przyjrzał się krótko moim zębom, marszcząc czoło.
-Kły ci się wydłużyły.- stwierdził chwilę potem.
-Chyba masz rację. Skaleczyłam się o nie dziś rano.- odparłam.
Huncwotom brwi powędrowały wysoko po czołach. Obok Syriusza stanął Luke.
-I jak?- zagadnął, wyszczerzając się- Ładnie ci w tych włosach.
-Naprawdę?- rozpromieniłam się.
-A mnie się wydaje, że czarno-rude loki były hmm… Jedyne w swoim rodzaju!- dorzucił swoje trzy grosze Syriusz. Zanim jednak Luke zareagował, James wygonił dziatwę na stadion.
-Kupą, mości panowie… I nadobna niewiasto.- skłonił głowę ku mnie.
Ja, Syriusz i Philip ustawiliśmy się na pozycjach ścigających, James-szukającego, Jack i Luke przyczaili się z tyłu, by chronić nas przed tłuczkami, Caradoc poleciał ku bramkom, które bronił. Mecz się rozpoczął.
Ściskało mnie z głodu, odgłos meczu był sto razy głośniejszy, niż zwykle. Do tego doszedł niemiłosierny ból zranionego języka i głowy, bo świeciło słońce. Dobrze, że jest tylko szron, śnieg mógłby nieźle razić. Postanowiłam skupić wszystkie swe siły na meczu.
W ciągu dziesięciu pierwszych minut Gryfoni zdobyli przewagę czterech goli. Puchonom chyba się to nie spodobało, bo zaostrzyli taktykę.
Tłuczek, wysłany przez jednego z ich pałkarzy posłał Syriusza na ziemię, mimo jego desperackiej ucieczki. Łapa mógł tylko leżeć na twardej ziemi i obserwować wszystko z dołu.
Cała wataha Puchonów ruszyła ku bramkom, by wbić gola. Teraz mają jednego przeciwnika mniej, łatwiej będzie im zdobyć punkt… Poczułam, że muszę im w tym przeszkodzić.
Przynaglałam miotłę, żeby się pospieszyła. Ale wiedziałam, że przeciwnicy są zbyt daleko, nie dogonię ich na tym gracie.
ŁUP! Tłuczek od jakiegoś Puchona przyładował prosto w moją miotłę. Poczułam, że rozpada mi się pod nogami. Muszę lecieć dalej, nie wolno mi się poddać… Wychyliłam się bardziej do przodu, zupełnie prostując nogi i mknęłam poziomo, niczym strzała. Wyciągnęłam ręce przed siebie, by chwycić kafla.
Przez widownię przetoczył się okrzyk przerażenia, zaskoczenia, szoku. Minęłam Luke’a, dostrzegając jego totalnie zdezorientowaną twarz. Nic mnie nie obchodzi, muszę dotrzeć do ścigających Hufflepuffu. Leci mi się teraz tak lekko, nie poddam się…
W locie złapałam kafla, którego przekazywał jeden ścigający do tego obok i natychmiast zawróciłam. Tłum wrzeszczał, jak nigdy.
Dobra, teraz do bramek Puchonów…
Z wrażenia omal nie wypuściłam kafla. Zorientowałam się, że coś jest nie tak. Serce mi zamarło. Wiszę w powietrzu… Tak po prostu, bez miotły. Trzydzieści stóp nad ziemią.
Zatrzymałam się na chwilę i żołądek podjechał mi do gardła. Każdy, nie wyłączając mnie samej, był w ciężkim szoku. Wszystkie oczy graczy i widzów zwrócone były w moją stronę. Wszystkie, poza jednym Jamesem, który, jak zwykle niezorientowany w otoczeniu, pikował po znicza. Chwilę potem go złapał, ale na nikim nie wywarło to żadnego efektu. Dopiero po kilkunastu sekundach rozległ się nieśmiały gwizdek.
Wszyscy poszybowali ku podłożu, ja także postarałam się jakoś wrócić na ziemię. Nie było z tym większych problemów.
-Oni oszukują!- wrzasnął kapitan Puchonów, gdy obydwie drużyny znalazły się za kulisami, że tak ujmę- Faszerują się jakimiś specyfikami, a potem pomykają bez miotły!
-Co za bzdura! Lupin!- McGonagall zmierzyłam mnie uważnym spojrzeniem- Łykałaś coś?
-Nie!- oburzyłam się- Nie wiem, co się stało! Chyba powinnam spaść…
-Chyba powinnaś…- stwierdziła powoli.
-Mówię pani, oni oszukują! Powinno się unieważnić mecz!- pienił się kapitan.
-Bo przegrałeś, taa?!- zdenerwował się James- Nie moja wina, że w mojej drużynie są takie orły! Pani profesor!- zwrócił się ku McGonagall- To nie wina Mary Ann! Ona…
Zerknął na mnie uważnie, po czym szepnął coś na ucho nauczycielce. Zmierzyła go zaniepokojonym spojrzeniem.
-To prawda, Lupin? Coś ci ostatnio… dolega?
Kiwnęłam głową.
-Cóż, mecz wygrali Gryfoni!- objaśniła po chwili, jakby to przesądzało sprawę. Puchon zaklął.- Ale na drugi raz panuj nad eee… sobą, Lupin… Nie chcę takich przedstawień…
-Cóż, widać, że cię nie docenialiśmy!- uśmiechnął się Luke, gdy już Puchoni sobie poszli.
-Ten lot był genialny!- przyznał Syriusz- Oniemiałem.
-Szkoda, że tego nie widziałem… Hehe, Meggie umie fruwać!- James wyszczerzył się- Zatrudnimy cię w roli amorka ze skrzydełkami, który będzie rozdawał walentynki!
Drużyna ryknęła śmiechem na tą wizję. Wsparłam ręce na biodrach i pokręciłam głową.
-No co, powaga! Czternastego lutego już całkiem niedługo!
***
Świece rzucały słaby blask na stół, zastawiony do obiadu. Na samym szczycie siedziała matka, z jej prawej strony córka, z lewej młodszy syn. Najstarszy siedział naprzeciw, na drugim szczycie.
-Udam się tam sama, jeżeli nie chcecie ze mną.- stwierdziła matka, obracając złotą obrączkę na palcu.
-Niezbyt dobrze reagujesz na słońce…- zauważył z troską Florian, z wolna konsumując surowy filet wilczy.
-Nie dbam o to. Ukryję się gdzieś w lesie, lub pod wodą, jak będę mogła…
-Ja wyruszę z tobą.- syknął Jonasz.- Ranemsletta nie zaspokoiło mojego głodu na ludzką krew.
-Zabijecie się po drodze…- westchnęła Marina.
-Nie, siostrzyczko. Nic nie zaspokoi mego głodu krwi, nawet niebezpieczne promienie tego ohydnego słońca!
Ugryzł kawał mięsa i skrzywił się.
-To obrzydliwe!
-Jedz, jak ci dają i nie marudź!- skarcił go Florian.
-Ech, ludzka krew jest taka słodka i pyszna…- westchnął z rozmarzeniem.
Florian zesztywniał i odłożył widelec.
-Coś cię boli, kochanie?- spytała matka. Zignorował ją.
-Szczególnie krew dzieci… Uwielbiam krew małych dzieci… Takie bezbronne, nieświadome niczego, nieporadne istotki. Ich krzyk…
-DOŚĆ!
Florian wstał, na jego twarzy malował się gniew.
-Zabijałeś dzieci?! Niewinne dzieci?!
Jonasz z wolna uniósł się i wpatrywał w brata z drwiną.
-No, to moje ulubione smakołyki!
-Chłopcy…- ostrzegła matka.
-Nie masz serca?!- krzyknął Florian.- Ty…
-Florianie, spokój!
-NIE! Niech mnie wysłucha! Czy wiesz, co ty robisz?! Zabijasz przez to ich rodziców, a oni nie giną… Żyją bez duszy, rozdarci na pół potwornym bólem!
-Jakie to wzruszające…- Jonasz uniósł brwi.
-To mogłyby być twoje dzieci, wiesz o tym?!
-Cisza!- krzyknęła matka.- Już zjeść nie można w spokoju…
-Siadaj, zdechlaku.- mruknął Jonasz i sam to uczynił.- Zamknij swoją delikatną, dziewczęcą buzię i po prostu usiądź. Nic nie wiesz.
Florian zbladł.
Stół poderwał się i rąbnął o ścianę, rozwalając całe jedzenie na podłodze.
-POWTÓRZ TO!
-Florianie!- krzyknęła Marina z oburzeniem.
Wszystkie zasłony na wnękach stanęły w płomieniach.
-Panuj nad sobą i swoją psychokinezą…- warknął Jonasz.
Florian rzucił się na brata, tamten odskoczył na ścianę, atakując od tyłu.
Matka rzuciła się ku dzieciom, w zamian obrywając talerzem, który potłukł się, żłobiąc w jej policzku cienką ranę, niczym od noża. Polała się krew, wrzaski kobiet i okrzyki mężczyzn zagłuszyły niezdrową ciszę samotnej wieży…
Delikatnie zsunęłam się z posłania i natychmiast zerknęłam na kalendarz. Poniedziałek, czternastego lutego. Jęknęłam.
Dziś szałowe (sarkazm) wyjście do Hogsmeade… Ale najpierw trzeba swoje odsiedzieć na eliksirach, runach i wróżbiarstwie… Dobrze, że chociaż ostatnią astronomię odwołali.
Zeszłam na śniadanie sama, gdyż Lily i Alicji już nie było.
Wielka Sala nie była specjalnie odpicowana, poza różowym sercem z kwiatów na drzwiach. Na miejscu usiadłam z Huncwotami, co jakiś czas zerkając na stół Ślizgonów, gdzie spoczywał Severus, pisząc coś w skupieniu. Westchnęłam do siebie.
Za mną jeden z Huncwotów wydał podobnie żałosny odgłos. Odwróciłam się doń. Wszyscy byli przybici.
-Co jest?- zagadnęłam, oblizując automatycznie ostre kły.
-Zabrali nam Mapę Huncwotów!- jęknął James- W nocy.
-Kto wam zabrał?- zmartwiłam się.
-Filch!- brzmiała zbolała odpowiedź.
Zaległa symboliczna minuta ciszy. Gdy już echa tragedii przebrzmiały, mruknęłam:
-Może ją jeszcze odzyskacie! Przecież jesteście Huncwotami!
-Huncwotami bez Mapy Huncwotów! Też mi Huncwoci!- miauknął James i wszyscy zgodnym chórkiem jęknęli, by zamanifestować bezgraniczną rozpacz.
-Co to za typowe, babskie zachowanie?- skarciłam ich- Hej, chłopy! Co wam?!
-Stadne biadolenie pomaga…- burknął Syriusz.
-To był nasz wynalazek! Przypłaciliśmy jego stworzenie trudem, potem i łzami! I milionem szlabanów! Nikt tak nie zna Hogwartu tak, jak my! A ten kapciowaty dinozaur ośmielił się tykać nasz skarb swymi brudnymi, ciemnymi łapami!- zakończył dramatycznie rozedrganym głosem James- Panowie, niniejszym ogłaszam otwarcie Narodowego Dnia Żałoby!
Odpowiedziały mu pochrząkiwania aprobaty.
-Ta nazwa jest idiotyczna!- obruszył się nagle Łapa.
-A masz coś lepszego, by wyrazić to, co czujemy wewnątrz serca?
-Zaraz ci pokażę, co czuję wewnątrz serca…- burknął Syriusz, po czym wydał z siebie masakryczny, rozdzierający ryk.- To właśnie czuję!
-Aha, czyli nazwiemy to Dniem AAAAAAA…!!!- tu Rogaś wiernie powielił odgłos wydany przez Syriusza, skupiając na sobie skutecznie część otoczenia.
-Dobra. Remus, powtórz.
-Cicho siedź, łosiu.- brzmiała odpowiedź na propozycję.
-Wedle rozkazu, Peter?
Peter zaczerwienił się od wstrzymanego powietrza.
-Uwaga uwaga, proszę państwa, oto solo życia Petera…- szepnął teatralnie James.
-Dzień AAAAAA…!!!- wydobył z siebie Pet.
-NIE!- żachnął się Syriusz- Źle! To miał być Dzień AAAAAAA…!!!
-No właśnie mówię, Dzień AAAAAAA…!!!
-Potter, Black, Pettigrew, do reszty już was odmóżdżyło?!- Castor Black stanął nad Huncwotami- Może mi powiecie z łaski swojej, co to za neandertalskie dźwięki wydajecie z siebie?!
-My tylko ustalamy coś!- oburzył się James.
-Hmm, macie nieco specyficzny sposób komunikacji międzygrupowej…- Black zmrużył oczy- Wolałbym, abyście jednak nie raczyli otoczenia swoimi głośnymi rozmowami…
I odszedł, mrucząc coś o Świętym Mungu.
W tym momencie sowa upuściła przed moim talerzem plik walentynek. Jeszcze ich tyle nie było…
-Kto ci zrobił tą rysę na policzku, tak na marginesie?- zagadnął James. Przejechałam bezwiednie ręką po twarzy i wyczułam cienką rankę. Zdziwiło mnie to nieco, ale teraz najważniejsze były walentynki.
Pierwsza była od Jamesa.
„Me serce tęsknota dziobie
Ma słodka Mary Ann.
Gdy tylko myślę o Tobie
Z tęsknoty wrzody mam.
Najprzystojniejszy James Potter w świecie”
-Myślałem nad tym od stycznia!- przyznał z dumą.
- „Najprzystojniejszy James Potter w świecie”?- zdumiałam się.
-Co?! Black, miało być „James Potter, najprzystojniejszy w świecie”!- wrzasnął i wymierzył ucieszonemu Łapie cios w ucho- Coś ty tam nabazgrolił!?
-Urocze!- parsknęłam i otworzyłam następną. Rozpoznałam pismo Remusa.
„Jesteś jedyną, najukochańszą dziewczyną w świecie. Buzi od braciszka.”
Następna była nieco grubsza, niż inne. Gdy tylko ją uchyliłam, usłyszałam znajome nuty:
„Oh yeah, I'll tell you something,
I think you'll understand.
When I'll say that something
I want to hold your hand,
I want to hold your hand,
I want to hold your hand.
Oh please, say to me
You'll let me be your man
And please, say to me
You'll let me hold your hand.
Now let me hold your hand,
I want to hold your hand.”
-Śpiewająca walentynka!- zaśmiałam się- I do tego Beatlesów! To od ciebie, Łapo!
Posłał mi bardzo z siebie zadowolony uśmieszek, nieco wyczekujący.
Następna podpisana była znajomym już S. Jej treść była krótka „Jesteś wyjątkowa. Zawsze o tym pamiętaj”. Intrygujące… Ciekawe, kto to jest? Pewnie Luke. Jego nazwisko jest na S.
Otwarłam walentynkę ostatnią.
„Jest pewna dziewczyna, którą bardzo lubię… Spotkamy się dziś w Hogsmeade? Możemy spędzić razem to święto. Luke.”
Przełknęłam ślinę. Luke zaprosił mnie na randkę… Jeszcze to do mnie nie docierało.
-Co tam? Od kogo?- szybko zakryłam liścik, by wścibski okularnik nie zobaczył zbyt wiele.
-Nie ważne…- szybko oddaliłam się na eliksiry. Randka… Jak to w ogóle brzmi?! Ja i randki?! Nigdy na żadnej nie byłam… Ale wtopa. Ale coś mnie zastanowiło… Tajemniczym S nie może być Luke Steinmann-przecież wysłałby mi w tym wypadku dwie kartki.
Na eliksirach za Chiny nie mogłam się skupić. Ciągle chodziło mi po głowie, jaką decyzję podjąć. To samo miało miejsce na runach: Severus szturchał mnie nieustannie, ale trudno było mi notować cokolwiek.
-Coś taka rozkojarzona?!- szepnął.
-I kto to mówi!- rzuciłam przez ramię- Nie ja notuję dziwne formułki na marginesach książki od eliksirów.
Jedyni Huncwoci na runach, czyli James i Remus, odwrócili się do mnie.
-Co ci jest, dzidzia?- zmartwił się James- Wyglądasz, jakby ci coś dolegało!
-Bo dolega… Luke. Zaprosił mnie na randkę…- wypaliłam, zanim nie ugryzłam się w język.
-CO?!- wrzasnęli naraz James, Remus i Severus.
-To niezwykłe, naprawdę, ale czy możecie uważać, chłopcy?!- warknął nauczyciel.
-Chcesz z nim iść?- szepnął chwilę potem James, gdy już przeprosili.
-Nie wiem… Chyba nie…
-To powiedz mu to! Proste, jak konstrukcja cepa!
-No właśnie tak nie do końca…- speszyłam się.
-Aha!- ucieszył się Rogacz- Nie chcesz zmarnować okazji! On jest przystojny i w ogóle joł!
-Jak możesz tak mówić!- oburzyłam się- Jakbyś mnie nie znał! Zwyczajnie mi głupio… Co mam robić?
-Zaraz wróżka Kasandra przyszłość ci powie!- zarechotał- Następne jest wróżbiarstwo…
Zgodnie z tym, co powiedział, pół godziny potem ja, Syriusz i James wspinaliśmy się na wieżę niezmordowanej Kasandry.
-Dziwne, że po prostu mu nie powiesz, żeby spadał…- mruknął Syriusz- Ja bym tak zrobił…
-No raczej!- zawołał James- Jakby tobie zaproponował, to byłoby to co najmniej dziwne…
-Wiesz, co mam na myśli!- minęła nas grupka rozchichotanych dziewcząt. Syriusz zaklął coś pod wąsem- Już mnie ta lekcja doprowadza powoli do niekontrolowanych tików… Wątroba mi skacze. W górę i w dół…
-Ciekawe, kogo tym razem wyswata…- mruknął cicho James, po czym wspiął się po złotej drabince.
-Aż się boję wylądować powiedzmy z siostrą Goyle’a…- stęknął Syriusz i ruszył za kumplem.
Klasa wyglądała tak, jak zawsze. Mimo lutego było tu niezwykle duszno.
Usiadłam tradycyjnie z Jamesem. Przez chwilę słychać było jedynie rumor wielu rozmów prowadzonych jednocześnie, lecz wkrótce wszyscy zamilkli, bowiem do klasy wkroczyła Kasandra Trelawney, wyglądająca jednak nieco młodziej, przynajmniej psychicznie.
-Witajcie, zgłębiająca tajniki niezwykłej sztuki młodzieży! Dziś możecie skorzystać z niewymownej łaski, jaką daje wam przebywanie ze mną, bowiem, przez wzgląd na dzisiejsze święto…
Syriusz, siedzący obok Jamesa sam, mruknął teatralnie:
-Przygotuj się psychicznie, Rogaś. Zaraz się dowiesz, że będziesz żoną Smarkerusa…
James wybuchnął niekontrolowanym chichotem, a Łapa go skarcił:
-Nie rechocz, jak zmokły chomik, dziecinko. Zaraz ci zasunie karę…
-Ona?!- parsknął głośno. Kasandra nie dosłyszała.
-Taa… Wywróży przyszłość z jakimś… barmanem Dziurawego Kotła. Albo goblinem z Gringotta…
-W sumie to ostatnie mnie bardzo rajcuje…- parsknął James, ale zamknął paszczękę.
-Taak… Widzę to bardzo dokładnie…- Kasandrze najwyraźniej nie przeszkadzały śmiechy-chichy dochodzące od naszych dwóch stolików, bo wciąż drążyła z uporem maniaka.- Ta para będzie razem bardzo długo… Przekażcie im, iż to wiem… Narcyza Black z Lucjuszem Malfoyem…
-Co za bzdet!- warknął Łapa- Przecież każdy wie, że są już sobie obiecani!
Pokręcił głową nad głupotą ludzkości.
-Kolejna, już czwarta para to… Alicja Silverwand z Frankiem Longbottomem. Oni także wytrwają razem, na tyle długo, na ile im pozwolą ich losy…
Zastanowiłam się, co mogłyby oznaczać te słowa. „Na ile pozwolą ich losy…”.
-No tak, a ona absolutnie nie wiedziała, że oni od roku są już razem…- sarknął coraz bardziej rozsierdzony Łapa.
-I mamy jeszcze kogoś… Ty, dziecko!- zwróciła się do jakiejś Ślizgonki, która natychmiast zdrętwiała.- Twoja przyszłość jest bardzo mglista, twój narzeczony będzie kimś niezwykłym… Lecz nie jest pisane ci być z nim, to, co was rozdzieli, jest zbyt silne. Lecz wasza miłość będzie trwać i trwać… A chłopiec ten jest tu, w tej sali…
Poczęła miotać się, by odnaleźć drugą połówkę tamtej dziewczyny. Nawiasem mówiąc, ta bardzo pilnie ją obserwowała, jej twarz wydłużyła się z napięcia. Chyba bardzo musiała wierzyć Kasandrze, a jeśli nawet chciałaby to ukryć, to jej to totalnie nie wychodziło.
Pokręciłam głową. I ona w to wierzy?
-TY!- krzyknęła wreszcie tryumfalnie, aż cała klasa podskoczyła. Chrząknęłam ostentacyjnie. Celowała rozedrganym od emocji paluchem prosto w jakiegoś Ślizgona. Był absolutnie zmieszany i skonsternowany.- Ty będziesz tym wybrankiem, ale nie doczekacie szczęśliwego zakończenia tego uczucia… Rodzice każą twej miłości życia wyjść za kogoś innego… Trudno, popatrzmy dalej…
Swatana para właśnie wysłała w swoją stronę niepozorne luknięcie, natychmiast się odwracając i czerwieniąc. Chyba nie byli sobą nawzajem wielce zainteresowani…
-Oni też są razem?- szepnęłam w stronę Jamesa, chichocząc złośliwie, ale ten tylko zaprzeczył ruchem głowy, bowiem Kasandra stała dokładnie przed nami…
-Drogi chłopcze…- patrzyła na Syriusza, który natychmiast zrobił się sinofioletowy, heh- To uczucie, które łączyć cię będzie z twą żoną jest niezwykłe. Razem wiele przejdziecie, ale wasza miłość, choć nieszczęśliwa, to bardzo mocna więź. A to wszystko…
Grdyka Czarnego podleciała pod górę po jego długiej szyi. Nie skomentował. Nie mogłam już słuchać tych totalnych bzdur… Przecież Łapa stwierdził, że się nigdy nie ożeni, no!
Ciekawe, co powie o mnie… Nie mam zamiaru jej słuchać, przecież to wszystko to mój wybór! Co za łopatologia…
Potarłam bezwiednie rankę na policzku. Ciekawe, od czego ona jest? Chyba Irytek nie zrobił mi jej w nocy, gdy spałam… Wygląda jakby zrobiona została nożem, czy czymś takim… Przypomniał mi się ten pamiętny dzień suma z obrony, gdy James zarobił właśnie taką ranę od Seva, wyglądała identycznie. A więc to od Sectumsempry?...
-Meg!- poczułam, że James mnie trąca w lewy bok.
-Co?- spytałam, a mój głos zabrzmiał dziwnie donośnie. Chyba cała klasa milczała.
Uniosłam głowę znad ubogich notatek na rolce pergaminu. James zerknął przed siebie. Też tam popatrzyłam.
Kasandra stała przede mną z wyrazem tryumfu wypisanym na twarzy.
-Ty!- wypowiedziała tylko w absolutnej ciszy.
-Przepraszam?- spytałam, bo nie do końca zrozumiałam i skarciłam w duchu za ten moment wyłączenia świadomości. O nie, najwyraźniej skończyła dołować Syriusza, teraz przeszła do mnie…
-To ty!- zawołała.
-Co ja?- spytałam niewinnie.
-Och!- zniecierpliwiła się staruszka- To o tobie przed chwilą mówiłam!
-Aha…- chrząknęłam- A co?
Rozległy się pogardliwe parsknięcia Ślizgonów.
-To ty będziesz tą żoną, którą przed chwilą opisywałam! Ty i twój przyszły mąż tak bardzo dużo ze sobą wytrzymacie… Niesamowite, jak wierna będzie wasza miłość!
Ślizgoni ryknęli śmiechem.
Jaki mąż? Przeszły mnie ciarki…
-Hehe, Syriuszu, ale wtopa!- usłyszałam ciche parsknięcie Jamesa, którego brewki jeździły w górę i w dół, w górę i w dół po czole. Zasunął mu sójkę w bok, rechocząc z uciechy. Zerknęłam na Czarnego. Wpatrywał się we mnie, oniemiały, usta miał lekko rozchylone. Twarz była dla odmiany koloru włosów Lily. W oczach dostrzegłam coś takiego, jakby mówił „Przepraszam za tą szopkę…”
I wtedy nawiedziły mnie podejrzenia. Skojarzyłam oba fakty…
Wytrzeszczyłam powoli oczy, dolna warga zjechała mi z wolna bezwiednie w dół. Ślizgoni ryknęli jeszcze bardziej. Ja i Łapa wymieniliśmy zakłopotane spojrzenia.
Rogacz wydał z siebie przeciągłe „Uuu…” i nie omieszkał bestialsko się z nas ponabijać:
-Ale ja zaklepuję wasze pierwsze dziecko! Jestem jego ojcem chrzestnym, rozumiemy się?
-James!- krzyknęłam z oburzeniem- Powiedz mu coś!…- zwróciłam się do Syriusza.
-…„Mężu”!- zarechotał Rogacz, a Ślizgonów to jeszcze bardziej uchachało.
Syriusz już otrząsnął się z szoku, po czym, chyba nie wiedząc, co zrobić, posłał mi przesadny wyszczerz.
-Co tam?- spytał przez Rogasia, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.
-Och, jesteście beznadziejni!- warknęłam- Oboje!
-Chyba mogę przejść dalej?!- krzyknęła nauczycielka, o której wszyscy zapomnieli- Czy to taki powód do radości? Miłość, to miłość, moi drodzy…
Ja i Syriusz spaliliśmy cegły i zanurzyliśmy się w notatkach.
-Nie ma się z czego śmiać! Następna para…
James rechotał, jak opętany-dopóki Kasandra nie stanęła przed nim…
-…to niesamowite uczucie, pełne radości! Mój drogi, twej wybranki nie ma w tej sali, ale jest w twych myślach!
-N-naprawdę?- wydukał sztywno, co bardzo ucieszyło naszą dwójkę.
-Niesamowita miłość, choć krótka, będzie piękna! Ta dziewczyna, Evans… Chodziła tu w zeszłym roku! Teraz jej nie ma…
James przełknął głośno ślinę i zachichotał nerwowo. Tym czasem Ślizgoni wyli jeszcze bardziej z uciechy. Każdy wiedział o obsesji Jamesa-Lily…
-Ty, mój drogi chłopcze…- i nauczycielka zajęła się jakimś innym potworkiem ze Slytherinu- Tak, panie Crabbe! Twoje małżeństwo z Bellatriks Black przetrwa próbę czasu. Jeszcze nie wiecie, jak bardzo się kochacie!
-A więc Bella będzie z Crabbem?- zarechotał mściwie Syriusz do kumpla, który powoli odzyskiwał kolory na buzi…
-SŁYSZAŁEŚ? BĘDĘ Z EVANS!!! ALE JAZDA!- James wyżywał się właśnie na jednym z rękawów szaty Syriusza.
-Ach, i ty w to wierzysz?- sceptycznie pokręciłam głową, gdy wychodziliśmy na przerwę- Przecież każdy wie o tym, że się w niej zakochałeś! To nie było zbyt trudne, by przepowiedzieć ci z nią przyszłość!
-Och, przecież ona zawsze ma rację!- zirytował się.
-Chyba się przesłyszałam! Jeszcze rok temu sam mówiłeś, że to dlatego, że ona przepowiada przyszłość tym, co są ze sobą…
-Nie wierzysz w jej dar?- zaatakował James.- Nawet ona widzi, jak bardzo do siebie pasujemy!
-Nie, nie wierzę!- warknęłam.
-A co? Nie chcemy być już z Syriuszkiem?- zaśpiewał słodko James.
-Chcesz w zęby?!- zdenerwowałam się.
Ale James tylko wydał z siebie jakiś mściwy odgłos, takie krótkie, tryumfalne „Hehe!”. Był w znakomitym humorze.
Syriusz natomiast w ogóle się nie odzywał. Ogólnie wyglądał, jakby coś go bolało.
-Hej, LILY!!!- wyśpiewał James niebiańsko (a przynajmniej tak mu się wydawało) w stronę rudej, która stała oparta o ścianę w Sali Wejściowej. Uniosła nieznacznie brwi znad formularza trzymanego w dłoni.
-Amor złotoskrzydły podpowiedział mi, że czeka cię świetlana przyszłość ze mną…- ukłonił się przed nią nisko- Pójdź w ramiona miłości!...
Rozłożył szeroko ręce i ruszył na Lily.
PLASK! Zarobił siarczysty policzek, ruda, czerwona, jak piwonia, zwiała czym prędzej z widoku wszelkiej istoty ludzkiej.
-Ona to mnie jednak kocha!- rozmarzył się, trzymając mocno swój policzek w czułym uścisku- Dała do zrozumienia, że mnie widzi…
-Hmm, jeżeli po ślubie też tak będziesz traktowany, to…- zauważył znudzony Łapa.
-To co? Każdy jej dotyk jest niczym balsam!!!- zapiał James.
-Chyba nie chcesz być non stop prany wałkiem przez łeb?!
-Co…? Może być i wałkiem… Wolę jednak siadać na cieście, by je rozpłaszczyć…- wymamrotał James, niezbyt zorientowany w temacie i ruszył otumaniony śladami Lily, jakby była jakimś magnesem. Syriusz i ja wymieniliśmy rozbawione, wymowne spojrzenia.
-Hejka!- Peter wpadł na nas- Idziecie do wioski?
-Pewnie, że tak!- zawołał Remus, doganiają Glizdka- Siemka, siemka! I co, Meggie? Decydujesz się na spędzenie tego popołudnia z Lukiem?
-Właściwie to…
-Powinnaś pójść ze swoim przyszłym mężusiem, on na bank się ucieszy!- wyszczerzył się skądś Rogaś, który już chyba otrzeźwiał.
-Ha ha!- skwitowałam ze złością.
Ruszyliśmy zatem błoniami, by wkrótce stanąć na brukowanej, groteskowej uliczce czarodziejskiego Hogsmeade. Śnieg lutego pokrywał dachy domostw i budynków. Mijało nas całe mnóstwo par. Poczułam się trochę zażenowana.
Przed Trzema Miotłami stała grupka piątoklasistów z Gryffindoru, między nimi Luke. Żołądek podjechał mi pod samo gardło i wtopiłam się w sztuczny tłum, jaki inicjowali Huncwoci.
-Hej, jeszcze się zastanawiasz?!- zawołał James- Przecież obok stoi wybranek twego serca, jak możesz myśleć o walentynkach z tym Żydem?
-James, uspokój się! To, że Kasandra, która cierpi na amnezję i inne nieznane schorzenia mózgu, nagadała nam takich bzdur o naszej przyszłości, nie znaczy, że muszą się spełnić! Wybór chyba należy do nas, nie mylę się?!
-Och, Meggie, daj spokój! Jestem pewien, że miała rację!
-Taki jesteś o tym przekonany?!- zaśmiałam się nieśmiesznie- Nie powinieneś wysuwać zbyt pochopnych wniosków…! Zaraz ci pokażę, jak bardzo się mylisz!
Odeszłam od Huncwotów, prosto do Steinmanna.
-To gdzie idziemy?- zapytałam bez ogródek.
Podziałało, jak kosa na żyto. Jednak chwilę potem już odzyskał swój biały uśmiech i radosne spojrzenie.
-A gdzie chciałabyś? W Trzech Miotłach jest niezły tłok… W taki mróz przydałoby się jednak coś gorącego, nieprawdaż?
Kiwnęłam, czując, że pocą mi się dłonie.
-Ale niedaleko jest pijalnia czekolady, mam rację?- zaśmiał się w naprawdę irytujący sposób.
Powstrzymałam się od kolokwialnego „Nie, debilu” i mruknęłam jedynie:
-Dobra, to chodźmy, Luke…
Oddaliliśmy się razem od jego kumpli. Rzuciłam przez ramię tryumfalne spojrzenie oniemiałym Huncwotom. Wyglądali, jak ławica karpi.
-Już myślałem, że nie będziesz chciała się ze mną umówić!- zerknął na mnie z ukosa. W ostatnim momencie ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć mu, iż rzeczywiście miałam duże wątpliwości. Zamiast tego uśmiechnęłam się tajemniczo.
-Widać, to twój szczęśliwy dzień.- mruknęłam.
-Jeszcze jak!- znów obnażył wszystkie swe białe zęby. Przyglądałam się jego żydowskiemu profilowi uważnie- Normalnie powinienem siedzieć i zakuwać do sumów. Ale mi się nie chce…
Wkroczyliśmy do pijalni czekolady i zajęliśmy stolik. Siedziało tu kilka par, oraz grupki przyjaciół, rozprawiających o całej gamie różnych spraw, plotkujących beztrosko.
-A jak tobie poszły sumy?- zagadnął.
-Tak, jak sobie wymarzyłam…- odparłam enigmatycznie.
Zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że uda mi się zdać zaklęcia. To mój słaby punkt. Marzy mi się praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów… A ty? Kim pragniesz zostać?
-Hmm.- potoczyłam wzrokiem po ciemnoczekoladowym stropie- Chcę walczyć.
Uniósł brwi.
-Z kim?
Sama w duchu zaśmiałam się z siebie, że prowadzę z nim taką dziwaczną grę.
-Z tymi, którzy niszczą.- odparłam z powagą.
-Aha…- zgodził się ostrożnie, lekki uśmieszek przemknął przez jego twarz. By zyskać na czasie, upiłam nieco mojej miętowej, białej czekolady- Cóż, jeżeli z taką utalentowaną czarownicą będą mieli do czynienia…
Posłał mi olśniewający wyszczerz.
-Co masz na myśli?- zapytałam tonem mało zainteresowanej, udając, że komplement nie zrobił na mnie wrażenia.
-Wiesz, jeszcze nie spotkałem nikogo, kto umiałby latać…
-To nie wszystko.- stwierdziłam, zanim nie ugryzłam się w język.
-Masz jakieś inne ukryte zdolności?- uniósł brew, słabo ukrywając zaintrygowanie.
-Mnóstwo innych…- wzruszyłam ramionami i znów upiłam czekolady. Nieźle mnie bawiło takie bajerowanie Luke’a.
-Pokażesz mi?- szepnął zachęcająco.
-Może kiedyś…- uśmiechnęłam się tajemniczo. Odwzajemnił to, nieźle z siebie zadowolony. Imbecyl.
Hmm, gdzie jest cukier? Zerknęłam na brązową cukierniczkę w kształcie wuzetki. Zanim zdążyłam jednak wykonać ruch ręką w jej stronę, cukierniczka najspokojniej w świecie podleciała i lekko opadła obok kielicha z białą czekoladą. Zamarłam.
-O rany!- Luke wytrzeszczył oczy- Jak ty to zrobiłaś?! Bez różdżki?
-Ekhem…- zamrugałam szybko- Taak, no ba! To jedna z tych zdolności, o których mówiłam. Mam ich trochę w zanadrzu…
Zerknęłam na bukiecik róż w dzbanku: wylewitował w powietrze i osiadł między nami. Specjalnie tak zrobiłam, by chociaż jedno, błyszczące oko nie świdrowało mnie jak rentgen.
-Niesamowite! Jesteś cudowna!- usłyszałam zza kwiatków. Pff, taa…
Odgarnął dłonią bukiet, uśmiechając się do mnie. Natychmiast ukryłam twarz za własnym pucharem z miętową czekoladą, udając, że wzorek na jego ściance jest wielce interesujący.
-Hej, Meggie!- zagadnął zachęcająco.
-Prosiłabym cię o przysługę!- odparłam słodko.
-Zamieniam się w słuch!
-Nie nazywaj mnie tak. To imię przysługuje mi jedynie z ust Jamesa i Remusa.
Luke nieco oklapł w sobie.
-Czyli tym najbliższym.- dodałam.
-Mógłbym jakoś znaleźć się w ich gronie?- uniósł brew zalotnie.
Całą siłą woli powstrzymałam się w tym momencie, by nie wyjść z pijalni. A już na pewno z trudem przyszło mi złapanie w porę ręki, gdy ta drgnęła konwulsyjnie, nosząc się z zamiarem
dania mu prosto w olśniewające zęby.
-Wątpię.- odparłam cierpko- Na moje zaufanie trzeba sobie długo i mozolnie zapracowywać.
-Spróbuję… Jesteś taka tajemnicza…
Posłał mi płomienne spojrzenie. Spuściłam oczy. I w co ja się wpakowałam?!... Trudno, zachowajmy twarz pokerzysty…
-Nikt ci nie broni…- odparłam z wyniosłym uśmieszkiem- Ale uprzedzam…
W tym momencie na moją głowę spadła mała koperta. List do mnie…
„Jak mówi przysłowie, pozory mylą. Chciałbym, abyś się o tym przekonała. Twój S”
45. Punkt północ... Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 30 Stycznia;, 2010, 18:38
Hej, hej!
Dedykacja dla Syrci, parszywka, Alice, Olii, Aleksy. Oraz Parvati i Vanessy, która skomentowała poprzednią.
Następna pojawi się 8 lutego (poniedziałek), nie w sobotę. Special date, heh XD
Odrętwiałe palce poczęły wyczuwać jakąś tkaninę…
Było mi nienaturalnie zimno…
Powoli odczuwałam, że oddycham. Każdy nerw budził się z absolutnego odrętwienia, to samo z mięśniami. Serce bardzo wolno pompowało krew, miałam problemy z oddychaniem…
Czułam, że leżę. W czymś ciasnym i podłużnym. Do moich otępiałych uszu dochodził z bardzo daleka trzask płonącego ognia na kagankach świec, mózg powoli przetwarzał informacje…
Coś się poruszyło z lewej. Odważyłam się uchylić powieki.
Wpatrywałam się w kamienny strop w jakiejś komnacie. Był to chyba gabinet Dumbledore’a, bo zauważyłam purpurowe draperie na łukach. Jednak z dwóch stron zasłaniał mi widok jakiś kawałek drewna…
Spróbowałam się podnieść. Kręgosłup odmówił posłuszeństwa całkowicie. Ponowiłam próbę, pomagając sobie skostniałymi palcami, które zacisnęłam na drewnianych ściankach. Podciągnęłam się do góry i usiadłam.
Rzeczywiście, znajdowałam się obecnie w gabinecie dyrektora. A spoczywałam w… Brr!
-Mary Ann!- bez wątpienia ktoś krzyknął i zrobiło się zbiegowisko naokoło mnie.
-Dlaczego leżę w trumnie?- spytałam słabo.
Rozejrzałam się naokoło. Twarze wydały mi się znajome. Był tu Remus, Syriusz, James, Lily, Peter, Dumbledore, McGonagall, Slughorn, pielęgniarka…
-Matko, dziecko drogie!- przeraziła się ta ostatnia- Jaka ty jesteś biała! Jak śnieg!
-Jak się czujesz?- spytał wilgotnie Remus.
-Dziwnie.- mruknęłam, czując, że w ustach mam nieprzyjemny, metaliczny smak. I to piekielne zimno…- Zamarzam…
-Szybko, Horacy!- Dumbledore wskazał gdzieś za siebie, a Ślimak odbiegł, by coś wziąć.
-Co mi się stało?- szepnęłam, oglądając trupioblade dłonie, położone bezwładnie na okrywającym mnie grubym, czarnym aksamicie, co jeszcze bardziej podkreślało ich koloryt.
-Ugryzł cię wampir. W Lesie.- odparł Syriusz po chwili milczenia- Z tydzień temu.
Zmroziło mnie jeszcze bardziej. Ponad ramieniem zgromadzonych dostrzegłam grubą rękę Slughorna z jakimś bursztynowym płynem w kryształowym kuflu.
-Wypij. To Ognista Whisky.
Łyknęłam parę łyków. Była rzeczywiście rozgrzewająca. Wzdrygnęłam się.
-Czy to oznacza, że jestem… wampirem?- spytałam z przerażeniem.- Jestem groźna dla każdego napotkanego człowieka?
Remus jest wilkołakiem, ja wampirem…
-Cóż…- Dumbledore zawahał się- Pan Black na całe szczęście przerwał mu w trakcie jego czynności. Gdyby dobiegła ona końca, to na pewno albo byś umarła, albo stałabyś się wampirem, to zależy…
-Jak mu przerwałeś? Pamiętam już, że byłeś nieuzbrojony…- zastanowiłam się, czując jednocześnie ulgę i wdzięczność do Syriusza.
-Zdzieliłem go w łeb!- warknął i pokręcił głową z obrzydzeniem.- Leżał gdzieś na ściółce, a potem, jak go rano szukaliśmy, to był sam proszek w tym miejscu.
-Więc dlaczego tak dziwnie się czuję?
-To normalne. Wiele cię kurowaliśmy, może to od tych eliksirów…- mruknął dyrektor.
-Czy pamiętasz cokolwiek, co działo się po ugryzieniu?- ozwała się McGonagall- Czy nic? Ciemno?
-Raczej to drugie.- mruknęłam po chwili zastanowienia- Nic nie pamiętam, odkąd wampir mnie ugryzł…
-Czy… czy to będzie miało jakiś wpływ na jej funkcjonowanie?- zapytała Lily wilgotnym tonem.
-O, z pewnością.- odparł Dumbledore- Mogą pojawić się jakieś skutki uboczne. Wie pani, panno Evans, wampiry wstrzykują do ciała pewne enzymy, gdy wysysają krew… Poza tym są nieśmiertelne, mają wiele wspomnień, mogą się pojawić jakieś… No cóż, zobaczymy. Może nic się nie stanie? Być może nie będzie żadnych komplikacji…
-Czy… czy możemy ją wyjąć z tej trumny?- spytał zbolałym głosem James.
-Oczywiście.- powiedział poważnie Dumbledore, ale oczy mu się śmiały.
-No, panowie! Pomóżmy damie!- mruknął Syriusz i czterej Huncwoci wyciągnęli mnie z trumny (myślałam, że mnie rozerwą na dwie połowy, bo każdy ciągnął za inną kończynę).
Stanęłam niepewnie i natychmiast ugięły się pode mną nogi. Przytrzymałam się Petera, który był najbliżej i Syriusza, który wciąż mnie podtrzymywał.
-Powinnaś spędzić tę noc pod fachową opieką uzdrowiciela. Tak więc proszę, byście zaprowadzili ją do skrzydła szpitalnego.- zwrócił się do Huncwotów i Lily dyrektor.
-Tak jest!- odpowiedzieli chórem.
Chyba bardzo wzięli to sobie do serca. Jeszcze wciąż nie mogłam chodzić, tak więc nieśli mnie na zmianę: raz James, raz Syriusz, raz Remus i w końcu Lily z Peterem, który był za niski, by mnie udźwignąć.
