58. Wejście smoka Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 31 Lipca, 2010, 00:36
Tej nocy wcale nie potrafiłam usnąć. Cala wioska zarażona likantropią! A niech mnie, jakbym nadal była wampirem, wyczułabym to! Co więcej, natychmiast znalazłabym mordercę w domu Pianta, czytając w myślach. Czasem wampiryzm się jednak przydaje…
Jak tylko słyszałam potworne wycie, gdzieś na polach i w lasach, ciarki mnie przechodziły. Może to Molly…
Już nie wiem, komu wierzyć. Ta wioska, taka tajemnicza, nieodgadniona… Teraz wszystko doskonale pasowało do siebie. Jakby nad tym głębiej pomyśleć, zachowywali się jak wilki. Byli dzicy, brudni, „zmierzwieni”- bo inaczej tego nie mogę nazwać. Węszyli, mieli dziwny sposób mówienia… Pasuje. Dzikie stado wilków.
Tylko o co im chodziło z tą bestią, co ich atakuje? Przecież sami są potworami, czyżby na wyspie było jeszcze coś?
-Mortimerze…
Czarodziej nerwowo ściągnął usta w ciup. Klęczał i usiłował, niezbyt skutecznie, powyrywać z ziemi pozostałości po dwóch badylach, czyli korzenie. Co jak co, ale ukorzenienie badyle miały spore, toteż Mortimer znajdował się obecnie kilkanaście stóp od ogródka. Za nim na ziemi spoczywał zwój korzeni mierzący zapewne w przybliżeniu tyle, ile najmniejszy londyński most.
-Słucham cię!- brzmiała pełna złości odpowiedź.
-Czy na wyspie jest, poza wioską, jeszcze jakiś potwór?
Mortimer oderwał się od pracy i przeniósł na mnie oceniające, pełne rozwagi spojrzenie.
-Co masz na myśli? Coś konkretnego?
-No tak. Jedno z dzieci w tej wiosce powiedziało mi, że napada ich taka potworna bestia…
-Bzdury.- natychmiast powrócił do pracy, nie patrząc na mnie- Na pewno chciała ci wmówić, wytłumaczyć, czemu słyszysz wycie i takie tam… Poza ludźmi z wioski nie ma tu likantropów.
Otworzyłam usta, ale nie przyszło mi nic więcej do głowy. Odeszłam więc, zaaferowana mnóstwem pytań, cisnących się do głowy. Najgorsze było, że nikomu nie mogłam się zwierzyć i liczyć w zamian na szczerą odpowiedź. Tak bardzo chciałam porozmawiać z Remusem, Rabastanem, Severusem lub Lily! Niestety, nie wchodziło to w rachubę. Wydałoby się, że żyję, i zaczęliby mnie szukać. A potem ołtarzyk. Poza tym, Mortimer nie miał żadnej sowy, jako że był zbuntowanym pustelnikiem, skłóconym z całym społeczeństwem. A tak chciałam z kimś pogadać! Kimś, kto by mnie zrozumiał…
Myśl o nieznanym potworze nie dawała mi spokoju. Muszę się dowiedzieć…
W ukryciu odczekałam parę dni, nie mogąc się doczekać, aż księżyca zacznie ubywać. Chciałam porozmawiać z Molly. Ona musi mi wyjaśnić, czy ten straszliwy, zabijający mieszkańców potwór to jej wymysł, tak, jak mówił Mortimer, czy naprawdę coś takiego istnieje. W końcu coś musiało ich tą likantropią zarazić…
Poczułam lekkie napięcie w splocie słonecznym, gdy pewnego wieczora uświadomiłam sobie, że księżyca już trochę brakuje. Czas wyruszyć, by poznać prawdę…
Wyjrzałam, by się upewnić, iż czarodziej nadal wyrywa te swoje korzenie-od kilku dni nie robił nic innego-po czym wyśliznęłam się z chatki, cichutko zamykając drzwi za sobą.
Wieczór, jak zwykle, charakteryzował się ciemnogranatowymi chmurami, przez które od czasu do czasu prześwitywało światło księżyca. Wiedziałam, że jesień zaczęła się na dobre. Liście zlatywały z drzew w rzadkim gaju czarodzieja. Z dziwną gulą w gardle, na paluszkach, przetuptałam przez las do rzeki. Obróciłam się jedynie, by zerknąć na Mortimera. Może go nigdy nie zobaczę.
Czarodzieja jednak nie dostrzegłam. Pewnie jeden z korzeni sięgnął już za chatkę…
Przeskoczyłam bród, czując boleśnie, że bariera ochronna zaraz przestanie na mnie działać.
Gdy stanęłam na twardym gruncie, pomyślałam: „Może by tak zaczekać do rana?”. Ale coś, niewątpliwie jakaś dzika ciekawość, nie potrafiłaby zdzierżyć tylu godzin bezsenności w łóżku. Nie, muszę iść teraz, kiedy nadarza się okazja.
Droga przez Martwy Las była jeszcze gorsza, niż zazwyczaj. Zapadał zmrok, więc w tak gęstym lesie poruszać się było i trudno i nieprzyjemnie.
Wreszcie dotarłam do pogrążonego w mroku szarego pola. Musiałam przyznać, że wyglądało imponująco, nieskończona szara przestrzeń pod kłębiskiem ciemnogranatowych chmur…
Dopadłam do muru i z duszą na ramieniu a także ogarniającym podekscytowaniem wkroczyłam na teren wioski.
Drzwi zostały naprawione, a po wsi kręciło się kilka osób. Panowała strachliwa cisza i jakaś chora atmosfera przymusowego milczenia. Zauważyłam Molly, siedzącą w piachu i bawiącą się bez entuzjazmu dwoma najprostszymi na świecie lalkami. Miała, jak zwykle, pozbawioną wyrazu twarz. Stanęłam nad nią.
-Hej hej!- przywitałam się zdawkowo. Z wolna uniosła głowę w górę. Chyba wyczuła mój zapach wcześniej.
-Cześć.- odparła beznamiętnie. Nie byłam zaskoczona. Zazwyczaj tak na mnie reagowała.
Skrępowana, stałam dalej, nie wiedząc, co powiedzieć.
-W co się bawisz?- kucnęłam przy niej, próbując zagaić rozmowę.
-W dom.
-To jest mama, a to tata?- zapytałam, wskazując na lalki z bardzo prowizorycznych surowców.
-Nie. Na odwrót. Nie widać?- była nieco zdziwiona.
-Ehh… No tak, oczywiście! Ale ze mnie głąb!- zaśmiałam się nerwowo, zachodząc w głowę, jak Molly rozróżnia, która z tych bezkształtnych kukiełek jest facetem, a która babką.
-Mamę boli głowa.- wskazała na jedną z lalek.
-Trzeba ją wyleczyć.- mruknęłam, desperacko podtrzymując rozmowę.
-Taa… Chyba masz rację.
Po czym ze stoickim spokojem oderwała głowę lalce i cisnęła za siebie. Wytrzeszczyłam oczy.
-I już nie boli.- skwitowała.
-Eee. Molly?
-No?- zapytała ze średnim zainteresowaniem, dokonując oględzin tułowia bez głowy.
-Czy… możesz mi powiedzieć, co za stwór atakuje twoją wioskę?
-Potworny zwierz.
-Ale czy mogłabyś nieco lepiej określić?- rzekłam cierpliwie- Czy na pewno on istnieje?
-Oczywiście!- po raz pierwszy dostrzegłam u niej jakiekolwiek emocje, mianowicie oburzenie. Zerknęła na mnie ze zdziwieniem- Dlaczego pytasz?
Ociągałam się z odpowiedzią. W końcu postanowiłam wyłożyć karty na stół.
-Ja wiem, że jesteście wilkołakami.
Molly wytrzeszczyła na mnie oczy. A potem zerwała się z miejsca i wpatrzyła we mnie z przerażeniem.
-Nie, czekaj! Nie boję się ciebie. Musisz mi pomóc.
Molly wciąż wytrzeszczała oczy. Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Być może zaraz zacznie wrzeszczeć na całą wieś. Szybko zatem streściłam, o co mi chodzi.
-Mortimer powiedział, że kłamiesz. Mam dylemat. Czy mówił prawdę? Kłamałaś? Odpowiedz, proszę. Nie wiem, kto kłamie. Czuję się zagubiona.- dodałam na zakończenie monologu.