Gdy już znalazłam się w szpitalu, pielęgniarka, mimo głośnych protestów, gróźb i zamieszek, wygoniła dziatwę za drzwi. Zostałam sama.
„Co za dziwne poczucie odrętwienia” myślałam, zakładając piżamę. Trudno było mi posługiwać się rękoma.
-Ale jestem blada…- szepnęłam, lustrują nie do końca sprawne nogi- A co to?
Na jednym z bioder dostrzegłam dziwną, ciemną plamkę w kształcie półksiężyca. Wzruszyłam ramionami, choć jestem pewna, że nie było jej wcześniej. Zapadłam w głęboki, ciepły sen, gdy tylko złożyłam swe ciało na łóżku.
Następnego dnia, po okropnej, lodowatej nocy, zeszłam na niesprawnych jeszcze nogach na śniadanie. Ostatnie, jak się okazało, przed wyjazdem do domów na święta.
-Nic nie straciłaś w tym tygodniu, nie martw się.- James właśnie wylał połowę butelki ketchupu na suchy chleb, pomagając sobie entuzjastycznymi ruchami- Nauczyciele glińdzili, jak zwykle.
-Czuję się, jakbym spała pięć minut…- mruknęłam, marszcząc nos i nakładając sobie sporą porcję jajecznicy z cebulą- Co to za smród?
-Ja nic nie czuję…- James zmarszczył brwi.
-Nie dziwota, bo to od ciebie tak capie!- parsknął Syriusz, maczając swój tost w górze ketchupu na talerzu Rogasia.- Daj trochę tej kupy pomidorów.
-Ej! To moja kupa!- zbulwersował się właściciel, zasłaniając dłońmi ketchup i przy okazji wsadzając w nią obydwie ręce i rękaw ciemnozielonego golfa.
-Twoja kupa?- Syriusz uniósł brwi.- Dziwne… Moje zwykle wyglądają nieco inaczej, ale cóż…
Peter zakrztusił się w tym momencie trzymanym w buzi jedzeniem, po czym wydał dziwny charkot. Remus zmierzył Syriusza zezłoszczonym spojrzeniem.
-Ty to jak coś powiesz… Jak sowa na parapet. O jaki smród ci chodziło?- zapytał mnie z przesadną dobitnością.
-Nie wiem. Chyba za dużo tu perfum naraz. Udusić się można tym gryzącym smrodem…
Syriusz zmrużył oczy podejrzliwie.
-Pewnie, że tak. To on się tak wypacykował, by go było czuć na kilometr…- Rogaś zerknął na Syriusza z ukosa- Lubi otumaniać przeciwnika z daleka.
-Mary Ann chyba chodziło o mieszankę zapachów…- burknął Czarny.
Od zapachów rozbolała mnie głowa. Mało tego, głośne rozmowy, śmiechy, ryki Huncwotów, dopełniały tego uczucia. Zatkałam ostentacyjnie uszy.
James uniósł brwi.
-No co?!- krzyknęłam- Niech się uciszą!
W głuchej ciszy, jaka panowała w mojej głowie po zatkaniu uszu mogłam jedynie patrzeć na ludzi, wyłączyłam się z rozmowy. Obserwowałam ze średnim zainteresowaniem Rogasia, wsadzającego twarz Syriusza w kupę ketchupu, zastanawiając się, czy otrzymam u pielęgniarki przed wyjazdem jakiś eliksir na ból głowy.
Wkrótce powozy ruszyły ku stacji Hogsmeade, by wysadzić nas właśnie tam.
W pociągu czułam już, że zmierzam ku rodzicom, by znowu spędzić z nimi piękne, miłe święta Bożego Narodzenia.
Ja, Lily, oraz Alicja usiadłyśmy w jednym przedziale.
Przez długi czas przyglądałam się niezwykłym, ośnieżonym pagórkom, okrytym śniegiem lasom i jeziorom, na których powierzchni lśnił lód. Śnieg spadł dopiero wczoraj, a już tak zabielił świat…
-Meg?- zagadnęła Lily szeptem po kilku godzinach monotonnej podróży. Zerknęłam na Alicję. Spała. Ciekawe, czy Lily na to właśnie czekała.
-Mam do ciebie pewne niedyskretne pytanie…- skrzywiła się z konsternacją.
-Jakie?
-Huncwoci są… animagami, zgadza się? Syriusz jest psem, Potter jeleniem, a Pettigrew szczurem.
Ostrożnie przytaknęłam.
-Widziałaś.
-Tak… Wtedy, w nocy. Przemieniali się na moich oczach. Zresztą, ty też…
Uniosła brwi.
-Czemu jesteś animagiem?- spytała po chwili.
-James mi to podsunął.
-Ale to niezgodne z prawem!- oburzyła się- Grozi ci jakaś kara!
-Nikt się nie dowie. Chyba, że ty komuś powiesz…- zerknęłam na nią wymownie.
-Coś ty! Jest jednak coś, co mnie bardziej martwi… Zastanawiałam się nad Remusem. Nie było go wśród was…
Zesztywniałam.
-Ale było tamte zwierze.- spuściła wzrok- Już wiem, dlaczego znika na czas pełni… On jest wilkołakiem.
Wpatrzyła się we mnie z trwogą. Przyglądałam jej się chłodno.
-Myślisz, że to cokolwiek zmienia?- spytałam.- Kocham go bardzo. Nieważne, kim jest. NIGDY nie traktuj go odmiennie.
-To jasne.- przytaknęła- Bardzo go lubię. Ale dlaczego on stał się wilkołakiem?
-Niejaki Greyback, czy jakoś tak, pogryzł go, gdy mieliśmy cztery lata. Zemścił się na moim ojcu za coś. Dlatego rodzice mnie oddali-bo mój brat stał się potworem…
W moich oczach zaszkliły się łzy. Bardzo, bardzo kocham Remusa. I nie interesuje mnie nic.
Mam w poważaniu, że jest wilkołakiem!...
Lily położyła mi na kolanie dłoń, by dodać otuchy.
Na peronie stali rodzice, uśmiechnięci od ucha do ucha. Ja i Remus rzuciliśmy im się na szyję.
-No, dzieci, pożegnajcie się ze swymi przyjaciółmi.- mruknął tata- Ja i mama idziemy na mugolski King’s Cross.
-Papa, Meg!- Lily przytuliła mnie mocno- Wesołych, rodzinnych Świąt!
-Nawzajem. I nie kłóć się z siostrą i rodzicami zbytnio…
Huncwoci zbili się w jedną masę, odstawiając jakiś rytuał pożegnalny, w który wchodziło udawanie gdakania kurczaka, tupanie i jednoczesne obracanie się w miejscu przy wymachiwaniu rękoma w górze, niczym tancerki z Indii, oraz ruch bioder w ustaloną stronę, jak Beatlesi na koncertach, rozszerzając przy tym dziurki od nosa. Coś w tym rodzaju.
-Hej, Sylwestra odprawiam teraz ja!- zawołał Syriusz.- Pozbędę się starych z domu i wszyscy walą do mnie, kapewu?!
-Yes, sir!- zakrzyknął James.
-Ale może nie siedźmy w domu, to zbyt niebezpieczne…- zaproponował Remus.- Dla domu, rzecz jasna…
Mnie również przewinął się przed oczyma Sylwester z tamtego roku, gdy salon rodziny Potter odszedł w niebyt.
-Coś wykombinujemy!- wyszczerzył się Syriusz- Od czego ma się mózg!
-No właśnie, najpierw trzeba go mieć…
-Hej, chwileczkę!- zawołał James- Przecież ty mieszkasz u mnie, fąflu!
Syriusz roześmiał się.
-Ja już myślałem, że się i do jutra nie zorientujesz!
***
Wiktorze!... Gdzie jesteś teraz?!... Wiktor?!...
Raptownie otworzyłam oczy. Mój wzrok padł na zielony baldachim.
W pokoju było jasno, na zewnątrz rozpoczął się od mroźnego poranka kolejny dzień. Przeczesałam palcami włosy i podeszłam z wolna do prezentów, czując huk w głowie. Niemiłosiernie mnie bolała.
-Uch!- warknęłam i podbiegłam do okna, zasłaniając je zielonymi zasłonami. Zrobiło się przyjemniej, mniej agresywnie.
Uklękłam przy prezentach.
Pierwszy był od Jamesa: srebrna bransoletka. Całkiem ładna. Od razu założyłam ją na nadgarstek.
Od Lily dostałam pięknie oprawioną trylogię Tolkiena. Westchnęłam; ostatni raz czytałam „Władcę Pierścieni” tak dawno…
Potem znalazłam dwie kartki świąteczne: od Seva i Petera. Nagle zrobiło mi się smutno, gdy zdałam sobie sprawę, że nie widziałam Severusa, odkąd wampir mnie pogryzł.
Od rodziców dostałam nowy kociołek do eliksirów (typowe…) oraz nową koszulę we fioletową kratkę, długaśną do połowy ud. Ale bardzo fajną.
Remus kupił mi książkę z magicznymi żartami. Pod jego prezentem spoczywała kartka. Były to życzenia świąteczne od niejakiego pana S. Zdumiałam się. Ciekawe, kto to.
Ostatni pakunek był całkiem spory. Otworzyłam go z zaintrygowaniem.
W środku spoczywał nowiutki, wspaniały gramofon! Rozdziawiłam usta. No nie!
Miał korbkę, bo prądu nie mamy.
„Teraz będziesz mogła do woli słuchać muzyki. Radzę Ci zacząć kolekcjonować płyty.
Syriusz Łapa”.
Oniemiałam i zerknęłam na do tej pory bezużyteczną płytę Beatlesów, którą Syriusz kupił mi w piątej klasie. Stała niewinnie na gzymsie kominka, zbierając kurz.
-Śniadanie!!!- rozległo się z dołu.
Szybko się ubrałam i zeszłam do kuchni.
-Kochanie!- zachwyciła się mama, ze zdumienia zatrzymując rękę trzymającą łopatkę z jajecznicą przed talerzem Remusa.- Jak ślicznie wyglądasz!
-A więc James nie miał racji…- mruknął mój brat, przyglądając mi się z ukosa. Miałam wrażenie, że patrzy na mnie wrogo, szybko jednak odrzuciłam tą dziwaczną myśl.
-Że co?- zmarszczyłam brwi.
-Idź lepiej do lustra…
Szybko udałam się do najbliższej łazienki i stanęłam przed sobą samą. Nie poznałam się.
-Super…- wymamrotałam.
Moje włosy miały piękny, jednolity odcień. Były hebanowe z ciemnowiśniowym połyskiem. Każda sprężynka miała czarny kolor.
Bardzo z siebie zadowolona wróciłam na śniadanie, zasłaniając przedtem kuchenne okna różowymi zasłonami w kratkę.
-Co ty robisz, dziecko?- zdziwiła się mama.
-Denerwuje mnie ten świecący śnieg. Razi w oczy.
-Co ty znowu wymyślasz! Wczoraj był taki sam, a nic nie mówiłaś! Jak cię irytuje… Tyle, że teraz nie widzę zbyt dobrze…
Przysunęła mi na talerz spory omlet. Jego zapach uderzył z całą mocą w moje nozdrza. Z jakiegoś powodu nie spodobał mi się. Skosztowałam, głodna, jak wilk.
-Mamo!- krzyknęłam z oburzeniem.
-Co znowu?
-Tu jest CEBULA! Jak mogłaś!
Mama rozdziawiła buzię.
-To zjedz ją. Czy to taki problem?- mruknęła po chwili.
-NIE CIERPIĘ cebuli! Jest obrzydliwa! Nie jem tego.
Odsunęłam od siebie śmierdzący cebulą omlet.
-Zjedz tego omleta!- zawołała ze złością mama.
-Nie!
-Masz go natychmiast zjeść! Nie po to sterczę w kuchni, by potem ktoś oznajmiał łaskawie, że on czegoś NIE BĘDZIE jadł!
-Nie zjem!
-MARY ANN!!! Czy wy zawsze musicie sprawiać jakieś problemy?! Ten nie będzie jadł tego, tamta tamtego… Mam wam przygotować specjalną kartę dań?!
-Doskonały pomysł!- ożywił się Remus.- To ja chcę łososia w morelach!
Natychmiast się przymknął, gdy tylko ugodził go wzrok mamy.
-Masz natychmiast bez dyskusji to zjeść.- wycedziła przez mocno zaciśnięte zęby.
Rąbnęłam widelcem o stół, wstałam i uciekłam do swojego pokoju.
-WRACAJ TU NATYCHMIAST!- rozległo się za mną. Trudno. Wisi mi to, że umieram z głodu.
W pokoju nakręciłam gramofon i z głośnika popłynęło żywiołowe „Rock’n’Roll Music”. Wskoczyłam na łóżko i poczęłam nań skakać, nie za wysoko, by nie wyrżnąć w baldachim moją czarnowłosą głową.
Miałam specyficzny humor. Chciało mi się tańczyć, skakać, śmiać się z mojego buntu i złości matki, ale jednocześnie zalałabym się chętnie łzami. Tyle emocji dawno we mnie nie buzowało naraz.
Za niedługo rok ’77-ten, w którym stanę się dorosła. Nie mogę w to uwierzyć. Tak szybko lata pędzą w Hogwarcie… Ciekawe, co przyniesie życie. Jaką pracę, jaki dom, jakiego mężczyznę i dzieci… Zapewne moim mężem będzie ktoś z Hogwartu. Nawet o tym jeszcze nie wiemy.
Uśmiechnęłam się do siebie na tę myśl. Dobrze by było, jakbym wyszła za Severusa, tylko… czy on byłby szczęśliwy?
Tymczasem przede mną jeszcze kilka dni do tego nowego, intrygującego roku…
***
-Pojedziemy do Syriusza i Jamesa już dziś.- szepnął Remus przy śniadaniu, gdy mama zajęta była podpalaniem pod patelnią.
-Czemu tak wcześnie? Sylwester jest dopiero w jutrzejszą noc!- zdziwiłam się.
-Taki ma plan Łapa. Chciałby, byśmy u nich nocowali.
-Jesteś pewien, że chcieliby, bym tam z wami była?
-Masz mnie za głuchego? Rozkaz był klarowny: zabieram moją przeuroczą, aczkolwiek zadziorną siostrzyczkę ze sobą.
-A Peter? Też będzie tam nocować?
-Nie.- Remus skubnął trochę swojej kanapki.- Peterowi matka nie pozwala nocować poza domem. To się często zdarza. Poza tym Syriusz jest nieco przeziębiony-stwarza zagrożenie.
-Ech… Ta noc nie będzie łatwa dla pozostałych domowników…
-Zwariowałaś?! Przezornie wynieśli się już wczoraj… Sylwestra spędzą u rodziny w Jersey.
A więc po śniadaniu spakowałam swe rzeczy do torby szkolnej, podobnie zrobił Remus. By czas mi się nie dłużył, nastawiłam po raz pięćdziesiąty chyba płytę Beatlesów i usiadłam skrzyżnie na łóżku, zaczytana w „Wyprawie”. Przypominały mi się czasy, gdy byłam Mugolką. Rany, to zdaje się wieki temu było, no!
Dość ciężko czytało się w półmroku, który panował po zaciągnięciu zasłon, ale cóż zrobić.
Z korytarza dała się słyszeć dziwaczna, ostra wymiana zdań. Po chwili do mojego pokoju wpadł Remus. Uniosłam wzrok znad książki.
-Mam dość!- jęknął- Mama nie chce mnie puścić do Potterów na noc!
-Co?- zdziwiłam się.
-No tak! Ponieważ obiecałem, że pomogę jej w odśnieżaniu, sprzątaniu i innych beznadziejnych, bezsensownych pracach społecznych! Chciała przeznaczyć dzisiejszy wieczór na wykonanie ich.
-To po co jej to obiecywałeś?
-Bo ją poprosiłem o przysługę, to wszystko. Wiesz, coś za coś…
Jęknął ze zbolałą miną.
-Po co odśnieżać?! Przecież jutro będzie tak samo, jak wczoraj! Co za różnica… Do kitu z tym wszystkim.
Opadł na łóżko za mną. Jego głos, który już kończył mutację, znowu zabrzmiał:
-Będę mógł dotrzeć tam jutro rano. Poradzicie sobie beze mnie chyba, nie?
-Co?- odwróciłam się do niego- Mam tam udać się sama?!
-No a masz wybór? Przecież cię nie zjedzą tam…
Odgarnął z oczu swe jasne włosy, kręcące się lekko w fale i wlepił wzrok w baldachim.
Po obiedzie (musiałam po kryjomu wygrzebywać cuchnący czosnek z sałatki) szybko złapałam torbę i stanęłam przed kominkiem. Zanim jednak wykonałam jakiś manewr, do salonu przez palenisko wkotłował się tata, centralnie na mnie zresztą.
Gdy już wstaliśmy, powiedział do mnie:
-Nie radziłbym ci kominkiem, Mary Ann. Znowu zniknął czarodziej, gdzieś w Billericay, więc jest straszny rozgardiasz. Sieć Fiuu może zostać zawieszona w każdej chwili, jestem jednym z ostatnich pasażerów. Prawdopodobnie wszyscy w Ministerstwie rzucą się, by go szukać, dantejski bałagan. Chodźmy, teleportuję cię przed dom Potterów.
-Teleportujesz?- zmartwiłam się. Nie lubiłam tego zbytnio.
Złapałam go za ramię, a on obrócił się w miejscu i po raz kolejny w życiu poczułam, jakby przepchnęli mnie przez rurę.
Spora willa Potterów majaczyła przed nami. Zmrużyłam oczy.
-Co jest?- zdziwił się tata.
-Światło mnie razi…
-Przecież robi się już szaro! Ty i te twoje pomysły…
Weszłam z nim na schody przed dużymi, bogatymi drzwiami frontowymi. Kolumny z brązowego marmuru podtrzymywały dach ganku na którym się znajdowaliśmy.
Rodziciel zakołatał w kołatkę w kształcie głowy gryfa.
Za drzwiami rozległy się pospieszne kroki. W drzwiach stanął Syriusz. Wyglądał na nieco zaabsorbowanego. Przepasany był popapranym, różowym fartuchem w miśki. Kotek na mojej piersi zaczął donośnie mruczeć.
-Dzień dobry, panie Lupin.- ukłonił się grzecznie, po czym puścił mi oko. Miałam nieodparte wrażenie, że czegoś oczekuje od mojego taty.
Ojciec skłonił się w jego stronę, zmierzył go od stóp do głów, po czym obrócił się ku mnie.
-Pamiętaj…- zaczął, ale mu przerwałam:
-Dobra, spoko. Bawcie się dobrze!
I szybko wślizgnęłam się do środka. Gdy byłam pewna, że tata się oddalił, odetchnęłam z ulgą.
W przedpokoju panował mrok. Ledwo dostrzegałam Syriusza.
-No, to chodźmy stąd.- mruknął- Mam pewne bojowe zadanie w kuchni…
Razem przeszliśmy przez bogato zdobiony korytarz, by udać się do wspomnianego miejsca.
W schludnej, czystej kuchni bez lodówki (nie zdziwiło mnie to) i innych przyrządów mugolskiego świata stało krzesełko z dzieckiem, które namiętnie grzebało w misce z kaszką.
Uniosłam brwi, gdy Syriusz wyszczerzył się do mnie przesadnie.
-Cóż… Czy jest coś, o czym nie wiem?- mruknęłam.
-Nie, ja nie dzieciaty!- parsknął- To przecież Nimfadora! Nie poznajesz?
-Rzeczywiście… A skąd ona się tu wzięła?
-Andromeda odwiedziła mnie niedawno.- Syriusz podrapał się w głowę- Wybrała się gdzieś z Tedem, więc stwierdziła, że to ja najlepiej nadaję się na niańkę…
Nimfadora ryknęła w niebogłosy. Syriusz oklapł w sobie.
-Nie płacz, Dora!- chwycił ją i począł podrzucać.
-Nie chcem tego jeść więcej!- burknęła, gdy skończył ją absorbować.
-Ale to dobre jest! Będziesz duża i silna!- zawołał w euforii.
-Nie chcem być duza. I jak jesteś taki mondly, to sam to zjedz!
Syriusz przestał się uśmiechać jak debil.
-Dobrze. Pokażę ci, jakie to jest pyszne.
Wziął do buzi jedną łyżkę paćki, po czym zrobił się lekko zielony. Łzy stanęły mu w oczach, z wielkim trudem przełknął jedzenie.
-Widzisz?! Mniam!- wycharczał w końcu. Chciał chyba coś jeszcze dodać, ale zaniósł się okropnym kaszlem.
-Możesz ją potrzymać?- szybko podał mi dziewczynkę, po czym wypadł z kuchni.
Dziecko wpatrywało się we mnie z dzikim zainteresowaniem.
-Kim jesteś?- zapytała lekko rozkazującym głosem.
-Mam na imię Mary Ann. A ty? Jakie masz imię?
-Wiem, ale nie powiem!
Uniosłam brwi.
-Eee tam. Pewnie nie wiesz i tylko udajesz.- mruknęłam chytrze.
-Nie plawda!- zawołała- Wiem, ale ci nie powiem.
-Dlaczego?
-Bo to seklet.
-Sekret…- chrząknęłam- Jeśli nie chcesz mi go zdradzić, to ja nie zdradzę ci mojego sekretu. A on jest mega-największym w świecie sekretem!
Nimfadora rozdziawiła buzię.
-Powiedz!- poprosiła.
-Nie.
-Powiedz, powiedz!
W tym momencie przyszedł Syriusz. Otarł usta rękawem i westchnął ciężko.
-Chodźmy do sypialni. Już się z pewnością najadła tego gów… oj, przepraszam, tej MATERII.
Razem udaliśmy się na górę po dębowych kręconych schodach. Nimfadora siedziała na barana u Syriusza.
-Syli!- zagadnęła- Ona nie chce mi zdladzić jej sekletu!
-Bywa i tak.- mruknął i przekroczył próg sypialni, której spoczywało łóżeczko dla dziecka. Włożył ją do niego, przykrył pieczołowicie kołderką, po czym kiwnął na mnie, żebyśmy się zmywali.
-SYLI!- rozległo się, gdy już podeszliśmy do drzwi.
Syriusz zatrzymał się i posłał jej zmęczone spojrzenie.
-Pocytaj…- poprosiła pokornie.
-No dobra. Co?
-Bajkę…
Usiadłam sobie z boku i przyglądałam się Syriuszowi, jak pochylony nad łóżeczkiem czyta czarodziejską bajkę. Jego miękki, spokojny, głęboki głos śmiesznie brzmiał, gdy niósł taką treść, jednakże doskonale do niej jednocześnie pasował.
Gdy Nimfadora usnęła, wyszliśmy do salonu, by usiąść na czerwonej kanapie.
-Herbaty? Kawy? Czegoś jeszcze innego?- spytał Syriusz nieco zmęczonym głosem.- Może być Ognista Whisky, nikt się nie zorientuje…
-Dobra, dawaj Whisky!- zadecydowałam, a Łapa parsknął, po czym podszedł do ciężkiego kredensu, by poszperać w kryształowych czarkach.
-Fajne włosy.- rzucił przez prawe ramię do mnie- Co prawda, wolałem cię w czarno-rudych…
-Jesteś chyba pierwszą osobą, która to mówi.- uśmiechnęłam się, przeczesując włosy palcami.
-Bo inni się nie znają.- wzruszył ramionami, po czym podał mi pełny whisky kielich.
-Zdrowie Potterów, którzy są w Jersey.- mruknął Syriusz i upił ze swego, opadając na kanapę obok mnie.
-A James?- zapytałam- Gdzie?
-Jak to gdzie? Z nimi. Też bym pojechał, ale nie za dobrze się czuję, więc…
-Co?- zmartwiłam się.- Czyli na Sylwestrze go nie będzie?
-Na Sylwestra przyleci Siecią Fiuu. Nie wypadało mu tak po prostu nie pojechać do rodziny. Ale Sylwestra spędzi z nami. Co to?
Przekrzywił głowę, obserwując mój nadgarstek.
-To jest bransoletka od Jamesa.- pomachałam mu srebrem przed oczyma.
-Nie, mam na myśli, co masz pod nią, na ręku… Zdejmowałaś ją, odkąd założyłaś?
-Nie…
Szybko rozpięłam z jego pomocą bransoletkę. Cała skóra była czerwona od bąbli. Uniosłam brwi. Czułam od pewnego czasu, że mnie dziwnie swędzi nadgarstek, ale żeby pod bransoletką porobiło się coś takiego?
-Wyglądasz, jakbyś miała alergię!- zdziwił się.
-Na srebro?- skrzywiłam się- Nigdy nie miałam alergii na srebro…
Syriusz wpatrzył się we mnie, marszcząc brwi i dumając nad czymś.
-Nie podoba mi się to…- stwierdził, a potem przewrócił oczyma- Dora beczy…
Szybko popędziliśmy na górę. Nimfadora skręcała się na posłaniu i ryczała wniebogłosy.
-Ciii, nie płacz!- poprosił Syriusz, składając ręce, jak do modlitwy. Nie poskutkowało.
-Doruś!- zagadnął nagle przesadnie wesoło Czarny- Patrz tu!
Wsadził dwa palce wskazujące sobie do ust, po czym rozciągnął je do granic wytrzymałości, wystawił język i zaczął wydawać odgłosy podobne do „BLELELE-LOOO-LELELE-LOO!”. Nimfadora przestała płakać i zmierzyła go takim spojrzeniem, że natychmiast przestał.
-Chcem do mamy. Bzusek mnie boli…- wykrztusiła.
-Mamusia wróci!- szepnął z czułością, po czym popędził po lekarstwo.
Gdy już wrócił, okazało się, że Nimfadora za Chiny ludowe nie weźmie do ust takiej paćki.
-Patrz, Dora!- zagadnęłam, po czym wyjęłam z kieszeni zapałki. Zawsze nosiłam pudełko na zapas, odkąd w wieku dwunastu lat musiałam wracać po ciemku do domu. Zapaliłam jedną z nich. Nimfadora rozdziawiła buzię z zaintrygowaniem, w tym czasie Syriusz sprytnie wcisnął jej łyżkę lekarstwa do otwartej paszczy. Z trudem przełknęła.
-Teraz musimy ją zmęczyć…- szepnął do mnie, po czym wrzasnął dziarsko- BAWIMY SIĘ!
Nimfadora zaczęła się śmiać, po czym krzyknęła „BELEK!”, klapnęła Syriusza w nogę i poczęła pomykać na nóżkach, by uciec.
-Zaraz cię złapię!- zaśmiał się Łapa i w skupieniu, bardzo wolno pobiegł w jej stronę, praktycznie się nie poruszając, by mogła uciec daleko.
-Nie złapiesz! Biegam najszybciej!
Ganiali się w ten sposób naokoło mnie, śmiejąc się do rozpuku. Na mojej twarzy pojawił się mimowolny uśmieszek na ich widok. Nimfadora, roześmiana dziko, Syriusz, bardzo z siebie zadowolony ale jednocześnie niezwykle szczęśliwy. Wyglądali, jak tatuś z córeczką.
Skutek ich gonitwy był taki, iż Łapa wpadł na mnie w biegu i zaliczyliśmy z hukiem glebę.
Nimfadora natychmiast wykorzystała chwilowe osłabienie sił wroga, toteż wlazła na niego i poczęła nań skakać.
-Nieee!- wykrztusił- Złaź ze mnie, małpiszonie! Zamęczy mnie ten bachor, no…
Dorze wkrótce znudziło się robienie z Syriusza trampoliny do skoków wzwyż, więc wcisnęła się między nas, bo wciąż oboje leżeliśmy obok siebie na plecach. Oparła główkę (różową, nawiasem mówiąc) na piersi krewniaka, zamykając oczka.
-Śpij, Doruś…- mruknął, przyglądając jej się czule. Poczęła układać głowę w możliwie najdogodniejszej pozycji, po czym szeroko ziewnęła. Syriusz pogładził ją po policzku palcem.
Przyglądałam im się chwilę. Jejku, oni naprawdę się kochają! Obróciłam głowę w prawo, by zawiesić wzrok na rozgwieżdżonym niebie, stwierdzając, że nie chce mi się złazić na dół, by wypakować mydło i piżamę, by poddawać się całemu rytuałowi kąpieli. Leżeć tak na dywanie jest zdecydowanie przyjemniej.
-Syli, bajka…- poprosiła szeptem Dora.
Syriusz zamyślił się chwilę, po czym zaczął spokojnie:
-W odległej krainie, za chmurami, żyła najpiękniejsza czarodziejka, jaką nosił świat. Nigdy jednak nikt nie okazał jej uczucia, gdyż nosiła non stop czarną chustę na twarzy, myśląc, że jest brzydka i niewarta uwagi. Toteż nikt nie wiedział, jak piękny skarb przechodzi mu koło nosa. Pewnego razu jakiś naiwny człowiek zakochał się w niej na zabój. Urzekły go jej rajskozielone oczy. Lecz ona nie wiedziała o niczym. Pozostawała ślepa…
Kotek na mojej szyi zamruczał intensywnie, jednocześnie miaucząc żałośnie…
Florian wlepił oczy w swego najlepszego przyjaciela.
-Wiesz, że cię kocham. Jesteś jedyny, który mnie rozumie…
Olbrzymie szczypce zaklekotały. Florian uśmiechnął się z czułością.
Zaczął mimowolnie bawić się sznurówkami swych wysokich butów, obserwując swego wielookiego przyjaciela.
Dzień był całkiem jasny, w związku z czym Florian nie czuł się zbyt dobrze. Głowa bolała go niemiłosiernie, na szyi wykwitły purpurowe plamy alergika.
„Ech, wolę ten ból i oświetlony las niż tamtą cholerną, zatęchłą wieżę, w której czas zatrzymał się dwieście lat temu!”, przeszło mu przez myśl. „Ojciec ma dobrze-odszedł z tego dziwacznego świata. Też bym tak chciał…”.
Brazylijska akromantula, nazwana Henrykiem, zaklekotała ponownie ku swemu panu.
Pieniek, na którym siedział nie był chyba zbyt wygodny. Zakręciło mu się w głowie, wnętrzności skręciły się w mdłościach. Też coś… Nie wymiotował, odkąd w 1772 jakiś czarny niewolnik nie zatruł go przysmażonym jedzeniem w jednej z amerykańskich restauracji.
-Nie chciałem przenosić się do Norwegii, wiesz, Henryku? Tu jest tak zimno i ciemno… Ale o to chodziło moim rodzicom, gdy pogryzł nas tamten potępiony człowiek…
-Znów gadasz do tego pająka?!
Znikąd pojawiła się kobieca sylwetka jego siostry. Ona, jako jedyna w rodzinie mogła znosić światło słoneczne bez szczególnych skutków ubocznych.
-Zaraz zażartuję, że prawie przyprawiłaś mnie o zawał…- prychnął z sarkazmem Florian.
Marina uśmiechnęła się drwiąco.
-Chciałbym prosić o chwilę prywatności…
-Znów wypłakujesz oczy?- uniosła ciemne brwi- Że nie możesz mieć żony i dzieci? Że jesteś sam? Nie wystarczy ci nasze towarzystwo?
-Ty nic nie rozumiesz…- pokręcił głową.- Byłem zakochany, gdy to się zaczęło…
-W tamtym czarnuchu?!
Florian wstał powoli, zgrzytając zębami.
-To, że była niewolnicą piekarza, nie oznacza, że była zwierzęciem!
-W te, czy we w te… Teraz jest już dla ciebie zwierzęciem… Ach, byłabym zapomniała… To było w osiemnastym wieku… Powinnam użyć czasu przeszłego…
Zaśmiała się pogardliwie. Florian jeszcze bardziej zsiniał.
-Kiedyś będzie inaczej…- wycedził.
-Tak. Zbliża się ktoś, kto nareszcie zrobi z tym wszystkim porządek…- uśmiechnęła się groźnie- Nadchodzi…
Niech zgaszą to przeklęte światło!...
Usiadłam na dywanie, odgarniając ciemnokasztanowe sprężynki. Za oknem było bezwstydnie jasno, Syriusz i Nimfadora spali obok mnie, ciasno zwinięci w kłębek. Dora miała uchylone usta, Syriusza tak spokojnego i bezbronnego jeszcze nie zdarzyło mi się zobaczyć.
Wstałam i udałam się do łazienki. Nogi dziwacznie mi pulsowały. Co jest?...
W bardzo jasnym świetle świec moja twarz wydała się w lustrze być twarzą topielca. Miałam nienaturalnie białą cerę. Makabryczne oświetlenie. Przemyłam buzię, krzywiąc się. Znów poczułam ten pulsujący ból głowy…
Obserwowałam opartą na zlewie rękę i lekko opuchnięty nadgarstek. Odkąd zdjęłam bransoletkę, zniknęły przynajmniej bąble.
Po zabraniu torby z salonu mogłam umyć się i przebrać. Gorąca woda jeszcze bardziej wzmogła migrenę.
Szare dżinsy-dzwony włożyłam na nogi, fioletową koszulę po uda zarzuciłam na siebie. Wreszcie, lekko rozchwianym krokiem opuściłam toaletę, podwijając rękawy do łokci.
Z jednego z pokoi na długim, ciemnym korytarzu wynurzył się Syriusz, przybrawszy swój zwyczajowy wyszczerz.
-To twój pokój?- spytałam, dostrzegając za jego plecami kartkę na drzwiach z krowiastym, dającym po oczach napisem „SYRIUSZ”. Łapa schował uzębienie za wargi i kiwnął z przesadną powagą kilka razy.
-Mogę zajrzeć?
Błyskawicznie zagrodził mi drogę i szybko zaprzeczył ruchem głowy. Uniosłam brwi.
-Aha… Jak rozumiem, wewnątrz w powietrzu unoszą się nieznane szczepy bakterii?
-Coś w tym guście… Chodź na śniadanie. Musimy jeszcze wyprowadzić dziecko na spacer, zanim nie przybędzie następne…
Zostawił mnie samą pod drzwiami. Wlepiłam wzrok w kartkę. Było tu jeszcze nabazgrane „Born to be wild and free”, a pod „SYRIUSZ” widniało małe „Leszcz”, napisane charakterystycznym pismem Rogasia.
Westchnęłam wymownie i zeszłam do kuchni. Syriusz zamarł.
-Co jest?- zmrużyłam oczy- Zaciągniesz zasłony?
-Co ci się stało? Jesteś tak biała, jakbyś od kilku dni nie żyła…
Wyciągnęłam przed siebie przedramiona. W jasnym świetle wyglądały identycznie, jak w ciemnej łazience. Zamurowało mnie.
-Co… co się dzieje?!- zadałam retoryczne pytanie łamiącym się głosem. Zakręciło mi się w głowie i oparłam się na kuchennym krześle. Syriusz podszedł do mnie i objął mnie jednym ramieniem, by dodać otuchy.
-To na pewno dlatego, że noc spędziłaś na podłodze. Może jesteś niedotleniona? Nie martw się, Mary Ann, zaraz pójdziemy na spacer! Głowa do góry!
Wystarczy, że zjedliśmy śniadanie, a Syriusz natychmiast z niemałym wysiłkiem wcisnął Nimfadorę do zwykłego, mugolskiego wózka i wyszliśmy na ulicę.
Była to jakaś bogata, zaciszna dzielnica Londynu.
-Niedługo stąd się przeprowadzają.- rzucił Syriusz, w skupieniu pchając przed sobą wózek. Minęła nas jakaś zbulwersowana, starsza kobieta.
-Gdzie?
-Wracają do korzeni, do Doliny Godryka. Stamtąd pochodzą Potterowie. James chciałby zamieszkać tam kiedyś ze swoją żoną…
Kobieta fuknęła coś pod nosem i pospiesznie się oddaliła. Wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia.
-Dolina Godryka?- spytałam z zainteresowaniem- Brzmi jak imię Gryffindora…
-Bo to od niego. To jedyna, poza Hogsmeade, wioska w Anglii zamieszkana jedynie przez czarodziejów.- wytłumaczył, obserwując najbliższy kontener ze średnim zainteresowaniem.
Zamyśliłam się.
-Myślałam już, gdzie chciałabym mieszkać po szkole…
-I?
-Jeszcze nie wiem…- wzruszyłam ramionami- Miałam już tyle domów…
Minęła nas kolejna zbulwersowana babcia.
-O co im chodzi?- szepnęłam, bo miejsce było bardzo ciche, wytłumione przez śnieg.
-Może myślą, że jesteś narkomanką…- parsknął.- Z takim odcieniem skóry… A może nie są zachwycone faktem, że dwoje młodych ludzi ma dziecko…
Zerknęliśmy na siebie wymownie, po czym ryknęliśmy śmiechem.
-Też masz pomysły!- pokręciłam głową. Syriusz wyszczerzył się z przesadą.
Dobrnęliśmy z wózkiem do pobliskiego placu zabaw. Kilkoro dzieci biegało po śniegu z uciechą, niektóre, co młodsze wywalały się na paszcze, podnosząc wrzask nie z tej ziemi, alarmując w większości rozhisteryzowane mamusie, że dzieje im się straszliwa krzywda.
Usiedliśmy na przykrytej śniegiem ławce, Syriusz ustawił wózek przed sobą i jeździł nim machinalnie w tę i nazad, obserwując uważnie rodziny mugoli.
Niektórzy świetnie się bawili, tu i ówdzie stał bałwan, słychać było jednakże płacz, a jakaś wściekła matka, prowadząca energicznie dziecko za rękę, warczała doń:
-I co? Oczywiście, po raz setny zżarłeś marchewkę z cudzego bałwana!
Syriusz zamaskował parsknięcie i zerknął na mnie z ukosa.
-Co się tak krzywisz?
-Razi mnie śnieg!- burknęłam.- I ogólnie, tu jest zbyt jasno.
Łapa zmarszczył czoło. Po pewnym czasie wstał, z wolna ruszył do przodu, a potem… błyskawicznie uformował kulkę ze śniegu i cisnął prosto w moją twarz. Usłyszałam jego szyderczy śmiech.
-Ożesz ty… Ale ci się oberwie!
Rycząc ze śmiechu jak debil, rzucił się do ucieczki, a ja ruszyłam za nim. Cisnęłam w niego śniegiem, ale trafiłam w drzewo, za którym się schował.
-Ty to jednak masz cela…- zadrwił.
-Śmiej się, śmiej!- zawołałam- Zaraz się okaże, czy słusznie…
-Taa, uchu!
I rzucił się do dalszej ucieczki. Zmusiłam obolałe nogi do wysiłku. Muszę go dogonić, popamięta.
Moje nogi poczęły bardzo szybko przebierać po śniegu. Nie jest tak źle! Myślałam, że jestem wolniejsza. Nawet mnie to trochę niepokoi…
Syriusz w ciągu sekundy przybliżył się na wyciągnięcie ręki, a w ułamku następnej wpadłam na niego w pełnym biegu i wylądowaliśmy w zaspie.
-Hej! Przecież byłaś przy tamtych huśtawkach!- zawołał ze zdziwieniem, gdy już się pozbierałam z jego cielska- Jak ty to zrobiłaś?!
Zaśmiałam się, choć sama byłam nie lada zaskoczona. Syriusz wlepiał we mnie zafascynowane spojrzenie.
Wstaliśmy i szybko odnaleźliśmy wózek z Dorą, po czym wolno ruszyliśmy do domu, wprawiając w zdziwienie mijanych ludzi.
-Hej hej!- ryk dzikiego bawoła przerwał ciszę. Naprzeciw nas zamajaczył znajomy kształt.
James parsknął, po czym z chytrym uśmieszkiem zagadnął:
-Przeszkadzam państwu Black w spacerowaniu z dzieckiem?
-Weź ty już lepiej nie powalaj nas swym galopującym intelektem…- pokręcił głową Syriusz.
-Powaga. Wyglądacie właśnie tak!- ucieszył się- Ludzie was tak odbierają, sądząc po minach.
-No co ty nie powiesz…
-No, ale ciesz się, że to Meggie, a nie Peter…
Ryknął rubasznym śmiechem, ale Syriusz nie zawtórował mu. Był bardzo zamyślony i posępny.
-I jak?- zapytał James, gdy już opadł nonszalancko na fotel w salonie. Syriusz usiadł na drugim, ja położyłam się na kanapie, próbując opanować ból głowy.- Wszystko gra? Kiedy przybędą panowie?
-Zasłońcie te okna…- poprosiłam, ignorując Jamesa. Syriusz natychmiast to uczynił wprawiając Rogasia w zdumienie. Jednak James nie skomentował tego.
-Przybędą nieco później. Pójdziemy do Londynu, zgoda?- powiedział Syriusz, grzebiąc w kredensie w poszukiwaniu whisky.
-Meggie, co on ci zrobił z włosami? Wiedziałem, że zostawienie cię z nim nie wróży nic dobrego…- zagadnął Rogacz.
-Dlaczego myślisz, że to Syriusz?- szepnęłam.
-On jest do wszystkiego zdolny… Nawet nie wiesz, jak wyglądały plecy Petera po pewnej nocy w drugiej klasie… Wyrósł mu chyba na nich jakiś mikroklimat puszczy amazońskiej... Apropos, jak spędziliście noc? Udała się?
Syriusz przerwał grzebanie, z wolna odwrócił się ku Jamesowi, posyłając mu gaszące spojrzenie.
-Nie to miałem na myśli, Łapuś…- zarechotał- Czy wszystko było w porządku?
-W najlepszym…- burknął Czarny, wyciągając trunek.- Spaliśmy na podłodze w gościnnym.
James posłał mi nieco spłoszone spojrzenie.
-Masz, wypij to. Chodźmy, Rogaś…
Syriusz podał mi Ognistą Whisky, po czym oboje z Jamesem wycofali się z mrocznego salonu, zanurzonego w cieniu…
-Meggie, wstawaj! Czas ruszać! Za niecałą godzinę pożegnamy stary rok!- dosłownie pięć minut potem poczułam, że ktoś mną potrząsa. Ból głowy powrócił.
-Co, już…?
Nade mną stał mój uśmiechnięty braciszek. Z trudem uniosłam się z miękkiej sofy.
-Hej, ty w ogóle oddychasz?- zmrużył oczy.
-Staram się.- odburknęłam. Miałam szczerze dość mojej podejrzanej bladości.
-Już, zbierać zadki w troki!- zawołał James, wpadając entuzjastycznie do salonu i łapiąc w locie potrąconą przezeń doniczkę- Wyłazimy.
W korytarzu wpadliśmy na Petera i Syriusza. Peter wiązał swe sznurówki w kokardki, natomiast Syriusz zajęty był wiązaniem w podobny sposób długich włosów Peta. Glizdek po pewnym czasie skapnął się, że coś zagraża jego kucykowi, toteż odwinął Łapie fangę w nos.