Molly rozważała coś w myślach.
-Czarodzieja nikt nie lubi. Czarodziej jest dziwny.- odparła w końcu.
-Co?- rzekłam, zdezorientowana.
-Ja nic nie wiem. Jestem za mała. Ale nasz kapłan będzie wiedział… On na pewno.
Obróciła głowę z wolna. Popatrzyłam w tamtą stronę-w stronę piaszczystego klepiska, pełniącego rolę jakby placu na środku. Przez środek szedł specyficzny, starszy jegomość. Miał szarą brodę, sięgającą prawie kostek u nóg i znoszoną, prostą podomkę. Opierał się na sękatym kiju.
-Kapłan?- zdziwiłam się. Zaleciało mi jakimś celtyckim pogaństwem, gdy na niego popatrzyłam. Wyglądał, jak druidzi z obrazków w mojej ukochanej książce o legendach z dzieciństwa. Nie bez zirytowania zauważyłam, że wszyscy obecni na placu, na szczęście niewielu, przyglądali mi się nieufnie. Nawet starzec się zatrzymał, po chwili jednak ruszył dalej, nie zważając na mnie.
-Proszę zaczekać!- jeżeli ktoś ma mi pomóc, to raczej on. Wygląda na sensownego.
-Jesteś obca. Nie masz tu wstępu.- rzekł, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
-Wiem!- zdenerwowałam się- Potrzebuję pomocy.
Człowiek nie patrzył na mnie.
-Odejdź.- powiedział jedynie- Jest z tobą ten czarodziej.
-Już to słyszałam. Chce się dowiedzieć, co atakuje waszą wioskę. Czy istnieje jakiś nieznany potwór? Może Molly mnie oszukała, by zatuszować fakt, że jesteście wilkołakami!
Ostatnie zdanie brzmiało, jak wyrzut i oskarżenie. Starzec nie bez zdumienia przeniósł na mnie wzrok. Miał wyjątkowo świecące oczy.
-Co was atakuje?- zapytałam błagalnym tonem- Czemu Mortimer jest waszym wrogiem? Proszę, niech mi pan pomoże odkryć prawdę, bo nie daje mi to spokoju.
Staruszek wyprostował się, by zyskać na czasie. Mocniej wbił kostur w ziemię i przyjrzał mi się, usilnie myśląc. Obok mnie ulokowała się Molly.
-Proszę, panie. Niech ta dziewczynka pozna prawdę. Mieszka z tym czarnoksiężnikiem, to źle. Musi wiedzieć.
Starzec wreszcie przemówił swym suchym głosem:
-Musisz wiedzieć, że czarodziej był tu kiedyś z nami. Zasłużył jednak na wygnanie.
Zamarłam, ale nie zdradziłam żadnych oznak zaskoczenia.
-Eksperymentował z dziećmi. Parę zabił. Postanowiliśmy go wygnać. I wtedy przeklął naszą wyspę swymi magicznymi sztuczkami. Od tej pory wygląda właśnie tak. Nie ma słońca. Nie ma radości. Do tego przemienił nas wszystkich w te poczwary. Jest winny wszystkiego.
-To niemożliwe!- przeraziłam się- Mortimer jest dobry! Okazał mi dobroć!
-Widzisz, jak ciebie omotał?- warknął starzec.
Czułam, że grunt wali mi się pod nogami. Mieszkałam pod jednym dachem z mordercą. Nie, przecież on musiał się zmienić, coś w nim przeszło metamorfozę… Nigdy w to nie uwierzę.
Jednak cząstka w moim mózgu zaczęła wierzyć słowom starca. Czy Mortimer zawsze był uprzejmy? Czy nie zachowywał się czasem podejrzanie opryskliwie? Czy nie traktował mnie z wyższością, mimo, że ja zawsze byłam dla niego jak najsympatyczniejsza?
-A… bestia?- zapytałam, starając się utrzymać spokój- Skąd się bierze bestia?
-To proste, moje dziecko.- pokiwał z powagą- Pomyśl chwilkę.
Zaraz…
-Czyżby bestią był Mortimer?!- przeraziłam się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe.
-Bystre spostrzeżenie. Tak, to Wygnaniec jest największym, najbardziej krwiożerczym stworzeniem na wyspie. On UMIE w jakiś sposób zamieniać się w wilka.
Animag, pomyślałam. Przyszedł mi do głowy duży, czarny pies-Black. Nie wiedzieć czemu, poczułam się przytulnie i swojsko.
Rozległ się suchy trzask. Zanim to do mnie dotarło, starzec rzekł:
-Pod tą postacią atakował nas, gdy byliśmy ludźmi.
-Mylisz się!
Wszyscy na placu, którzy przysłuchiwali się bezczelnie naszej konwersacji, obrócili raptownie głowy. Na środku klepiska stał nie kto inny, jak Mortimer we własnej osobie. Jego twarz wyrażała mściwą satysfakcję.
-Mordercą jest ona! To jest bestia!- wskazał na mnie.
Rozległy się wzburzone okrzyki. Osłupiałam.
-Ż-że co?- wykrztusiłam w końcu.
-Co?!- Molly utkwiła we mnie skrajnie zszokowane spojrzenie.
-Łudziłaś się, że nie wykorzystam idealnej sytuacji?- roześmiał się złowrogo- Samotne, niezorientowane w sytuacji dziecko! Przyczołgało się wprost w moje otwarte ramiona! Wystarczyło nieco… WPŁYNĄĆ na twoją powłokę cielesną, byś mogła, kiedy chcę, zamieniać się w potwornego wilkołaka. Oszczędziło mi to wielu nocy ciężkiej pracy, polegającej na nieustannym mszczeniu się na wiosce. Przynajmniej się wyspałem.
-Ty… ty wlałeś mi coś wtedy do kąpieli…- ścięło mnie z nóg, gdy to do mnie dotarło.
-No, jak pomyślisz, to od razu ci łatwiej, nie?- zadrwił- Jak chcę, mogę tobą sterować, moja kochana Mary… Hipnozę, transmutację i polimorfię opanowałem do perfekcji. Tak łatwo udało mi się ciebie usidlić…
Zbladłam.
-Teraz, kiedy już wszystko wiesz, nie pozostaje mi nic innego, jak skończyć z tobą i tą pogrzaną wioską. Raz na zawsze. I tak okazałem wiele litości, jak na mnie.
Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, Mortimer wyciągnął różdżkę i machnął nią krótko.
Poczułam straszliwy ból w sercu. Zgięłam się wpół, osuwając na kolana. Czarno zrobiło mi się przed oczyma. Jednak nie było porównania do tego, co działo się z resztą wioski. Rozległ się wrzask cierpienia i krzyki. Każdy upadł na piaszczyste klepisko, Molly i staruszek obok mnie. Kostur wydał klekot, gdy uderzył o ziemię. Przez całą wioskę przetoczył się jeden wielki ryk bólu. A Mortimer się śmiał. Stał na środku wioski i ryczał wniebogłosy.
-Teraz WSZYSCY się wygryziecie! WSZYSCY zginą, gdy ty, szalony morderca, Mary, zagryziesz najmniejszego nawet wilkołaka.- zaryczał z dziką radością. Oczy płonęły szaleńczo.
-Nie…- wyszeptałam. Nie chcę się zmieniać, by zabić całą wioskę.
Zmieniać…
-Nie sądzę!- zawołałam do niego, wywołując na twarzy mimowolny uśmieszek satysfakcji. Mortimer zrobił zdziwioną minę. Dostrzegłam Molly, na wpół zamienioną w wilczka… Ignorując ten przykry widok, wyobraziłam sobie kota. Bardzo dokładnie, a potem pomyślałam „Animago!”. Poczułam się, jak zwykle zresztą dziwnie, ale wkrótce Mortimer jawił mi się jedynie pod postacią plamki ciepła. Inne wilkołaki podnosiły się z ziemi.
-CO?!- wrzasnął osłupiały czarodziej. Nie czekając na jakąś szkodliwą reakcję, wykonałam kilka szybkich, kocich susów, lądując pazurami na jego piersi.