-Hej hej hej, panowie! Rozejm!- James rozdzielił walczących- Jak można tak kończyć rok?! Wstydźcie się, a fe!
Pet i Syriusz unieśli brwi w konsternacji, a Remus parsknął.
Na zewnątrz słychać już było samotne świsty i wybuchy fajerwerków.
-Juhuuu!- ryknął na dzień dobry James, sygnalizując otoczeniu swą obecność, po czym ruszyliśmy ciemną drogą ku Londynowi.
W domach zapalone było światło, ludzie wychodzili do ogrodów, by przygotować zakupione petardy do wystrzelenia.
-Mugole są dziwni, nie?- zagadnął wesoło James- Cieszą się nie wiadomo z czego… A te ich petardy są upośledzone jakieś.
-No!- podjął Syriusz- Jakby im pokazać nasze, to by chyba osiwieli z uciechy…
Znaczące spojrzenie powędrowało od Syriusza do Jamesa i z powrotem.
-Tylko spróbujcie teraz wybrać się na Pokątną po fajerwerki!- obruszył się Remus.
-Masz rację…- westchnął Łapa, ale zaraz rozjaśniła mu się twarz- Ale nie zaszkodzi skoczyć po mugolskie i je trochę przerobić po naszemu…
-Zaraz! Nie wolno nam używać czarów!
-Nie smędź, Remusie. Na wyspie nic nam nie zrobili! Raz się żyje, potem tylko straszy… Nie jesteśmy już dziećmi!
-Apropos!- ocknęłam się- A co z Dorą? Zostawiłeś ją w domu, mistrzu?!
-Nie.- rzucił przez ramie nonszalancko- Dromeda ją zabrała, jak spałaś… Jimmy, ścigamy się do marketu?
Rogaś wydał z siebie dźwięk zapewne oznaczając aprobatę, po czym oboje rzucili się główną ulicą. Nad nami niebo rozjaśniło się-pierwszy fajerwerk wystrzelił.
Ja, Remus i Peter wkrótce dotarliśmy pod sklep sieci Sainsbury, gdzie reszta naszych towarzyszy kotwasiła się w śniegu.
-Sklep jeszcze otwarty?- zdziwiłam się.
Zielone światło padło na nas z góry. Po niebie rozsypały się zielone gwiazdy. Stanęliśmy wszyscy po d napisem „Sainsbury’s”, który oświetlały kolorowe petardy.
-Ładujemy się tam?- zapytał Syriusz.
-Sprawdźmy, czy w ogóle posiadają coś takiego, jak fajerwerki…- mruknął James, po czym oboje z Łapą wsunęli się do jasnego środka.
-Niech się pospieszą…- Pet zerknął na zegarek- Za pięć północ.
Powietrze wypełniał zapach spalenizny, zewsząd w niebo wysyłane były kolorowe sztuczne ognie. Na horyzoncie nad stolicą rozpętała się prawdziwa wojna pomiędzy petardami, Widok był doprawdy imponujący.
James i Syriusz wypadli ze sklepu.
-Nic nie mają ci mugole…- westchnął James, zerkając na zegarek- Jeszcze dwadzieścia sekund!- wrzasnął w ekstazie.
Huncwoci zbili się w ciasną grupkę. Złoto-czerwony deszcz rozjaśnił czarne niebo.
-Osiem…siedem…sześć…- poczęli mruczeć.
Ktoś nieopodal wystrzelił następną petardę.
-Trzy…dwa…jeden…!
W tym momencie na niebie rozsypał się kolejny piękny złoty deszcz, niebieska rozeta i zielona czaszka z wężem wystającym z ust.
Zaczęliśmy wrzeszczeć „NOWY ROOOOOOOOOOOK!” i tym podobne. Ogarnęła mnie euforia-nowy rozdział otwarty.
Zielony blask czaszki oświetlał w dalszym ciągu nasze twarze. Zerknęłam na chłopaków: Remus uśmiechał się do siebie delikatnie, James cieszył twarz na całego, wietrząc całą posiadaną jamę ustną, Peter podobnie, lecz bardziej subtelnie i nie tak entuzjastycznie. Jedynie Syriusz wpatrywał się w obiekt na niebie, a na jego buzię wkradało się powoli podejrzenie, dominując radość, aż w końcu zupełnie ją zgasiło. Posłałam mu pytające spojrzenie.
-Czego ci mugole nie wymyślą!- zaśmiewał się James.
-Hej, wejdźmy może do sklepu, co?- zaproponował Syriusz ostrożnie.
-Tu jest genialnie! Po co tam iść? Chcesz oglądać papier toaletowy?!
-James! Wejdźmy, tak będzie lepiej!
-O czym ty gadasz?!
-Co, Łapo?- zainteresował się Remus.
Zza pobliskiego budynku wyłoniła się grupa ludzi w pelerynach. Przystanęli raptownie, widocznie nas obserwując.
Syriusz syknął, po czym zaległa napięta cisza.
Zgodnie wykonali charakterystyczny ruch.
Rzuciliśmy się ku wejściu do sklepu, zanim zdążyli wyciągnąć różdżki. Wpadliśmy do środka, Syriusz w locie złapał koszyk, by nie wzbudzać podejrzeń.
-Oddalmy się czym prędzej od wejścia.- zaproponował James, klucząc pomiędzy nielicznymi klientami. Pracownicy podejrzliwie obserwowali naszą piątkę.
Wkrótce stanęliśmy na skrajnym końcu sklepu i udawaliśmy wielce zainteresowanych puszkami z groszkiem konserwowym. Panował zaskakujący spokój i nastrój zwyczajnych, flegmatycznych zakupów.
Syriusz z lekkim zniecierpliwieniem zerkał co jakiś czas za siebie, Remus rzucał mi zaniepokojone spojrzenie, Peter cały się trząsł.
We mnie kotłowało się wszystko: myśli, emocje. Kto to, u licha był?! Czemu chcieli nam zrobić krzywdę? I skąd Syriusz wiedział, że coś się święci?...
-Chyba sobie poszli…- zasugerował nieśmiało Rogacz.
-Nie byłbym tego taki pewien…- szepnął Syriusz.
Od strony kasy rozległ się wysoki, kobiecy krzyk, do niego dołączyły następne. Potem wiele głosów, dźwięk rozwalanego regału, tłuczonego szkła, świst zaklęć…
Wymieniliśmy sparaliżowane ze strachu spojrzenia. Nikt się nie odezwał.
Zaległa głucha cisza… A potem:
-Schowało się tu jeszcze kilka szlam… Wytępimy to robactwo!
Zwielokrotniony śmiech zabrzmiał w mojej głowie.
TRZASK!
W sklepie wybuchły wszystkie lampy, jedna po drugiej, nurzając wnętrze w idealnej ciemności.
Nikt nie ważył się ruszyć. W sklepie zaległa miażdżąca cisza.
-Idą tu.- szepnęłam.
-Skąd wiesz?- zdziwił się Syriusz.
-Nie słyszycie ich?- zdumiałam się, ale nikt nie odpowiedział. Ogarniał nas paraliż. Żadne nie posiadało różdżki.
-W tę.- szepnął niedostrzegalnie nieomal Łapa.
Na paluszkach ruszyliśmy przejściem prostopadłym do półek. Każde z nas wstrzymywało oddech, napięcie było namacalne.
W idealnej ciemności niewiele można było zobaczyć. Wciąż słyszałam kroki za nami-napastnicy zbliżali się.
Delikatne światło rozbłysło za nami: widocznie któryś używał zaklęcia Lumos.
-Spokojnie…- mruknął Remus, ale każdy nieco przyspieszył.
Skręciliśmy w prawo i posuwaliśmy się wzdłuż półek z chrupkami. Od powstrzymywania oddechu zdrętwiały mi płuca.
-Sprawdzę tu…- rozległo się za nami.
Peter pisnął, puściły mu nerwy. Rzucił się w desperacji do przodu i wpadł na Syriusza. Oboje władowali się w stojące niedaleko metalowe wiadro z mopem i wodą . Hałas był nie z tej ziemi.
-TAM SĄ! DRĘTWOTA!
Czerwony strumień pomknął ku chłopakom.
-PADNIJ!- Syriusz rzucił się na Petera i uniknęli trafienia. Zaklęcie ugodziło w półkę za nimi. Potężny regał zachwiał się niebezpiecznie i z wolna runął na naszą piątkę.
-W NOGI!!!
Ja, Remus i James szybko rzuciliśmy się w dalszą drogę, by uniknąć zmiażdżenia. Za nami rozległ się potężny huk, gdy półka grzmotnęła o sąsiadkę, która z kolei osunęła się na następną. Oszołomieni, wpatrywaliśmy się w to gigantyczne domino. Przed nami jednak zamajaczył jakiś ruch.
-CHODU!- ryknął James, po czym pociągnął mnie ku sobie i razem ruszyliśmy za siebie.
Zaklęcia, ciskane ku nam, rozwalały mijane produkty, oświetlały na krótko sklep, żłobiły w kafelkach wgłębienia. Rozlegały się zgrzyty osuwających się regałów.
Wypadliśmy z chrupek i skręciliśmy gwałtownie w lewo, główną alejką, czując na karkach śmierć.
-Tutaj…- syknął Remus, skręcając niespodziewanie w lewo i przywarliśmy do ściany ze słoikami konfitur i przetworów. Cała grupa napastników minęła nas, nawet nie zaszczycając spojrzeniem działu z dżemami.
-Gdzie Syriusz i Peter?- szepnął z przerażeniem James- Myślałem, że się gramolili spod tej półki za nami!
Wymieniliśmy pełne obawy spojrzenia.
44. ... Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 16 Stycznia;, 2010, 16:56
OK, wiem, że ta notka może wywołać pewne kontrowersje, ze względu głównie na początek. Jeśli zacznie Was wkurzać-zerknijcie na koniec. Dla tych, co nie chcą poznać od razu fabuły- nie zaglądajcie tam teraz.
Księżyc rzucał swój srebrzysty blask, nieomalże oślepiająco biały, prosto na iskrzący śnieg. Sypki puch wyglądał, jak setki diamentów, porozrzucanych po ziemi z powodu czyjejś nieuwagi. Biała warstwa spoczywała na każdej najmniejszej gałęzi. Co jakiś czas rozlegał się delikatny szelest, gdy tu i ówdzie śnieg zsunął się dyskretnie z drzewa.
Na niebie, czarnym, jak aksamit, widać było wszystkie gwiazdy północnego nieba, Droga Mleczna, bardzo wyrazista, wyglądała, jak smuga nonszalancko rzuconej garści srebrnego kruszcu. Na północnym horyzoncie majaczyły delikatne muśnięcia zielonkawej zorzy. Księżyc, zawieszony po drugiej stronie nieba, wyglądał bardzo blado przy tym wszystkim, zdawał się być niewyobrażalnie maleńki.
Nieco dalej, tam, gdzie kończył się wysoki las poskręcanych ponuro drzew, zaczynał się młody lasek z niskich iglaków. Wszystkie pokryte były niemalże całkowicie diamentowym śniegiem i wyglądały jak armia niskich, garbatych stworów, zamarłych na zawsze w trakcie ruchu istot.
Najdelikatniejszy podmuch wiatru nie ruszył choć jedną iglastą gałązką. Każde drzewko pogrążone było we śnie… Wszystko wydawało się być wieczne…
Nagły ruch strącił lawinę śniegu z jednego z drzewek. Coś bardzo szybko przemierzało niski lasek. Po chwili przystanęło, łapiąc oddech, by odpocząć po dzikiej ucieczce. Jednak wyczuło szybko, że napastnik nie poddał się i jest coraz bliżej…
Z cichym skowytem ruszyło w dalszą ucieczkę. Wystarczy wpaść w ten las, tam na pewno zgubi trop mordercy.
Stwór kluczył między drzewami, oświetlonymi z południa przez księżyc, z północy delikatnym blaskiem zielonej zorzy. Jego łapy zostawiały niezbity dowód spontanicznej trasy na śniegu.
Czuł, że wróg jest zbyt blisko, praktycznie za pierwszym z brzegu drzewem. Nie da się go wykiwać, czy zgubić, już za późno…
Istota raptownie zatrzymała się. Przed nią majaczył ciemny, nieruchomy kształt. Zrobiła szybki odwrót przez prawe ramię. Nie zdążyła jednak dobiec do najbliższego drzewa, gdy coś dosłownie zwaliło ją z nóg. A potem tylko ból i mocne, cichnące z wolna uderzenia przerażonego serca…
Nieznajomy uniósł się i popatrzył z góry na swego śmiertelnego wroga. Parująca krew skapnęła na śnieg, topiąc go i żłobiąc w nim czerwone wgłębienie.
-Jonaszu, to niezbyt roztropnie. Nagrabisz sobie tymi polowaniami…
Wysoki mężczyzna, zawieszony swobodnie w powietrzu, nagle zeskoczył na ziemię. Przypatrywał się stygnącemu ciału z odrazą.
-Krew wilkołaków jest gorzka, bracie.- dodał po chwili.
-Doskonale wiesz, że nie zabijam ich dla pożywienia!- warknął Jonasz- To rasa, którą trzeba eliminować.
-Wilkołaki tak łatwo nie zapominają urazy. Jeżeli wytropią cię, to z pewnością zgotują niesamowite cierpienia.
-Nie boję się tych kudłatych psów!- wrzasnął- Tak łatwo nie można mnie dorwać i wiesz o tym doskonale, Florianie.
Ruszył wolno w stronę, skąd przybył. Florian poszybował za nim.
-Śledziłeś mnie!- warknął po chwili Jonasz.
-Tak, trochę. Wiesz, że matka nie lubi, jak znikasz na parę dni. Jej zdaniem, jesteś taki sam, jak ojciec.
-Jestem na tyle dorosły, że nie potrzebuję pomocy, gdy zabijam. Nikt nie podskoczy takiej bestii, jak ja…
Jego bladą twarz o lodowatym spojrzeniu zmienił szyderczy, władczy uśmiech.
-Przecież wiesz, bracie, że to moja rozrywka. Matka nie powinna mi w niej przeszkadzać- położył nacisk na sformułowanie „nie powinna”.
Florian zerknął nań z ukosa.
-Czasem mnie przerażasz.
-Ciebie?!- Jonasz zaśmiał się piskliwie- Pomyśleć, że ktokolwiek mógłby przestraszyć wampira… Chodź, braciszku, jak pobiegniemy, to dotrzemy do domu w pięć minut…
Oboje rzucili się w stronę domu nieomalże z prędkością światła. Strącali śnieg z licznych drzew, ich pęd unosił drobinki białego puchu w powietrzu, wprawiając go w powolny ruch…
Dopadli do bardzo starych ruin sporej wieży na niewielkiej polance. Rozwalające się, zwietrzałe kamienie, które kiedyś musiały tworzyć solidny mur, leżały porozrzucane i przykryte śniegiem. Ściana zachodnia była najwyższa i najlepiej zachowana, po północnej, w nieco gorszym stanie, piął się martwy bluszcz. Wschodniej ściany, przed którą stali bracia, praktycznie nie było a z południowej niewiele zostało. Jednak w wieży były aż cztery pokoje, mające ściany i sufit. Reszta, na wyższych poziomach albo już dawno nie istniała, albo nie miała sufitu i jakiejś ściany. Resztki świetności strażnicy widać było po czerwonej draperii na wewnętrznej części ściany północnej, tam, gdzie kiedyś musiało być pierwsze piętro. Materiał, niegdyś niezwykle piękny, zwisał smętnie, kołysany delikatnym powiewem, noszący znamiona czasu. Zdawał się śpiewać jakąś smętną pieśń o przemijaniu. Na sąsiedniej ścianie, naprzeciw draperii zachowały się resztki czerwonej boazerii, zaledwie pięć listewek. Na podłodze pierwszego piętra, niczym na straży, stała jakaś osoba.
Dwóch wysokich mężczyzn przekroczyło próg i znaleźli się w najmniejszym pomieszczeniu, niewielkim przedpokoju. Choć świece, płonące w zaśniedziałych kandelabrach dawały niezwykle mętne światło, Jonasz zmrużył oczy ze wstrętem.
Po dwóch stronach widniała para drzwi w ścianie nieco na skos, bowiem wieża była okrągła. Jonasz popatrzył na nogawki swoich spodni od garnituru, który nosił. Natychmiast wyschły.
-Czy myślisz, że to matka stoi na dachu?- zapytał Florian, gdy uczynił to samo.
-Być może to Marina.- wzruszył ramionami Jonasz, przeczesując długimi, białymi palcami czarną, gęstą czuprynę. Niewiele go to szczerze mówiąc obchodziło.
-Co noc, zawsze to samo…
Weszli oboje do pokoju na lewo. Mieściła się tu spora, jak na rozmiary pomieszczenia, biblioteka. Cały pokój miał czerwono-brązowe odcienie na meblach, ścianach, suficie.
Jonasz opadł na jedną z pluszowych, czerwonych puf, Florian rozwalił się na kanapie.
Zerknął na flaszkę bursztynowego płynu, która po chwili sama doń podleciała, a za nią kieliszek z grubo ciosanego kryształu. Sam Florian, po wypiciu sporego haustu napoju założył ręce za swe miodowe, postawione na sztorc siłami natury włosy i wlepił w brata swe oszołomione spojrzenie.
Zawsze, odkąd stał się nieśmiertelną bestią, miał takie oczy i włosy.
-1976, no, prawie ’77.- mruknął czarnowłosy wampir, zanim jego brat zadał pytanie. Odpowiedział mu śmiech.
-Nie lubię, jak czytasz w moich myślach. Nie ufasz mi, co nie?- uśmiechnął się Florian.
-Nikomu nie ufam, zauważ.
-Dziękuję, że chociaż odparłeś na pytanie o rok, jaki mamy. Czyż niedługo nie minie dwusetna rocznica naszej przemiany?
-Być może.- brzmiała chłodna odpowiedź. Jonasza drażniły rozmowy z bratem.
-Już dwieście lat kiszę się w tym miejscu, nie mogę umrzeć ni się zestarzeć… Wieczny dziewiętnastolatek!- parsknął z goryczą Florian, wlepiając niewidzący wzrok w sufit- Wieczny samotnik…
-O czym ty mówisz?!- zaśmiał się Jonasz- Tak jest zdecydowanie lepiej…
Wpatrzył się w swoje blade, długie palce.
-Jestem nieśmiertelny. Niewiarygodnie szybki. Niewiarygodnie niebezpieczny…- szepnął, a oczy zabłyszczały dziką gorączką.
Florian przyjrzał mu się z uwagą.
-Ej, braciszku, to nie miejsce dla ciebie. Nie ma tu prawie żadnych ofiar, poza wilkołakami. Jeżeli chcesz ludzkiej krwi, nie znajdziesz jej tu.
-Właśnie dlatego zmierzam na południe. Ale matka wciąż wścieka się na mnie o te wędrówki. Czegóż ona chce?! To północna Norwegia, muszę zmierzać na południe… Kiedyś odejdę, będę polować na ludzi.
-Jak chcesz. Dla mnie to ohydne.- Florian zmarszczył brwi, po czym dodał szeptem- Przeklinam dzień, w którym stałem się tym czymś…
Jonasz uśmiechnął się drwiąco. Florian nie potrafił znieść w tej chwili jego obecności, obecności tej krwawej bestii, która wyśmiewała jego delikatność i odrazę do wampiryzmu. Uniósł się z kanapy i wylewitował leniwie na plecach z pokoju tam, gdzie jeszcze nie był tej nocy: do samego serca wieży. Było to już trzecie z czterech pomieszczeń, przez które przeszedł. Znajdowały się tu kręte stopnie na ścianie, z których i tak nigdy nie korzystał. Podleciał prosto ku niewielkiemu wyjściu na niegdysiejsze pierwsze piętro. Przeraźliwe zimno norweskiej nocy uderzyło w jego policzki, lecz nic nie poczuł, jak zwykle zresztą. Wolno, wciąż unosząc się kilka cali nad podłożem poszybował w pionowej postawie do stojącej na dachu kobiety. Wpatrywała się z uporem w południowe niebo.
-Nie ma go jeszcze. Miał powrócić dwa dni temu…- szepnęła kobieta. Kasztanowe włosy przechodzące w heban, poskręcane w łagodne fale na końcach owiewały jej ramiona.
-Matko, jestem pewien, że wszystko w porządku. Nieraz szmat czasu go nie było, spóźnił się raz rok, pamiętasz?
Jej srebrne oczy spoczęły na bladej, oszołomionej twarzy najmłodszego dziecka.
Florian pomyślał, że jest piękna. Zawsze nazywał ją „Panią Zimą”, gdy tylko był młodszy. Miała białą cerę i piękne rysy, nawet jak na czterdziestoczteroletnią kobietę. Myślał, że to może i dobrze, że została pogryziona. Jej twarz już na zawsze pozostanie zakonserwowana i chroniona przed zdradzieckim upływem czasu…
-Florianie…- szepnęła kobieta i musnęła bladą ręką policzek syna. Razem wpatrzyli się w południowy horyzont i księżyc, zawieszony nad nim. Zadął potężny wiatr, nadeszła śnieżyca i lodowa zamieć…
Jonasz przeszedł przez niewielki przedpokój, po czym wszedł do jadalni. Był to zdecydowanie największy z pokojów, zajmował prawie połowę wieży. W kształcie półksiężyca, jego ściany były gładkie, brunatne, na środku stał dębowy, wyszorowany stół i kilka miękkich, obitych pluszem foteli. Na blacie stał złoty świecznik z sześcioma świecami. Jonasz zakrył dłonią ich blask i rozejrzał się.
W ścianach tkwiły pionowe, głębokie i długie wnęki, jak gdyby półki, każda zasłonięta grubą, czerwoną zasłoną. Doskonale wiedział, że znajdowały się w nich dębowe trumny. Łącznie w całej jadalni było ich pięć.
-Marina?- zapytał na tyle głośno, by przekrzyczeć świsty wiatru dobiegające z zewnątrz.
-Taa?- rozległ się kobiecy głos i z jednej wnęki wyłoniła się jego właścicielka, na oko dwudziestoparoletnia. Miała włosy takie, jak jej matka i była do niej niezwykle podobna.- Musisz zawsze przeszkadzać mi w regeneracji?
-Regeneruj się w dzień.- warknął.
-Nie mam co robić teraz, nudzi mi się. Poza tym, tylko ty masz tak zaawansowaną fotofobię, że nie możesz funkcjonować nawet w bladym świetle słonecznym. Ja nie muszę tu sterczeć w dzień.
-Nie bądź taka znów zgryźliwa.- mruknął- Chciałem się przekonać, czy to ty sterczysz znów na tym dachu, czy nasza matka…
-Oczywiście, że ona.- Marina podeszła wolnym krokiem do jednego z foteli i opadła na niego, po czym westchnęła- Dłuży mi się to czekanie na ojca.
-Poradzimy sobie i bez niego.- warknął ciemnowłosy wampir.
-Czy ty coś sugerujesz?- spytała wyniośle, bawiąc się rozwidlonym rękawem sukni.
-Mam pewne przeczucia, ale to nie teraz… I nie waż mi się czytać w myślach! Chcę chociaż myśli zachować dla siebie!
-Dobrze, nie irytuj się, bo coś spalisz.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Florian.
-Czy matka łaskawie raczy zejść z dachu w tym stuleciu?- zapytał Jonasz ze znużeniem.
-Jesteś okrutny…- wymamrotała z zimną furią Marina.
-Tak, zaraz zejdzie, byśmy mogli zjeść obiad przed świtem.- objaśnił Florian, po czym opadł na fotel niedaleko siostry.
Na zewnątrz rozpętała się prawdziwa burza śnieżna. Kobieta, stojąca na straży postanowiła zejść, by móc pobyć choć trochę z drogimi jej osobami. Śnieg, niczym sypkie diamenty owiał jej smukłą postać stojącą na wieży, poderwał jej delikatne loki do góry. Ruszyła w kierunku zejścia na sam dół.
Diano…! Diano…!
Co…?
Diano…!
-No co ty. Jeżeli wyruszysz, to gdzie schowasz się na czas trwania dnia?- Florian przeczesał włosy, jeszcze bardziej stawiając je do góry.- Przecież ty, Jonaszu, nie wytrzymałbyś w dzień.
-Wynajdę jakąś norę w lesie, czy coś.- warknął- Zjem mieszkańców i już.
-Taa, jasne. Może wilkołaczą norę?- zadrwił miodowowłosy wampir.
Marina zawtórowała bratu, gdy ten roześmiał się perliście. Ciemne brwi Jonasza zbiegły się w jedną krechę ze złości.
W tym momencie drzwi jadalni rozwarły się z hukiem. Włosy matki, porozsypywane w nieładzie na głowie, jej zaróżowiona twarz, rozgorączkowane spojrzenie i potworny grymas wściekłości i bólu sprawiły, że cała trójka skuliła się w sobie.
-Zginął…- wycedziła, raniąc ze złości własne wargi długimi kłami. Krew pociekła po brodzie. Po czym wrzasnęła, zawyła, targana piekielną furią.
TRZASK! Jedna z trumien wyleciała z hukiem z wnęki i rąbnęła o ścianę naprzeciw. Stół, przy którym siedziało rodzeństwo podleciał do góry, wyrżnął w sufit i począł zataczać dzikie kręgi pod stropem. Krzesło, na którym siedziała Marina, podjechało pod samą ścianę i uderzyło o nią z łoskotem. Wampirzyca nie zaprotestowała, ściskana paraliżem z szoku.
-NIE ŻYJE!!! ON NIE ŻYJE!!!- matka poderwała się do góry, sama ze złości wyczyniając różne akrobacje na ścianach, suficie, krzesłach, nie mogąc zapanować nad własnym ciałem…
Florian złapał się za szyję i począł się krztusić…
I właśnie w tym momencie zaczęłam odzyskiwać przytomność…
1) Naprawdę, nie czytałam "Zmierzchu". Nie zainspirował mnie również w żaden sposób film.
2) Jest to jeden z pierwszych wątków, jaki chciałam wprowadzić w tym pamiętniku. Chyba nawet pierwszy, konkretny wątek, jaki wpadł mi do głowy (m.in. za sprawą pamiętnika Julii Darkness, tak trochę).
3) Wampiry i wilkołaki naprawdę są odwiecznymi wrogami. Nie jest to tylko wymysł autorki "Zmierzchu".
4) Umiejętności wampirów z sagi wyżej wymienionej są im często przypisywane w różnych źródłach (m.in. szybkie bieganie, czytanie w myślach), nie występują jedynie w sadze.
Vanesso, Dziewczyna bez odbicia nie miała nic wspólnego z Wiktorem, bo pochodziła od Voldemorta.
To tyle. Za dwa tygodnie następny odcinek.
43. Światło księżyca rzuca cień... Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 09 Stycznia;, 2010, 16:33
Alice chciałaby, bym notki dodawała co tydzień... Też bym chciała. Niestety, to niemożliwe. Ale podsunęła mi pomysł- będę dodawać raz tak, raz tak; notka A pojawia się dziś, notka B za tydzień. Notka C dwa tygodnie po notce B, a D-tydzień po C, itd. Kapewu?
Dedyk dla komentujących: parszywka, Parvati, Aleksy i Alice. No i dla Syrci.
A tak na marginesie, chyba ZKP wzięło i umarło, nie? Hmm...
Następny, 44 odcinek już za tydzień. Komentujcie!
„Panno Lupin!
Proszę udać się 17 listopada do lazaretu. Tam, codziennie, od godziny 6 wieczorem odbywać się będzie panny szlaban. Pielęgniarka określi już, jak jej się przydasz. Castor Nigellus Black”
-Mus to mus.- westchnęłam do siebie, chowając do kieszeni dzwonów wiadomość od Blacka. W sumie, to dobrze, że tak się skończyło. Mógłby mnie przecież wpakować za karę do czegoś na wzór krajalnicy szynki…
Przeszłam właśnie ostatnią kondygnację schodów, by znaleźć się przed wylotem jasno oświetlonego korytarza do skrzydła szpitalnego. Panowała względna cisza, o tej godzinie przesiadywano zazwyczaj w bibliotece lub pokoju wspólnym. Mieszkańcy niektórych portretów smacznie chrapali.
Wkrótce przekroczyłam próg szpitala i podeszłam do Pomfrey, która dawała jakiemuś drugoklasiście coś do picia.
-O, jesteś, Lupin…- rozejrzała się- Twoim zadaniem jest opiekować się panem Goyle, leży na samym końcu po lewo…
I wskazała mi jego miejsce pobytu. Zamarłam.
Wolno podeszłam do mojego obiektu zmartwień. Gregor Goyle leżał w bezruchu, szczelnie okryty po same pachy. Potężne muskuły osiłka spoczywały po jego dwóch stronach, na jego twarzy o grubych rysach nie było widać żadnych emocji. Może dlatego, że pogrążony był w głębokim śnie, ale nawet wtedy musiałby mieć jakieś emocje na twarzy.
-Jest nieprzytomny od kilku dni, niedługo powinien się ocknąć.- mruknęła do mnie pielęgniarka, gdy podeszła.- Jakby się ocknął, daj mu ten eliksir. Musisz kontrolować, czy oddycha. Jeżeli przestanie, nasmaruj mu płuca tym…- wskazała na etażerkę przy łóżku, gdzie spoczywała sporych rozmiarów butla i mały flakonik z eliksirem.
-Co mam zrobić?!- zachłysnęłam się- Nasmarować płuca?! Jak?
-Normalnie, na zewnątrz, rękoma!- zniecierpliwiła się i odeszła do jakiejś dziewczyny, która twierdziła, że widziała wampira z Lasu. Na odchodnym pielęgniarka zawołała- Za godzinę kończysz dyżur i cię puszczam wolno!
Podrapałam się po głowie i usiadłam przy prawym boku napakowanego Ślizgona. Wygląda na to, że mam wpatrywać się w niego przez następną godzinę. Git.
Zauważyłam, że po czole Goyle’a spływają krople potu, lądując w jego krótkich, ciemnych włosach, które przystrzygł tak na czubku, by głowa wyglądała, jak spłaszczona. Hmm, ciekawe, co mu się stało? I dlaczego może przestać oddychać.
Postanowiłam skorzystać z okazji i przyjrzeć się bliżej wrogowi. Jego twarz niewątpliwie była średniej urody, choć bez przesady, mogło być gorzej. Przypomniało mi się nagle, jak w czwartej klasie, w styczniu, zaatakowali mnie Ślizgoni i wepchnęli do toalety. On wtedy mnie przytrzymywał. Niezbyt sympatyczne przeżycie.
Zerknęłam na niego i moje serce zalała jakaś odraza i nienawiść. Dupek. Przez niego muszę tu siedzieć, a on nawet mi nie podziękuje! Już nie mogę na niego patrzeć… Niech korzysta z tego, że teraz śpi, potem będzie musiał powrócić do realiów życia i znów będzie tym członkiem społeczności szkolnej, który nikogo nie obchodzi. Równie dobrze mogłoby go nie być, nikt go nie potrzebuje, nikt nie zorientował by się, że czegoś brakuje. Dobrze mu tak! Zapewne nikt go nie odwiedził w tym miejscu. I nie dziwię się.
Wpatrywałam się w niego z zaciętą miną, a on wciąż niewinnie, spokojnie oddychał, nieświadomy niczego. Chwilę potem, powoli zrobił się czerwony. Parsknęłam do siebie z mściwością-wyglądał, jak świeża mielonka wołowa.
Z wolna zmieniał kolor na sinofioletowy. Wyglądało to całkiem interesująco. Przynajmniej coś się dzieje.
Wytrzeszczyłam oczy, zaskoczona tym, że dopiero teraz się zorientowałam, CO się dzieje.
-Pani Pomfrey!!!- ale pielęgniarka wyparowała.- Pomocy!!!
Z ust Goyle’a poczęła wypływać piana. Bez namysłu chwyciłam butlę, wylałam krem na stuloną dłoń, odkryłam kołdrę do pasa i rozsmarowałam maść w miejscu, gdzie powinny być płuca. Bleee, owłosiona klata Goyle’a…
-Oddychaj, palancie…- wydyszałam z przerażeniem.
Z wolna jego szeroka pierś zaczęła unosić się w górę i w dół. Odetchnęłam z ulgą. Było blisko…
„Cóż, tłuku, jesteś mi coś winien”, przeszło mi przez myśl. Przyjrzałam mu się uważnie, czy w przyszłości ma zamiar wykonywać tego typu manewry.
Opadłam z powrotem na łóżko, wpatrując się w niedoszłego denata.
-Jak tam?- spytała Pomfrey, gdy piętnaście minut potem przyszła.
-Jakoś. Raz zaczął się dusić, ale teraz wszystko gra…
-Biedaczek. Uzależniony od otoczenia, bo w każdej chwili może mu się stać krzywda… Nikt nawet o niego nie pytał, nikt się nie zainteresował…
Pokręciła głową i odeszła. Zerknęłam na niewinnie leżącego Ślizgona. Wyglądał jak dziecko pogrążone we śnie, swym własnym świecie.
Żal mi go trochę…
***
-Powoli odmierzajcie składniki, eliksir wtedy nie wybuchnie. Panie Potter, NIE! Co pan wyprawia?! Proszę natychmiast przestać robić to tej biednej dżdżownicy!
Slughorn i jego wielgachny brzuch zniknął z mojego punktu widzenia, gdy ten rzucił się ku trzem Huncwotom na prawo.
-Podasz mi nóż?- spytała Alicja, która zawsze stała przy jednym stoliku ze mną na eliksirach. Podałam jej narzędzie przez lewe ramię i skupiłam wzrok na krojeniu grzybów do wywaru innym nożem.
-Siostra!- rozległ się syk z prawej. Zerknęłam tam dyskretnie.
Remus, bledszy, niż zwykle (zbliżała się pełnia), wlepiał we mnie pełne oczekiwania spojrzenie. Jego prawy policzek oświetlił nagle jadowicie niebieski blask, bo oto, nie wiedzieć czemu, eliksir Syriusza zaczął emitować jasne, fluorescencyjne światło, rzucając blask na jego zszokowaną do ostatnich granic twarz.
Slughorn wytrzeszczył gały, po czym roześmiał się i pogroził paluchem Syriuszowi z rozbawieniem.
-No no, panie Black! Jeszcze chwila, a stworzy pan coś w rodzaju mugolskiej żaretki… żorawki…
-Żarówki…- mruknął Syriusz nieco błagalnie, a wielgachne wąsy profesora zatrzepotały.
-Ano właśnie. Ho ho ho!- to ostatnie wykrzyknienie wydobył z siebie w taki sposób, że myślałam, iż zaraz w podobny sposób doda „Merry Christmas!!!”.
Gdy Slughorn zajął się roztrząsaniem nad Lily, siedzącą na końcu, Remus mógł znowu do mnie zawołać.
-Czy ten twój szlaban jest przeprowadzany w miarę humanitarny sposób?- zapytał.
-Taa. Nie przejmuj się tak, Remusie…
-Co robisz?
-Coś taki ciekaw? A Syriusz? Wciąż ma szlaban, jakby był zdrajcą narodowym?
Remus popatrzył na Syriusza, który w skupieniu, usilnie szorował ręką po włosach, bo jego twór, najwyraźniej obdarzony odrębną inteligencją, wskoczył mu w pewnym momencie na głowę i nie chciał złazić.
-Nie, jego nowym zadaniem jest mycie podłogi pod drzwiami w Sali Wejściowej. Czasem narzeka, że wolałby ten pierwszy szlaban. Wiesz, teraz spadł śnieg i wszyscy wnoszą błoto.
Rozległ się dzwonek i wszyscy rzucili się ku wyjściu z lochów.
-A co ty robisz?- Remus dogonił mnie w kolejce do wyjścia.
-Opiekuję się Gregorem Goylem. Szczytny akt miłosierdzia…
Remus wydał z siebie jakiś odgłos pomiędzy okrzykiem uciechy, a okazaniem obrzydzenia.
-Nie jest źle. Jest nieprzytomny. A mi jest trochę go żal.
-Tobie?- zdziwił się- On na stówę był wśród tych, którzy zaatakowali cię w październiku.
-Wiem… Ale postanowiłam być dla niego miła. Wiesz, gdy kimś musisz się opiekować, to łączy cię z nim taka sympatyczna więź, że…
W tym momencie z sali obok wypadła jakaś dziewczyna i wpadła prosto na nas, a konkretnie na Remusa.
-Och, przepraszam cię, Remusie!- posłała mu przepraszający, miły uśmiech- Czy mógłbyś to dać Syriuszowi? Prosił mnie o to już dawno…- i szybko odeszła. Poznałam ją. Była to Joanne, która w zeszłym roku była partnerką Syriusza na balu.
Remus posłał jej niezbyt przychylne spojrzenie, a potem zerknął na nią z jakimś dziwnym, zawstydzonym smutkiem.
-Katalog motocykli?- zdziwiłam się.
-Taa… Syriusz przymierza się do kupna jednego…
Ostatnia lekcja tego piątku, obrona z Castorem, przeszła szybko, lecz w wielkim stresie.
-WSTAWAJ, BLACK!!!
Syriusz, siedzący ze mną, przewrócił wymownie oczami i podniósł się z wolna, po czym wyprostował się mimowolnie, jakby był w wojsku.
-Cóżem znów uczynił?- zapytał ze znużeniem.
Black zmrużył oczy w podobny sposób, jak jego krewniak i nic nie odpowiedział.
-Siedzisz w ławce i wyglądasz podejrzanie…- mruknął zjadliwie po chwili.
Syriusz wydął policzki i wargi drwiąco.
-Siadaj i wyglądaj normalnie!- warknął Black, a Syriusz wykonał rozkaz, po czym odchylił się na dwóch tylnych nogach swego krzesła. Castor zauważył to i podszedł do niego zamaszystym krokiem, tamten machinalnie zerwał się z miejsca.
-CO JA CI MÓWIŁEM, BARANIE?!- wrzasnął na Syriusza, opryskując go śliną, a ten, nie do końca świadomie, wygiął się do tyłu w pałąk.- NIE HUŚTAJ SIĘ NA TYM KRZEŚLE, BO ŁEB ROZWALISZ I BĘDĘ MIAŁ PAPIERKOWĄ ROBOTĘ!!!
Gdy Black zawrócił ku katedrze, Syriusz dyskretnie otarł twarz rękawem, co doprowadziło Jamesa do utraty kontroli nad powagą.
-A TY, POTTER, Z CZEGO SIĘ CIESZYSZ?!- przechodząc obok Jamesa zdzielił go w głowę od tyłu, aż Rogaś wyrżnął nosem w blat ławki.
Po wszystkim udałam się do szpitala, jak co wieczór. Goyle, niezmiennie leżał na swym łóżku, pogrążony w śnie.
-Wiesz, co masz robić.- mruknęła Pomfrey, stawiając jakąś flaszkę na szafce nocnej Ślizgona.
Tak więc znów rozpoczęłam czekanie. Nużyło mi się kontemplowanie nieruchomego Goyle’a, ale cóż robić. Wygląda nawet słodko, jak tak leży niewinnie.
Jedna z jego powiek drgnęła gwałtownie. Hmm, pewnie coś mu się ciekawego śni.
Ale Goyle otworzył oczy i wlepił we mnie nieobecne, zaskoczone spojrzenie.
-Musisz to wypić…- podałam mu do ust flaszkę z eliksirem. Pił ostrożnie, unosząc zdziwione spojrzenie na mnie.
-Wielkie Nieba, nareszcie, Goyle!- pani Pomfrey podbiegła do nas.- Spałeś już tak długo, że rozważałam przeniesienie cię do Munga…
-Co ona tu robi?- zapytał, marszcząc brwi i wskazując na mnie.
-Mary Ann opiekuje się tobą.- wyjaśniła pielęgniarka.
-Ona?! Nie chcę jej! Niech ktoś inny…
-Świetnie!- warknęłam i wstałam. Łzy wściekłości zasłoniły mi widok, po czym wypadłam z lazaretu, nie zważając na to, że mam jeszcze szlaban.
Co za niewdzięczność! Nigdy więcej nie podejdę do tego idioty! Jutro na szlabanie zajmę się czymś innym, a nie nim. Nie ma mowy! Ja tu pilnuję, czy on jeszcze dycha, czy już nie, a tu proszę! Świetnie wprost!...
***
Grudzień przyniósł roztopy śniegu i nieco wyższą temperaturę, a także drugi mecz quiddicha. Tym razem miał grać Ravenclaw i Hufflepuff.
-Coś czuję, że to Ślizgoni w tym roku zdobędą Puchar…- skarżył się James, gdy stanęliśmy na trybunach.
-Coś ty, mamy genialnego kapitana i szukającego, trójkę sprawnych ścigających, wypasionych pałkarzy, kumatego obrońcę…- Syriusz pociągnął nosem, obserwując parę, która wyleciała z jego ust po tych słowach.
-Jestem genialny?! Bóg zapłać w dzieciach!!!- wyszczerzył zęby James.
-Może poczekamy z tym chociażby do zakończenia przeze mnie edukacji…- burknął Łapa.
Stałam obok Jamesa, Syriusza i Petera, obserwując Lily z jakąś dziwaczną tęsknotą. Dawno z nią nie rozmawiałam. Czyżby się o coś obraziła? Spędza ostatnio tak dużo czasu z Alicją…
Przeczesywałam wzrokiem publikę, ale nigdzie nie mogłam dostrzec Severusa. Cień przesłonił mi wszystko, gdyż przede mną stanęła grupka gryfońskich piątoklasistów, śmiejąc się i wesoło rozmawiając ze sobą. Niech to, przez nich nic nie będę widzieć!...
-Meggie, na barana!- zadecydował James.
-Nie!
-Co, nie ufasz mi?- zasmucił się.
-Nie, po prostu, chcę żyć…- westchnęłam.
-Jak nic nie widzisz, Meg, to może mogę ci jakoś pomóc…- nasz pałkarz, Lukas Steinmann, jeden z tych rozwrzeszczanych piątoklasistów, obrócił się nagle ku mnie i posłał uśmiech olśniewających zębów.
-No nie wiem, Luke…- James wsparł ręce na biodrach- U mnie na barkach byłoby jej zdecydowanie wygodniej.
-Na pewno. Zważywszy, że on jest barczystym pałkarzem, a ty drobnym szukającym…- burknął Peter.
-Cicho tam w dole!- zripostował James.
-Chodź, wciśniesz się!- i Luke pociągnął mnie ku sobie, po czym postawił przed sobą.
-A OTO ONI! DRUŻYNA KRUKONÓW!!!- rozległo się nagle. Rozbrzmiały wiwaty.
-Wszystko widzisz?- wzdrygnęłam się, bo Luke szepnął mi znienacka do lewego ucha.
-Taak, eee… Wszystko gra, Luke. Naprawdę.