-ZŁAŹ!- wrzasnął, gdy drapnęłam go w twarz, sycząc wściekle. Potem zaatakowałam jego dłoń, zażarcie drapiąc. Zawył z bólu, gdy rozharatałam mu żyłę. Wypuścił różdżkę, swą jedyną broń z dłoni. W tym momencie, gdy czarodziej zaabsorbowany był dzikim atakiem kota, jeden z wilkołaków podbiegł doń i zatopił zębiska w jego barku. Mortimer wył, jak syrena alarmowa, a ja ze stoickim spokojem zeskoczyłam z szarpanego przez bestię czarodzieja i chwyciłam różdżkę w pyszczek, by przypadkiem nie zechciało mu się po nią sięgać i odbiegłam na skraj lasu.
Do wilkołaka dołączyły inne, pragnące rozszarpać jedynego człowieka w pobliżu. Żadnemu do głowy nie przyszło, by zaatakować czarno-rudego, bezbronnego kotka. Patrzyłam w milczeniu i bez emocji na rzeź.
-BĄDŹ PRZEKLĘTA, DZIEWUCHO! NA WIEKI! NIECH TEN CHŁOPIEC Z LUSTRA, KTÓREGO TAK KOCHASZ, ZOSTANIE NAZNACZONY PIĘTNEM MOJEJ ŚMIERCI! NIECH CIERPI MĘKI! AUUU!!! ARGH!!!- ryczał Mortimer.
Serce zaczęło mi mocniej walić. Przerażał mnie ten na pół rozwalony człowiek, bez rąk i nóg, wywrzaskujący takie rzeczy. Zrobiło mi się dziwnie złowrogo.
-LUPUS! DEFORMITAS! DOLOR! MOLESTIA! MORS VIOLENTA!
Coś we mnie jakby zatrzepotało ze strachu. Niewątpliwie dotknęły mnie jakieś strasznie złowrogie czary.
-TERAZ BĘDZIE PRZEKLĘTY, HA HA HA!!! HA HA HA!!!- wył opętańczym śmiechem. Nie mogłam patrzeć na rzeź, więc natychmiast pobiegłam do jego domku. Trawa na polu nabrała jakby życia. Za mną rozlegał się makabryczny śmiech Mortimera, dopóki nie wydał nieprzyjemnego, gardłowego odgłosu i ucichł na wieki.
Zbyt wstrząśnięta, by to odczuwać, przegalopowałam przez Martwy Las, przesadziłam rzekę, a w dziewczynę zamieniłam się po drugiej stronie wody. Nie myśląc więcej, niżby wypadało, rzuciłam się ku domowi, jakby goniła mnie sama śmierć. Wpadłam doń, zaryglowałam drzwi, oparłam się o nie i dopiero wtedy bardzo ciężko westchnęłam, zamykając oczy. Nie wiedziałam, przed czym uciekam. Były to chyba wyrzuty sumienia względem Mortimera. Miałam po prostu wrażenie, że wciąż tu jest i patrzy na mnie z żądzą mordu w bystrych oczach. Może trzeba mu było pomóc, coś zrobić, w końcu to też był człowiek…
Nie docierał do mnie wcale fakt, co się właśnie wydarzyło. Jeszcze godzinę temu moja sytuacja życiowa była w miarę ustabilizowana. A teraz? Co mam począć? I jeszcze to straszliwe wrażenie, że duch złego maga czai się gdzieś w kącie… Było cicho. Za cicho. Poczucie przytłaczającej samotności zwaliło mnie z nóg. Nie… Tu się nie da żyć.
-Co robić?!- jęknęłam do siebie, odgarniając pukiel loków za ucho niedbale. Położyłam dłoń na czole i zamknęłam oczy, schylając głowę i próbując opanować nerwowy ucisk gardła. Skup się…
Dotarło do mnie z wolna, że żadne bariery ochronne nie działają już na to miejsce. Przyjdą tu…
Mój wzrok padł na zapaloną lampę naftową, stojącą na środku stołu, którą zostawił Mortimer, gdy się zorientował, że poszłam do wioski. Podbiegłam ku niej i natychmiast zgasiłam. Ogarnęła mnie prawie absolutna ciemność. Mętne, szarawe światło padało od strony jedynego, malutkiego okienka. Przylgnęłam do ściany, nasłuchując i wstrzymując oddech. Nic. Wciąż ta martwa cisza. Chwila… Czyżby ktoś krzątał się w jego pokoju?!