Zerknęłam przez prawe ramię z niekłamaną odwagą w jego lśniące oczy. Zawahał się.
-Zawsze mogę cię podnieść na barki.- uśmiechnął się lekko.
-Nie, stąd mam idealny widok…
Nie czułam się zbyt komfortowo, przyklejona do Luke’a przez cały mecz. Ale w tym tłumie nie mogłam nawet zrobić manewru, by powrócić do Huncwotów.
-Doskonale, Gryfoni i Ślizgoni prowadzą łeb w łeb!- cieszył się James, gdy już szliśmy ku zamkowi. Zadął zimny wiatr, pozbawiając go na sekundę tchu, po czym trajkotał już dalej- Teraz musimy tylko rozkwasić resztę!
-Dobry był ten dzisiejszy mecz…- westchnął Syriusz, wpychając głęboko ręce do kieszeni kurtki.
-Mów za siebie.- burknęłam.
James zachichotał z uciechą.
-Pierwszy romantyczny meczyk w życiu panny Lupin!
Zamachnęłam się na niego, ale umknął, wpadając z boku na Petera, czym go zbulwersował.
-Nie wiem, co go ugryzło…- podjęłam, marszcząc brwi.- Przecież nigdy ze mną nie rozmawiał bezpośrednio!
-Nieprawda, raz cię zaczepił o coś…- zauważył James.- W szatni.
-Taa… Ale nawet wtedy go nie zauważyłam i sobie poszłam. Byłam bardzo zaabsorbowana. Myślałam, że się obrazi za taką ewidentną ignorancję. Zresztą, tak nagle by się obudził?...
-Nagle?- prychnął Syriusz.- Ty chyba nie widziałaś, jak wlepia w ciebie wzrok na każdym treningu. Już od października. Przyuważyłem go.
-Co?
-No tak. Nieustannie ciebie obserwuje. Nie zauważyłaś?- uśmiechnął się szyderczo.
Wytrzeszczyłam oczy, zaskoczona tą uwaga.
Rozległ się świst, trzepot, skrzek i dziki ryk Jamesa:
-CO TO MA ZNACZYĆ!!!
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, bo czymś, co go prawie powaliło, była mała, szara sówka, która kokosiła się właśnie na jego bujnej czuprynie, ćwierkając dziko. Syriusz, wciąż rechocząc, odwiązał liścik i przeczytał nagłówek.
-To do ciebie, Mary Ann.
„Panno Lupin!
Pan Goyle jest bardzo zażenowany swym zachowaniem i prosi, byś wróciła do niego i pomogła mu się leczyć. Byłby wdzięczny i przeprasza za swą obcesowość. Poppy Pomfrey”
-Pięknie!- warknęłam- Mowy nie ma!
-Co tam?- spytał Syriusz i zajrzał mi przez ramię, ignorując wyczyny James zajętego całkowicie pozbyciem się niepożądanej lokatorki jego główki. Obecnie Rogaś biegał naokoło niskiego krzaczka z dość dużą prędkością.
-Mógłby sam napisać przeprosiny!- oburzyłam się.
-Co ty. Za dużo od niego wymagasz. Przecież on nie umie pisać!- parsknął Łapa.
-WEEEEŹCIE TO ZE MNIE!!! W MORDĘ JEŻA!!!- zawył niespodziewanie James i wrzeszcząc dziko, rzucił się do ucieczki w stronę zamku. Za nim leniwie poszybowała sówka.
-Może powinnaś mu pomóc? Tak ładnie cię prosi…- zasugerował Peter.
-Sama nie wiem. Może to jakiś podstęp Pomfrey…
Wszyscy obserwowaliśmy linię horyzontu na tle szarego nieba. James, znajdujący się akurat na naszym widoku, wziął dziki rozpęd, schylił głowę jak byk atakujący rogami i z sówką na głowie i dzikim rykiem ruszył na drzewo. Ptak w ostatnim momencie ewakuował się i odleciał gdzieś, podczas gdy Rogaś wyrżnął z kretesem w gruby pień, odbił się od niego i zaliczył glebę z zaskoczenia.
-Ta sowa była nienormalna!- James podbiegł do nas chwiejnym krokiem już bez towarzystwa. Miał lekkiego zeza z powodu oszołomienia. Przejechał ręką po czuprynie i powąchał dłoń z obrzydzeniem- I w dodatku chyba śmiała dokonać defekacji na mojej idealnej, świętej, nieskazitelnej główce! Co za impertynencja!
-Cóż, chyba dała do zrozumienia, jaka czynność podświadomie ściśle łączy się z pojęciem „Głowa Jamesa Pottera”!- parsknął Syriusz.- A teraz już się nie bocz! Idziemy odprowadzić niewiastę do szpitala. Wampir nie śpi…
-Ciebie bym tam raczej zaprowadził, doskonale się uplasujesz…- odciął się Rogaś, ale grzecznie udali się ze mną na mój szlaban.
Z niechęcią wypisaną na twarzy podeszłam do Goyle’a. Przyglądał mi się przepraszająco.
-Bardzo to było niegrzeczne z mojej strony.- mruknął. Nieco zbiło mnie z tropu, że w ogóle może sklecać zdania.
-Owszem.
-Pielęgniarka mi powiedziała, co robiłaś. Dzięki.
-Eee, proszę.- wpatrywałam się w niego z niekłamanym zdumieniem. On powiedział „Dzięki”?! Chyba mu się mózg zniekształcił od tej choroby.
-Tu, Lupin. Masz w misce owsiankę, pan Goyle nie może ruszać rękoma, więc musisz mu pomóc.- pielęgniarka położyła tacę na moich kolanach.
CO?! No chyba ze schodów spadła. Ja mam karmić Goyle’a?! Prędzej Dumbledore odwali tęczowego irokeza na głowie.
Goyle posłusznie rozdziawił buzię, powodując u mnie niekontrolowany ruch wstecz.
-Nie gryzę przecież!- parsknął. Jaki bystry jest! Niewiarygodne.
Nabrałam łyżki kleistej zupy i ostrożnie umieściłam w jego buzi. Za jakie grzechy?! Dobra, spokój… Mogło być gorzej, Black mógłby kazać mi czyścić nocniki.
Gdy nareszcie skończyło się karmienie bobasa, zostało mi jedyne piętnaście minut szlabanu. Jadł niezwykle wolno.
-Dziś był mecz, nie?- zagadnął, gdy pomogłam mu na nowo położyć się w łóżku na plecach.
Kiwnęłam głową.
-I jak?
-Krukoni zwyciężyli różnicą stu siedemdziesięciu punktów.
Goyle zapatrzył się gdzieś wysoko.
-Miałem być pałkarzem.- rzekł po chwili namysłu.
-Hmm.- mruknęłam, bo nic nie przyszło mi do głowy.
-Masz fajnie. Jesteś w drużynie.
-To oznacza mniej czasu.- odparłam nieco chłodno.
-Nie szkodzi. Masz więcej radochy.
Uśmiechnął się do mnie krzywo.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę. Potem, na szczęście mogłam uciekać do Pokoju Wspólnego.
Podobnie wyglądał każdy grudniowy wieczór, dopóki Goyle nie raczył wyjść ze skrzydła szpitalnego, a mój szlaban tym samym się skończył.
Ostatniego dnia kary przyczołgałam się do dormitorium. Było po siódmej wieczorem. W Pokoju Wspólnym panował przyjemny rumor, ale ja nie zatrzymywałam się ani trochę i udałam do sypialni.
Jak to dobrze, że mogę wreszcie złożyć spracowaną głowę na tej miękkiej, czerwone podusi, noszącej mój osobisty zapach włosów. Szybko usnęłam, zmęczona pomaganiem Goyle’owi naciągnąć na kark koszulę, co nie było wcale takie łatwe.
Niestety, nie dane było mi długo spać. Śniły mi się różne męczące rzeczy, między innymi twarz Lukasa: jego olśniewające zęby, włosy o barwie roztopionej smoły, świecące, ciemne oczy i olbrzymi, Żydowski nochal.
Wlepiłam wzrok w czerwony baldachim nade mną. Srebrne pasmo księżyca w pełni padało na niego z prawej. W dormitorium było niezwykle jasno. W promieniu satelity wirował kurz, nadając mu jakiś bajkowy wygląd.
W sumie nie dziwię się, że wampiry wolą noc. Jest niezwykła, naprawdę…
Podeszłam z wolna do okna i uchyliłam je, by wpatrzeć się w osnute światłem błonia. Gdzieś tam, daleko, za lasem czai się Voldemort. Czy śpi? Może robi coś ze szkodą dla wszystkich?
Albo ten wampir…
Nagle wpadło mi coś do głowy, gdy wpatrywałam się w czarną chmurę, doskonale widoczną na bladym, nocnym niebie. Podeszłam do szafki nocnej po różaną różdżkę.
-Accio Mapa Huncwotów!
Chwilę potem przez okno wleciał kawałek pergaminu.
„Dobrze, ze chłopaki pałętają się gdzieś z Remusem”, przeszło mi przez myśl „Na pewno się nie obrażą, że pożyczyłam tę mapę…”
-Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego…- szepnęłam z podnieceniem. Dziewczyny spały w najlepsze a ja obserwowałam z wolna ujawniającą się mapę Hogwartu.
„Lumos”, pomyślałam, a koniec różdżki zalśnił delikatnym światłem. Ciekawe, czy mogłabym zobaczyć tego wampira. Co byłoby napisane przy jego kropce?
Długo szukałam wzrokiem, czy jakakolwiek kropka (no, może poza tą Filchową) ma czelność się poruszać. Nic.
W końcu to dostrzegłam: kropeczkę sunącą powoli po błoniach, tuż na skraju Lasu. A imię i nazwisko? Lily Evans…
Lily?! O matko, co ona robi na zewnątrz o tej godzinie?!
Ruda szła wolno, czasem przystając, to tu, to tam. Obserwowałam ją tępo, dopóki coś innego nie przykuło mojej uwagi: prosto na nią pędziły aż cztery punkty, a ona, najwyraźniej niewiele tego świadoma, wciąż tkwiła w jednym miejscu…
Rzuciłam mapę w kąt, wskoczyłam w buty i z różdżką wypadłam z dormitorium niczym burza. Nic mnie nie obchodziło. Lily jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie-napatoczy się na Remusa…
Filcha nie spotkałam, na szczęście. Wybiegłam na zimną, grudniową noc. Dzięki Bogu, trawę pokrywał twardy szron, a nie śnieg po kolana. Biegłam tak szybko, że w płucach czułam już kryształki lodu…
W końcu ich dostrzegłam: Lily, totalnie nieprzytomna, wpatrywała się w cztery zwierzęta, zmierzające w jej stronę. Grupka raptownie się zatrzymała, gdy tylko ją zobaczyli. O nie…
Rozległo się narastające warczenie, a ja zrozumiałam, że żaden z chłopaków się nie przemieni, by usunąć ją z drogi: wszystko by się wydało, no i Remus mógłby i jego pogryźć.
Dopadłam więc do Lily, która nawet się nie ruszyła i szarpnęłam za koronkowy rękaw jej koszuli nocnej.
-Lily, chodź, UCIEKAJ!- bez skutku.
Syriusz szczeknął do mnie ostrzegawczo, a Remus, wciąż warcząc, zbliżał się na ugiętych łapach, gotów do skoku. Zamarłam. To koniec.
Syriusz, ryzykując, zagrodził drogę Remusowi, warcząc głucho. James podbiegł do nas w biegu przemieniając się w siebie.
-Zwariowałeś?!- szepnęłam, słysząc w uszach podwójne warczenie.
-Evans! Ona… lunatykuje.- stwierdził ze zdziwieniem, ciągnąc ją ku sobie.
Syriusz i Remus zaczęli walczyć. Okropny hałas oraz metody pobudkowe Jamesa sprawiły, że Lily ocknęła się.
-Co?... Co się dzieje?- szepnęła ospale, przeczesując włosy.
To było straszne. Syriusz i Remus obficie krwawili, kąsając się wzajemnie przy kakofonii okropnych odgłosów, Peter gdzieś uciekł…
Nagle rozległo się skamlenie i Remus, wyjątkowo mocno ugryziony przez Syriusza, poratował się ucieczką, prosto w Zakazany Las.
Peter i Syriusz zamienili się w ludzi. Peter piszczał ze strachu i skulił na oszronionej trawie, a Syriusz zataczał się, trzymając kurczowo ramię.
Zaległa cisza, wszyscy się w siebie wpatrywali. I nagle to do mnie dotarło. Remus pobiegł do Zakazanego Lasu. A tam jest…
-Wampir!- jęknęłam.
Mój brat jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Zawahałam się jeszcze trochę, po czym puściłam się biegiem za Remusem.
-MARY ANN!- usłyszałam za plecami- Wariatko…!
Obejrzałam się za siebie. To Syriusz pędził, by mnie zatrzymać. Nigdy mnie nie dogoni…
Myliłam się. Skubaniec, przemienił się w biegu w psa i już był całkiem niedaleko. Ale ja też mam tajną broń.
Całą siłą przestraszonej woli skupiłam się na kocie i pomyślałam zaklęcie. I oto upadłam na cztery łapy, biegnąc szybciej, niż mogłabym marzyć i zostawiając Czarnego daleko za sobą.
Wpadłam w prawdziwą gęstwinę, nie bojąc się niczego. Pędziłam, jak nigdy dotąd, po korzeniach pod oświetlonymi drzewami, skacząc z omszałych skarp, odbijając się łapkami od pni, wykonując dalekie skoki, przeganiając własne myśli…
Wreszcie wpadłam do głębokiego, olbrzymiego uskoku, który okolony był koroną drzew i ich wystających, poskręcanych na różne sposoby korzeni. Po Remusie ani śladu, ale przed sobą dostrzegłam czerwoną plamę ciepła. Ktoś przede mną stał i to był Wiktor. Trzymał się kurczowo za nogę.
Może potrzebuje pomocy…
Zmieniłam się więc w siebie.
-Wiktor?- zagadnęłam.
-Och, to ty…- powiedział, zaskoczony.
-Co tu robisz tak późno w nocy?! W samym środku Lasu?
-Zgubiłem się.- mruknął- W dodatku coś mi się stało z nogą…- zawiesił głos, ewidentnie czekając na moją pomoc.
-Może ci jakoś… Tu gdzieś jest wampir.
-Możesz mnie podtrzymać?- zapytał gwałtownie.
Pokonałam te kilkanaście kroków, które nas dzieliły i objęłam go w pasie, a on zarzucił mi ramię na szyję.
-To idziemy…
-Mary Ann!
To był Syriusz. Stał na szczycie skarpy i wyglądał bardzo imponująco na tle księżyca.
-Patrz!- zawołałam- Wiktor ma problemy z nogą, pomożesz?
Ale Syriusz tylko zmarszczył podejrzliwie brwi. A potem warknął:
-Puszczaj ją w tej chwili!
Wytrzeszczyłam oczy. Co on gada…?
-Syriuszu, o co ci chodzi?- zdziwiłam się ze złością- Dlaczego tak się zachowujesz?! Tu jest wilkołak i wampir! Zgłupiałeś do reszty?
-Być może- wycedził, sięgając po różdżkę- ale ludzie ZAZWYCZAJ posiadają coś takiego, jak cień!...
Zerknęłam machinalnie na jasno oświetlone podszycie leśne. Mój cień kładł się długą smugą na ziemi za moimi plecami. Ale Wiktor…
Przez straszliwą chwilę zdałam sobie sprawę ze wszystkiego. Zmroziło mnie. Stałam ramię w ramię z trzymającym mnie mocno wampirem, który, tak, teraz to czuję, to ON mnie kurczowo trzymał, nie ja jego.
Syriusz obszukiwał siebie samego gorączkowo, a tymczasem Wiktor roześmiał się i lekko urósł. Jego twarz wydłużyła się, zrobiła kanciasta i upiornie blada. Byłam sztywna, autentycznie sztywna. Dopiero, gdy rozchylił wargi, a jego oddech owiał moją szyję, odwróciłam głowę do Czarnego i poprosiłam szeptem, sparaliżowana strachem, przez który nie mogłam nawet się ruszyć:
-Syriuszu, ratuj…
Syriusz zaniechał szukania różdżki i z gołymi rękoma rzucił się desperacko ku wampirowi. Ledwie zeskoczył ze skarpy, poczułam bardzo ostry ból w czterech punktach z lewej strony szyi, a krew całymi hektolitrami wylewa się na zewnątrz. Zrobiło mi się zimno na twarzy, z mózgu odpłynął tlen, a przed oczyma zamroczyło mnie. Rozchyliłam zsiniałe usta, chrapliwie chwytając ostatnie porcje tlenu w życiu… Moje ciało wykonywało jeszcze mimowolne szarpnięcia, żałosne próby przeciwstawienia się zaistniałej sytuacji, ale zamroczony mózg już się poddał.
Zanim wszystko znikło, usłyszałam, jak Syriusz krzyczy długie, rozmazane w mojej głowie NIEEEEEE!!!
A potem wszystko się skończyło… Osunęłam się w próżnię z ociekającą po szyi własną, świeżą krwią…
Diano…! Diano…!
Ojca Goyle'a nazwałam tak, jak syna. Bo nie przyszło mi nic innego do głowy ;P
42. W kociej skórze Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 26 Grudnia, 2009, 15:35
Nowa notatka, w pewnym momencie nieco brutalna... Ale trudno, życie.
W przeciągu około dziesięciu następnych rozwinie się wątek, który w moim pamiętniku owszem, występował już kilka razy, jednak nie tak rozwinięty. Na pewno domyślicie się, o jaki podstawowy w literaturze wątek chodzi ;)
Dedykacja dla Syrci, Parvati i parszywka.
Do parszywka: pewien wątek, pojawiający się pod koniec notki naprawdę nie ma nic wspólnego z tym, co wczoraj oglądałyśmy! XD
Obudził mnie tępy, pulsujący ból całego ciała. Powoli odzyskiwałam świadomość. Swędził mnie każdy mięsień w naprawdę bolesny sposób.
Nade mną majaczył kolebkowy sufit lazaretu. Co się stało?...
Uniosłam się lekko na posłaniu. Kręgosłup ostro mnie zakłuł, jakby bardzo długo leżał w niewygodnej pozycji. Lędźwiowego odcinka w ogóle nie mogłam podnieść, nawet ciut wyżej. Jakby go nie było…
Leżałam jeszcze trochę, wpatrując się w ciemniejące niebo października w oknie naprzeciw i wsłuchując się w ciszę.
-Och, panno Lupin!- pielęgniarka podbiegła do mnie, gdy tylko zorientowała się, że żyję- Poppy, lekarstwa!
Nowa od tego roku, dość młoda i przestraszona asystentka, podeszła do mnie z tacą i dymiącymi flaszkami. Zerknęła na mnie z troską.
-No, już naprawdę… Wypij to, Lupin!
Obrzydliwe eliksiry w liczbie siedmiu, prawie wywołały u mnie mdłości.
-Który dziś dzień?- spytałam, orientując się, że jedną ręką mogę ruszać, a drugą nie.
-Jest dwudziesty ósmy października…- mruknęła po zastanowieniu.
-Co…?!
-Tak, panno Lupin. Dość długo u nas leżysz. Z dwa dni na pewno tu jeszcze pozostaniesz. Wszystkie kości ci usunęło, oj tak…
Wytrzeszczyłam oczy. Spałam… ponad dwa tygodnie.
-A… A jaki był wynik meczu?- spytałam ostrożnie.
-Ech, coś mi się kojarzy, ze wygrał Hufflepuff.
-Ale myśmy grali ze Slytherinem!
-Ano może…- wzruszyła ramionami- Tak czy owak, ofiar było tyle samo, co zwykle…
I odeszła, mrucząc coś ze zdenerwowaniem. Wbiłam wzrok w sufit. Ominął mnie mecz… Nie wiem, czy kogokolwiek wzięli na moje miejsce, ale w sumie kogoś musieli. Nawet nie mogłam zobaczyć, jak spisało się dwóch nowych członków drużyny: Philip Bell, zaledwie dwunastolatek, który wszedł na miejsce Dorcas, oraz Lukas Steinmann, pałkarz młodszy ode mnie o rok. Wydaje mi się, że jest Żydem, tak na marginesie.
ŁUP!
-PRZEPRASZAM! TE RUSKIE DRZWI!
Słodki świergot Jamesowego głosiku wyrwał mnie z zamyślenia.
-Potter!!! To nie obora!- warknęła Poppy Pomfrey.
-Przepraszam, panno Poppy! Całuję w rączki…
Jakaś szarpanina.
-Zgłupiałeś?!
-Już dawno… Ale przylazłem, jak zwykle, do Meggie!
-Dobra. Co za impertynent…
James nieuchronnie zbliżał się do mnie swym rozbujanym krokiem, a ja szybko udałam, że śpię. Myślałam, że James odwali zaraz jakiś numer w stylu „zobaczymy, czy się obudzi, gdy włożymy jej do nosa tę muchę z podłogi…”, ale nic takiego nie miało miejsca. Usiadł przy mnie bezszelestnie, ujął mnie za rękę, wzdychając raz po raz. Uchyliłam przekornie jedną powiekę.
-Meggie!...- zaśmiał się radośnie, po czym chwycił mnie w pasie i mocno przytulił.
-Auu!- objęłam go sprawną ręką, druga leżała bezwładnie obok prawego boku.
-I jak się czujesz?
-W zasadzie to nic nie czuję.
Odkleił się ode mnie i usiadł na łóżku.
-Przychodziłem tu niemalże co wieczór!- oznajmił z dumą- I nie tylko ja.
-Jak meczyk?
Rogaś spoważniał nieco.
-Hmm… Ślizgoni wcale nie są tacy rozlaźli, jak sądziłem… Był remis, momentalnie wbili nam mnóstwo goli, musiałem przerwać tą szopkę i złapać znicza… Nie doceniłem ich. Mają jakichś nowych i to właśnie oni tak dają czadu. Ich nowy ścigający, Lestrange… Jest rok wyżej, niż my. To ich as w rękawie i tajna broń.
-A jak nasi nowi?
-Steinmann jest bardzo dobry. On i Jack doskonale bronili nas przed tłuczkami. A ten knypek, Philip… Co prawda wyglądał, jakby go prąd kopnął, tak wytrzeszczał oczy ze strachu. Ale jest bardzo szybki i zwinny, co i tak nie dało nam zbyt wiele… Na twoim miejscu obsadziłem tamtą dziewczynę, co z tobą rywalizowała rok temu… Ale, doprawdy, była beznadziejna.
Zrobił zbolałą minę.
-Nie przejmuj się.- ujęłam go za dłoń, by dodać mu otuchy.
-Musimy bardzo się postarać… A jak nie, to zawsze zostaje wyeliminowanie zawadzającego, jak zrobili to z tobą…
-Że co?
-No… Rosier pozbawił cię szkieletu czarną magią. Dumbledore się wściekł i wywalili go z wielkim hukiem, czujesz?!
-O rany… Ale cyrk.
-A tamten tylko się ucieszył i podobno jest już z Voldemortem. Tak słyszałem… Ślizgoni chcieli też capnąć Philipa, ale im tak łatwo nie poszło…- uśmiechnął się mściwie- Nie docenili go… Jeden z nich trafił tu z zaawansowanie pogryzioną ręką.- zarechotał- Oczywiście, żartowałem, nie można ich eliminować, to nieczysta gra… Ale Ślizgoni oberwali od nas, Huncwotów, tak na płaszczyźnie osobistej, nie rywalizacyjnej… Jeszcze raz cię tkną…
Tak więc pierwszy w tym roku mecz przeszedł mi koło nosa.
W szpitalu, w którym leżałam jeszcze cztery dni, odwiedzali mnie znajomi. James, jak zwykle, był bardzo entuzjastycznie nastawiony do otoczenia, Remus bardzo zmizerniał i miał białą cerę od przebytej ostatnio przemiany. Syriusz natomiast dziwnie się poruszał, jakby go coś bolało i ciągle się krzywił. Peter był nieco sfrustrowany faktem zdania jedynie czterech sumów, więc nie tryskał raczej optymizmem.
Severus zrobił się wyjątkowo mrukliwy, a Lily natomiast od wakacji stała się poważniejsza.
Gdy w końcu kości odrosły mi zupełnie, postanowiłam udać się do dormitorium.
Ubrałam się i wyszłam z lazaretu.
Było prawie zupełnie pusto, za oknami słońce dawno zaszło za horyzont. Pod koniec października zawsze o tej godzinie było już ciemno.
W dormitorium nie było nikogo, usiadłam więc na łóżku, nie wiedząc, co robić ze sobą. Normalnie, jakby z Hogwartu wyemigrowali, taka była cisza…
Rozległo się donośne miauknięcie. To Julian wskoczył na moje łóżko i rozwalił się obok mnie, udając traktor. Pogłaskałam jego czarne, lśniące futro, a mruczenie wzmogło się.
-Chciałabym być tobą, by móc pójść tam, gdzie nikt nie może…
Tam, gdzie nikt nie może… Spróbujmy…
Uruchomiłam oczy wyobraźni, a potem mruknęłam w myśli „Animago!” i poczułam dreszczyk emocji.
Dreszczyk przemienił się w swędzenie i łaskotanie. Włosy na przedramionach zjeżyły się i przyciemniły, palce poczęły się kurczyć i grubieć, a loki gwałtownie cofać w stronę głowy. Świat robił się większy, zamazany. Poczułam parcie w okolicach kości ogonowej-coś mi tam wyrosło. Uszy śmiesznie pojechały w górę po całej głowie, kolana odgięły się w drugą stronę, poczułam, że garbię się dziwnie, spadam z łóżka.
Skuliłam się na podłodze, bo stwierdziłam, iż z jakiegoś powodu dopadł mnie strach.
Świat wyglądał groteskowo, patrząc z perspektywy „pod łóżkiem i przy ziemi”. Strzyknęłam wąsami, bo mnie śmiesznie załaskotały.
Całe dormitorium było ciemne i jakby spłaszczone. Stwierdziłam, że przycupnięcie pod łóżkiem i obserwowanie sfitołów kurzu, walających się pod nosem nie jest wcale, ale to wcale ciekawe, toteż majestatycznie wynurzyłam się z mroków.
Och nie! Moja łapka się zabrudziła! Muszę natychmiast coś z tym zrobić…
Usilnie szorowałam się włochatym językiem, dopóki nie osiągnęłam satysfakcjonującego efektu.
Nagle zauważyłam parę ślepi, wystających nad poziom posłania za mną. Cały obiekt osnuty był czerwoną otoczką ciepła. Był to jedyny kolor, jaki widziałam. No tak, Julian mnie usłyszał i teraz obserwuje.
Hmm… Swoją drogą, to niezłe z niego ciacho…
Zeskoczył do mnie i powąchał mój nosek. Potem zaczął donośnie mruczeć i lizać mnie po i uchu, sygnalizując „Kocham cię!”. Fuknęłam więc na niego, by spadał. Co za palant! Tak wyrywać kociaka! Niech najpierw dowiedzie, że jest godnym mnie samcem, a nie od razu tak z grubej rury.
Prychnęłam gniewnie, postawiłam ogon na sztorc i wyszłam z sypialni. Po schodach puściłam się biegiem. Cudownie! Pokonywać Hogwart, jeszcze większy, niż poprzednio, zgrabnymi susami. I do tego bez zmęczenia.
Mijałam co jakiś czas czerwone plamy, obserwujące z zainteresowaniem harce rudo-czarnego kota.
W pełnym biegu wskoczyłam na balustradę schodów w sali wejściowej. Czułam się doskonale. Och, jakie to sympatyczne uczucie być takim zgrabnym, sprawnym, pięknym kotem, jak ja…
Zamruczałam na samą myśl o sobie. Tak, niewątpliwie jestem warta uwagi.
Zeskoczyłam na sam dół, a potem do lochów. Znajdę salon Ślizgonów i wpakuję im się tam! Ale jestem sprytna, ha! Powinszować.
Za zakrętem wpadłam prosto w grupkę pierwszoklasistek.
-Jaki ciu-ciu!!!- wrzasnęły w uwielbieniu, doskonale, że zdają sobie z tego sprawę.
Jednak po chwili moja cenna osoba była dosłownie rozszarpywana przez ręce wielbicielek. Niech przestaną, bo mnie uszkodzą! Co za brak szacunku!
Miauknęłam żałośnie w proteście, lecz po chwili spoczywałam w objęciach jednej z nich i cała kawalkada ruszyła zgodnie w głąb lochów, niosąc mnie, jak bóstwo. Nie podoba mi się to zwisanie szacownym zadkiem w dół, no! Czuję się taka bezbronna!
Nagle do moich uszu dobiegł z odległych partii zamku krzyk.
Korowód nic nie usłyszał, inicjując wciąż straszliwy, zbędny hałas i wrzask. Doprawdy, ludzie są dziwni. Głuche to, czy co?!
Jednym zgrabnym susem wyrwałam się z objęć i szybko pobiegłam w tamtą stronę. Za mną rozległo się donośne „Ooo…!”, pełne rozczarowania.
Znów krzyk. To całkiem niedaleko…
Wpadłam do kompleksu rzadko używanych korytarzy. Przeskoczyłam pięć schodków i jeszcze kilka.
Z jednej z sal, praktycznie zbędnych, wypadła następna czerwona plama. Minęła mnie, obdarzając zdumionym spojrzeniem, po czym odeszła. Wślizgnęłam się przez uchylone drzwi tam, skąd przybyła.
W salce panował bardzo znajomy zapach, który nagle wydał mi się obrzydliwy. W kącie stała czerwona plama. Miała donośny, ciężki oddech. Wlepiłam w nią czujny wzrok. Ciekawe, co zrobi…
Człowiek zawiesił na mnie zdziwiony wzrok. O rany, przecież to…
Schowałam się w kącie, pod biurkiem i pomyślałam „Mary Ann”, skupiając się na prawdziwej tożsamości.
Ręce szybko urosły, nogi wyprostowały się, a szyja wydłużyła. Widziałam znów trójwymiarowy, kolorowy obraz. Oczy, uszy i nos bardzo mnie bolały i zrobiło się do tego przeraźliwie zimno. No tak, nie mam już na sobie futerka.
Już gramoliłam się spod biurka, gdy do komnaty wleciał Castor Black, zmuszając mnie tym samym do powrotu pod nie.
-Już wróciłem!- oznajmił z jakimś niezdrowym entuzjazmem- Dokończymy…
-Widać, że się spieszyłeś…- odparł Syriusz ze znużeniem, opierając się nonszalancko o kamienny filar. Stał przodem do niego, obejmując go. Ręce w nadgarstkach więziły czarne kajdanki, więc nie mógł uciec. Nie miał na sobie nic od pasa w górę. Jego naturalnie śniada cera nabrała niezdrowego, zielonkawego koloru od oświetlenia w komnacie.
-Och, Syriuszu, to dla mnie swego rodzaju rozrywka w te nudne, jesienne wieczory…- uśmiechnął się okropnie.
Syriusz rzucił mu zbuntowane spojrzenie zza filaru.
-Kiedyś pożałujesz…- wycedził, obserwując go z pogardą.
-Do tego czasu pobawię się jeszcze… Jak będziesz grzeczny, to może wypuszczę cię wcześniej, kto wie?
Kiwnął różdżką w dół.
Zawieszony w powietrzu bat, którego wcześniej nie dostrzegłam, smagnął z syczącym świstem nagie plecy. Syriusz zacisnął mocno zęby.
Drugie uderzenie. Do zaciśniętych zębów doszły oczy i pięści.
Trzecie. Łapa mimowolnie jęknął.
Czwarte. Wtulił głowę między ramiona. Boże, to straszne…
Po piątym bat ustał.
-To było chyba już z pięćdziesiąte, starczy na dziś.- powiedział Black, przyglądając się bezlitośnie słaniającemu się prawie z bólu Syriuszowi- Jeszcze dwadzieścia miotnięć i pójdziesz… Dziś byłeś względnie grzeczny.
-Nie…- wydyszał. Różdżka znów kiwnęła w jego stronę.
Kajdanki wykonały nagły rzut do przodu, co zaowocowało silnym rzuceniem Syriusza o kamienny filar. Syknął z bólu, ale znów wyrżnął w kamień. Zaczął się krztusić i słaniać. Nić to nie dało. Trzy uderzenia potem wyglądał już jak na skraju przytomności…
-Stop!
Castor Black rozejrzał się z zaskoczeniem. Stałam przed biurkiem, obserwując go z przerażeniem i obrzydzeniem.
-Co pan robi?!- przeraziłam się.
Syriusz osunął się po filarze na klęczki. Dyszał ciężko, oparł głowę o kamień, zamykając oczy. Po chwili otworzył je i wpatrzył się we mnie.
-Panna Lupin?! Co tu robisz?!- warknął profesor.
-To moja sprawa! Proszę puścić Syriusza, bo dowie się o tym dyrektor.
Black ryknął wariackim śmiechem.
-Bardzo mnie tym wystraszyłaś! Doprawdy, komedia! Myślisz, ze dyrektor ukaże mnie wydaleniem?! On wierzy ślepo, że się nawrócę, czy coś…! Będzie mi jeszcze wdzięczny, że ujarzmię tych czterech wandali!!! Szkółka na tym skorzysta, dziewczynko! Ktoś musi się nimi wreszcie zająć! Jestem do tego zobowiązany, prawda Syriuszu?
Zmierzył go mściwym wzrokiem.
-Proszę puścić Syriusza…- powiedziałam nieco bardziej błagalnym tonem, widząc, że rzeczywiście go to nie ruszyło- Proszę… on…
Popatrzyłam ze współczuciem na Łapę. Tak mi go żal…
Castor Black mierzył mnie uważnym spojrzeniem, zastanawiając się nad tym wszystkim. A potem uśmiechnął się okropnie.
-Lupin, masz szlaban.
-Co?!
-Pstro. Właśnie to, co słyszałaś. Masz szlaban za pyskówkę i nachodzenie spracowanego pedagoga. Ale nie będzie wyglądał tak, jak szlaban twego lubego, tylko…
-To nie jest MÓJ LUBY!!!
-CISZA, JA TERAZ MÓWIĘ!!!- zagrzmiał- Wymyślę ci odpowiednio hmm… „pokorne” zadanie… Zmykaj stąd. Black, zmęczyłeś mnie już, jesteś wolny. Przepracowuję się…
Ledwo zamknęły się za nami drzwi, Syriusz jęknął:
-I na co ci to było?!
-Wystarczy tylko „dziękuję”…- burknęłam.
-Niepotrzebnie tam się pchałaś…- warknął, zarzucając sweter na szanowną główkę- Teraz masz szlaban.
-Uwielbiam ludzi, to takie wdzięczne istoty!- zawołałam ze złością, wlepiając oczy w sufit, po czym szybko oddaliłam się w stronę wyjścia z lochów. Syriusz dogonił mnie parę kroków przed klatką schodową na parter, złapał z przodu za ramiona i zmierzył zezłoszczonym spojrzeniem, krzywiąc się z bólu.
-Słuchaj!- warknął- To co się teraz dzieje… To wojna. MOJA wojna z wujem. I muszę sam sobie poradzić. Zapewne rozumiesz…
-Niewdzięcznik…- szepnęłam ze złością.
-Dziękuję.- cmoknął mnie mocno w czoło i odszedł, cały wciąż wzburzony. Pozostałam zupełnie sama na środku korytarza, wlepiając tępo wzrok w miejsce, gdzie przed chwilą lśniły oczy Syriusza.
***
-No to nie żyjesz. Zamów już dziś jakąś trumnę…
Siedziałam z Jamesem i Peterem przy stoliku w Trzech Miotłach.
-Nawet znam taką jedną firmę pogrzebową.- zagadnął beztrosko James- Nazywa się „Hawajski Wypoczynek”…
Uniosłam brwi.
-Powaga! Mój dzidek korzysta z niej od wieków!- wyszczerzył pogodnie zęby okularnik i upił piwa. Podniosłam wymownie wzrok ku stropowi.
-TE! ROSMERTA, JESZCZE PIWA CHCĘ!- ryknął.
Na szczęście nie dosłyszała.
-Grunt to kultura…- mruknęłam. James wlepił we mnie beznamiętne spojrzenie.
-Coś tak przycichł?- spytał Pet.
-Czekaj, mój mózg musi przetworzyć podane mu informacje. Myśli…
Zajęło to piętnaście sekund, by Jamesa olśniło:
-AHA! W sensie, że to niegrzeczne było, taa?!
-No, tak jakby…
-MADAME ROSMERTO!- zawył, i to dosłownie, bo cały pub zamarł. James wstał, wszedł za ladę, po czym zniknął za nią.
-Potter! Co ty wyprawiasz?!- przeraziła się barmanka, madame Rosmerta. Rozległo się mokre, mlaszczące cmoknięcie.
-NIGDY WIĘCEJ NIE BĘDĘ JUŻ TAKI!- kolejne „CMOK”.
-Ależ… Nie musisz obcałowywać moich butów…
James zerwał się na równe nogi. Nieskazitelnie biały garnitur, jaki nosił, doskonale było widać w mroku pubu. Wyjął kępkę zielska z jakiegoś dzbanka przy ladzie i wręczył Rosmercie.
-To na przeprosiny…
Po czym z pokornie spuszczoną główką wrócił do stolika. Sparaliżowana Rosmerta stała z rozdziawioną buzią, butelką piwa w jednej ręce i ociekającym wodą zielskiem w drugiej.
W pubie znów zrobiło się gwarno.
Podeszłam do lady, by przeprosić ją za ten cyrk.
-Och, ten Potter…- mruknęła Rosmerta, kryjąc uśmieszek.
-Taak. Jest bardzo… labilny.- stwierdziłam.
-Ale jaki zabawny! Będzie mi go brakować za dwa Lata…
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
Nagły, mocny podmuch listopadowego wiatru z hukiem rozwarł drzwi. Pół pubu ucichło, dopóki ktoś nie zamknął drzwi. Kilka listków jednak zginęło pod stopami klientów…
Przeszły mnie ciarki.
-Idzie burza jakaś…- stwierdziła Rosmerta.
-Och, ten listopad.- pokręcił głową chłopak siedzący obok mnie, na oko nieco młodszy, aczkolwiek trudno było jednoznacznie stwierdzić- Co za pogoda… Przez nią ten ponury nastrój.
-Nie tylko pogodę trzeba o to winić.- stwierdziłam.
-Racja. Jestem Wiktor.- uśmiechnął się do mnie.
-Mary Ann.
-A z jakiego domu?
-Z Gryffindoru. A ty?
Zawahał się przez moment.
-Slytherin.
-Naprawdę?- zdumiałam się- Nie kojarzę cię. Jesteś wyjątkowo… kontaktowy, jak na Ślizgona.
-Ech, mam kumpli w innych domach, więc…- wzruszył ramionami- Ile masz lat? Bo ja trzynaście.
Ale zanim zdążyłam odpowiedzieć „Szesnaście”, z prawej dał się słyszeć anielski świergot „MEEEGIEEE!!!”, przypominający krowę na pastwisku.
-To ja już lecę. Pa, Wiktor!
I odeszłam do Jamesa.
-Czego?!
-Zbieramy się.- Rogaś szturchnął Petera i dziarsko zawołał- No, Peter! Już, eins, zwei!
Pet zarzucił na siebie swój szary, nieśmiertelny płaszcz i wyszliśmy na wietrzną ulicę.
-Patrzcie…- szepnęłam i podbiegłam do wystawy naprzeciw. Stali tam, w środku, Remus i Syriusz. Szybko weszliśmy do środka, jak się okazało, magicznej apteki.
-I jest pani pewna, że to zmniejszy ból?- spytał Remus, jak zwykle skromnie ubrany w dżins.
-Tak, kochanie. Pij to po posiłku przez tydzień. Głowa przestanie boleć.- odparła zielarka.
Syriusz w tym czasie slalomował między półkami i przyglądał się specyfikom z wielce chytrą miną. Miał na sobie czarne bojówki i białą koszulę. Szelki od bojówek dyndały sobie luźno przy udach. Przez ramię przewiesił skórzaną, czarną kurtkę.
-Łapa!- James i Peter podeszli do niego.
-Te, Malibu!- parsknął Syriusz do Jamesa, lustrując jego biały garnitur- Fajny gajerek, nie?
-Wypasiony.- mruknęłam, po czym mój wzrok padł na specyficzną fiolkę.
-O, a to jest nowość, moja droga!- zagadnęła wesoło zielarka- Ten eliksir to szampon. Można mieć włosy, jakie się tylko zechce! Długie, krótkie, postawione, rude, zielone…
-Naprawdę?- dotknęłam mych czarno-rudych loków.
-Za jedyne piętnaście sykli!- przytaknęła.
-Nie kupuj tego!- syknął „Malibu”- Moja mama próbowała magicznego szamponu. I wyrósł jej na głowie sfinks egipski z piramidami, w dodatku do góry nogami!
-To jak?- spytała sprzedawczyni.
-Wezmę jedną fiolkę…- mruknęłam, ignorując przestrogę.
-A jakie chcesz mieć włosy, kochanie?
Zastanowiłam się.
-Mogą być takie, jakie są. Byleby były czarne.
Zielarka szepnęła coś do eliksiru, ten rozjaśnił się światłem, po czym wręczyła mi go.
Po udanych zakupach wyszliśmy z apteki. Chłopaki w liczbie trzech szybko gdzieś wyparowali, zostałam sama z Remusem. Objął mnie w pasie, po czym ruszyliśmy wolno główną drogą Hogsmeade.
-Jak tam?- spytał.
-Jakoś. Zrobiło się tak… dziwnie, nieprawdaż?
Zerknęłam na wpół oderwany plakat na jednej ze ścian mijanego budynku. Zniknął kolejny czarodziej…
-Zauważyłem, że Severus trzyma się ciągle tylko Ślizgonów…- zmarszczył brwi.
-Taa… A Lily wyjątkowo zaprzyjaźniła się z Alicją, zatem jestem sama. Mam tylko was.
-Sie masz, Hagridzie!
Bo oto stanął przed nami olbrzymi gajowy. Jego oczy rozjarzyły się względną radością, lecz nie do końca.
-Ech, witaj Remusie, i ty, Mary Ann!...
-Co masz taką zatroskaną minę?- spytałam.
-Szukam jakiegoś solidnego środka na tego niesfornego wampira.
-Wampira?!- krzyknęliśmy naraz.
-Ano.- burknął- Cholibka, taki jeden zadomowił się ostatnio w Lesie i zabija co popadnie…
Remus zerknął na mnie z popłochem.
-Nie wolno wam wchodzić do Lasu, oszołomy!- zagrzmiał Hagrid, a potem począł skubać brodę, wyraźnie zafrasowany- Czosnek by się chyba przydał, bo ja wim… Trzymajta się, dzieciaki!
Pogłaskał nas po głowach, doprowadzając do uduszenia nieomalże, po czym odszedł. Ruszyliśmy dalej, martwiąc się wampirem i setką innych, przykrych spraw.
-POTTER! Możesz mi wyjaśnić, co to jest?!
Naraz odwróciliśmy głowy w lewo. W jednej z mniejszych uliczek stało trzech Huncwotów i McGonagall. Na ścianie budynku raziło w oczy świeżo wymalowane graffiti.
James zerknął niewinnie na swoje krowiaste „POTTER KOCHA LILY EVANS” ze stadem serduszek naokoło.
-Gratuluję. Możesz być z siebie dumny.- rzekła lodowatym tonem.
-Dziękuję. Wiedziałem, że się pani spodoba…- wymamrotał z pokorą, po czym ujął swe białe spodnie w dwa palce po obu stronach i wdzięcznie dygnął z miną skromniachy.
-Zwariowałeś?! Co ty mi tu za farmazony wygadujesz?!
-Słyszałeś panią profesor?! Zlizuj to!- fuknął nań Syriusz, po czym posłał McGonagall przymilny wyszczerz.
-A ty, Black, nie bądź taki znów do przodu!- warknęła, a Syriuszowi spełzł uśmiech z twarzy- Macie szlaban, obydwoje!
-Ja też, pani profesor?!- pisnął Peter.
-PETTIGREW, TY WODOGŁOWY IMBECYLU! MÓWIĘ O NICH! SPRZĄTAĆ MI TO!
I szybko oddaliła się.
-Głupi babsztyl!- fuknął Syriusz i począł zmazywać swe szczytne dzieło, mamrocząc coś do siebie pod wąsem. Zerknęłam na napis:
„ŚWIECĄC PRZYKŁADEM POPRAWIASZ BILANS ENERGETYCZNY KRAJU”
41. Pan Castor B. Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 12 Grudnia, 2009, 15:05
Hejka! A więc nocia dedykowana przede wszystkimv dwóm osobom, w drodze rewanżu: Syrci, która doskonale i przekomicznie potrafi opisywać perypetie swych czterech podopiecznych ;), oraz Parvati z jej świeżym, dogłębnym spojrzeniem na tajemniczą postać Wiktora K. ;)
-Dlaczego uciekłeś?!
To były moje pierwsze słowa skierowane do Syriusza, gdy ja i Remus wpadliśmy na niego i Jamesa na peronie.
-Też cię witam…- odburknął ironicznie- I nie krzycz tak na cały regulator.
-Nie krzyczę! Zadałam zwyczajne pytanie!- warknęłam.
Syriusz rozejrzał się i dał znak Jamesowi, żeby odejść od rodziny.
-No więc?- spytał Remus, gdy wszyscyśmy się znaleźli nieco dalej.
-Och, miałem dość!- rzucił niedbale Syriusz- Moja rodzina już przebrała miarę.
-I nie wrócisz już do nich?- zdumiałam się.
-Nie.- brzmiała zbuntowana odpowiedź.
-I co się z tobą teraz stanie? Wylądujesz na ulicy?!
-Nie, uciekłem do Jamesa. Nie było problemu, jego rodzice są zachwyceni.
-Naprawdę!- James gorliwie przytaknął.- Dostałem brata!
I przywalił Łapie z całej pary w plecy. Cóż, podejrzewam, że ten zachwyt można porównać do tego, jaki by okazali, gdyby dostali zoo w prezencie. Albo zakład dla dzieci z ADHD.
-Co ci się stało w rękę?- spytałam Syriusza, gdyż całą miał w gipsie.
-Ech, nieco mi… zmartwiała… Tamten zombie, co mnie ugryzł… Wdało się zakażenie i w ogóle ukąszenie było jadowite, także spędziłem trochę czasu w Mungu.
-Szkoda…- Remus pokręcił głową- Nie mogliśmy wyprawić urodzin. Ciebie nie było, mnie… Meggie nie mogła zaprosić Lily…
-Co, miałeś pełnię?- Łapa uśmiechnął się smutno.
-Chłystku! Pozwól no tu do mnie!- rozległ się chrapliwy, gderliwy krzyk.
Przy państwie Potter na czymś w rodzaju wózka inwalidzkiego siedział zasuszony staruszek.
-O nie… Chodźcie ze mną, on nie gryzie…- James kiwnął na nas.
-Zacznijmy od tego, że nie ma czym.- parsknął Łapa.
Wszyscy zbliżyli się do rodziny Jamesa.
-Chciałeś czegoś, dzidku?- zapytał James.
-Cuuo?!
-Chciałeś czegoś?!
Dziadek przyłożył do ucha nieco powykręcaną i stłamszoną trąbkę.
-CUUO?!
-CHCIAŁEŚ CZEGOŚ?!- ryknął do trąbki Rogaś.
-Nie wrzeszcz tak! Masz mnie za głuchego?! Doprawdy, ta dzisiejsza młodzież… Chłystku, posłuchaj rady starego, rozkładającego się nad grobem dziada…
-„Rozkładającego się nad grobem”?- szepnęłam do Syriusza, a ten zamaskował parsknięcie.
-… Zachowuj się cnotliwie i wdało. Zapamiętaj me słowa, kajtku. Cnotliwie i wdało! Onegdaj to rzecz stała inaczej, drogie dziatki… Oj, tak tak…
-Dobrze, dzidku, zapamiętam te słowa mądrości.
Starzec zmarszczył się i przytknął do ucha dłoń zwiniętą w rulon.
-Czego chcesz?!
-DOBRZE, DZIDKU!!!
-Wziąłeś czosnek w kapsułkach?
Jamesowi stężała twarz.
-DZIDKU, ZADAM CI ELEMENTARNE PYTANIE!
-Jakie, chłystku?
-WYJAŚNIJ MI ZASTOSOWANIE CZOSNKU W KAPSUŁKACH PODCZAS DZIESIĘCIOMIESIĘCZNEGO POBYTU W SZKOLE!
Tym razem to „dzidkowi” stężała twarz.
-Jak to?! A wampiry? A odporność na choroby? A prostata? Na wszystko czosnek jest dobry, a szczególnie na zatwardzenie!
Jamesowi ręce opadły.
-DZIDKU, MAM TYLE LAT, ŻE CHYBA MOGĘ SAM OCENIĆ NIEZBĘDNOŚĆ CZOSNKU W KAPSUŁKACH!
-No i co teraz będzie?
-Zapewniam cię, że nie umrę z powodu braku czosnku w kapsułkach…
-Co ty tam piździsz pod smarkaczem?!
-NIE UMRĘ Z BRAKU CZOSNKU!!!
-Że co?! Jaką trumnę z baraków?! Moja trumna jest na cmentarzu, jeżeli o to ci chodzi… Tylko odważ mi się znowu ją wymalować w kwiatki i różowe misie…
-To były zajączki…- jęknął James.
-Toboły z mączki?! To dziecko jest nienormalne. Synu!
Pan Potter schylił się ku ojcu.
-Czy ty wiesz, że z tym chłystkiem jest coś nie do końca, jak trzeba? Chyba jest cofnięty…
-Tak, tato.- zgodził się dla świętego spokoju pan Potter.
-Gada, co mu do łba przyjdzie…
-No, synku, już czas ci w drogę!- stwierdziła pani Potter. Przytulili się wszyscy, łącznie z Syriuszem, a dzidek zawołał ochoczo:
-I pamiętaj, chłystku! Na nic zaloty, gdy masz mokre galoty!
James zakrył twarz i odbiegł kawałek, by nikt nie śmiał go łączyć z jego rodziną. Nasza trójka, rycząc ze śmiechu, udała się za nim.
-Szybko! Ja ich nie znam!
Wpadł jak burza do pociągu.
W środku była cała masa uczniaków, niektórzy wciąż nosili niebiesko-białe rozetki.
-Wszyscy świętują zwycięstwo Grecji…- westchnął Syriusz.
-A wy przypadkiem nie mieliście jakiegoś zakładu?- spytałam.
-Właśnie!- zakrzyknął James, nagle bardzo ożywiony.
Wpakowali się do przedziału, a ja ruszyłam samotnie na poszukiwanie Severusa. Znalazłam go, niestety, nie samego. Siedział w towarzystwie kumpli. Wolałam tam nie wchodzić, ale przyglądałam mu się zza szyby.
Przez wakacje urósł i spoważniał jeszcze bardziej. Zmienił się, zmienił…
Wróciłam z ponurym nastrojem do chłopaków.
-Nie!- krzyczał Peter, gdy wkroczyłam- Nie zgadzałem się wystąpić w roli nagrody!
-Cóż, pełnisz bardziej funkcję kary…- zauważył ponuro Syriusz.
-To zależy od punktu widzenia, Łapo!- zarechotał mściwie James.- Glizduś, daj mu buzi!
-Nie!
-A nie może przegrany cmoknąć wygranego?- zdziwiłam się.
Zatkała ich na moment ta zgrabna uwaga, a potem Syriusz posłał kumplowi obleśny uśmiech w stylu „Chodź tu, dzidzia, nic ci nie zrobię…”.
-Na głowę żeś upadł?!- przeraził się James, widząc to- Zarazisz mnie jakąś chorobą weneryczną! Nawet nie staraj się mnie całować!
Syriusz ułożył usta w dziubek i błyskawicznie cmoknął go w policzek, po czym zaczął wycierać usta i język we własną skórzaną kurtkę, wydając odgłosy obrzydzenia.
-AAAAA!!! ZARAZA!!! SKAZIŁ MNIE JAKIMŚ ŚWIŃSTWEM! KRYĆ SIĘ WSZYSCY!- zawył James, wytrzeszczając dziko oczy.
Wytknął głowę za okno, by rozwiać śmiertelne zarazki od Łapy. Gdy tylko ich się pozbył, począł skakać po całym przedziale niczym małpiatka, a później ukląkł przy mnie:
-MEEEEGGIE!!!- zawył wysokim głosem- WYYYYYJDŹ ZA MNIEEEEEEEE!!!!
-James, ty rozwydrzony bachorze! Normalny jesteś?!- wciąż byłam wściekła, że nie siedzę z Sevem.
-Jestem NIENORMALNY, hihihihi!!!- zakończył wypowiedź wampirzym śmiechem- Bywa tak!
-Widzę…
-Dziecko, widziałaś, z jakiego ja domu pochodzę?! Dziś właśnie miałaś małą demonstrację tego, co przeżywam codziennie! To chyba rozwiewa wszelkie twe wątpliwości!
Odgiął się do tyłu i ryknął wariackim śmiechem szaleńca.
***
-Te, niuniek, podaj mi ketchup!
James usłużnie podsunął Syriuszowi sos, o który tak grzecznie poprosił.
-Oto plany…
McGonagall rozdawała właśnie kartki dla szóstoklasistów. Pozaznaczałam przedmioty, które będą mi potrzebne: obronę, zaklęcia, eliksiry, transmutację i runy.
-A po co ci wróżbiarstwo?- spytałam Jamesa ze zdziwieniem, gdy ten je zaznaczył.
-Żeby się zlewać.- odparł bez ogródek.
-Piękno prostoty…- skomentował Syriusz, także zaznaczając wróżbiarstwo.
-Idź z nami, piękna!
-Nie, szkoda mi czasu. Nie chcę pisać z tego owutema.
-Nie musisz. Owutemy wybieramy w siódmej klasie.
-Acha. No dobra… A właśnie, jak wam poszły sumy?
James jął wyliczać na palcach:
-Wybitny z zaklęć, obrony, transmutacji i runów, Powyżej oczekiwań z astronomii, opieki, zielarstwa, historii magii, eliksirów… I Zadowalający ze Zlewki.
Syriusz odrzucił niedbale włosy z czoła i mruknął:
-W z astronomii, zaklęć, obrony, transmutacji i mugoloznastwa. P z opieki, zielarstwa, historii, eliksirów. I Z z wróżbiarstwa.
-Całkiem nieźle!- pochwaliłam.
-Co dziś mamy… Czwartek…
James zerknął na plan.
-Cóż, niezbyt ciekawy plan. Najpierw godzina transmutacji, potem zaklęcia, a na koniec dwie godziny obrony…
-Przecież nauczyciel od obrony jeszcze nie przybył! Tak powiedział Dumbledore wczoraj na uczcie!- zmarszczył brwi Syriusz.- Te, typie, może się wyrwiemy z tych dwóch ostatnich godzin? Mam pewien plan na rozkręcenie tej imprezy…
Popatrzyli na mnie ostrożnie.
-Ja nic nie mówię, nie jestem Remusem! Czy Lily!- zauważyłam.
-Właśnie, gdzie Remus? I Pet? Czy oni… W MORDĘ!
Bo oto oberwał małą paczką prosto w ryjek. Sowa szybko odleciała, ale przyleciała następna, z paczką do mnie. Przede mną leżał „Prorok” i list od rodziców. Rozwinęłam gazetę.
„Kolejne tajemnicze zniknięcie mugola” głosił tytuł na pierwszej stronie.
-Czyżby to były moje wymarzone fasolki wszystkich smaków od mamusi?!- zapiał James.
Rozwinął przesyłkę, po czym twarz mu poszarzała. Wydał jęk rozpaczy i byle jak, szybko zawinął z powrotem.
-Co?- zdziwił się Syriusz.- Dostałeś kwasy?
-Nie… Czosnek w kapsułkach od dzidka…
Syriusz ryknął śmiechem, spadając z ławy. Gdy już przyszedł do siebie, zawołał:
-Mam dla niego odpowiednie zastosowanie, kajtku!
-Sam jesteś kajtek! Kajtek bez majtek…- mruknął rozeźlony James.
Syriusz przyrżnął w jego twarz, James oddał mu, wkładając niechcący pięść w jego usta i rozgorzała batalia.
-Chodź…- usłyszałam w uchu.
To był Sev. Szybko wstałam.
-Jeszcze nie witaliśmy się w tym roku.- uśmiechnął się blado i ruszyliśmy wzdłuż stołów, ignorując wrzask McGonagall rozlegający się za naszymi plecami („Black! Potter! Skończone pawiany!”).
-Tak. Jak ci minęły wakacje?
-Na włóczęgach… Gdzie Lily?
-W Mungu…
I pokrótce opisałam mu, co miało miejsce w lipcu. Gdy skończyłam, wciąż miał rozdziawioną buzię.
-Aż trudno w to wszystko uwierzyć…
-No! Mogło się skończyć naprawdę tragicznie… Idziesz na transmutację?
-Nie, mam wolne. Muszę jeszcze pogadać z kumplami…
-Sev…- zaczęłam smutno, ale on tylko mi pomachał i oddalił się szybko.- Nie idź tam.- szepnęłam do siebie. Nie mogłam patrzeć, jak zbliża się do tych ludzi, jak odcina drogę do szczęścia i życia… Muszę coś zrobić, by go uratować…
Cóż, lekcje w szóstej klasie różniły się tylko tym, że kiedyś mieliśmy podział na domy. Teraz jednak ze wszystkich domów przyszli ci, co zdali.
Jako, ze Lily nie było, nie miałam z kim siedzieć. Na zaklęcia było nieco inaczej: zawsze siedziałam na nich z Peterem, więc i teraz tak było. Widać, że poziom przedmiotów był wysoki.
W końcu zostały nam jedynie dwie godziny obrony.
-To co, zwiewamy?- mruknął James do kumpla, gdy staliśmy pod klasą.
-Nie uważasz, James, że gdyby obrony nie było, toby nam powiedzieli?- zauważyłam.
-Oj, tam… Na pewno mamy obronę, ale z kimś innym. A nam się nie chce już tu siedzieć…- odparł z wyższością.- Poza tym, biedny Syriuszek, nie może pisać…
-Biedaczek…- skomentowałam z sarkazmem.
Syriusz zrobił nieszczęśliwą minę i spuścił skromnie głowę.
-Proszę państwa, oto jest Syriusz.- szepnął dramatycznym, poważnym głosem Rogaś- Od piątego roku życia cierpi na stwardnienie rozsiane, uwiąd starczy, zanik mózgu oraz jego wypływanie uszami. Chłopiec nie może pisać i zdrowo się rozwijać. Ślijcie galeony do Gringotta. Pomóżcie mu, Syriusz też chce być normalny!
Łapa wywinął zdrową pięścią, ale chybił celu.
-Hahaha!!! I do tego nie może się tłuc!- zarechotał James.
-Cholerny gips!!! Mam go dość!!!- warknął Syriusz, podszedł do ściany i… rozłupał na pół gips na ręce. Zdjął jego dwa kawały i wrzucił do pobliskiej, antycznej wazy. Potem rzucił się ku Jamesowi, zmuszając go do dzikiej, desperackiej ucieczki. Oboje znikli za rogiem, Remus i Pet popędzili za nimi.
-Acha…- wydusiłam z siebie po chwili.
Rozległ się dzwonek i weszliśmy do sali.
Panował rumor, żaden nauczyciel nie przychodził na zastępstwo. Siedziałam sama, jako ze Syriusz, z którym zawsze siedzę, nie stawił się.
Zajęta byłam rysowaniem na skrawku pergaminu różnych śmiesznych rzeczy i rozmyślaniem nad wszystkimi bzdurami, które przychodzą człowiekowi w takim momencie do głowy. Miałam specyficzny humor.
-To bardzo twórcze, ale obawiam się, ze niezbyt pasuje do moich lekcji…
Powoli uniosłam głowę. Nade mną stał jakiś obcy człowiek. W klasie panowała cisza.
-Ehh…- udało mi się jedynie wydukać.
Człowiek podszedł do katedry, którą przed nim zajmował Flint, a potem Wilder. Obrócił się ku klasie. Miał zimny wyraz twarzy, czarne, długie włosy i bogatą szatę. Był wysoki.
-Nie spodziewajcie się, że na mojej lekcji będziecie sobie rysować. Tu mamy pracować!- ostatnie słowo prawie krzyknął.- To nie przelewki! Zrobię z was prawdziwych… czarodziejów…
Alicja uniosła rękę. Kiwnął na znak, że przyzwala jej się odezwać.
-Dlaczego profesor Dumbledore nie przedstawił pana dzisiaj na śniadaniu?
-Gdybyś była nieco bardziej inteligentna, zauważyłabyś, że go nie ma. Poleciał do Londynu w ważnych sprawach. Dziś zastępuję go ja… i Profesor McGonagall.
Wymówił to z wyjątkową odrazą.
-No dobra, dosyć tych pogaduszek. Sprawdzam listę… Black?!
Cisza.
-A więc to tak…- szepnął z taką lubością i mściwością, że aż mi się zrobiło żal Syriusza.- Brak chłopaczka… Gdy go znajdę, odechce mu się lekceważyć moje lekcje…
Sprawdził listę do końca, po czym mruknął.
-Tych czterech delikwentów… Proszę ich uprzedzić, że sobie nagrabili, oj tak!
Przełknęłam ślinę.
Człowiek niespodziewanie wstał.
-Pozwólcie, że się przedstawię.- uśmiechnął się, prawie dobrotliwie- Na imię mam Castor. Castor Black…
Black?! Biedny Syriusz…
Rozłożył ręce. Zauważyłam, że domalował na liście obecności atramentem czaszki przy Huncwotach.
-A więc do roboty… NOTT!!! WSTAWAJ!
-T-tak?
-Powiesz mi co nieco o pewnym frapującym mnie zagadnieniu…
Tak się bałam, że nie da się opisać. W Hogwarcie nigdy nauczyciele nie pytali, chyba że się straszliwie zaskórzyło. Całą pierwszą lekcję siedziałam jak na jeżu. Uczniowie dukali coś pod nosem, a ja czułam, że niedługo moja kolej.
-NIE!!! ŹLE, SIADAJ!!! SZLABAN!!!
Tak wyglądała lekcja w znacznej mierze.
Jeszcze chyba nigdy nie ucieszył mnie tak dzwonek na przerwę. Jeżeli mam tracić nerwy trzy razy w tygodniu przez cały rok… Chyba zacznę kuć ostro…
-Dobra…- po dzwonku już nie tak chętnie wszyscy przyszli.- Kto tam nam został…
Po piętnastominutowy przetrzepywaniu Severusa (szło mu naprawdę dobrze, w końcu z obrony miał W), Black mruknął:
-No, to poprosimy pannę Lupin…
Wstałam i zachwiałam się na własnych nogach. Myślałam, że zemdleję, zrobiło mi się słabo. Wolno pokonałam dystans między mną, a katedrą, stając przed nią.
-Powiedz mi coś o…
Ale urwał, bowiem zauważyłam coś bardzo osobliwego za jego plecami, więc wytrzeszczyłam oczy.
-Co?!- nacisnął na mnie profesor i obrócił się.
Po tablicy, na której napisał swe nazwisko, piął się z zatrważającą szybkością jakiś bluszcz. Szybko obrósł całą tablicę, od stóp do głów.
Wtem zrobiło się prawie ciemno.
-Co, do…?
Okna z zewnątrz porastał powojnik, coraz bardziej blokując dostęp światła do klasy. Zauważyłam w półmroku, że bluszcz porastający tablicę pochodzi z korytarza…
Pan Black podbiegł do drzwi i wysadził je zaklęciem.
-Zostańcie tu!- i wypadł z klasy. Nikt go nie posłuchał.
Na korytarzu… była dżungla. Wszystkie rodzaje roślin, jakie kiedykolwiek widziałam, porastały ściany, zwisały z sufitu, rosnąc wciąż i rosnąc… Panowała duchota i zielonawe światło. Czułam się, jak w gigantycznej cieplarni.
-Ocho…- mruknęłam do siebie, bo oto kokos zleciał i roztrzaskał się na korzeniach u moich stóp.
-Ciekawe, czyja to robota!- szepnęła z przejęciem Alicja za moimi plecami.
-Ja już doskonale wiem, czyja to robota!- odparłam i rzuciłam się korytarzem-albo raczej tunelem-w jakimś sensownym kierunku.
Drogę zagradzały mi liany, które musiałam odgarniać. Ze wszystkich klas wychodzili ludzie, robiło się tłoczno. Niektóre drzwi tak zarosły, że nie można było wydostać się z sal. Nagle usłyszałam, gdzieś nieopodal odgłos, który doskonale uplasowałby się w ścieżce dźwiękowej czarno-białego filmu „Tarzan”, którego oglądałam we wczesnym dzieciństwie.
Pobiegłam do Wielkiej Sali.
-ALE ODLOT!!!
James właśnie szybował na jeden z lian, zwisających z magicznego sufitu.
-ŁUUHUUUU!!!- i przyrżnął w drzewo.
-Czyście zwariowali?!- złapałam się za głowę.- Postradaliście mózgi?!
Cała czwóreczka wkrótce skotłowała się przy mnie.
-Pięknie, prawda?!- zapytał Syriusz.
-Uroczo…
-Może już to usuniemy?- zaproponował Peter, oglądając się nerwowo.
-Co ty, chory?!- zawołał James.- Prawdziwy boom ma dopiero nastąpić…
Po czym nacisnął przycisk na jakimś urządzeniu.
Szkołą lekko zatrzęsło.
-Co to było?!- przeraziłam się i skuliłam przy Remusie.
-Prawdziwie diabelska pożoga…- ucieszył się mściwie James.- Chyba się zbliża, radzę, byśmy wspięli się na liany…
Szybko żeśmy to uczynili. Tak bałam się, że miałam śliskie ręce.
Wkrótce usiedliśmy na splątanych wysoko lianach.
-A teraz patrz… Będzie się działo.
Odgłos nadciągającego kataklizmu wypełnił wkrótce moje uszy. Wkrótce do Sali wlało się chyba morze…
-Wszystkie krany w szkole obsadziliśmy łajnobombami!- ucieszył się James.
-Super, ale jak to teraz zatrzymacie?!- przekrzyczałam huk na dole.
Jamesowi wydłużyła się twarz.
-O tym nie pomyślałem…
Popatrzyłam na wzbierającą pod nami wodę. Musiało tam być głęboko…
-I co teraz?!
-Chyba każdy umie pływać?- zapytał w miarę spokojnie James.
-Ja nie.- zauważył Remus.
-Ja też!- pisnął Peter.
-Ja także niezbyt…- mruknął niemrawo Syriusz.
-Może Zaklęcia Bąblogłowy?- zasugerował Remus.
-No to szybciej!!!- zakrzyknął Pet, bo woda sięgała nam już do czubków dyndających palców u nóg.
Remus zaczarował wszystkich, po czym wskoczyliśmy razem do wody, by uciec z Wielkiej Sali.
Pod wodą było wprost komicznie. Wszystko wyglądało zwyczajnie, pomijając, że wszędzie rosły rośliny. Wolno podpłynęliśmy do wyjścia, a potem po schodach w górę. Tak dziwacznego uczucia, jak szybowanie ponad schodami, jeszcze nie miałam. Wkrótce wyszyliśmy na powierzchnię lecz woda wciąż wzbierała, mocząc rośliny. Nie czułam, że jestem w Hogwarcie, lecz zalanej morzem dżungli.
-No i co teraz?!- przeraził się Remus.- Chyba nas zabiją… A trudno…
Pobiegliśmy na górę po zakorzenionych i mokrych schodach i wpadliśmy prosto na McGonagall z profesorem Blackiem. Syriusz oniemiał.
-W-wuj… Castor?
-Syriusz… No no no… Co masz w kieszeni!- warknął z zimną furią pan Black.
Syriusz wyjął z zawstydzoną miną paczkę Ziaren Natychmiastowej Dziczy. Twarz McGonagall zbielała.
-Teraz ty, Potter…
James wyciągnął natomiast detonator.
-Już tu nie mieszkacie…- zarządził bezlitośnie profesor.
-Wolałabym o tym sama zadecydować.- rzekła chłodno McGonagall.- Cała piątka ma szlaban. Półroczny.
-Co?!
-Ależ, pani profesor! Mary Ann nie ma z tym nic wspólnego!- zaprotestowali.
-To prawda, Lupin?
Przytaknęłam.
-Dobrze więc. Jutro zgłosicie się do mnie, wasza czwórka. Omówimy warunki szlabanu…
-Pani profesor.- wtrącił Black- Wolałbym sam zająć się Syriuszem. Znam metody naszej rodziny, które mogą mu wybić takie wybryki z jego gorącej głowy…
McGonagall zerknęła na niego z popłochem.
-Proszę…- uśmiechnął się przymilnie.
-Nie…- wymamrotał Syriusz, na twarzy malowało się skrajne przerażenie- Pani profesor, nie…
-Cisza! Black, pójdziesz do swego wuja na szlaban! Ciesz się, że chodzisz jeszcze do tej szkoły! Ciesz się, że cię nie zabiłam! A teraz marsz do dormitorium, wszyscy!
***
-Ech!- westchnęłam- Owutemiacy, do pracy!
Z huncwockim, bardzo dla wszystkich zabawnym dowcipem, nauczyciele poradzili sobie w godzinę. Co prawda Filch był absolutnie wściekły i załamany tym, że ma to wszystko sprzątać. Irytek, który schował mu mopa, wcale nie pomógł woźnemu.
Szkoła została wysprzątana, więc mogliśmy wrócić do normalnych czynności, jak odrabianie pracy domowej.
Złożyłam właśnie niezwykle ciężką księgę od eliksirów na ławie.
-To jaki jest ten temat eseju, Severusie? Sev?...
Severusa to najwyraźniej mało obchodziło. Pochłonęła go książka „Eliksiry dla zaawansowanych”. Zmarszczył czoło, wczytując się uporczywie w jakiś fragment.
-Co?...- ocknął się, gdy go szturchnęłam.
-Nic! Po prostu, chciałabym odrobić eliksiry! Czy mógłbyś nie fascynować się dziko tym podręcznikiem?- zniecierpliwiłam się.
-Ależ on jest niezwykle… enigmatyczny…- burknął nieprzytomnie i skreślił piórem jakieś zdanie.
-Możliwe. Zamiast mazać po książkach, może zechciałbyś mi pomóc z zastosowaniem Eliksiru Przysięgi?
-Taa…
Znaleźliśmy odpowiednią stronę w olbrzymiej księdze.
-No, to czytaj na głos…- westchnął i zamknął oczy, by lepiej się skupić.
-„Eliksir Przysięgi to niezwykle mocny specyfik. A to ze względu na wyjątkowo trudną do zdobycia ingrediencje-pióra feniksa, których właściciele słyną z wierności.
Eliksir trzeba uwarzyć bla bla…”
-Dobra, pomiń to.
-Eee. Mam. „…jednak doskonale przydaje się nie tylko do zmuszania innych, by nie wyjawili sekretu. To także eliksir powszechnie wykorzystywany w zakładach, sporcie oraz ceremonii potocznie nazywanej TCŚCK…” Hmm, co to jest?
-TCŚCK?- spytał- Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi…
-Brzmi makabrycznie…- wzdrygnęłam się.
-Bo takie jest.- mruknął.
-Co to jest? Te Śluby?
-Jak sama nazwa wskazuje: ślub.
-Ślub?!
-Tak… Zgodnie z tradycją tak zwanych arystokratycznych rodzin czystej krwi, rodzice muszą wydać dziecko za kogoś o bardzo wysokim statusie społecznym. Czyli ktoś musi być godny.
-Ta osoba nie wybiera małżonka?- spytałam
-Nie. Wybierają rodzice, wysyłając propozycję do równych sobie… Cała ta impreza właśnie tak się zwie. Istnieje cały zbiór różnych zagadnień na temat tego cyrku… W końcu to tradycja…
Parsknął nieśmiesznie.
-Jakich zagadnień?
-Dokładnie, to nie wiem… Nie grozi mi to… Określenie, jaki kolor mają państwo młodzi nosić w dzień ślubu. Zawsze pół roku przed ślubem odbywają się bardzo uroczyste zaręczyny. No, wszystko odbywa się zgodnie z jakimiś określonymi normami, standardami… Wiesz, ma swoje sztywne zasady. Nie wiem, musisz spytać jakiegoś szlachcica, oni na pewno to wiedzą, rodzice ich już uświadomili, co ich czeka.
Znów zarechotał mściwie.
-Każdy czarodziej czystej krwi ze szlacheckiego rodu tak się żeni czy wychodzi za mąż… No, ale wróćmy do eseju, bo mi się spać chce…
Ziewnął potężnie i podrapał się w głowę.
-Dobra, trzeba poszukać tej książki… „Najsilniejsze eliksiry”. Tam na pewno coś znajdziemy o zastosowaniu.
Wstałam, by pójść po wspomniane dzieło. Zostawiwszy Seva samego z lekturą podręcznika od eliksirów zagłębiłam się w pachnące pergaminem i drewnem działy szkolnej biblioteki. Powiew zimnego, wrześniowego wiatru od strony okna zarzucił kilkoma luźno latającymi kartkami. Niektóre zatrzymały się na moich stopach. Musiały zostać zdmuchnięte ze stolika. Popatrzyłam na nie. Były to lekko zrolowane eseje. Na wszystkich widniało to same imię, napisane małymi, czarnymi literkami: Syriusz Black. Właściciel musi być niedaleko…
-O, hej!
Wpadłam prosto na Łapę, zaczytanego w jednej z ksiąg i beztrosko traktującego fakt fruwania jego esejów po całej bibliotece.
Oderwał wzrok od lektury i uśmiechnął się ciepło. Oparłam się o bibliotekę obok niego.
-Wiesz, nie chcę cię dołować, ale twoja praca domowa fruwa sobie po całej bibliotece.
-Jak lubi…- wzruszył ramionami z niefrasobliwym, lekko nieobecnym uśmiechem.
Po chwili ciszy westchnął i zamknął książkę, po czym włożył ją na miejsce.
-Co ci jest?- zdumiałam się.
-A ma mi coś być?- odparł pytaniem.
-Mam wrażenie, że masz zbyt… dobry humor.
Syriusz zaśmiał się w głos.
-Cóż, muszę odpocząć psychicznie przed szlabanem… Zaczynam go pod koniec przyszłego miesiąca…
-Boisz się Blacka?- zapytałam cicho.
Zerknął na mnie pytająco i uważnie zza czarnych pasm włosów, zasłaniających oczy.
-Niezłe masz wyczucie… Tak szczerze, to…
Przerwał, szukając odpowiedniego słowa.
-Wiesz… On jest trochę… Nieprzewidywalny w swych czynach. Kiedyś obciął nożem ze złości głowę skrzatowi mojej babki, bo przyniósł mu bułeczki z czekoladą, a nie z marmoladą… Został wtrącony do Azkabanu za bestialskie morderstwo mugola. Ale go, kretyni, wykupili…
-Dlaczego zatem Dumbledore go zatrudnił?!- przeraziłam się.- Przecież on cię żywcem zje!
-Chyba był jedynym kandydatem… Zresztą, jest świetny w obronie, bo sam doskonale zna czarną magię…
-Syriuszu!- pokręciłam głową. To jest chore.- Ty… nie możesz tam iść! Przecież nie dożyjesz końca szlabanu! Ten człowiek jest zupełnie nienormalny! Powinni go trzymać pod kluczem, to PSYCHOPATA!
-Widać, że szanujesz mą rodzinkę!- parsknął- Ale oczywiście masz rację. Tak, nie dożyję.
A na pewno nie będę miał czym wrócić na noc do dormitorium… Trudno się mówi. Zapewne mamuśka wysłała go tu, by się zemścić za ucieczkę…
Przyjrzał mi się z rozbawieniem. Tak bardzo się o niego boję! Wyjątkowo go polubiłam przez te trzy tygodnie, które razem przeszliśmy, walcząc o życie bliskich i swoje nawzajem. Gdyby nie on, nie przetrwalibyśmy. Wydaje mi się, że Syriusz jest hmm… taki inny, niż zawsze sądziłam. Opiekuńczy i zaradny…
-Bardzo bym nie chciała, żeby ci się coś stało…- szepnęłam, zmartwiona.
Zlustrował mnie nieco zaskoczonym spojrzeniem.
-Jak ręka?- zmieniłam temat.
-Jakoś… Już mi nie dokucza tak bardzo. Apropos, wiesz, co powiedział mi tato Jamesa? Że nas szukali na wyspie Augón. Ale okazało się potem, że świstoklik był nie tam, gdzie trzeba… Wylądowaliśmy na malutkiej, nienazwanej wysepce niedaleko. Dlatego nas nie mogli znaleźć. Wyspa Augón ma oczywiście mieszkańców…
Przyjrzałam się Syriuszowi uważnie.
-Na pewno z ręką wszystko gra? Zapewne sam nie chcesz się przyznać, że cię boli…
-Masz rację…- parsknął.- Ech, lipiec na długo zapadł mi w pamięć…
Złapał się za przedramię bezwiednie.
-Mnie też… Ciekawe, kiedy powróci Lily…
A Lily powróciła w połowie października. Całkiem już ozdrowiała i nabrała kolorów, jednakże była smutna. Pewnego wietrznego dnia razem udałyśmy się na mój ostatni trening przed pierwszym w tym roku meczem.
-Wiesz, naczytałam się „Proroka” w Mungu.- wyznała mi tego dnia, gdy przybyła, odprowadzając mnie na boisko- I to jest chore. Ludzie znikają i nikt na to nic nie poradzi… Mary Ann, coś się święci. Nie podoba mi się to…
-Masz rację.- posmutniałam i zadałam retoryczne pytanie- Nic nie rozumiem, dlaczego tak jest?
-Nie wiem, ale zaczęło się coś dziwnego…
Zadął potężny wiatr, zamiatając liśćmi z Zakazanego Lasu. Ciemnoszare chmury zasłaniały widok i przypominały, że wakacje i słońce już nie wróci. Ten melancholijny widok uczynił naszą rozmowę jeszcze bardziej ponurą i jakby groźną. Lily przytuliła się do mnie w biegu.
-Ja nie chcę żyć pod presją…- szepnęła ze łzami w oczach.
-No co ty, Lily! Przecież jesteśmy silni, wszyscy! Nikt na to nie pozwoli, żeby jakakolwiek presja wkradła się do tego świata! Będzie dobrze…
Ale sama niezbyt w to wierzyłam. Doskonale wiedziałam, że nie jest dobrze.
-Drużyno!- ryknął poważnym głosem James, nasz nowy kapitan, biorąc się pod boki.- Powiem jedno: musimy dokopać tym kozakom ze Slytherinu!
-Szczególnie, że ich agresywność zrobiła się odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki nam pozostał do meczu…- zauważył chłodno Syriusz.
-Dokładnie! Pokażemy im, z kim, skubańcy, mają do czynienia!- wrzasnął, jak w wojsku- To nie przelewki! TO GRYFONI!
Musieliśmy wcześniej skończyć, by super-mega-joł-bohaterowie Ślizgoni mogli wejść na boisko. Po całkiem udanym treningu wszyscy się rozeszli, szczebiocząc z optymizmem. Mnie jednak on się nie udzielił. Na zewnątrz było teraz tak ciemno i smutno…
-Idź sama, znajdę cię w zamku…- mruknęłam do Lily, po czym samotnie udałam się na przechadzkę po zasnutych liśćmi i październikową mgłą błoniach.
Dziwnie się czułam. Jakby znów dopadła mnie depresja. Ale nawet nie wiedziałam, czemu tak nagle. Łzy spłynęły po policzkach, gdy pomyślałam o Severusie. Bardzo mnie ranił swą decyzją, deklaracją. Bo złożył ją, spotykając się ze śmierciożercami. Oni go zniszczą, zniszczą w nim dobro, które tak skrzętnie ukrywa. Dlaczego?! Czy nie mógłby przystać do nas? Nie mógłby zostać ze mną?! Przecież nawet nie chodzi o jakieś głębsze uczucia, trudno już… Chodzi o jego życie…
Tak bardzo mnie to zabolało. Nigdy Lily nie była dla mnie tak dobrą przyjaciółką, jak on. Z nim zawsze czułam się najlepiej i mogłam porozmawiać. Ufałam mu, bo nigdy nie zdradziłby mych tajemnic, milczałby jak grób. Lily była taka ciepła i dobra… Ale ja nigdy nie czułam się dobrze w towarzystwie dziewczyn. Tak naprawdę wcale nie miałam przyjaciół przed Hogwartem, moje koleżanki były zawsze takie okrutne i dwulicowe…
Severusie…
-Hehe! Nie ruszaj się, cizia!
Poczułam, ze ktoś złapał mnie z tyłu za włosy i popchnął na ziemię.
Klęcząc, uniosłam głowę. W mroku dostrzegłam kilku ludzi, stojących nade mną.
-Mmm, to ta gryfońska ślicznotka…- wyszczerzył zęby Rosier, Ślizgon.
-Mmm, to ten ślizgoński debil…- odparłam zadziornie.
-Masz nawijkę…
Rosier kopnął mnie w twarz, a jego kumple ryknęli śmiechem.
-Bardzo śmieszne…- potoczyłam drwiąco-mściwym spojrzeniem po kręgu, łykając krew.- Boki zlewać…
-Dla nas bardzo. Od dawna nie klęczało przed nami żadne gryfońskie ścierwo.
-Nie istnieje coś takiego, jak gryfońskie ścierwo. Człowiek nie jest ścierwem, kochanie!
-Wszyscy są ścierwami!
-Ech, widać, że szanujecie swój dom i siebie nawzajem…- znów zarobiłam kopa.
-Wiesz co, ciziu, twoja obecność na meczu wydaje się być zbędna…
Wycelował we mnie różdżką, zaraz potem fioletowe światło rozjaśniło mrok październikowego wieczoru…
40. Masakra&Makabra Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 28 Listopada, 2009, 12:29
Nowa notka nr 40, jak obiecałam (nie 41, pomyliło mi się w poprzedniej). Za dwa tygodnie następna. Acha, i tytuł zmieniłam. Mam nadzieję, że Wam się spodoba
Tym razem naprawdę w chatce zaległ jakiś dziwaczny, szary cień. Myślę, że każdy z nas zastanawiał się, kto może być następny.
Syriusz siedział przy stole, opierając głowę na ręce, totalnie załamany. James chodził po całej izdebce w tę i nazad. A ja, standardowo, siedziałam przy Remusie. Panowała cisza. Tylko w przybudówce coś trzeszczało i skrzypiało.
-No dobra, i co teraz zrobimy?- mruknął James po kilku godzinach.
-Nie wiem. Po prostu nie wiem.- pokręciłam głową.
-Syriuszu?- zapytał przyjaciela, jednak ten jęknął jedynie:
-Po jaką cholerę ja go tam zostawiałem. Po co?
-Też się nad tym zastanawiam.- odparł chłodno James.
Syriusz przeniósł na niego uważne, nieco nieobecne spojrzenie.
-Ty mnie obwiniasz.- stwierdził spokojnie.
-No wiesz… W sumie mogłeś go tam nie zostawiać…
-A wy mogliście go wziąć ze sobą…
-Nie rozśmieszaj mnie!- zaśmiał się James z pogardą- To nie ja jestem uparty, jak…
-Jak co?- zawarczał porywczo Syriusz- No, dalej! Odważ się i wymów to niewygodne słowo!
Jednak James nic nie powiedział, jedynie mierzył go zezłoszczonym spojrzeniem z góry.
-Bądźmy szczerzy. To twoja wina. Niczyja inna.
Syriusz wstał z krzesła w sekundę.
-Poczekaj.- złapałam go z przodu za ramiona.- Syriuszu, nie kłóćcie się, sytuacja jest paskudna. To niczyja wina…
-Nie oszukuj sama siebie!- usłyszałam zza pleców wrzask Jamesa- Doskonale wiesz, czyja to wina! Tylko nie chcesz urazić świętej krowy, no nie?!
-James!- warknęłam, przytrzymując Łapę, który nagle się szarpnął w jego stronę- James, jak możesz! Na pewno tak nie myślisz!
-Owszem, myślę tak! Wypowiadam na głos, to co myślę!- dodał zjadliwym tonem, czyniąc aluzyjną uwagę na mój temat.
-Dobrze więc!- zezłościłam się.- Załatwcie to po męsku, jeśli myślicie, że to sprawi, iż Peter i Lily wrócą. Ale nie w pomieszczeniu, nie chcę, by krew i mięso opryskały Remusa. Na zewnątrz!
I wskazałam drzwi, sygnalizując „Wynocha!”. Żaden się nie ruszył.
Za to ruszył się Remus.
-Mmm…
Wszyscy natychmiast zapomnieli o kłótni i podbiegli do niego.
Uchylił swe miodowe oczy, błyszczące od gorączki.
-Znów się chlają?...- spytał bardzo cichym szeptem.
Wszyscy aż się roześmiali z powodu tego, że jego głos znów się rozległ w tym domku.
-Remusie!- spytał czule Syriusz- Potrzeba ci czegoś?
-Pić mi się chce…- szepnął
Gdy już udało mi się go napoić, uchylił oczy nieco szerzej.
-Coś cię boli? Jak się czujesz?
-Boli mnie bok. I głowa. I wszystko…
Cmoknęłam go w policzek. Tak bardzo mnie ucieszyło jego ocknięcie!
-Nie widzę Petera…- zauważył.
Wymieniliśmy wymowne spojrzenia.
-Bo Petera nie ma. On… zniknął, jak Lily.- wyjaśniłam.
Remus bardzo się tym przejął.
-Kiedy?
-Dzisiaj… Przed kilkoma godzinami. Ale będziemy go jeszcze szukać.
Istotnie, tak było. Jedna osoba zostawała z bardzo słabym Luniaczkiem w domu, a dwie szły szukać. Przez dwa dni obeszliśmy spory obszar, jednak nic nie można było znaleźć.
-Jakby zapadli się pod ziemię!- narzekał Syriusz na pewnym śniadaniu, niecałe dwa tygodnie po przybyciu tu.- Przecież muszą gdzieś być! Nawet, jak ich coś zeżarło…
Napotkał na nieprzychylne spojrzenia, więc się zamknął i dalej konsumował.
-Znowu wyruszamy, po śniadaniu?- westchnęłam.
-Najpierw trzeba nazbierać owoców na obiad. Już mam ich dość, porządnego mięsa nie ma… Jestem ciągle głodny!- burknął James.
-To ja pozbieram.- zaofiarowałam się.- Nie myślcie, że odejdę zbyt daleko.- dodałam, widząc ich miny.
-Dobra, to my w tym czasie przejdziemy pobliską plażę. Nie zajmie nam to dużo czasu.
Tak więc po śniadaniu chłopcy poszli na plażę, a ja udałam się do pobliskich drzewek z brzoskwiniami. Ale nie do tego sadu, gdzie znikła Lily, to byłoby zbyt niebezpieczne.
Za każdym zerwanym owocem odgarniałam gałęzie, by dostać się do tych ukrytych między liśćmi. Taka powolna praca bardzo mi odpowiadała, mogłam skupić myśli.
Jesteśmy tu już prawie dwa tygodnie… Dlaczego nikt nas nie szuka? Czasem mam wrażenie, że to jakiś inny wymiar, sen…
Otarłam boleśnie rękę o jedną z gałęzi. To wyrwało mnie nieco z letargu, odgarnęłam ją i dalej szukałam.
Nie przedstawia się to zbyt sympatycznie. Dopóki nie znaleźliśmy Lily i Petera, nie ma co marzyć o powrocie. Naszym największym obecnie zmartwieniem jest nie to, kiedy i jak stąd się wydostaniemy, ale czy się wydostaniemy. W jednym kawałku.
Natrafiłam dłonią na jakiś czarny, zakrzywiony, gładki sęk. Nawet mnie to zdziwiło, ale nie przywiązywałam do niego dużej wagi.
Poczułam dziwny, nieprzyjemny odór. Nabrałam podejrzeń i machinalnie się rozejrzałam. Nic. Musiało mi się wydawać…
No cóż, przynajmniej Remus się obudził, to już coś…
Sęk drgnął pod moją dłonią nienaturalnie.
-Co jest…- mruknęłam.
Dostrzegłam przed moją twarzą inny sęk, podobny do trzymanego, jednak zakrzywiony nie od dołu, lecz od góry. Wyglądały jak dwa półksiężyce, krzyżowały się. Ciekawe, co to za roślina lub drzewo.
-Hmm…- pojechałam wzrokiem po ich powierzchni, by dostrzec, z czego wyrastają.
Dwa długie na pięćdziesiąt cali, czarne sęki w kształcie księżyca rosły tuż przy sobie. Wyrastały z czegoś dziwacznego- jakiejś czarnej, pomarszczonej kuli, nieco większej, niż ludzka głowa.
Wyglądała jak zgniła śliwka.
-O cholera…- wyrwało mi się. Z przerażenia. Zamarło we mnie serce. Ta kula MA OCZY. Czerwone, straszliwe szparki.
I oto dotarła do mnie przerażająca świadomość, że stoję oko w oko ze straszliwym, niewyobrażalnym stworem.
Miał wzrost wysokiego mężczyzny. Cały był czarny, miał bardzo chude, widmowe ciało, trzy pary ramion, zakończonych szponiastymi dłońmi, na końcu każdej dostrzegłam bardzo długie i ostre jak sztylety pazury. Z tyłu, na wietrze, łopotały czarne, nietoperze skrzydła. Lecz najgorszy był ten gigantyczny dziób. Wyglądał, jak dwa skrzyżowane sierpy i myślę, że był tak ostry.
Stwór zasyczał coś przenikliwie. Odzyskiwałam powoli mowę, poczęłam się cofać, a po chwili wydałam z siebie najgłośniejszy z możliwych wrzasków.
Po czym rzuciłam się do tyłu, by uciec.
Za mną rozległ się straszliwy skrzek oraz łopot skrzydeł. Upadłam instynktownie na ziemię, w tym samym momencie, w którym stwór, rozczapierzając szpony, przeleciał nade mną.
Po chwili zawrócił po mnie, szybując nisko przy ziemi.
Zerwałam się i rzuciłam do ucieczki. Tak bardzo nie bałam się nawet chimery. Ten stwór mnie przerażał dziesięć razy bardziej.
-SYRIUUUUUUUUSZUUUU!!! JAAAAAMEEEEEES!!!
Wiedziałam, że to coś nadąża za mną. Po chwili poczułam osty ból po obu stronach boków, a stopy zamiast po ziemi, poczęły mielić w powietrzu- zmora złapała mnie szponami u nóg…
Na ten moment wpadli chłopcy.
-Meg!- wrzasnął piskliwie James. Błyskawicznie uczepił się moich nóg. Stwór nieco zniżył lot z powodu nagłego dodatku wagi.
Syriusz krzyknął, cały biały ze strachu:
-Sectumsempra!
Stwór zaskrzeczał i zwaliliśmy się w trójkę na ziemie. Jego czarna krew oblała moje ramię.
Bestia wzbiła się w powietrze, po czym zniknęła za drzewami.
-Auu…
Bo oto krew wypaliła dziurę w mojej koszuli i zraniła ramię.
-O żesz ty w mordę…- wydusił z siebie James, dysząc ciężko.- O rany…
Zerknęłam na Syriusza. Stał jak słup soli, wypatrując stwora na niebie. Ale nie powrócił.
Ja i James pozbieraliśmy się z ziemi (ja z trudem, bo potwór zranił mnie pazurami w boki) i popędziliśmy do domu.
-Teraz przynajmniej wiemy, jak wygląda agresor…- mruknął Syriusz, gdy usiedli przy stole, a ja przemywałam sobie rany, leżąc na łóżku.
-Bardzo dużo nam to dało, nie ma co!- warknął z sarkazmem roztrzęsiony James.- Teraz wiem, jak wygląda ten, który porwał Lily. I Peta.
-Nie zaczynaj pretensji…- mruknął Czarny
-Nie zaczynam!- wrzasnął- I wiecie co?! Teraz rozumiem jak ważne jest, by NATYCHMIAST go znaleźć. Nie wiem, co zrobicie z tym faktem, ale ja mam dość. Żegnam!
-Gdzie idziesz?!- przeraził się Remus.
-Odnaleźć ją…
I zniknął za drzwiami.
-Zatrzymaj go!- krzyknęłam do Syriusza, co natychmiast uczynił.
-O rany…- mruknął Remus- „Odnaleźć ją”…
Pokręcił głową wymownie. Oczywiste było, kogo James miał na myśli…
Niestety, Syriusz wrócił parę minut później, twarz miał zdenerwowaną i bladą.
-Wsiąkł. Nigdzie go nie ma. On naprawdę poszedł po nich…
Zakryłam dłońmi twarz i rozpłakałam się. Emocje wzięły górę, skumulowane się przez te wszystkie dni.
-Boże, przecież on zginie. To diabelstwo go zabije…
Usłyszałam westchnięcie Syriusza i uderzenie pięści w stół.
-Wszystko się rozwaliło. Wszystko. Nie ma już dla nas nadziei…- kontynuowałam.
-Wydostanę nas stąd. To niedorzeczne, byśmy tu pomarli, tak po prostu z przypadku… Musimy coś wymyślić. Nie można tak się poddawać.- warknął Łapa.
-Już nic się nie da. Nic. Nawet jak to coś wytropisz, to wątpię, by ci się udało to pokonać. Nie wyglądało na zwyczajne zwierzę…
Syriusz usiadł obok i wlepił we mnie błyszczące, szare oczy.
-Mary Ann.- rzekł- Nie możesz tak mówić. Gorzej będzie ze znalezieniem tego stwora, ale musimy im pomóc. Chyba nie chcesz ich z nim zostawić, nie?
-Pewnie już dawno nie żyją. Lily została porwana już dwa tygodnie temu. Myślisz, że wciąż trzyma ją w spiżarni?! I czeka, aż utyje?
-Nie możemy z góry zakładać, że nie żyją. Chociaż spróbujmy!- uparł się
-Jak?- jęknęłam płaczliwie- Już próbowaliśmy. Każdego dnia próbujemy… I nic… I jeszcze James odszedł i zabrał jedną różdżkę… Zostanie zjedzony…
Znowu zaczęłam płakać.
-Teraz nam się uda! Mamy jeszcze jedną różdżkę! Musimy spróbować!
-A co z Remusem? Zostawisz go tu?
-Zabezpieczają nas czary. Nic mu nie będzie. Czuje się coraz lepiej, prawda Remus?
-Uchu.- rozległo się wielce entuzjastyczne burknięcie.
-No widzisz?- uśmiechnął się nieco wymuszonym uśmiechem.- Trochę optymizmu, dziewczyno!
Jednak optymizm nie pomógł nam ani trochę w poszukiwaniach, które prowadziliśmy przez następne dwa dni. Praktycznie nie było nas w domu. Oczywiście, nie muszę nadmieniać, że James nie powrócił. Ale nas to nie zdziwiło. Na temat potwora nic nie znaleźliśmy, żadnych poszlak, śladów obecności. Czasem tylko rozlegało się na wyspie jakieś dziwaczne, donośne skrzeczenie, ale wydawało się tak odległe, że nie sposób było zorientować się, skąd dochodzi.
-Może powinniśmy sporządzić mapę?- zapytał Syriusz trzeciego dnia od odejścia Jamesa.- Znamy tę wyspę dość dobrze, pomogłoby to nam w wyborze, miejsc, których nie przetrząsaliśmy.
-A nie pomyśleliście, że skoro to fruwa, to ma kryjówkę gdzieś wysoko?- zauważył Remus.
Syriusz uderzył całą powierzchnią dłoni w czoło i przejechał nią w dół po całej twarzy.
-O niebiosa, czyżby trzeba było przechodzić całą wyspę jeszcze raz?!
-To tylko sugestia. Nie muszę mieć racji, no nie?
-Ale pewnie, jak zwykle zresztą, masz…- westchnął.
-Dobrze, że nie musimy szukać pod ziemią… Albo pod wodą.- zaśmiałam się- Zawsze jakiś plus.
-Hura.- burknął Łapa- Cieszmy się.
-Jakbyś mógł z nami szukać, Remusie…- westchnęłam.- Trzymalibyśmy się wszyscy razem.
-Chyba teraz jest lepiej.- stwierdził- Przynajmniej jest wam łatwiej, nie? Kilka godzin temu, jak się kręciliście w przybudówce, to wolałem…
-Gdzie?- zapytaliśmy naraz.
-No w tej małej szopce, co stoi przy tym domku. Chodziliście tam dziś. Słyszałem was.
-Cały dzień szwendaliśmy się po wschodnim wybrzeżu.- zdumiałam się- A do szopki nie wchodziłam nigdy. Wchodziłeś do szopki, Syriuszu?
Pokręcił głową przecząco.
-James powiedział mi, że tam jest jedynie pieniek i szczapki.- stwierdził.- Nie było sensu tam włazić.
-No właśnie. Jakim cudem nas słyszałeś?
Remusowi wydłużyła się twarz.
-Jestem absolutnie pewny, że słyszałem wyraźne hałasy. Nie wołałem was, bo nie chciałem was rozpraszać…
Zmierzył nas przeciągłym spojrzeniem, po czym szybko stwierdził:
-Nie wydawało mi się!
Syriusz rzucił mi wymowne spojrzenie i wyszedł. Chwila ciszy.
-Mary Ann?- krzyknął
Pobiegłam do szopki. Była jeszcze bardziej licha, niż chatynka. Na środku stał potężny pieniek, znaczony licznymi uderzeniami siekiery, przy nim leżały dosłownie cztery szczapki. Na ścianach nic nie wisiało.
Syriusz i ja wymieniliśmy długie spojrzenia.
-Po co ktoś tu miałby włazić?- zapytał.
-Bardziej zastanawiałabym się nad jego tożsamością, niż celem wizyty…- odparłam.
-Jeżeli to był mieszkaniec, to czemu nie wszedł do środka?- głowił się Syriusz- Czemu już tu nie mieszka? Po co mu coś z szopki?
-Nie wiem…
Wiadomość, że ktoś nachodził naszą szopkę z pewnością wywarła na nas wrażenie. Przeczesaliśmy ją dokładnie w poszukiwaniu jakichś skrytek-bez skutku.
Nikt nie potrafił wywnioskować, po co ktoś tu przyszedł. I tym bardziej, kto to był.
Wkrótce ogarnęła nas galopująca frustracja. Nasuwające się wciąż pytania, nie mające odpowiedzi, bezskuteczne poszukiwania… Każdy z nas zrobił się okropnie nerwowy, a najbardziej już Syriusz. Warczał o byle co i na byle kogo. Remus nic się nie odzywał, leżał jedynie i wpatrywał się całymi godzinami w sufit. Oboje stracili apetyt i stali się mrukliwi.
Starałam się jak najrzadziej siedzieć z nimi w chatce, lecz nie mogłam przecież odchodzić zbyt daleko, toteż zaszywałam się niedaleko, zbierając owoce lub pod głazem i pilnowałam całymi godzinami przybudówki. Czasem dochodziły do mnie krzyki i odgłosy kłótni. Na jedną z nich wkroczyłam szesnastego dnia od przybycia tu.
-Ale czego ty w ogóle ode mnie chcesz?!- krzyczał z żalem Remus. Syriusz stał na środku z wściekłą miną.
-Niczego nie chcę od ciebie! Przecież niczego nie sugerowałem!!!
-To dlaczego, na gacie Merlina, się tu wyżywasz?! Nie wmawiaj mi, że to nie było aluzyjne!
-A gdzie mam się wyżywać?!
-Na zewnątrz!
-Oczywiście, zapomniałem o świętym Remusie, któremu dokucza główka i MUSI mieć spokój!
-Masz coś do mojej głowy?!?!
-Zaraz ci…
-CISZA!!!
Oboje jednocześnie przenieśli na mnie zaskoczony wzrok.
-Nie wtrącaj się!- warknął natychmiast Syriusz.
-Nie mów tak do niej!- wrzasnął Remus.
-Remus, nie denerwuj się, nie warto…- zauważyłam chłodno.- Chciałam, żebyście się przymknęli; słyszy was cała wyspa…
-I co z tego?!- krzyknął Syriusz- Mam to gdzieś!
-Wiemy, że masz zawsze wszystko gdzieś, ale nie musisz tego tak wylewnie okazywać. Pohamowałbyś się czasem.- zmrużyłam oczy.
Syriusz w swym wybuchowym charakterze wydał zblazowany, wściekły ryk, po czym zaatakował:
-Nie jesteś moją matką! Nie praw mi kazań!
-To nie są kazania, Black, a jak masz problem ze zdefiniowaniem i odróżnieniem kazania od zwykłej uwagi, to już twój zakichany interes!
Black zaklął, wściekły na cały świat.
-Po co tu w ogóle przychodziłaś?! Żeby się na mnie, oczywiście, powyżywać, no nie?! Znudziło ci się udawanie, że robisz coś konstruktywnego?!
-Kto tu się na kim wyżywa, Panie Cierpiętniku?! Jesteś chamski i przewrażliwiony! Cały czas to TY chodzisz z nosem na kwintę! Tylko TY warczysz na wszystko co żyje i nie żyje! Tylko TY nie znosisz tego jakoś po ludzku, tylko niczym zblazowane książątko! W sumie, to nie jestem zdziwiona, bo ty JESTEŚ zblazowanym książątkiem!
-Jeszcze jakieś wąty do mnie?!- wrzasnął, wymachując niebezpiecznie rękoma na wszystkie strony- Proszę bardzo!!! Możesz do woli nadawać, a ja tu z uśmiechem posłucham wszystkich wrzut!
-Ty? Z uśmiechem?! Cud by się stał!!!- odgięłam się do tyłu i wrzasnęłam nieśmiesznym śmiechem.
-Jakbyś nie zauważyła, to nie mam powodu by się szczerzyć do byle czego i byle kogo!!!
-Pewnie, że zauważyłam! Korzystasz z tego przywileju ile wlezie! I czasem mógłbyś choć okazać, że cię TROSZKĘ interesuje, byśmy jakoś to przeżyli, a nie na okrągło tylko żerować na cudzym pragmatyzmie!
-JA?! Kiedy ostatnio was wykorzystywałem?! Robię tu równie dużo, jak… inni…- nie chciał wymówić „Ty”.
-Super!- uśmiechnęłam się filuternie- Tyle, że nie zauważyłam.
Nie było to do końca prawdą, bo Black pracował tyle, ile ja. Jednakże chciałam go jakoś zagonić do roboty. Niestety, osiągnęłam odwrotny efekt.
Black, cały siny ze złości, odgiął nogę do tyłu i swoim ciężkim, okutym butem z całej pary, celnie wymierzył kopa jednemu z taborecików. Krzesełko przekoziołkowało kilka razy, po czym przyparowało w ścianę, tracąc w locie nogę. Cała chatka zadrżała.
-CHOLERA! MAM TEGO DOŚĆ!!!- wrzasnął.
-WYOBRAŹ SOBIE, ŻE JA TEŻ!!! WYCHODZĘ STĄD!!!
-HURA!!! BĘDĘ KORZYSTAŁ, PÓKI MOGĘ!!!- udał nieopisaną, szaleńczą radość.
Odwróciłam się teatralnie na pięcie i wybiegłam z domku, nie panując ze złości nad własnymi ruchami. Nogi niosły mnie przed siebie, po chwili zorientowałam się, iż jestem na plaży.
Usiadłam na niskim piaskowcu, opanowując się nieco.
Nie spodziewałam się, że tak to się skończy… Ale jeśli chodzi o mnie i o Blacka to się zazwyczaj tak kończy…
Dawno się z nim nie kłóciłam. Chyba ostatnio w lutym, czy coś…
Bardzo mnie to przejęło. Nie powinniśmy stawać po dwóch różnych stronach wrogiego obozu w takim położeniu, jednak stanęliśmy. Może nie powinnam tak ostro i ironicznie reagować? Czemu nie potrafię po prostu zbagatelizować zaczepki?
Siedziałam dość długo na małym piaskowcu obserwując słońce nad horyzontem. Dziwne to życie… My sobie siedzimy w chatce, a nasza trójka przyjaciół gdzieś leży, nie wiem nawet, czy żyją… Teoretycznie powinniśmy ich szukać. Tyle, że zrobiliśmy już chyba wszystko. Mogą być jedynie pod ziemią lub pod wodą. Nie widzę innego wyjaśnienia.
-Mary Ann?- usłyszałam nieśmiały głos.
To był Black. Zerknęłam na niego niechętnie.
-Przepraszam.- mruknął, nie patrząc na mnie.- To moja wina, za bardzo się denerwuję…
Nie chciałam go słuchać, te przeprosiny zawsze wyglądają tak samo, a potem nic!
-Dobra, zapomnijmy, to była też moja wina…- wymamrotałam dla świętego spokoju i odwróciłam wzrok na horyzont.
-Wciąż się na mnie boczysz.- stwierdził.
-Nie, już nie…
Dosiadł się do mnie i siedzieliśmy w milczeniu przez kilkadziesiąt minut, dopóki słońce nie zawisło wyjątkowo nisko nad linią horyzontu.
-Gdzie oni mogą być?- zapytałam w zamyśleniu po raz setny chyba.
Odpowiedziało mi milczenie.
-Byliśmy już wszędzie…- kontynuowałam.
-Może nie? Może jest coś, o czym nie wiemy…
-Ale co?- zirytowałam się- Chyba mogą być tylko pod ziemią…
Syriusz zastanowił się chwilę, po czym parsknął:
-Taa, krecik ich wciągnął…
-To nie jest śmieszne. A poza tym, co tu robi ten mieszkaniec? Po co mu przychodzić do szopki? Chyba nie ma tam nic ciekawego! Dlaczego my go nigdy nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy?!- skarżyłam się dalej.
-Może nie chciał nam wchodzić w drogę? Może ma tam ukrytego coś ważnego?- zastanawiał się Syriusz.
-Taa, rzeczywiście! Przecież tam spoczywają nieprzebrane bogactwa!- sarknęłam.
-Och, może je zakopał i teraz szuka… Może są pod pieńkiem…
-Nie wiem. Mam wrażenie, że koleś nas unika…
-Może…- zamyślił się Syriusz i zapadło milczenie trwające kilka minut.
Nagle Syriusz zerwał się. Miał rozgorączkowane oblicze.
-Co jest?
Począł chodzić w kółko, ogarnięty euforią.
-Powiedz mi- wyglądał na przerażonego w tej chwili.- czemu nasze zaklęcia kamuflujące nie działają?
-Nie?
-O rany… Przecież ktoś nam się nieustannie ładuje do szopki, no! WIDZI JĄ!
Zmarszczyłam brwi:
-Nie irytuj się… Niedokładnie je rzuciłeś.
-Nie!- prawie krzyknął- Wiem, że są prawidłowe! No więc?
Pokręciłam głową na znak, że nie wiem.
-Ponieważ one działają na ludzi. I większość zwierząt. Chyba, że jakieś zwierze jest czarnomagiczne…
Zawiesił głos, bym mogła zastanowić się nad jego słowami. Coś kliknęło w moim mózgu i ciarki przeszły moje plecy.
-Ty sugerujesz, że…
-Ten stwór włazi nam do przybudówki!- wrzasnął, zaskoczony.- Tyle, że nie wiem, po co.
-Już ci mówiłam, że tam nic nie ma.- szepnęłam, przerażona faktem, że ta zmora przebywała tak blisko nas.
-Taa…- burknął z rezygnacją- Mówiłaś, że…
Jego oczy bardzo powoli wyszły z orbit, by z powrotem do nich wrócić, jednakże inicjując zwyczajowe dla Syriusza mrużenie ich od dołu. Nawet się lekko uśmiechnął. Wyglądał, jak dzieciak, który ze stoickim spokojem zdaje sobie sprawę, że „mój plan wysadzenia połówki szkoły jest genialny…”. Trochę przerażał mnie w tym momencie.
-Już wiem…- wydusił z siebie z lekkim zdziwieniem, jakby było to dziecinnie proste, by dostrzec rozwiązanie.- Już wiem! Remus mi…
Nagle z wolna jednak jego twarz przybrała przerażony, sparaliżowany wyraz. Jednomyślnie ze mną zresztą.
-Remus…- szepnęliśmy naraz i rzuciliśmy się ku domowi.
Po kilku chwilach wpadliśmy do domku. Syriusz syknął jakieś przekleństwo i runął jak długi, wywracając się o jedną z nóg stołu, leżącą przed wejściem. Bo cały stół leżał wywrócony gdzieś przy nim.
W moich oczach zaszkliły się łzy. Taboreciki leżały kompletnie rozwalone, nie wspomnę o stole. Skorupy misek walały się na podłodze, dywan się podarł…
Na łóżku Remusa spoczywała jedynie zbełtana pościel.
-REMUS?!- krzyknęłam, a łzy potoczyły się po mojej twarzy obficie. Wyleciałam na zewnątrz, na środek placyku i wrzasnęłam, ile sił w płucach:
-TY DIABLE!!! ZWRÓĆ MI MOJEGO BRATA!!!
Cisza. Tylko echo mego głosu odbijało się jeszcze chwilę w powietrzu.
Osunęłam się na kolana, łkając.
-Weź mnie, zamiast niego…- błagałam, kryjąc twarz w dłoniach.
Niemożliwe… Remus nie może umrzeć… Nie mam drugiej takiej osoby na świecie, nikogo tak nie kocham… Jak on umrze, umrę i ja…
Położyłam się na ziemi i zwinęłam w kłębek, czekając na śmierć. Mogę biec przed siebie, bestia mnie pożre, jak mojego Remusa… Mojego kochanego Remusa…
Syriusz przyszedł, w oczach miał łzy. Już po chwili przytulałam się do niego i płakałam ile mogłam. Nigdy tak się nie czułam. Nigdy. Nawet, jak zginęli mi rodzice…
-Zabij mnie!- poprosiłam przez łzy.- Remus nie żyje…
-Żyje, nie mów tak! Uratujemy go! Teraz już wiem, jak!
-Nikogo tak nie kocham, jak jego…. Jeżeli on nie żyje…
Nie mogłam mówić dalej. Syriusz zaprowadził mnie do chatki i postarał się zrobić jedyną różdżką porządek.
Gdy już się uspokoiłam, na dworzu było zupełnie ciemno. W chatce panowała cisza.
-I co?- zapytałam wilgotnym tonem Syriusza, który siedział na posłaniu naprzeciw i ukrywał twarz w dłoniach. Rozczapierzył dwa palce i jedno oko błysnęło do mnie spomiędzy nich.
-Wiesz, jak tam się dostać…
Kiwnął głową, zdecydowany, by działać.
Poszliśmy zatem do przybudówki. Syriusz podszedł do pnia i spróbował go ruszyć bezskutecznie z miejsca.
-I co?- spytałam.
-Patrz…
Na bokach pnia dostrzegłam podobne rysunki, jakie widziałam na skale tego pamiętnego dnia, którego zaatakowała mnie chimera.
Spojrzał na mnie w stylu „A nie mówiłem?”
-Ale nie chce się ruszyć…- zauważyłam.
Syriusz uważnie zlustrował powierzchnię pnia, po czym rozgorączkowany wybiegł. Po chwili wrócił z ostrym kamieniem. Począł rąbać nim tam, gdzie zwykle kładzie się szczapki.
Rozległ się jakiś podziemny zgrzyt, po czym pień odjechał w bok, ukazując pionowy wylot jakiegoś oświetlonego czerwienią kamiennego szybu. Wyglądał, jak okrągły komin.
-Skąd wiedziałeś?!- zapytałam z podziwem, gdy kucnęliśmy na jego krawędzi.
-Po primo, wyobraziłem sobie, że jestem ostrodziobym stworem. Musi mieć jakiś sposób tajnego włażenia. Po secundo, na pniu nie ma jedynie bruzd po siekierze. Są także dziwne, stożkowe wgłębienia.
-Jesteś genialny…
Zerknął na mnie z lekkim uśmiechem, jego twarz podświetliło od dołu czerwone światło panujące na dole.
-A jak się domyśliłeś, że to tu?
-Coś tu nieustannie skrobało, a że tkwi tu jedynie ten pieniek, to nie było zbyt trudne, by powiązać go z tym wszystkim…
Szybem dolatywały do nas dziwaczne, kopalniane odgłosy. Przeszły mnie ciarki.
-Kto by pomyślał…- pokręciłam głową i dalej kucaliśmy, nie robiąc żadnych manewrów.
-Nie wiem, jak ty, ale ja teraz nie mam wcale ochoty tam złazić!- parsknął.
-Ja też nie…- przyznałam.
-Dobra, czas nagli…
Oparł stopy w jakichś wgłębieniach i począł złazić w dół. Obserwowałam z góry jego czarną głowę, dopóki nie uniósł twarzy do góry.
-Schodzisz teraz, czy ja mam najpierw…?
-Schodź, schodź… Poczekam… Chyba byś nie chciał mną oberwać, jakby mi się omsknęła noga, nie? Tylko jak już zejdziesz, to daj mi znać…
-Jakby co, to cię złapię…- zarechotał i spuszczał się dalej.
W końcu czerwień całkowicie go wchłonęła. Przechodziły po mnie ciarki, gdy zdałam sobie sprawę, że stwora może nie być tam, lecz na polowaniu. I zaraz wróci, wejdzie od tyłu do szopki… A Syriusz ma jedyną różdżkę…
Wolałabym nie wskakiwać na łeb na szyję do szybu.
Usłyszałam z dołu stłumiony krzyk:
-Dobra!...
Z duszą na ramieniu i trzęsącymi się rękoma wlazłam do komina i zaczęłam szukać wgłębień.
W szybie panowała straszliwie wysoka temperatura. Od razu przeszedł mnie dreszcz od tego gorąca. Skały były zwietrzałe i kruche a ja wciąż miałam wrażenie, że stwór patrzy na mnie z góry przez malejące, okrągłe okienko do świata, słońca…
Podróż w dół trwała wyjątkowo długo, zbyt długo. W końcu trzęsące się kończyny oderwały się od skały, a ja zeskoczyłam ze ściany kilka cali nad ziemią. Napięte mięśnie nóg puściły, co zaowocowało stratą równowagi. Na szczęście Syriusz złapał mnie mocno wpół i zamarliśmy, nadsłuchując.
Przed nami rozpościerał się wylot kamiennego korytarza o niskim stropie. Jego końca nie można było dostrzec, ginął w czerwieni. Dochodziły stamtąd dziwaczne odgłosy od czasu do czasu. Coś jakby uderzenia młota. A może echo tak to zniekształcało?
Syriusz puścił mnie, wymieniliśmy wymowne spojrzenia, uśmiechnął się, by dodać mi otuchy, po czym z wolna ruszyliśmy korytarzem, trzymając się blisko ściany.
Straszliwie się bałam, zerkając nieustannie nerwowo przez ramię. Rany, jakby ściany miały oczy…
Korytarz zdawał się nie mieć końca, nasze kroki odbijały się dudniącym echem od kamiennych ścian. Wolałam jednak, żeby rzeczywiście nie miał końca…
Syriusz, jakby czytając w moich myślach, mruknął zachęcająco:
-Ej! Jeszcze nie takie przygody cię czekają…
Wreszcie stanęliśmy u wylotu korytarza. Naszym oczom ukazała się bardzo wysoka, wielka… no właśnie, co? Grota, jaskinia… Jej strop ginął w czerni, panowała wysoka temperatura, a to z powodu lawy, bulgoczącej w licznych kraterach. Syriusz zmarszczył brwi.
Na drugim końcu majaczył jakiś portal bez drzwi, topornie wyciosany. Wolno udaliśmy się w tamtym kierunku, uważnie nadsłuchując. Prócz dziwnych dźwięków, odbijających się echem od ścian nie zarejestrowałam niczego podejrzanego. Panował niezwykły spokój i cisza. Ale to jeszcze bardziej napełniało mnie paraliżującym strachem. Pomyślałam, że jeżeli coś nagle wyskoczy zza węgła, to dostanę zawału. Jednakże nic się nie działo, jaskinia wciąż wpędzała mnie w chory spokój i poczucie bezpieczeństwa….
Przeszliśmy przez kamienny łuk. Na lewo biegły strome, wyciosane schody w dół, a za nimi zakręt w lewo, ginący za ścianą. Ogarnęła mnie paranoja. W poprzedniej jaskini chociaż była przestrzeń, a tu? Ciasne korytarze…
Zagłębialiśmy się coraz bardziej w kompleks korytarzy i zawiłości, nie wydając pary z ust. Obracałam głowę na prawo i lewo, ale nic się nie działo. Lustrowałam dziwaczne, zamurowane wnęki. Ciekawe, co w nich zamurowano?
-Dziwne, nie?- szepnęłam do Syriusza- Prawda? Syriusz…?
Spostrzegłam, że nie ma go ze mną. Z przerażeniem rzuciłam okiem naokoło, ale zaraz wydałam westchnięcie ulgi: po prostu, Syriusz zatrzymał się kilka kroków za mną i zaglądał przez jakieś drzwi. Podeszłam do niego. Żołądek podjechał mi pod samo gardło.
W komnacie o wyjątkowo małych rozmiarach leżały kości: małe, duże, długie i krótkie, zwierzęce i… ludzkie…
Wolno weszliśmy do środka. Myślałam, że zwymiotuję.
-Czy myślisz, że to mogą być… ich kości?- spytał słabo Syriusz.
Nie odparłam, bo nawet nie chciałam dopuścić takiej opcji do wiadomości.
-Dobra, wracajmy…- szepnął.
W miarę spokojnie wyszliśmy.
Rozległ się klekot i jedna z czaszek, kopnięta niechcąco syriuszowym butem, wytoczyła się na korytarz. Brzmiało to zdecydowanie za głośno.
-Cicho!- skarciłam go- Bo…
Straszny łoskot zagłuszył dalszą część. Dopiero po chwili zorientowałam się, co się dzieje. Przy zamurowanych wnękach unosił się pył, stos porozłupywanych kamieni i gruzu spoczywał pod każdą. A z kłębów pyłu szło ku nam kilka poskręcanych, dziwnych upiorów. Wyglądali, jakby kiedyś byli ludźmi. Teraz jednak na pewno nie można było o nich tego powiedzieć. Dostrzegłam, że w półmroku korytarza ich oczy świeciły się, jak kotom.
Widok zbliżającej się z wolna armii umarłych na pewno nie był krzepiący.
-Matko, Syriuszu…- wydusiłam i przywarłam do niego- Zrób coś… błagam!
„Gdybym tylko miała różdżkę” przeszło mi przez myśl.
Łapa powalił najbliższego zaklęciem Relashio, jednak stwór wstał i z wolna ruszył ku nam, wyciągając ręce do przodu i powłócząc nogami. Tu i ówdzie rozlegało się jakieś warknięcie i jakiś niski, dudniący bulgot. Syriusz oniemiał. Ku nam tłoczyły się nowe stwory, nie było drogi ucieczki…
Wyrwałam mu różdżkę, i myśląc, że to jedyny sposób, krzyknęłam:
-Incentio Maxima!
Potężny, huczący płomień, długi, jak smoczy ogień, uderzył w mur stworów. Kilka od razu stanęło w płomieniach niczym żywe pochodnie, niektóre padły od ognia, dogorywając na ziemi. Wolno ruszyłam do przodu, by ogień strawił wszystko, co się rusza, poza Syriuszem i mną. Wkrótce u naszych stóp słał się dywan z poskręcanych, sfajczony, czarnych ciał. W powietrzu unosił się obrzydliwy smród smażonego mięsa, korytarz zasłonił dym od trucheł. Stwory nie ruszyły się już więcej.
-Genialnie!- szepnął Syriusz.- Tylko żeby huk nie zwabił jakichś sil wyższych…
Przykucnęliśmy w ciemnym kącie ślepej uliczki, by czekać na odzew. W tym czasie ponuro lustrowaliśmy nieruchome ciała. Brr, miałam takie straszliwe przeczucie, że zaraz się podniosą…
-Dobra, chyba teren czysty…- mruknął Łapa po pewnym czasie. Teraz to dopiero był stres! Przechodzenie nad ciałami i wyobrażanie sobie, że któraś ręka zaraz zaciśnie się kurczowo na twej kostce u nogi nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć. Jednak dotarliśmy do punktu wyjścia po pewnym czasie, tym razem starając się iść wyjątkowo dyskretnie.
Udaliśmy się w inną stronę i po pewnym czasie dotarliśmy do kolejnej jaskini o czarnym stropie. Była cała z gładkiego kamienia, naprzeciw nas majaczył ołtarz ofiarny. A wysoko nad nami…
-Co to?- szepnął zaskoczony Syriusz.
Zobaczyliśmy ledwo dostrzegalne w mroku panującym przy sklepieniu zarysy dziwacznych, podłużnych obiektów. Były czarne i wyglądały jak nietoperze, które śpią.
-To te stwory… One śpią…- przeraziłam się.
Syriusz z najwyższą ostrożnością stanął pod nimi i uniósł głowę do góry, wyglądając, jak małe dziecko obserwujące ze zdziwieniem samolot.
-To nie stwory.- stwierdził po chwili- To kokony.
-Kokony?!- zemdliło mnie na myśl, co mogłoby w nich być. Takie aż nazbyt ciche, czające się gdzieś w mrokach ziemi, zastygłe w bezruchu…
Było ich chyba cztery. Przynajmniej tyle naliczyłam.
-Ech, nie zaszkodzi sprawdzić, co w nich jest…- mruknął Łapa.
-Zaraz, chcesz grzebać w tych ohydnych, maziowatych kokonach?!
-Jeżeli jest tam coś wrogiego, to zaburzymy jego dojrzewanie. To chyba dobrze, nie?
-A jeśli coś na ciebie wyskoczy ze środka?! Co może zrobić?!- przeraziłam się.
-Powie „Bu!”.- zniecierpliwił się Syriusz.- Strąćmy, nie zaszkodzi. Mamy różdżki, a to coś jest niedojrzałe jeszcze… Inaczej by się wykluło.
Popatrzyliśmy w górę w milczeniu. Uspokoiłam się nieco.
-I jak my się tam dostaniemy?- westchnęłam do siebie, nie spuszczając wzroku z kokonów. Syriusz lustrował różne powierzchnie pomieszczenia, a w jego głowie okrytej czarnym włosiem formował się plan.
-Jakby ktoś wlazł na tamtą półkę…- szepnął i wskazał palcem bardzo wysoko położoną skalną wnękę- Druga osoba złapałaby jakoś kokon, gdy tamta pierwsza by go zrzuciła…
-Co ty. To może być tak ciężkie, że zrobi z ciebie placek.
Zmarszczył brwi sceptycznie.
-A jakby ten, co stanął na górze, jakoś bezpiecznie spuścił kokon?... A w zasadzie… Dlaczego teraz ich nie strącić?!
Uniósł do góry różdżkę. Złapałam go za przegub.
-Tam może być coś kruchego! A jak to jest człowiek?
Westchnął.
-Już nie wiem, co robić.
Zaległa cisza.
-A da się magią utkać jakąś… No nie wiem, pajęczynę?...
Syriusz wzruszył ramionami.
-Ale…- mruknął, a czoło mu się wygładziło- Można wyczarować liny… Może one nam się przydadzą… Uch, jaki to dyskomfort, mieć tylko jedną różdżką!
-Zróbmy windę! Ktoś wlezie na półkę, o ile wlezie, rzecz jasna… I przewiąże kokon, skombinuje, żeby mógł zjechać, a druga osoba go spuści… Rozumiesz?
Pokiwał żywo.
-Incarcerus.
I oto przed nami leżał zwój lin. Połączyliśmy je w jedno długie koło. Drugą porcję wyczarowanych sznurów przerobiliśmy na jedną, długą linę. Potem Syriusz zlikwidował zaklęciem węzły, by nam nie przeszkadzały.
-Dobra, włażę.- mruknęłam i przerzuciłam ogromny zwój przez ramię, a za pasek wetknęłam różdżkę- Tylko jak?
Nie miałam zielonego pojęcia, jak dostać się na górę.
-Chyba musisz porobić wgłębienia w ścianie. A może ja tam wejdę?- spytał Syriusz.
Bez słowa ruszyłam ku ścianie, pomyślałam „Reductio!” i sukcesywnie robiłam wgłębienia na ręce i nogi. Była to żmudna, długa robota. Miałam wrażenie, że półka wcale się nie przybliża. Starałam się nie patrzeć w dół, tylko wlepiłam oczy w odpadające fragmenty ściany.
Wreszcie, a zdawało się, ze upłynęła wieczność, ległam plackiem na półce, opanowując drżenie kończyn. Wychyliłam się zza krawędzi, by spojrzeć na Syriusza. Wyglądał, jak ogromny pająk, bo takich był rozmiarów. Wlepiał we mnie milczący wzrok, co chwila rozglądając się naokoło nieco nerwowo.
Zorientowałam się nagle, że kokony są o wiele dalej, niż się wydawało. Za nic nie mogłam dosięgnąć choćby do pierwszego z nich.
-A ja już myślałem, że spadniesz na ryjek!- usłyszałam z dołu, ale puściłam uwagę mimo uszu.
Przymocowałam zatem jeden koniec liny do ściany za mną, przewlekłam koło i poczęłam mocować drugi koniec obok pierwszego.
-MARY ANN?!- usłyszałam zaniepokojony krzyk z dołu. Zerknęłam za krawędź i aż jęknęłam.
W jaskini zaroiło się od obślizgłych, jadowicie żółtych stworów wielkości człowieka. Wyglądały, jak ludzie obdarci ze skóry, tyle, że mieli inny kolor, jak już wspominałam. Szli wolno ku Syriuszowi, było ich chyba z dwudziestu, lub więcej. „To musi być jakiś rodzaj zombie!” przeszło mi przez myśl. Wydawały okropne, chrapliwe, bulgoczące krzyki.
-SYRIUSZU! RÓŻDŻKA!- wrzasnęłam- ŁAP!
Wystawił ręce do góry, a ja cisnęłam ku niemu broń. Złapał ją perfekcyjnie w jedną dłoń i miotnął ogniem prosto między oczy najbliższego. Uśmiechnęłam się i wpatrywałam z napięciem w jego samotną walkę.
-MARY ANN!- krzyknął- Relashio! Och… UWAŻAJ!
-Co?!
Nie zrozumiałam go, dopóki nie poczułam podmuchu wiatru z prawej. Obejrzałam się, rejestrując jakiś syk.
Obok mnie na półce stał uskrzydlony stwór. Nie zważając na pożogę na dole, zbliżał się do mnie. Poderwałam się na równe nogi. Cholera!...
Zanim ktokolwiek cokolwiek pomyślał lub uczynił, ja wzięłam rozpęd i skoczyłam ku kokonowi, rozpaczliwie się go łapiąc i wspinając po nim wyżej, by nie spaść. Stwór rozwinął skrzydła, wrzasnął przeraźliwie i podleciał do mnie, atakując pazurami na kilkanaście cali. Kopnęłam go z całej pary, odleciał na chwilę, wrzeszcząc, a potem ponowił atak na kokon, tym razem od drugiej strony i to z taką mocą, że aż nas rozhuśtało. Rozległo się głośne CHRUP! i kokon oderwał się od sklepienia…
Runęłam z nim ku kamiennej podłodze, lecz poczułam ostre szarpnięcie w pasie. Kurde, zaplątałam się w liny od windy…!
Dyndając z kokonem w objęciach w połowie drogi na glebę i to jeszcze do góry nogami, wcale nie uśmiechała mi się walką z bestią. Lecz jej bynajmniej, zaatakowała mnie, łopocząc wściekle nietoperzymi skrzydłami. Zasłoniłam się kokonem, a ona atakowała go. Zaczął się rozwalać, wyciekał z niego cuchnący, żółtawy płyn… Myślałam, że zwymiotuję. W pewnym momencie z poszarpanego kokonu wysunęło się coś obślizgłego i pacnęło mnie w twarz, smarując cieczą. Była to bezwładna, blada, opuchnięta ręka…
Zakręciło mi się w głowie, a żółć podjechała do gardła. Przerażona samym faktem, że to robię, i wciąż kopiąc stwora, rozprułam część kokonu. W środku, jak podejrzewałam, była głowa. Otarłam ją jedną dłonią z cieczy.
W tym momencie kokon zupełnie się rozwalił i runął w dół. Ale mnie wystarczyła sekunda, by wiedzieć, kto to był. Ze złością odwinęłam celnego, zdrowego kopa stworowi, prosto w oko. Poczułam, że wypłynęło. W istocie, stwór wrzasnął z potwornego bólu, zaczął zataczać kręgi ku ziemi.
Odwinęłam głowę do tyłu i wlepiłam wzrok w kokon i Remusa, leżącego w jego szczątkach. Oby żył…
Stwór chyba szykował się do kontrataku, ignorując Syriusza zmagającego się z armią zombie. Do głowy przylazł mi pewien pomysł…
Szybko, lecz z najwyższym trudem, wspięłam się na górę po linie, po czym przedostałam się na drugi kokon. Stwór już wzbił się w powietrze.
Rozprułam materię i otarłam twarz trzęsącymi się ze strachu i wysiłku rękoma. Nie, to Peter… Odrzucił mnie jego widok. Wyglądał dwa razy gorzej, niż Remus. Był pomarszczony i jakby… zjełczały. Starając się nie wyobrażać sobie Lily, przeskoczyłam na drugi kokon. Poczułam okropny ból w nodze…
-Auu!!!
W oczach zaszkliły mi się łzy, bo oto potworny dziób rozharatał moją nogę. Próbowałam ją wyszarpnąć-skutek był jeszcze gorszy. Zamachnęłam się drugą i kopnęłam go w szyję. Puścił, chyba się krztusząc. Ja straciłam nieco równowagę i osunęłam się po kokonie w dół, krzywiąc z bólu twarz. Rozszarpałam znów kokon, na wysokości piersi. Bingo, to James, poznaję sweter. Szybko, tracąc uścisk i zsuwając się w dół, poczęłam przeszukiwać jego kieszeń, kątem oka widząc zbliżający się czarny, uskrzydlony pocisk. Namacałam drewno i huknęłam sekundę później:
-Confundus!
Potwór oberwał między oczy, wpadł z całym impetem na Petera, po czym obaj spadli, powalając kilku zombie pod sobą.
Zaczęłam gramolić się wyżej, wsłuchując się w bojowe wrzaski Syriusza. Kokon jednak był już dostatecznie rozwalony, toteż chwilę potem poczułam lekkie szarpnięcie w dół, a w następnej chwili ja i James runęliśmy, lądując na zombie i rozkwaszając ich. Uniosłam się z krwawej mazi, zmieszanej z żółtą cieczą z kokona Jamesa. Zombie zostało tylko trzech, reszta leżała na ziemi, w znacznej części zwęglona lub poszatkowana, zapewne Sectumsemprą unosił się swąd spalenizny. Czarny cały zakrwawiony, spocony i naprawdę czarny, walczył mężnie z małą grupką. Remus i Peter leżeli wśród pozostałości po kokonach, a stwór… no właśnie, stwór zniknął.
-Syriuszu…- wyszeptałam, bo wydało mi się bardzo istotne, by mu to powiedzieć. Zamiast tego położyłam głowę na piersi Jamesa, na którym leżałam. Jego serce bije, bardzo wolno… nie można dopuścić, by Lily kisiła się tam na górze dłużej… Odkaszlnęłam krwią i spróbowałam się podnieść. Noga odmówiła mi posłuszeństwa, więc ległam znów na ziemi.
Syriusz powalił ostatniego z przeciwników, dysząc ciężko, po czym, w idealnej ciszy z wolna ruszył ku mnie.
-Mary…
Ale nie dane mu było skończyć. Z góry rozległ się świst, z boku coś śmignęło, Syriusz zniknął. Stwór wyniósł go wysoko pod sklepienie jaskini i zrzucił z wysoka. Czarny legł w oszołomieniu przy ołtarzu i nie ruszał się.
-NIE!- krzyknęłam –REDUCTIO!
Zaklęcie chybiło, krusząc wysoko jedną z kamiennych ścian. Odłamy rozwaliły ołtarz, przepołowiły stół ofiarny.
Syriusz wstał i złapał się stołu. Stwór zbliżał się ku niemu powoli. Próbowałam na leżąco wycelować w niego czymś, ale ręka tak mi się trzęsła, że nie trafiłabym.
Syriusz nagle dostrzegł coś, co leżało na drugim końcu ofiarnego stołu, w akcie przypływu energii wskoczył na niego, kopnął okutym butem stwora w czaszkę, po czym chwycił przedmiot. Dostrzegłam, że błysnął, jak ostrze.
Stwór, wyjąc z bólu, rzucił się na niego, lecz Syriusz zamachnął się i jednym zgrabnym ciosem odrąbał głowę bestii. Pacnęła o kamienną podłogę, dziób zaklekotał. Litry czarnej krwi oblały Syriusza, wyżerając dziury w ubraniu i ciele. Jęknął z bólu i osunął się na stół, ciało potwora gruchnęło o podłogę. Czarna krew, dymiąc jeszcze, zalewała posadzkę…
Panowała absolutna cisza.
Leżeliśmy w bezruchu chyba z pięć minut.
-Ferula.- mruknęłam na swoją nogę. Obwiązała się bandażem z deseczką. Z trudem wstałam i podeszłam do Syriusza. Leżał z zamkniętymi oczami, dysząc ciężko, a w ręce ściskał kurczowo rytualny nóż, długi na kilka cali. Z ust ciekła mu krew.
Ogarnęła mnie nagle wielka ulga. Pokonaliśmy stwora! Ale… to może nie koniec. Może bestia była jedynie sługą czegoś straszliwszego, potężniejszego? Może jest tych stworów więcej? Nagle wyspa wydała mi się jedynie dachem dla zamieszkujących podziemne czeluście demonów i stworzeń…
-Syriuszu, musimy stąd uciekać!- szepnęłam.
Wstał, trzymając się za ramię.
-Jeden zombie mnie ukąsił.- wytłumaczył. Podeszliśmy jednomyślnie do Petera, który leżał najbliżej.
-Żyje?- spytał.
Przyjrzałam się Glizdkowi. Nieznacznie poruszała mu się pierś.
-Taa… Podejrzewam, że Remus także żyje. Ale co z Lily?
Zerknęliśmy na kokon u góry. Syriusz zaczął wspinać się po ścianie z mozołem, a ja klęknęłam przy Remusie. Szybko wyjęłam go z kokonu i otarłam najwięcej, ile mogłam z cuchnącej cieczy. Zakasłał.
-Co… jest…
Rozchylił powieki, a mnie zalała nieopisana radość.
-Meggie…- mruknął jakby z ulgą- Gdzie jest to…
-Nie żyje. Syriusz go zabił.
Remus podniósł się i zachwiał.
-Nie czuję mych nóg.- stwierdził.
Tymczasem ze stropu spłynęłam lina, po której zjeżdżał Syriusz z Lily przewieszoną przez ramię. Remus zachwiał się znowu i runął na mnie. Przytrzymałam go mimo problemów z nogą.
-Osz w mordę…- skomentował krótko wygląd Lily, gdy odzyskał równowagę. W istocie, było to trafne podsumowanie. Lily była bardzo wychudzona i zapadła w sobie, ale jednocześnie opuchnięta. Włosy zlepiły się w jedną bryłę, ciało sflaczało, do tego zrobiło się jakby rozmiękłe, co wyglądało dość osobliwie. Z nabrzmiałych ust wypływała ciurkiem czarna ciecz.
Syriusz ze zrozpaczoną miną położył ucho na jej piersi.
-Jej serce bije tak wolno, że prawie nie jestem w stanie go wyłapać…
-Musimy szybko stąd uciekać, póki jeszcze możemy!- rozejrzałam się trwożnie. Było tu za cicho.
Wśród krwawej paćki udało nam się wygrzebać różdżkę, nią przywołaliśmy drugą, porzuconą samotnie przy ścianie.
-Dobrze, że chociaż nasza trójka jest przytomna!- ucieszył się Remus.- Łatwiej ich weźmiemy.
-Z czego dwoje z nas ma problemy z chodzeniem. Pocieszające.- burknął Syriusz.
-To co robimy?- spytałam.
-Chłopaków na nosze!- zadecydował Remus.- Już od dawna wiedziałem, że prędzej, czy później na nich wylądują…
-A jak różdżka nam będzie potrzebna? Spróbujmy ich obudzić. Chociaż jednego…
Ale okazało się to zbędne, bo oto rozległ się jęk, mogący należeć wyłącznie do Jamesa:
-Nie mam ciała! Matko, to nie sen, mam samą głowę!
Podbiegłam doń i podniosłam go. Natychmiast się ugiął i upadł, jakby był z gumy.
-Tylko mi nie mów, że trzeba cię będzie nieść!- warknęłam, udając złość. Popatrzył na mnie cielęcym wzrokiem.
Syriusz chwycił Lily, ja przytrzymałam Jamesa, a Remus wyczarował nosze dla Petera. Drugą różdżkę miał Syriusz.
-Dobra, a teraz szybko, do wyjścia.- mruknął- W zgranej grupie, razem.
-Właśnie, trzymajmy się kupy, bo kupy nikt nie tknie.- skomentował James.
Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Wędrówka korytarzem okazała się wyjątkowo żmudna. Syriusz, niosący Lily na rękach, szedł z przodu w jakimś konkretnym tempie. A reszta? Za nim kuśtykałam ja, trzymając w objęciach równie sprawnego, a nawet jeszcze lepiej, Jamesa, który straszliwie mi ciążył. Za nami telepał się na zwiotczałych nóżkach Remy, lewitujący nieprzytomnego Peta na noszach.
Syriusz, zniecierpliwiony naszym ultraszybkim tempem, odwrócił się do nas i parsknął:
-He he. Stado kalek!
-Nie bądź taki mądry!- prychnął James, obrażony nazwaniem go kaleką. Z obrazy werżnął w ścianę.- Uch… Ty też byś poruszał się jak emeryt, kisząc się niczym ogórek w mazi.
Za nami rozległo się dziwne echo, coś jakby dudnienie w odległych partiach korytarzy. Wszyscy zatrzymali się, wstrzymując oddech i nadsłuchując. Na twarzach zalśnił pot, wymienialiśmy przerażone spojrzenia. Nic… a potem długi ryk i odgłos miarowych, dudniących uderzeń. Brzmiały dziwnie regularnie, coraz głośniej…
-Coś się zbliża.- wysapał Syriusz.- Chodu!
Najszybciej, jak mogliśmy, ruszyliśmy do przodu. To było straszliwe, tak trudno było mi iść, noga bardzo dokuczała. Odgłos wydawał się dźwięczeć wszędzie, obijał się o ściany, coraz bliżej i bliżej…
Wielką ulgę poczuliśmy, gdy stanęliśmy przy wylocie na powierzchnię.
-Najpierw może trzeba wnieść Lily, nie?- mruknął z lekką paniką w głosie Syriusz. Perspektywa tego, że jest jedynym zdolnym wspiąć się samodzielnie napawała go chyba paranoją.
-Tak, najpierw Lily… Nie, Remusie? Remus?!
Teraz dopiero zorientowaliśmy się, że Remusa i Petera z nami nie ma.
-Musieli zatrzymać się po drodze…- stwierdził Syriusz z aż nadzwyczaj spokojnym głosem.
Serce stanęło mi na chwilę. I co teraz?! Mamy się po nich wracać… Prosto w objęcia nieznanego zła…
Znowu długi, niski ryk.
-Wespnij się z Lily, ja pójdę po nich.- powiedziałam i położyłam grzecznie Jamesa pod ścianą. Był blady na twarzy. Syriusz jak najszybciej wziął się do roboty. Musiał jeszcze zdążyć wrócić po Jamesa i po nas.
Zostawiłam wspinającego się Czarnego z Lily na plecach, oraz przerażonego Jamesa, leżącego bezbronnie pod ścianą, po czym ruszyłam szybko, kuśtykając.
Muszę się śpieszyć… Nie wiadomo, kiedy ich zgubiliśmy.
Korytarz w lewo, w prawo, znów w lewo… A dudnienie rozbrzmiewało coraz bliżej, podobne do uderzeń w jakiś gigantyczny bęben…
-Remus!!!- krzyknęłam, bo oto dostrzegłam go, skręcającego się w wysiłkach i próbach podniesienia się z ziemi. Widocznie musiał się przewrócić z pośpiechu. Peter leżał na swych noszach nieopodal, nieświadomy niczego.
-Meggie!- sapnął Remus- Już myślałem, że po nas…
Szybko go podniosłam i pomogłam mu iść, lewitując jednocześnie Petera. Zatem ruszyliśmy prędko ku wyjściu, nawet nie chcąc myśleć, że zapomnę drogi. Kroki towarzyszyły nam bez przerwy, dudniąc w naszych umysłach i nabijając rytm kroków. Czasem cichły, jakby właściciel węszył, w którą stronę udał się jego cel…
-O rany, to potrwa wieczność! Przy takim tempie!- jęknęłam, chwiejąc się na poturbowanej nodze.- Czy w świecie czarodziejów jest takie coś, jak telepacja? Syriusz mógłby przywołać nosze z Peterem i szybciej znaleźlibyśmy się na powierzchni.
-Nie ma. Ale można wysłać patronusa z wiadomością…- mruknął Remus.
-Jak?
-Nie mam pojęcia. Może spróbuj wyczarować patronusa i mu coś powiedzieć?
-Musielibyśmy stanąć, by użyć różdżki… Peter się nią porusza.
-Trudno. Spróbuj. Wierzę w ciebie.
Przystanęliśmy na moment. Skupiłam uwagę na tym, że kiedyś stąd wyjdziemy, że zobaczę Severusa… Ale strach zdominował szczęście, toteż jedynie niewielka mgiełka owiała moją dłoń. Nie wiedziałam, że jak przychodzi co do czego, to jest to takie trudne!
-Szybciej…- jęknął Remus. Ale tak naprawdę to poganiało mnie dudnienie, rozlegające się za plecami.
-Expecto Patronum!!!
Tym razem się udało, z różdżki wystrzeliła srebrzysta pantera.
-Powiedz Syriuszowi, żeby przywołał Petera i go stąd wydostał. Już!- krzyknęłam w panice. Pantera posłusznie śmignęła ku wyjściu.
-Myślisz, że posłucha?- spytałam Remusa.
-Miejmy nadzieję…
Jakoś po chwili nosze uniosły się i popłynęły ku wyjściu. A my w dwójkę ruszyliśmy za nim.
Dobrnęliśmy do Syriusza po pewnym czasie, gdy dudnienie było tak głośne, iż oczywiste było, że stwór, czy cokolwiek, idzie konkretnie w naszą stronę. Rozlegały się też niedaleko dziwne fuknięcia i niskie warczenie.
-Szybko!- Syriusz podbiegł do nas.- Wylewitowałem Petera do góry.
-Dobra, teraz Remus!- zadecydowałam, obracając się nerwowo.
-Nie, najpierw ona!- uparł się Lunatyk.
-Ja nigdzie nie idę. Moje ostatnie słowo.
Syriusz westchnął i, choć niechętnie, pomógł Remusowi we wspinaczce.
To było straszliwe. Siedziałam, przerażona do ostatnich granic pod ścianą, wsłuchując się w odgłosy, zdawać by się mogło zza węgła. A Syriusz i Remus mozolnie wspinali się ku górze.
Czekanie było okropne. Gorsze, niż gorsze.
Jednakże Syriusz zeskoczył wkrótce i podbiegł do mnie.
-Szybko, nie ma czasu do…
Ale jego wypowiedź zagłuszył potężny ryk. Na tle czerwonej łuny panującej w korytarzu zamajaczył monstrualny, czarny kształt…
-SZYBKO!
Bez wahania wziął mnie na barana i podszedł do szybu.
-Tylko się trzymaj mnie mocno!
-Nie utrzymasz mnie!
-Zakład?!- warknął i rozpoczął wędrówkę ku górze.
Od ścian szybu odbijał się echem straszliwy odgłos, wydawany przez ów zwierze na dole. A my wolno przemieszczaliśmy się ku powierzchni. Bałam się zerkać w dół.
Syriusz dobrnął wreszcie do szopki. Jak dziwnie było ją zobaczyć! Jakbyśmy opuścili ją zaledwie dwie minuty temu…
Puściłam Syriusza i ległam plackiem na podłodze, podobnie jak leżała reszta. Jedynie Łapa stał na nogach, bo zamierzał zablokować tunel. Gdy już to uczynił, zaległa cisza, mącona westchnięciami ulgi.
Nagle zatrzęsła się ziemia. Jej powierzchnia poczęła pękać…
-W NOGI!- wrzasnął Remus.
Szybko się pozbierali ci, co mieli czym i pospiesznie opuściliśmy szopkę, lewitując Petera i taszcząc bezwładną Lily. James, rzecz jasna nie mógł iść o własnych siłach.
-Musimy się oddalić. Czym prędzej!- krzyknęłam, przekrzykując wrzawę towarzyszącą pękaniu ziemi. Potężny, ultragłośny ryk rozdarł ciemność.
Nawet nie zauważyliśmy, kiedy dotarliśmy do miejsca, w którym się pojawiliśmy po raz pierwszy: do gaiku oliwnego.
Rozlegały się tu i ówdzie ciche tąpnięcia oliwek o podłoże-cała wyspa się trzęsła.
-MUSIMY OPUŚCIĆ WYSPĘ!- krzyknął z paniką Syriusz. Zatrzymaliśmy się.
-Nie ma stąd ucieczki, przecież wiesz!- odwrzasnął doń Remus.
-Myślałem o…stworzeniu świstoklika…- Syriusz przygryzł wargi.
-CO?! Przecież nie wiesz, jak! To niebezpieczne!!!
-Znam inkantację!- Syriusz ściszył nagle głos- Ale nie wiem, co dalej…
-Może pomyśl o miejscu, do którego chcesz transport.- zasugerował James.- Jak w teleportacji! O rany, czy to…
Zboczem pagórka płynęła rozgrzana, gęsta, płonąca substancja…
-O żesz, Syriuszu, pospiesz się!- poprosiłam.
-Dobra, ale gdzie ten dziennik?!- krzyknął, rozglądając się rozgorączkowany.- Został przecież tutaj!
-Widzę go!- wrzasnął James, niezawodny szukający- Tam! Nie… Nie w tą mańkę, Syriuszu!- jęknął zrozpaczony.
-Och, żenada… Accio dziennik!
Rozgotowana skała nieuchronnie zbliżała się ku nam, paląc po drodze wszystko. Skupiliśmy swe siły w kręgu.
-O Boże, to przecież może nas rozszczepić…- westchnęłam z przerażeniem.
-Przenieść na Grenlandię…- podsunął James.
-Osadzić na szczycie Uralu… Rozwalić na milion kawałeczków…
-Wysłać w niebyt. I tym podobne.
-Taa. A prócz tego ma moc wysłania nas do domu…- mruknął Syriusz, kładąc dziennik na ziemi.- Do rodziny… Ile zła w głupiej książce…
Zainicjowaliśmy ciszę, Syriusz odetchnął i zamknął oczy, skupiając się. Od lawy zrobił się niemiłosierny upał, wszystko oświetlało mętne, czerwone światło. Na czoło Syriusza wystąpiły krople potu…
-Portus.- wyrzucił spokojnie z siebie po chwili milczenia. Dziennik rozjarzył się błękitnym światłem. Spojrzeliśmy po sobie w ciszy. Remus wziął Petera pod pachę. Syriusz objął Lily. James poruszył się niespokojnie, ale udawał ślepego. Obawa wisiała w powietrzu.
-Trzy cztery… TERAZ!
Naraz dotknęliśmy świstoklika. Serce waliło mi w piersi. Ufałam zdolnościom Syriusza, ale jak coś nie wypali…
Mknęliśmy obok siebie. Znikła czerwona poświata, potwory, noc…
Rąbnęłam z całej pary o drewnianą podłogę. Do nosa doleciał przyjemny zapach pieczystego.
-AAACH!!!
Nie otwierałam oczu. To takie sympatyczne, leżeć na ciepłej podłodze…
-Dorea?!- rozległ się nowy głos. Powalający zapach jedzenia podrażnił mój żołądek i zdałam sobie sprawę z całą mocą, że nie jadłam od rana. I że w zasadzie całe te tygodnie głodowałam. Hmm, schrupałabym teraz rogalika… Albo…
***
Do moich uszu doszły odgłosy krzątania się. Usiadłam na łóżku, obok siedział Remus. Koło kominka kucała postać w czarnej sukience.
-Nie za zimno, Remusie?- odgarnęła pojedyncze marchewkowe sprężynki, które wymsknęły się z koka. Mama wstała i przyjrzała mu się z troską. Naraz zobaczyła, że oprzytomniałam.
-Och, moje dziecko!- krzyknęła i zbliżyła się szybko.
-Gdzie jesteśmy?
-W naszej sypialni.
Do pokoju wpadł tata.
-Właśnie rozmawiałem z Charlusem.- wysapał.
-I?- mama uniosła brwi.
-Ta biedna dziewczynka została osadzona w Mungu. Jej mugolscy rodzice zostali o tym poinformowani i Potterowie się nimi zajmą.
-Och, a Peter?
-Zdaje się, że go docucili… W każdym razie wezwano matkę, bo zaczął płakać…
-Czyli nic mu nie jest.- westchnął Remus.
-Która godzina?- spytałam szeptem brata.
-Chyba coś koło czwartej w nocy. Z trzy godziny temu podobno zmaterializowaliśmy się w salonie Potterów.
-A co z Syriuszem?- spytałam tatę.
-Pan Black zabrał go zaraz po tym, jak Charlus nas powiadomił. Ja wziąłem wtedy was. Chyba ma się dobrze, nie wiem, rozmawiałem tylko z Charlusem przez kominek.
Poczułam nagle ulgę. Znów jestem u siebie, w domu, w Epping, w Anglii… To cud, że syriuszowy świstoklik nie nawalił.
-Który dziś dzień?- zapytałam.
-Dwudziesty trzeci lipca.- mruknął tata, ale mama poprawiła go:
-Dwudziesty czwarty, John.
-Ach, racja…
-Byliśmy tam…trzy tygodnie…- wytrzeszczyłam oczy.
Tata wyszedł, a mama wyciągnęła z jednej z szuflad koperty.
-W międzyczasie przyszło to…- wręczyła nam listy, cała rozpromieniona.
Szybko rozpakowałam, a Remus zrobił podobnie. Serce mi stanęło, gdy zdałam sobie sprawę, co trzymam.
WYNIKI EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI
MAGICZNYCH Oceny pozytywne:
wybitny (W)
powyżej oczekiwań (P)
zadowalający (Z) Oceny negatywne:
nędzny (N)
okropny (O)
troll (T)
MARY ANN REA LUPIN OTRZYMAŁA:
Astronomia P
Opieka nad magicznymi stworzeniami Z
Zaklęcia W
Obrona przed czarną magią P
Wróżbiarstwo Z
Zielarstwo P
Historia magii Z
Eliksiry W
Transmutacja P
Starożytne runy P
Matko, to niesamowite! Wiedziałam, że eliksiry i zaklęcia poszły mi dobrze. Trochę zlekceważyłam opiekę, ale kit z tym. P z transmutacji… Kariera czeka, he he!
-I jak tam, nieuku, u ciebie?- zaśmiałam się.
-Jest git…- wręczył mi list z pozersko skromną miną. Oczywista, od góry do dołu same „W”. Ze wszystkiego.
-Macie piękne wyniki!- mama pokraśniała.
Naraz zrobiło mi się dziwnie. Takie chwilowe oderwanie od przeżytych wydarzeń, sumy. Szkoła… Chciałabym tam wrócić! Znów w myślach widziałam skrzypiącą przybudówkę… Wzdrygnęłam się. To naprawdę cud, że tu jestem, że dożyję 16 urodzin…
-Właśnie, Remus! Mamy za niedługo urodzinki!
-Noo! Spraszamy naszych ziomów?- zapytał ze śmiechem.
-Co?!- ryknęłam śmiechem, manifestując odczuwaną radość z poczucia, że przeżyłam- Skąd żesz znasz takie słowa? Ty?!
-Zgadnij… Ale, przecież Lily jest chora!- posmutniał.
-To co, zaprosimy ZIOMÓW i ją na krótko odwiedzimy w Mungu. Ale tylko we dwoje.
-Ej, zostawisz ich tu samych?- zerknął na mnie z niedowierzaniem.
-No! W twoim pokoju.- uśmiechnęłam się słodko.
-Nie ma głupich! Nie chcę potem przeczesywać pobliskich pół w poszukiwaniu żyrandola!
-A ja nie…
W tym momencie wszedł tata, bardzo czymś poruszony.
-Coś nie tak?- spytała milcząca od dłuższego czasu mama, która spoczywała na fotelu przy kominku i czuwała przy nas.
-Hmm, pan Black przed chwilą się ze mną kontaktował…- przygryzł wargi.
-Czemu?
-Ten ich syn, Syriusz… Nie ma go. Zniknął. A z okna zwisa prześcieradło…
39. Gaik oliwny i to, co za nim... Dodała Mary Ann Lupin Środa, 11 Listopada, 2009, 21:56
Długo nie pisałam... Ale był remont strony i w ogóle... Nie mogłam dodać wpisu. Notka długa, następna będzie jeszcze dłuższa. Mam nadzieję, że Was to nie zniechęci do czytania. Bo włożyłam w nią duużo cennego czasu i wysiłku.
Acha, i postanowiłam dodawać notki regularnie co dwa tygodnie w soboty, ew. w niedziele. Ale musicie pozostawiać trochę komentarzy ;). Bo to naprawdę motywuje. A tak to się nie chce pisać...
Dobra, nie zanudzam - enjoy!
-No i gdzie my jesteśmy?
Wszyscy pozbieraliśmy się z dziwnego, kamienistego podłoża.
-Pięknie!- pokręcił głową Syriusz- Po prostu świetnie…
Przed nami rozpościerał się jakiś skromny gaik niziutkich, śmiesznych drzew.
-Co to?- spytał James
-To gaj oliwny…- mruknęłam, przyglądając się z bliska jednej z gałązek.- A takie rosną na południu Europy.
Ruszyłam wzdłuż zasadzonych drzew. Czyli ktoś tu mieszka…
Doszłam po krótkiej chwili na skraj klifowego wybrzeża.
Niezwykle lazurowy odcień wody i białe skały, wystające z morza-to musi być śródziemnomorski obszar…
-Nie zbliżaj się tam! Bo spadniesz!- przeraził się James, podbiegł i złapał mnie z tyłu za fraki.
-Dobrze, mamo.- mruknęłam.
-No i jak teraz wrócimy?- miauknęła Lily- Ma ktoś różdżkę?
Pokręciliśmy głowami, że nie. Panowała cisza, jakby ktoś umarł.
Syriusz wydał z siebie jakiś apokaliptyczny odgłos, po czym usiadł na jednym z chropowatych kamieni i chwycił głowę w dłonie.
-Cholera!- warknął- A co z Mistrzostwami?!?! Tak na nie czekałem!!!
-A co z nami, raczej bym zapytała…- mruknęła Lily, w czasie, gdy Syriusz oddawał się całkowicie rozpaczy nad utraconym widowiskiem. Rzucał pikantnymi kolokwializmami, finezyjnie je ze sobą łącząc. Po krótkiej chwili James dołączył się do niego, jednak, w przeciwieństwie do kumpla, postanowił uczcić tę tragedię minutą ciszy. Peter natomiast nabrał powietrza w płuca, rozwarł paszczęki, wydając przeciągłe, ochrypłe „BUUUUUUUUUUUUUU!!!!”, a z oczu wytrysnęła mu fontanna i usiadł pod drzewkiem. Remus pokręcił głową, nie wiedząc, co robić. Był absolutnie zagubiony, nie mogąc pomóc sobie czarami.
-Dobra, nie załamujmy się! Może jakaś narada?- zaproponował, starając się zachować chłodną kalkulację.
Syriusz ryknął wariackim śmiechem:
-Nie, nie załamujmy się! Czekało się na ten mecz sześć lat pustego żywota, ale nie-Remusik mówi, że nie ma potrzeby, by się załamywać!- zakończył grubym głosem, z którego ewidentnie lał się sarkazm.
Remus już otwierał usta, by mu dopiec, lecz Lily powstrzymała go ruchem ręki i pokręciła głową, że lepiej teraz Czarnego nie drażnić. Zamiast tego usiadła obok i położyła mu dłoń na ramieniu, by dodać otuchy.
James niespodziewanie wstał, ryknął potężnie i wciąż wydając ten odgłos, podszedł do pierwszego z brzegu drzewka oliwnego. Począł walić czołem w jego cienki pień i wciąż ogłuszająco się pruł. Kilka oliwek spadło na ziemię, a dwie czy trzy pacnęły Peta w głowę, gdyż siedział właśnie pod tym drzewkiem. Wykonał ruch, jakby odganiał się od muchy i wrócił do wycia.
Odeszłam od nich, rozglądając się po miejscu. Hmm, zapewne tamta książeczka to był świstoklik. Mam nadzieję, że zorientują się, że nie ma świstoklika i nas, połączą oba fakty…
Jeszcze długo towarzyszył mi przeciągły wrzask żałoby Jamesa. Nie widziałam nic, poza skąpą roślinnością, skałami i głazami…
Bez różdżki czułam się jak bez ręki. A jak tu jest niebezpiecznie? Teraz, gdy przypiekało słońce, nie wydało mi się to problemem, ale jak będzie w nocy?...
Starałam się tym nie frasować i zachować spokój. Skoro tu przyleciał świstoklik, to oznacza, że ten koleś… Alexandrós… też tu musi mieszkać. Znaczy, że wszystko w porządku, zaraz znajdziemy cywilizację! A jak nie?... A nawet jeśli, to jak się z nimi dogadamy?
Usiadłam na jakiejś skale, by opanować narastające obawy. To niedorzeczne, my… Na jakiejś wyspie… Z dala od świata…
Muszą nas znaleźć. Muszą.
Czarno to widzę…
Żar lał się z nieba, ale był to obecnie najmniejszy defekt. Chociaż… Gdy zacznie dokuczać pragnienie…
Usłyszałam kroki. Mimowolnie zadrżałam. Lecz zza gęstwiny wyszedł Remus.
-Mary Ann.- mruknął- Chodź, nic tu po nas… Musimy coś wymyślić.
Wziął mnie pod rękę i pociągnął w stronę, skąd przyszłam.
Na kilku kamieniach porozkładała się reszta mych towarzyszy niedoli. Peter pozostał pod drzewem i ocierał nagim przedramieniem łzy i opuchnięte oczy. Wyglądał jak dziecko w piaskownicy, któremu despotyczny rówieśnik wyrwał grabki.
-…co chcesz, a ja i tak uważam, że to kanał.- warczał Syriusz
-Wiem, ale nie można tak się po prostu załamywać. Jesteśmy przecież czarodziejami!- stwierdziła rezolutnie Lily.
-No tak, ale nie wiem, czy zauważyłaś, lecz żadne z nas nie posiada różdżki. Chyba to dosyć istotny szczegół, lecz przecież mogę się mylić.- sarknął Łapa.
Lily posłała mu wściekłe spojrzenie, gdyż nie wynalazła odpowiedniego kontrargumentu dla tej riposty.
-Ale po co nam różdżka? Przecież i tak nie możemy używać czarów!- stwierdził Peter
Syriusza przetrzepywała w obecnej chwili taka furia, że nie wytrzymał:
-Pettigrew, jakiś ty durny, nie wyrobię! I myślisz, że grzecznie posłucham?!
-Przecież możemy używać czarów w kryzysowych sytuacjach, a TO jest jedna z kryzysowych sytuacji.- zauważył James.
-Ale po co tu czary?- upierał się Glizdek
-No nie wiem, żeby sobie motylka dla rozrywki wyczarować! Trza się rozerwać, mamy przecież takie nudne życie!- parsknął zgryźliwie Syriusz
-A jak nas coś zaatakuje? Nie czujesz się zagrożony, Pet?- wtrąciłam
James uniósł brwi i żachnął się:
-W takim miejscu?! Tu nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
-No tak, a ty to miejsce znasz, jak własną kieszeń.- uśmiechnęłam się z politowaniem.
-Meg ma rację.- stwierdził Remus- Przecież z każdego krzaka może nas coś obserwować.
Peter rozejrzał się natychmiast trwożnie, a James zawołał porywczo:
-A co cię tu zaatakuje? Rozwścieczony gumochłon?! Daj spokój, Remusie!
-Pomijając fakt zagrożenia, potrzebujemy czarów, by no nie wiem… Ogrzać się, zdobyć pożywienie…
-Skoro w epoce kamienia łupanego sobie radzili, to my także sobie…- wzruszył ramionami James, lecz Syriusz mu przerwał ze złością:
-Wiemy, iż twa osoba zatrzymała się w rozwoju aktualnie na takim poziomie odbierania zewnętrznego świata, jednak nie wszyscy są dostosowani do łażenia po drzewach w poszukiwaniu żarcia, jak robili to twoi umiłowani przodkowie.
Jamesowi bardzo nie spodobała się ta sugestywna uwaga, ale na Łapę obecnie wszystko działało, jak płachta na byka.
-Taki z ciebie kozak?- wrzasnął James, wymachując pięścią.- Chcesz w nochal?!
-Nie przeginaj, panie, nie przeginaj, bo ci mogę spuścić łomot.- zripostował Syriusz, wstając, by przygotować się do bitwy.
-Bij się mężnie!...
-Solówa!...
James, by rozjuszyć przeciwnika, zaczął wydawać wojenne odgłosy i podskakiwać w miejscu jak bokser. Syriusz jakiś czas stał w miejscu spokojnie, uniósł brwi ze zdziwieniem pomieszanym z konsternacją i politowaniem, po czym najzwyczajniej w świecie zamachnął się i wyrżnął celnie pięścią, prosto w nos Jamesa. Zamroczony Rogaś usiadł ze zdziwienia na kamienistym podłożu i wytrzeszczał oczy. Potem wolno pomacał powierzchnię swego świętego noska.
Zgrzytnął zębami i wstał, by oddać.
-Natychmiast się opanujcie, wy niepoprawne…- Remus stanął na celowniku, by ich rozdzielić i CHRUP! oberwał w zęby od rozpędzonego Jamesa.
Syriusz ryknął niekontrolowanym śmiechem zza Luniaczka, a James, zakrywając usta, obskakiwał Remusa, by go przeprosić i dowiedzieć się, czy bardzo bolało.
-Nie, nie bolało, tłuku!- warknął Remus, obmacując uzębienie- Chyba straciłem jednego…
Przełknął krew.
-Szczerbaty Remusik!- zarechotał z uciechy Łapa, po czym zrobił unik przed nagłym zamachem Remusa.
-Zaraz to ty będziesz doszczętnie szczerbaty, matole!!!
-Przestańcie!- krzyknęła przerażona Lily- My musimy znaleźć szybko jakiś schron, zanim nadejdzie noc, a nie tracić czas na bzdury!
Remus posłał jej oburzone wręcz spojrzenie, gdyż Lily śmiała ciężko obrazić jego uzębienie.
-Chyba nic mi nie jest.- burknął- Tylko krwawię…
Na nikim nie wywarło to oczekiwanego wstrząsu, więc zacietrzewił się jeszcze bardziej.
-Dobra, może rozejrzymy się trochę?- zaproponowałam, by rozluźnić zbyt napiętą atmosferę.
-A jak się zgubimy?- pisnął przerażony Peter.
Zapadła cisza.
-Hmm, może będziemy czymś zaznaczać drogę…- podrapał się w głowę Czarny.
-Strzałkami na ziemi!- ucieszyła się Lily- Jak nie będzie można wyryć, to się ułoży kamyczki.
Wszyscy chętnie przystali na tę propozycję i stwierdziliśmy, że trzeba się podzielić, by łatwiej znaleźć schron.
-Na trzy grupy!- zadecydowała Lily, bardzo czymś ożywiona- Syriusz, Remus i…James…pójdą wszyscy osobno, żeby nie było jatki.
Żaden nie miał ochoty się kłócić.
-Zrobimy tak: ja pójdę z Remusem, Mary Ann z Jamesem, a Syriusz z Peterem. Koniec kropka.- ostrzegła na zakończenie, czekając buntu.
Nikt jednak nie podniósł krzyku, toteż Lily ciągnęła dalej:
-Za jakiś czas musimy tu wrócić z powrotem, niezależnie od faktu, czy uda nam się cokolwiek znaleźć, czy też nie. Chodzi o to, by reszta się nie martwiła i by nie oddalać się zbytnio.
Zadecydowaliśmy, że Remus i Lily pójdą wzdłuż wybrzeża, po ścieżce, tam, gdzie ja niedawno się udałam. Syriusz i Peter weszli w dziki gąszcz , a ja z Rogaczem ruszyliśmy wzdłuż oliwnego gaiku.
-Matko!- wyrzuciłam z siebie- Bardzo denerwuję się o innych. Bez różdżki czuję się okropnie bezbronna…
James objął mnie mocno jednym ramieniem.
-Nie bój się, jak znajdzie się chętny do ataku, ryknę na niego, żeby sobie poszedł…
Uśmiechnęłam się blado i poczęłam rozglądać po zdającym się nie mieć końca rzędzie koślawych drzewek, rosnących równo po naszych obu stronach. Gdzieś musi być koniec…
Wreszcie dobrnęliśmy do ostatniej pary, natrafiając na obrośniętą roślinnością piaskową skałę. Ruszyliśmy wzdłuż niej, rozglądając się bacznie na wszystkie możliwe strony.
W jednym miejscu ściana była nieco niższa. James rzucił okiem, co jest za nią, po czym zamarł.
-Patrz…
Podeszłam do piaskowca i oparłam na nim łokcie, stając na palcach, by popatrzeć.
Niewielką polankę (jeśli można to tak nazwać, bo nie było tu prawie wcale trawy, tylko kilka suchych badyli) otaczały wysokie skały podobne do tej, przy której stałam. Pod jedną z nich dostrzegłam podejrzany obiekt…
Ja i James jednomyślnie wskoczyliśmy na skalną półkę, by za chwilę zeskoczyć po drugiej stronie i bardzo ostrożnie, z duszą na ramieniu, zbliżyć się do niego.
Była to skromna chatynka. Dach miała z kilku desek, co najwyżej jedno pomieszczenie, bardzo niewielkie. Cała z resztą zbudowana została ze skleconych byle jak desek. Małe, kwadratowe okienka zasłonięto od wewnątrz wypłowiałym materiałem, tak samo drzwi. Dobudowano do niej jakąś rozwalającą się przybudówkę. Nieopodal walały się różne drewniane przedmioty czy szmaty, nadając widokowi żałosny odbiór rudery. I w istocie, chatka nią była.
-Halo?!- zakrzyknął James. Nie było odpowiedzi. Zbliżył się mężnie.
-James!- przeraziłam się szeptem.- Nie podchodź! A jak tam coś czyha na ciebie?!
-Co może czyhać na takie niewiniątko, jak ja!
-Och! Wyobraź sobie, że mnóstwo okropności. A jak tam siedzi jakiś psychol, który tylko czeka, by kogoś zjeść?! Czy ta chata wygląda ci na taką, co ma uczciwego, szczęśliwego właściciela z grupką wesołych dzieciaczków i zażywną żoną?
-Ale się nie dowiemy, dopóki tam nie zajrzymy!
Po czym doskoczył do „drzwi” i odsłonił delikatnie wnętrze.
-Halo!- krzyknął w głąb pomieszczenia- Co za smród!
Nadal panowała przerażająca cisza. Czułam się obserwowana, ciarki biegały po całym moim ciele. Na próżno wykręcałam się na wszystkie strony, by złowić nieprzyjazny wzrok, lecz nikogo poza nami nie było, teoretycznie…
James, ku mojemu przerażeniu, wkroczył do środka.
-Meggie, chodź! Nie rozdzielajmy się.
Ostatnią rzeczą, na jaką miałam teraz ochotę, było wkroczenie do środka. Jednak zrobiłam to, pozbywając się przynajmniej poczucia, że jestem na celowniku.
Wewnątrz panował okropny zapach rozkładu i zgnilizny. Na środku stał byle jak zbudowany stół oraz dwa krzesła, w tym jedno wywrócone. Klepisko, jakim była podłoga, okryto dywanem z łyka, pod dwiema naprzeciwległymi ścianami stały niziutkie skrzynie, obydwie zbudowane z drewna, okryte zaś siennikami i futrem. Na ścianie naprzeciw nas wisiało kilka glinianych naczyń, między nogami stołu przebiegł skorpion. Było tu niezwykle brudno i skromnie, kurz fruwał w powietrzu. Oczywiste wydało mi się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi od bardzo długiego czasu…
James wyminął mnie i wyszedł. Szybko udałam się za nim, bo widok tego wnętrza napawał mnie jakimś nieopisanym przerażeniem. Gdy już wyszłam na popołudniowe słońce, Rogacz wyłonił się ze środka przybudówki.
-Pieniek i kilka szczapek.- wyjaśnił, zanim zdążyłam cokolwiek z siebie wydobyć.
Lustrowaliśmy jeszcze chwilę ruderę.
-I co o tym myślisz?
James nie odpowiedział od razu, główkując nad tym wszystkim. W końcu począł czyścić szkła okularów, by zyskać na czasie.
-Cóż… Wygląda na opuszczony od dawna… Tylko dlaczego? Właściciele nawet nie zabrali swego skromnego dobytku…
-Wcale się nie dziwię.
-A może mieszkał tu jeden człowiek i wiesz, pewnego dnia po prostu zmarł.
Zatrzęsło mną, gdy wyobraziłam sobie, że moglibyśmy go znaleźć gdzieś pod łóżkiem, czy w przybudówce…
-Czy ty też masz okropne wrażenie, że zaraz wydarzy się coś straszliwego?- spytałam z trudem, bo wciąż wstrząsało mną potężnie.
-Mam wrażenie, że jestem tu intruzem, że naruszyłem teren…- mruknął w odpowiedzi.
-Ja też… Może lepiej wracajmy…
-A jak będziemy musieli tu przyjść?- spytał w miarę spokojnie
Zmarszczyłam brwi.
-No… Jak tamci nic nie znajdą… To chyba najlepsza kryjówka i schron… Gorzej, jak się właścicielowi odwidzi i zachce mu się tu wrócić…
-Nawet nie wypowiadaj tego na głos!- trochę strwożyła mnie ta perspektywa. Spać tu?!
-Nie bój się, my tu od teraz rządzimy! Zrobimy z tego prawdziwą rezydencję, dzidzia!
Zmierzyłam uważnym wzrokiem Jamesa, potem sypiącą się ruderę, potem znów Jamesa.
Parsknął śmiechem.
-Dobra, wiem, bez przesady. Ale na pewno coś tu ładnego odwalimy!
-Tja…
Zawróciliśmy do głównej bazy przy brzegu. Nie było to daleko, na szczęście, bo zapomnieliśmy o strzałeczkach.
Reszty nie było, więc skuliliśmy się przy sobie, obserwując wystające z morza pojedyncze piaskowce i coraz niżej zawieszone słonko…
Nagle doszły nas dziwne odgłosy z krzaków. Po chwili wygramolili się z nich Pet i Syriusz. Mieli zrezygnowane miny i pokręcili głowami.
-Nic. Sam las i skały.- burknął Peter
Po kilkunastu minutach względnego spokoju (nie obyło się bez luźno rzucanych bluzgów i innych oznak frustracji) dotarli do nas także Lily i Remus.
-Nad morzem jest grota.- objaśniła Lily- Ale oboje z Remusem doszliśmy do wniosku że jest do chrzanu, gdyż podczas przypływu będzie ją zalewać…
-Cóż, ja i Meggie znaleźliśmy skromną chatkę. Możemy tam czasowo się zainstalować.
Wszyscy wlepili w niego oczy, ja z przerażeniem.
-Nie…- wydyszałam- To miejsce jest… paraliżująco straszne.
-Och, a masz lepszy pomysł na dach nad głową?!- zniecierpliwił się James.
-Tak!
-Jaki? Nakrycie ciała listkiem oliwnym?
-Nie! Ta grota jest dobra…
-Ale będą przypływy…- zaczął Remus.
Wstałam.
-Wszyscy zachowujecie się, jakbyśmy tu już mieli pozostać na zawsze!- krzyknęłam z rozpaczą.
-Przecież musimy myśleć o przyszłości!- zdumiała się Lily
-Nie widzę jej tu!- odparłam z goryczą i rozpłakałam się. Za nic nie chciałam wracać do chaty, tam było tyle niezdrowych fluidów, że zwariowałabym.
James podszedł i przytulił mnie mocno.
-Coś wymyślimy! Jak szybko tam pójdziemy, to jeszcze zdążymy się jakoś urządzić, obejrzeć zakamarek po zakamarku… Na pewno docenisz domek, gdy będzie burza. Mary Ann, nie płacz!
-Ja chcę do domu, do Epping…- wykrztusiłam.
Nie było rady. Wszyscy ruszyli w stronę ponurego zabudowania, a James wciąż mnie przytulał, by dodać otuchy.
Po dokonaniu generalnych oględzin wywaliliśmy na zewnątrz wszystkie fitokraki, jakie stały w środku, czyli łóżka, stół i dwa taboreciki, oraz dywan, by się nieco przewietrzyły.
We wnętrzu został tylko Peter, oglądając je. Wkrótce do naszych uszu dobiegł jego tryumfalny okrzyk.
-Patrzcie!- wyskoczył do nas z wnętrza trzymając dwa długie patyki…
-Różdżki!- wydaliśmy zgodny wrzask.
Wszystkim momentalnie poprawił się humor. Teraz, gdy mieliśmy różdżki, mogliśmy się bronić przed intruzami. Nikogo nawet nie zastanowiło, czemu właściciele je tu zostawili.
Gdy porządek został zrobiony, wszyscy poczuli nagle z całą mocą, że ostatni płyn, jaki mieliśmy w ustach to herbatka Wildera.
-Pić! Szybko, dawać naczynia!- zarządził James.
Obmyliśmy cztery gliniane miski, bo więcej nie było, Remus szepnął do każdej z nich:
-Aguamenti!
Syriusz i James pozwolili napić się reszcie pierwszej, potem oni pożyczyli od nas naczynia, gdy już zaspokoiliśmy pragnienie.
Na dworze ściemniło się już prawie całkowicie, ale nie mieliśmy odwagi, by wyjść po jedzenie, toteż co chwila rozlegało się w izbie czyjeś burczenie brzucha. Zły humor powrócił.
Siedzieliśmy razem na podłodze w milczeniu.
-Och, jaki jestem głodny!- warknął Syriusz, wpatrując się ze złością w koniec różdżki, która oświetlała wnętrze.
-Hej, Czarny, spróbuj przywołać jakieś żarcie! Albo je wyczaruj!- zgrzytnął James, bliski stracenia panowania nad sobą. Nie znosił być głodny, bo nigdy prawie to się nie zdarzało.
Lily nabrała z oburzenia powietrza w usta, nie wierząc, że James jest taki ciemny.
-Przecież jedzenie jest jednym z wyjątków od…- zaczęła, lecz reszta jej wykładu zamieniła się w zirytowany, zduszony wrzask, gdy James bezczelnie zakrył jej usta własną dłonią.
Toczyliśmy jeszcze batalię o to, kto ma spać na łóżkach, a kto na podłodze. Chłopcy godzili się szybko ustąpić nam, dziewczynom, jednak Peter dostał spazmów oświadczając, że nic go nie zmusi kotwasić się na klepisku, bo on MUSI być wyspany. W końcu jednak zmuszony był zaakceptować rzeczywistość po tym, jak Syriusz zagroził mu, że spędzi tę noc na dworzu w roli zwierzęcia obronnego.
Chciałyśmy się z Lily choć trochę umyć wodą z różdżki, lecz tamte brudasy stwierdziły, że nigdzie nie wyjdziemy, bo już jest ciemno.
-Jak chcecie się myć, to w środku.- oznajmił Syriusz, zagradzając nam drogę na zewnątrz, a oczy zabłyszczały mu przebiegle.
-Przy was?!
-Nie macie chyba wyboru.- stwierdził smutno, po czym paskudny, szelmowski uśmieszek wykrzywił jego wargi.
-No dalej, dziewuszki! Nie krępować się!- ożywił się James- Sami swoi!
Jest chyba oczywiste, że zaniechałyśmy swych planów i oblepione dziennym brudem położyłyśmy się na dwóch łóżkach. Zgasła różdżka, zaległa cisza. Co jakiś czas jednak któryś z Huncwotów wydawał fuknięcie komunikujące niezadowolenie z zajmowanej pozycji. Przez cały czas wydawało mi się, że coś dziwnie chrupie w przybudówce.
To była okropna, przerażająca noc…
***
-UWAŻAJ!
Syriusz wydał z siebie okrzyk tryumfu, zawisł oburącz na jednej z gałęzi, huśtając się w tę i nazad. Przysunął z kopa kilku figom, które z cichym odgłosem uderzyły o ziemię.
Podszedł do pnia i zgrabnie zsunął się na dół, do mnie.
-Że też muszę chodzić po te owoce z tobą…- pokręciłam głową, zbierając z podłoża Syriuszową zdobycz.
Zarechotał z uciechy.
-Sama byś spróbowała, to niezła rozrywka.
-Ależ co ty gadasz! Przecież, ilekroć chcę to zrobić, ty rzucasz się, że koniecznie musisz wleźć na drzewo, by pokopać owoce.
Syriusz westchnął.
-Kiedy to moja ulubiona rozrywka, włażenie na drzewa. I jedyna tu. Ale obiecuję, że kiedyś ci pozwolę na strącanie owoców kopnięciem.- uśmiechnął się przepraszająco.
Oparłam się bokiem o figowca, zawieszając wzrok na lazurowym niebie.
-Zaczynam się zastanawiać, kiedy nas znajdą…- westchnęłam.
Syriusz oparł się o ten sam pień i wlepił we mnie uważne spojrzenie.
-Może nas nie szukają. W moim przypadku to z pewnością realne.
-Przesadzasz!
-Nie, na serio! Tatuś obejrzał sobie meczyk, i…
Jęknął z bólem. Kwestia nie obejrzanego, wyczekiwanego meczu bolała go do tej pory najbardziej.
-Nie przejmuj się.- wsparłam dłoń na jego barku- Wybierzemy się wszyscy razem na następny mecz, za sześć lat. Weźmiemy mężów, żony, dzieciaki, o ile będą na świecie… Będzie wesoło!
Posłał mi spojrzenie pełne wyrzutu.
-To dopiero w osiemdziesiątym drugim! Do tej pory z tęsknoty wywrócę się na lewą stronę…
-To na mecz pójdziesz wywrócony, trudno się mówi.
Syriusz parsknął nerwowo i przebiegł palcami po głowie.
-Siedzimy tu już trzeci dzień i nie widać końca tego wszystkiego! Gdybyśmy mogli stworzyć świstoklika! To nawet nie problem, że on jest nielegalny. Tylko, że nikt nie wie, jak go się robi…
Zawiesił zbolały wzrok gdzieś na moich lokach, oświetlonych porannym słońcem. Zaległa cisza, wpatrywałam się w listki jakiego krzewu, poruszane delikatnym powiewem, rozpraszającym upał…
-Mary Ann?- zagadnął po minucie nieśmiało
-Hmm?- mruknęłam, odwracając leniwie wzrok w jego stronę. Miał zafrasowane spojrzenie.
-Chcę cię spytać o coś bardzo ważnego…
Przekrzywiłam głowę pytająco.
Syriusz zbierał się kilka chwil w sobie, biegając wzrokiem po mojej twarzy, by wydukać wreszcie:
-Czy…
Ale jego wypowiedź coś zagłuszyło.
Był to bardzo przeciągły, przeraźliwy krzyk…
Wymieniliśmy pełne obawy spojrzenia, flegmatyczny nastój prysł. Oboje jednomyślnie rzuciliśmy się ku naszemu domowi, gdzie prawdopodobnie przesiadywała reszta. Biegłam tak, jak jeszcze nigdy w życiu, przeskakując niskie krzewy i kamienie, mijając przeszkody…
BUM!
Za jedną ze skał wpadliśmy prosto na dwa dziwne obiekty i razem zaliczyliśmy glebę, łubudu.
-Hej!
To byli James i Peter. Ten ostatni przeżywał straszliwe katusze, jęcząc zbolałym głosem i trzymając w czułych objęciach własną stopę.
-Czemu na nas wpadliście?- warknął Rogacz.
-Zaraz, to WYŚCIE na nas wpadli!- obruszył się Syriusz.
-Nie, mój drogi! Nie, mój drogi!- zawrzeszczał James.- Nie ma tak dobrze!
-Owszem, jest! Moglibyście bardziej uważać na drugi raz?! Tak grzmotnąć w człowieka!
-Licz się…- zaczął James, ale łupnęłam go w głowę, grzmiąc:
-ZAMKNĄĆ SIĘ, DO CHOLERY! Co to był za wrzask?!
Wszyscyśmy wstali, rozglądając się pilnie.
-Wy też to słyszeliście?- spytał zaskoczony James
-No ba!- prychnął Syriusz
-Gdzie Lily i Remus?- zapytałam ostro.
Wszyscy pobladli.
-Remus gdzieś poszedł, a Lily…- James szybko oblizał wargi- Chyba zbierała brzoskwinie w tym gaju kilka minut drogi stąd…
Popędziliśmy całą czwórką do brzoskwiniowego gaju. Panowała tu nieprzyjemna cisza.
-Lily?!- krzyknęłam. Nie było odpowiedzi.
-LILY?!- wrzasnął James i zaczął biegać w tę i z powrotem między drzewami, niczym zagubione dziecko, tracące matkę z oczu.
Rozbiegliśmy się po całym gaju wszyscy z wyjątkiem Petera, unieruchomionego ze strachu na środku. Odgarniałam kolejne gałęzie, by poszukać jakiegokolwiek znaku, że przed chwilą był tu ktoś jeszcze. W jednym miejscu, pod drzewkiem, leżało całe naręcze świeżo narwanych brzoskwiń, kilka brutalnie zmiażdżonych…
Straszliwe ciarki, przebiegły po moich plecach. Szybko rozejrzałam się, by dostrzec oczy, które mnie obserwują. Nadsłuchiwałam czujnie, ale żaden odgłos nie zmącił dziwacznej ciszy.
Rozległ się odgłos kroków. Mimowolnie sięgnęłam za pazuchę, ale nie miałam przy sobie różdżki. Zza jednego z drzew wyłonił się jednak Syriusz, twarz miał spokojną, niemalże zdziwioną.
-Jej tu nie ma.- stwierdził łagodnie, kręcąc głową.
Z drugiej strony wypadł na nas James, cały rozgorączkowany. Dopadł do Syriusza i jął nim potrząsać, znerwicowany.
-GDZIE ONA JEST?!?!
Ale Syriusz nie znał przecież odpowiedzi…
Trzy godziny później wszyscy zebrali się w chatce. Panowała cisza. Tylko coś skrobało o ściankę przybudówki. Remus i Peter siedzieli przy stole na taborecikach. Remus miał bardzo bladą, kamienną i napiętą twarz, Peter łkał cichutko. Za nimi, na łóżku, leżał Syriusz z grobową miną wlepiający zamyślony wzrok w sufit. Naprzeciw, na drugim posłaniu siedział Rogaś, ukrył twarz w dłoniach. Obejmowałam go, zajmując miejsce obok. To musiało być dla niego straszne. Zresztą, dla mnie też było, łzy spływały po moich policzkach. Lily… Co ją spotkało? Czy żyje? Co zobaczyła? Krzyk, który wydała sygnalizował, iż było to coś straszliwego…
-Nie było po niej śladu?- spytał wilgotnym tonem Remus po długiej ciszy. Pokręciłam głową przecząco i spytałam:
-A ty, widziałeś cokolwiek podejrzanego?
Remus otrząsnął się z chwilowego letargu i mruknął, nie patrząc na mnie:
-Spacerowałem po pobliskiej plaży. I nic. Nawet nie słyszałem krzyku. Jakbyście mi nie powiedzieli, że zniknęła, to w ogóle bym nie wiedział…
Znowu zaległa cisza, tym razem krótkotrwała. Przerwał ją Syriusz:
-Który to już dzień tu siedzimy? Dopiero trzeci, czy czwarty. A już coś się musiało stać. Boję się spytać, co dalej.
-Nie no, musimy ją przecież znaleźć!- zadecydował Remus, jakby ktokolwiek sprzeciwiał się jego woli.
-Teraz?- jęknął z przerażeniem Peter.
James uniósł wolno głowę znad dłoni i spojrzał na niego w szczególny sposób. Peter zbladł.
-Ty tchórzu…- wycedził. Ja i Remus wymieniliśmy pełne obawy spojrzenia.
-Ja, tchórzem?!- zapiszczał- Chcesz wychodzić na zewnątrz, gdy tam grasuje coś bardzo niebezpiecznego?!
-Owszem.
I wstał, by wyjść. Syriusz szybko ruszył z nim, Remus także.
-Ja też idę…- zaczęłam, ale Syriusz zatrzymał mnie.
-Nie. Pójdziemy tylko my w trójkę, nie możemy się rozdzielać. Nie zostawimy Glizdogona samego. Mary Ann, zostajesz.
Zmarszczyłam brwi, by się kłócić.
-Remusie, zostań z nimi.- poprosił James, po czym zmierzył krytycznym wzrokiem Petera od stóp do głów.- Nie zostawiałbym Meg z tym tchórzem.
Pet zamknął się w sobie.
Tak więc Syriusz i James wyszli by poszukać Lily. Nasza trójka pochowała się po kątach izdebki, nie puszczając pary z ust, bo nie było po co.
Jednakże chłopcy wrócili po pewnym czasie i byli zupełnie sami… Na dworzu zrobiło się zupełnie ciemno, nadeszła noc, przeraźliwie samotna i straszna.
Następnego dnia grobowy nastrój wciąż panował. Rankiem, po zjedzeniu śniadania (kilku owoców) zadecydowaliśmy gruntowne przeszukanie obszaru naszego zamieszkania. Nie wiedziałam, czy jest sens. Lily mogła już od wczoraj nie żyć. Nie trzeba jednak tracić nadziei.
Ja z Jamesem i Glizdogonem ruszyłam w dalsze, niezbadane tereny, Remus i Syriusz postanowili przetrząsnąć gaj brzoskwiniowy i okolice.
-Prócz nas wyspa ma jeszcze jakiegoś mieszkańca.- ozwał się James, gdy przedzieraliśmy się przez gąszcz między wyrosłymi z ziemi skałami. Co mógł, to przecinał zaklęciem, żebyśmy mogli łatwiej się posuwać naprzód.
Mimo upału znajdowaliśmy się w absolutnym cieniu. Las nas otaczający był wyjątkowo gęsty, nawet jak na las typowy dla tego klimatu. Między liśćmi czasem sączyły się słoneczne promienie, oświetlając nam drogę.
-Przecież nie mogła zapaść się pod ziemię!- zawołałam po kilkunastu minutach.- Nawet, jak nie żyje, musi tu gdzieś być jej ciało.
Zorientowałam się, że zabrzmiało to niezbyt estetycznie, szczególnie, że James zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem, więc postanowiłam zamilknąć.
Peter rozglądał się nerwowo, zerkając na wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Był bardzo zdruzgotany faktem, iż kazaliśmy mu szukać z nami. Nie pomogła nawet świadomość, iż wyspał się na pryczy Lily.
-Patrzcie, potok…
Znajdowaliśmy się przy wysokiej, wielkiej skale. Przy niej usypane były mniejsze odłamki, z których wypływała woda.
Peter, jako że był wykończony, podleciał od razu, by zaczerpnąć nieco wody. Ukląkł przy strumieniu i wylewał na siebie ciecz, by ochłodzić obolałe ciało. James do niego dołączył, a ja poczęłam przyglądać się odosobnionemu miejscu.
Piaskowiec wydawał się być bardzo stary. Obrósł drobną, nadmorską roślinnością, nosił na sobie znaki czasu.
Szłam wolno obok ściany, szorując po niej dłonią. Każdy większy odłam skalny mnie teraz interesował-w końcu mogła tu być gdzieś grota, a w niej nieznane zło z naszą Lily…
Po chwili podszedł do mnie Rogaś.
-Ona żyje.- szepnął.
-Ale gdzie jest?- zadałam retoryczne pytanie.- James?
-Żyje…- powtórzył do siebie, dłubiąc w jakimś skalnym zagłębieniu.
Przyglądałam się tępo jego dłoni, która z coraz to większą zawziętością skrobała w piaskowcu.
-Koniecznie trzeba ją znaleźć, dzieje się coś nienormalnego…- zakończył złowieszczo
Odjęłam jego dłoń od skały, bo dźwięk skrobania szczerze mnie irytował. I nagle…
-Patrz…- wskazałam, wytrzeszczając oczy.
Dłubane przed chwilą przez Jamesa rysy naskalne nie wyglądały zbyt naturalnie. Rzuciłam na nie okiem. Wyglądały, jak naskrobane przez człowieka, a przedstawiały rysunki i liczne napisy.
-Co to za język?- zapytałam Jamesa, jeżdżąc palcem po jednym z wyrazów.
-Nie wiem. Ale nie w naszym alfabecie. Patrz, jakie krwawe…
Rysunki przedstawiały różnych ludzi, idących rzędem, lub samotnych. Na kilku z nich pojawiał się jednak dziwny, niezidentyfikowany kształt. Szkice były niestety niewyraźne i zbyt stare, by cokolwiek z tego zrozumieć.
-Krwawe?- spytałam, nie rozumiejąc.
-No tu, na przykład…
Leżało tu na przykład, całkiem niedaleko kształtu, jakieś bezgłowe ciało. Takich scen było więcej.
Do naszych uszu dobiegł wrzask Peta:
-Czy możemy już wracać?! Zgłodniałem!
-Ten to myśli brzuchem, a nie głową…- mruknęłam.
James westchnął ciężko.
-Skoro nasz bobasek zgłodniał, to wróć z nim do domu. Nie ma głupich, ja idę dalej…
-Ależ James…
-Nie! Słuchaj, weźcie różdżkę i idźcie…
Odtrąciłam jego dłoń.
-Ty ją weź. Ja i Pet sobie poradzimy.
-Ale…
-Bez dyskusji. Jak idziesz, to tylko z nią, Rogaś…
James cmoknął mnie w policzek na pożegnane po czym oddalił się, by zniknąć za najbliższym głazem. Wzdrygnęłam się, myśląc o nim i mój wzrok spoczął jeszcze raz na zmutowanym tworze naszkicowanym na skale…
Szybko dołączyłam do Peta, by nie stać tam sama, po czym udaliśmy się ku domowi.
-Jak myślisz, czy kiedykolwiek nas tu znajdą? Jest jakiś sposób?- szepnął
-Chyba. Na pewno nas szukają, tylko czy skutecznie…- pokręciłam głową. Ale się narobiło-Lily może już nie żyć; co powiedzą jej rodzice?
Przedzieraliśmy się w milczeniu przez rośliny, a we mnie narastały jakieś dziwaczne lęki i obawy. Odkąd znikła Lily, wciąż miałam wrażenie, że nas coś obserwuje. W zasadzie, miałam tak odkąd znaleźliśmy chatę… Na wyspie panowała taka niezdrowa cisza…
-Patrz, owoce!- ucieszył się Glizdek, gdy wyszliśmy na polankę. Podbiegł do jednego z krzewów i zaczął się obżerać.
-Nie traćmy czasu, w domu mamy takie same, Pet…- stanęłam obok, potrząsając lekko jego ramieniem. Ale bez skutku.
-Peter!- naciskałam- Nie możemy zostać tu dłużej, to bardzo niebezpieczne!
Chłopak wychrumkał coś pod nosem i jął dalej pakować owoce do twarzy, by zaspokoić głód.
Westchnęłam ostentacyjnie, unosząc wzrok w górę. W tym samym momencie już wiedziałam, że coś się święci…
-PETER!- krzyknęłam, potrząsając nim- Peter, W NOGI!
Obrócił się trwożnie i zawiesił wzrok na tym, na czym zawieszałam ja już od kilkunastu sekund.
Na środku polany stała najprawdziwsza, grecka chimera. Wyglądała straszliwie. Od razu, jak na złość, nasunął mi się werset z książki o czarodziejskich zwierzętach: „Bardzo niebezpieczna… tylko jeden przypadek pokonania…”.
Chimera zmarszczyła lwi nos, wciąż nieruchomo wpatrując się w nas, jakby dziwiła się widokowi ludzi. Machinalnie sięgnęłam po różdżkę i aż gorąco zrobiło mi się na myśl, że jej nie mam…
-Nie ruszaj się…- syknęłam do sparaliżowanego Petera.
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!- ryknął i rzucił się do ucieczki w pobliskie krzaki. Jego wrzask jeszcze długo mącił ciszę, ale w końcu zanikł. A ja dalej stałam twarzą w twarz z chimerą. Z początku chciałam powielić zachowanie Peta, jednak nogi jakby wrosły mi w ziemię.
Chimera ryknęła porządnie i zaczęła skradać się w moją stronę, tupiąc kozimi odnóżami. Zaraz z pewnością skoczy…
-Nie…- szepnęłam i wpadłam w zarośla z tyłu. Zabrakło mi tchu, ale słyszałam potwora, który pędził za mną, z pewnością szybszy, niż ja…
Wymijałam coraz to więcej pni, wpadałam bez zastanowienia w krzaki, dysząc ciężko i chwilami straszliwie piszcząc, w mojej głowie istniał tylko zapis „uciec… uciec… uciec…”, a umysł sparaliżował jakiś pierwotny strach o egzystencję.
Dopadłam na skraj wysokiego klifu, gdzie rosły w dużych odstępach pinie. Zwróciłam się przodem to potwora, z najwyższym trudem łapiąc oddech. Przyszedł koniec…
Mogę skoczyć z klifu prosto na skały i się rozbić, albo zostać pożarta przez chimerę. Co wybrać?
-RATUUUNKUUU!!!!!!- pisnęłam najgłośniej, jak to było możliwe.
Potwór zakołysał smoczym ogonem ze zdenerwowania, w jaki wprawił go wysoki hałas, zdzielił nim pień pinii, będącej w polu rażenia. Rozległ się suchy trzask i drzewo runęło w dół, sypiąc naokoło pnia drzazgami.
Gdzieś na prawo dostrzegłam nieznaczny ruch.
-MARY ANN!
To byli Syriusz i Remus. Nawet im nie odpowiedziałam, odjęło mi mowę.
Chimera już gotowała się do skoku na mnie.
-NIE!- to wrzasnął Remus, podbiegł do stwora i oburącz chwycił go za ogon, ciągnąc w swoją stronę.- ZOSTAW JĄ!!!
-REMUS!- wrzasnęliśmy z Syriuszem. To była najgłupsza rzecz, jaką mógł teraz zrobić. Chimera bowiem obróciła się do niego, ryknęła i machnęła ogonem, a Remus został zwalony z nóg jego ultramocnym ciosem. Następnie podbiegła do niego i potężne paszczęki zacisnęła na jego lewym boku. Zaczęłam płakać.
Remus wydał jakiś makabryczny wrzask potwornego bólu. Osunęłam się na kolana, niezdolna do jakichkolwiek manewrów.
Syriusz zachował jednak zimną krew.
-SECTUMSEMPRA!
Z boku chimery trysnęła czerwona posoka. Wrzasnęła i podbiegła do Syriusza, zostawiając bezwładne ciało Remusa.
-Impedimenta!- jednak chybił. Chimera zbliżała się z każdym ułamkiem sekundy, toteż Syriusz rzucił się do ucieczki tyłem. On, a za nim stwór, zniknął za jednym z licznych przy klifie głazów.
Podczołgałam się do zakrwawionego Remusa, łkając. Miał białe, lekko uchylone usta, półprzymknięte powieki, pod którymi gałki biegały wolno to tu, to tam. Z ust ciekł strumyk krwi, a przegryziony bok wyglądał wprost makabrycznie. Jakby mój Remus wyszedł od rzeźnika. Cały zakrwawiony, obszarpany…
Ale przynajmniej oddychał, przynajmniej żył. Tylko… jak długo pożyje?...
Z zarośli wypadł James. Oczy jego przybrały rozmiary talerzy obiadowych.
-Remus?!- krzyknął, przerażony- Czy on…?
-On żyje.- szepnęłam.- Dawaj różdżkę.
James bez ceregieli ją mi wręczył.
-Ferula. Och, to nie da zbyt wiele…
Co prawda krwawienie nieco ustało, ale rana wyglądała tak samo. To w końcu była chimera, a nie zwykłe zadraśnięcie…
-Zostań z nim.
Wstałam chwiejnie i udałam się tropem Syriusza, bo w głowie narastała mi obawa, że może być już po nim… W sumie na pewno jest po nim…
Szłam wzdłuż wysokiego klifu, celując różdżką przed siebie, na wypadek, gdyby chimerze zechciało się dokończyć obiadek.
W bardziej skalistym miejscu, na samym skraju, dostrzegłam coś dziwacznego, mianowicie leżącego na wznak pod jedną z niziutkich, rzadkich tu pinii Syriusza. Był cały okrwawiony.
-Syriuszu!- krzyknęłam rozpaczliwie i uklękłam przy nim. Oddychał ciężko, zapatrzony w błękit nieba nad nim.- Co ci jest? Żyjesz?
-Nie wiem…- szepnął rozedrganym głosem, po czym zaniósł się wariackim śmiechem.
-Gdzie chimera?
-W morzu…
-Co?
-Zwaliła mnie z nóg i podeptała, trochę pogryzła... Ale nic mi nie jest. Czekaj, muszę odpocząć…
Odczekałam chwilkę, a on wyrównywał oddech i pracę serca. Po kilku minutach ozwał się:
-Więc wykołowałem ją w pewnym momencie i, okrążając skałę, stanąłem pod tym niskim drzewkiem. Ona skoczyła na mnie, a ja podskoczyłem do góry, chwyciłem się gałęzi i podkuliłem. Stwór niczego się nie spodziewał i runął z klifu, który się za mną kończył…
Głęboko odetchnął i wydał z siebie dumne fuknięcie, bardzo z siebie był zadowolony. Nie mogłam mimo wszystko wyjść z podziwu dla niego.
-Dobra… Wracamy, trzeba się zająć Luniaczkiem…- pozbierał z trudem swe odnóża i razem ruszyliśmy w drogę powrotną, Syriusz nieco kuśtykając.
Jamesa i Remusa nie było na miejscu wydarzeń. Po Remusie została jedynie poorana, zakrwawiona ściółka. Wyszliśmy więc z założenia, że James przetransportował go do domku.
Tak też w istocie było. Blady, nieprzytomny, wykrwawiony Remus spoczywał na dawnej pryczy Lily, jeszcze bardziej cherlawy, niż zazwyczaj. James, nie wiedząc, co robić, obmywał mu rany zwykłą wodą. Wzięłam od niego miskę i sama zaczęłam to robić. James i Syriusz stali nad nami i wpatrywali się ponuro w przyjaciela.
-Jak to się stało, że tam się znalazłaś?- odezwał się Syriusz po tym, jak okryłam brata kocem, by nie tracił ciepła.
-Uciekłam przed tym potworem z takiej jeden polany… Razem z Peterem zatrzymaliśmy się na niej na chwilę…
-Zaraz!- krzyknął ostro James- A gdzie on jest?!
Wymieniliśmy nieco przestraszone spojrzenia. Tyle się działo, że o nim zapomnieliśmy. James zaraz po niego wyszedł, a nam pozostało jedynie czekać przy Remusie i mieć nadzieję, że Pet to nie kolejna ofiara stwora…
-A jak to właśnie chimera zaatakowała Lily?- spytałam Syriusza, nie odrywając wzroku od Remusa.
Pokręcił sceptycznie głową.
-Przecież nie znaleźliśmy ciała. Ale… mogła stamtąd uciec gdzieś daleko, stwór dopadł ją tam, skonsumował…
-Przestań!- jęknęłam płaczliwie.- O rany, to makabra!
-Ciekawe, kto będzie następny… Lily, Remus, może Peter…- mruczał złowrogo, przemywając rany na przedramieniu wodą z miski.
Niestety, James nie przybył cały dzień, a potem noc. Na jednym z posłań leżał opatulony kocem Remus, bez żadnego znaku życia. Jedyne, co pokazywał to to, że oddycha. Na drugim, w straszliwym ścisku spaliśmy my. Tak bardzo się bałam, że nie chciałam leżeć sama, gdzieś w okropnym, ciemnym kącie izby. Poza tym, Syriusz też miał rany, więc niedobrze by było, żeby spał na ziemi.
-Jestem! I mam zgubę!
Taki wrzask zmącił ciszę wczesnym rankiem.
James i Peter wkroczyli do chatynki. Peter wciąż cały się trząsł.
-O rany…- fuknął zaspany Syriusz i usłyszałam, że usiadł na łóżku.- Gdzieżeś się włóczył?!
-Siedział skulony w grocie.- rzucił beztrosko James.- Jak się czuje Remus?
Luniaczek przez noc nie zmienił się zbytnio, tylko twarz lśniła mu od potu, a usta pobladły jeszcze bardziej. Położyłam mu dłoń na czole.
-Ma gorączkę, walczy…
Łzy zapiekły mnie w oczy. Gdyby nie on, dawno byłoby po mnie… A teraz leży tu i nawet nie mogę mu podziękować za życie. Być może nigdy nie będę mieć tej okazji…
Ten dzień, jak i zresztą następny, spędziłam prawie cały przy Remusie. Usiadłam na taborecie i trzymałam jego zimną, spoconą dłoń. Nikt nie mógł mnie zmusić, bym od niego odeszła.
Tymczasem wciąż było z nim gorzej. Stracił przytomność do reszty, wyglądał, jak w śpiączce. Tyle że był biały, jak trup. Zmęczone serce niemrawo biło w jego uśpionej piersi i zdawało się, że z każdą godziną ten rytm cichnie.
-Jak tak dalej pójdzie, to umrze z głodu…- obawiał się Syriusz.
-Czy nic już nie możemy zrobić?- szepnęłam błagalnie.- Jakiś wywar z dyptamu, czy coś…
-Może znajdziemy.- podskoczył James- Chodź, Pet. Pet?
Peter, który większość tych dwóch dni spędził na siedzeniu w kącie i żerowaniu na naszych zapasach, wzdrygnął się.
-Nigdzie nie idę. Tam coś na mnie czyha.
-Ile razy ci mam powtarzać, ciemniaku, że Syriusz zabił chimerę! Czy to tak trudno ogarnąć rozumem?!- zagrzmiał, zirytowany.- O żesz ty, jakiś ty trudny we współżyciu społecznym…
-Nie trudny, ale przerażony!
-Dobra!- przerwał mu- Idę sam! Wypchaj się!
I rzeczywiście poszedł. Zdążyłam tylko wyłapać kątem oka wściekłe spojrzenie Łapy, który przy mnie siedział i który posłał je właśnie Petowi, lecz po chwili jego oblicze złagodniało, gdy przeniósł je na Remusa.
-Jeju, mam nadzieję, że naszego wspólnego wyjazdu na Mistrzostwa nie przypłaci życiem…
Uśmiechnęłam się blado do Syriusza. Jakby to któryś z nich był na jego miejscu… Ale nie, musiało się przytrafić akurat najsłabszemu, Remusowi. Co będzie, jak przyjdzie pełnia? Czy przemieni się? A może go to zabije? Dobrze, że chociaż zatamowaliśmy krwotok zaklęciem i starymi, wypranymi szmatami. Gorzej, jak się wda jakieś zakażenie…
Takie rozważania nieustannie zalewały mój umysł. Nie ma co, zwalił nam się problem nie lada. A przy tym trzeba znaleźć Lily, bo to już przesada. I jak mamy stąd po nią wyjść, kiedy w każdym momencie Remus może… nie, nawet nie chcę o tym myśleć…
James przyleciał po jakimś czasie. Tak jak przypuszczałam, nic nie przyniósł. Syriusz westchnął ze znużeniem i troską:
-No nic, zostaje nam tylko nadzieja, że oczyszczona rana go nie zabije i Remus się ocknie ze snu…
-…niczym ta zaczarowana księżniczka z bajki po pocałunku czarodzieja…- mruknął James. Nie wiem, czy porównanie Remusa do księżniczki było żartem, czy czułością. Chyba to drugie, bo na żarty nikomu się nie zbierało. Nie w obecnej sytuacji.
Następnego dnia, czyli jakoś tydzień po przylocie w to sielankowe miejsce, postanowiliśmy odnowić poszukiwania.
-Trzeba znaleźć Lily. Nie możemy jej zostawić. Ale musimy iść wszyscy… Tylko co zrobimy z Remusem?- głowił się James.
-Może jakieś czary… Na pewno są czary ochronne!- uparłam się.
-Czarny coś wymyśli, on ma naprawdę w tym czerepie więcej, niż wygląda, żeby miał!- James walnął go z całej pary w plecy i oberwał w odwecie.
-Cóż…- podjął Łapa, brutalnie ignorując pięść Jamesa, która regularnie godziła w jego szlachecki tył głowy - Jest kilka zaklęć, Zaklęcie Niewykrywalności, Ochrony, Kameleona…
-Umiesz je rzucić?- zwróciłam się do niego.
-Tak.- uciął krótko i zdecydowanym ruchem odwinął Jamesowi.
-No, to zbierajta się!- zadecydowałam i wszyscy wstali, Pet z pewną niechęcią.
Wyszliśmy na zewnątrz, a Syriusz rzucił kilka czarów na domek.
-No, teraz to go nikt, prócz nas, nie znajdzie!
-Tylko żeby mu się tam w środku nie zechciało umierać…
Zabrzmiało to tak dziwacznie, że nikt nic nie rzekł, tylko spuściliśmy wzrok na ziemię.
Ruszyliśmy zatem w niebezpieczne, niezbadane tereny wyspy. Panowała cisza, nikomu nie chciało się rozmawiać. Miałam wrażenie, że te poszukiwania są totalnie bezsensowne, ale łapałam się czegokolwiek, by nie siedzieć w domku z założonymi rękoma.
-Dobra. Teraz musimy ruszyć w przeciwnych kierunkach…- zadecydowałam, gdy stanęliśmy w ostatnio przeszukiwanym miejscu.- Podzielimy się na grupki…
-To ja chcę z Syriuszem…- pisnął Peter.
-A dlaczego?- zmarszczył brwi Łapa.
-Bo ty jesteś silnym, umięśnionym herosem, który swymi kamiennymi mułami i własną piersią ocali takie wątłe niewiasty jak Pet!- zarechotał James.
Nawet Peter się roześmiał.
-Nie, ale na serio. Jak się dzielimy?- zadałam pytanie.- Peter ma rację, nie powinnam z nim być, ostatnim razem nie skończyło się to zbyt fortunnie.
-Bo nie mieliście różdżki, teraz będzie inaczej…- zauważył James.
-Wiem. Ale jak przyjdzie co do czego, to nie mam zamiaru się rozdzielać z towarzyszem. Bo potem się szukamy po wyspie kilka dni…
-Co masz na myśli?
-No… Ostatnim razem zostałam sama, nie?
Syriusz i James zmarszczyli brwi.
-No bo Peter zwiał.- wyjaśniłam i nagle wydało mi się to bardzo wstydliwe.
-CO?!- zareagował ostro Syriusz.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
-Zwiałeś?!- ryknął na Petera, który skulił się w sobie- Zostawiłeś ją na pastwę CHIMERY?!?!
Oniemiał, lustrując go wściekłym, pogardliwym spojrzeniem.
-Zrobiłbyś to samo!- pisnął w samoobronie Peter.
-JA?!?! JAK ŚMIESZ!... JA NIGDY BYM JEJ NIE ZOSTAWIŁ W TAKIEJ SYTUACJI SAMEJ! NIKOGO BYM NIE ZOSTAWIŁ!
Przerwał dysząc ciężko. James po prostu osłupiał.
-Co miałem zrobić, ona by mnie rozdarła, ją też by rozdarła… Myślałem, że pobiegnie ze mną…
-TY NIE MYŚLAŁEŚ, PETER! JEŚLI W OGÓLE, TO O SWOJEJ WŁASNEJ SKÓRZE!!! A TERAZ CHCESZ JESZCZE ZE MNĄ IŚĆ, BYM CIĘ MÓGŁ OSŁONIĆ WŁASNYM ŻYCIEM. TAK?
Zapadła bardzo nieprzyjemna, przykra cisza.
-To co.- podjął zrezygnowanym głosem James- Może lepiej ja pójdę z Meg, na pewno nie zwieję.
Zaakcentował ostatnie sformułowanie, patrząc z pogardą na Petera.
-Nie ma mowy. Ja z nim nie idę.- zaparł się Syriusz, zaplatając ręce na piersi. Peter pisnął mimo woli.
-Syriuszu!- zniecierpliwiłam się- Przecież nic się nie stało…
-Ale mogło się stać!
-Ty tu jesteś najlepszy, a Peter… nie obraź się Pet… najsłabszy. Musimy równomiernie to rozłożyć.
-Mam to gdzieś!- warknął- Idę z tobą, dziewczyno, albo SAM!
Wskazał na Peta.
-On strzelał różne fochy przez cały tydzień, teraz ja sobie strzelę!
James westchnął.
-To co? Ja idę z Meg, a Syriusz sam…
-A Pet?- zapytałam.
-Niech wraca. Przynajmniej się przyda Remusowi.- burknął Syriusz, rozszerzając nozdrza.- Chociaż… może się przestraszyć i uciec, gdyby Remus się obudził…
-Mam wracać? Sam?!- przeraził się Peter.
-Nikt ci nie zorganizuje konduktu, tchórzu!- zagrzmiał Syriusz
-Ale ja się zgubię! Nie pamiętam drogi! Syriuszu…
-No i nadszedł ten zaszczytny moment w życiu, gdy po raz pierwszy użyjesz mózgu.- odparł zjadliwie Łapa- Musisz sobie przypomnieć, nie mamy czasu prowadzać cię za rączkę…
-Syriuszu, błagam!- jęknął, składając ręce jak do modlitwy.
Ale twarz Czarnego pozostała nieugięta i okrutna.
-To niezbyt bezpieczne…- zauważył James.
-Trudno. Nie dbam o to.
-Ale to twój przyjaciel!- krzyknęłam
-Trzeba płacić za błędy! A ty…- zmierzył Petera okropnie jadowitym wzrokiem- …ty stąd idź. Uciekaj! Na nic nam się nie przydasz, dziecko. Jak zwykle.
Ostatni raz przeszył go sztyletami z oczu i wszedł w gęstwinę. Chcąc nie chcąc, musieliśmy uczynić podobnie.
-James!- pisnął na odchodnym Pet.- Nie zostawiaj mnie!
-Syriusz miał rację, Pet. Musisz płacić za błędy.- mruknął, ale niezbyt pewnie.- O rany! Ciesz się, że na tym tylko się skończyło! Myślałem, że Łapa w swej ognistej furii cię zabije, he he. Idź do domu, może Remus czegoś potrzebuje, może się obudził…
Razem weszliśmy w gęstwinę, zostawiając sparaliżowanego strachem Petera.
-Nie podoba mi się to…- szepnęłam
-Mnie też.- odparł powoli- Ale Syriusz ma rację. Parszywy gnojek. Mogłaś zginąć!
-Och, a on na pewno odstraszyłby chimerę! Dobrze, że uciekł. Gdybyśmy razem to zrobili, to by jedno nie nadążało za drugim.
-Może i racja. Ale liczy się czyn. Fakt, że ciebie zostawił. Myślisz, że ktokolwiek z nas by to zrobił?
-Nie.- przyznałam zgodnie z prawdą.
-No właśnie, nawet jakby tam stanął ten Voldemort…
Mimo wszystko nie podobała mi się wizja Petera, błądzącego w wysokich, suchych trawach, wołającego o pomoc, bo znalazł się na skrajnie drugim końcu wyspy…
Nie uszliśmy jednak kilku kroków, gdy między zaroślami poruszyło się coś dziwnie.
-Słyszałaś?- zaniepokoił się James.
-Bardzo wyraźnie!- odparłam ostro.
-Coś jakby trzepot skrzydeł…
W chwilę potem rozległ się bardzo blisko głos osoby skrajnie nieprzytomnej z przerażenia:
-Nie, proszę… Zostaw mnieeeee… RATUNKU!!! NIEEEEEEEEEE!!!
Wrzask zawisł w powietrzu. A potem cisza.
Zagipsowało mnie ze strachu.
-Peter…- wymamrotał James i ruszył nieprzytomnie w kierunku, z którego przyszliśmy.
Powoli ocknęłam się i szybko tam pobiegłam.
James stał sam na polance, na której się rozdzieliliśmy.
-PETER!- krzyknął- PEEEETER!!!
Panowała absolutna cisza. Nawet wiatr zdawał się nie wiać.
Z krzaków nieopodal wypadł Syriusz.
-Słyszałem coś. Co się stało?
Błyskawicznie pojął, co się stało. Wszyscy patrzyliśmy na siebie w tym milczącym kręgu, nikt nie odważył się odezwać…
Następny odcinek, już 41, o tytule "A jednak tam coś jest!" pojawi się za dwa tygodnie, jak już zapowiedziałam.