Wyostrzyłam słuch. Nie, to tylko gałąź, poruszana wiatrem.
Zwariuję tu, pomyślałam. Wpadłam w paranoję i dostanę zawału przez te urojone hałasy. Absolutna ciemność, cisza… I ten potworny, irracjonalny strach przed Mortimerem… Muszę się wziąć w garść. W końcu nie na darmo jestem w domu odważnych… Tylko tez wyrzuty…
Odetchnęłam kilka razy, by uspokoić skołatane nerwy i serce. Nic się nie stanie, pomyślmy…
Nieco nerwowym ruchem rzuciłam się ku szafkom po omacku. Muszę znaleźć coś, by się stąd wydostać. Nawet wizja małżeństwa z Blackiem nie przerażała mnie tak bardzo, jak przymusowy pobyt do końca życia w samotności na tej dzikiej wyspie likantropów. Jak mam tu przeżywać takie schizy co noc, to dziękuję bardzo.
W szafkach, poza śmierdzącymi eliksirami i dziwnymi substancjami nie znalazłam nic godnego zainteresowania. Niestety, nie mogłam polegać na innym zmyśle, poza węchem.
Przyszła pora na obmacanie gzymsu prymitywnego paleniska. Pusty talerzyk, pusta miska, coś dziwnego, martwy pająk, figurka kościotrupa, coś dziwnego…
Wreszcie natrafiłam na dziwny, gliniany kubek, w dodatku pełny. Przyszła mi do głowy niespodziewana myśl, rodząc dziką nadzieję i ulgę. Skoro Mortimer był czarodziejem, to każdy szanujący się mag, nawet taki odludek, ma w pobliżu paleniska nieco błyszczącego proszku…
Kubek, rzeczywiście, zawierał dziwną, sypką materię, jednak wolałam nie ryzykować i nie sypać tego w płomienie bezmyślnie. W głowie powstało wspomnienie Blacka, wylewającego nieznane eliksiry na płonące zasłony państwa Potter. No właśnie.
Rozpaliłam ogień sposobem złego czarodzieja, uwielbiającego proste sztuczki (czyli kamień o kamień…), a potem z wolna obróciłam głowę ku lampie naftowej. Zaryzykować zapalenie, by obejrzeć zawartość kubka? W tym mdłym świetle ognia nic nie widziałam, z drugiej jednak strony wolałam nie zapalać-wilkołaki mogłyby dostrzec światełko.
Szybkim susem znalazłam się przy lampie i zapaliłam ją. Po kilkusekundowym, pośpiesznym przyglądaniu się proszkowi, stwierdziłam, nie bez porażającej ulgi, że to Proszek Fiuu.
Dopadłam do paleniska i wrzuciłam szczyptę, czując euforię i roztrzęsienie. Płomienie zabarwiły się na zielono, a ja wkroczyłam w nie. Do domu! Chociaż…
-Hogwart, gabinet dyrektora!- zawołałam hardo, stwierdzając, że mam jeszcze bardziej dość moich rodziców, za to wszystko, co mi zgotowali. A szczególnie za parę ostatnich minut. Dobrze, że gabinet Dumbledore’a jest podłączony do Sieci Fiuu!
Podróż w popielnej zamieci na dobre odcięła mnie od potwornej dziczy. Szkoda, że nie pożegnałam się z Molly…
ŁUP!
Westchnęłam ciężko, rozkoszując się delikatnym światłem świec, oświetlających moje zamknięte powieki. Leżenie plackiem na plecach na dywanie dyrektora, na którym wylądowałam po raz pierwszy cztery lata temu, było niezwykle przytulne i wygodne, a przede wszystkim, bezpieczne. Po raz pierwszy tak bardzo ucieszyła mnie świadomość, że jestem w szkole.
Wstałam i otrzepałam się z popiołu. Rozglądając się, doszłam do wniosku, że nikogo nie ma. Dumbledore musi być poza gabinetem!…
Zerknęłam na mój nieśmiertelny zegarek. Była godzina kolacji. Serce zabiło mi mocniej.
Wybiegłam z gabinetu dyrektora. Na korytarzach nie było żywej duszy. Lampy paliły się, rzucając niewyraźne światło na moje trampki. Prosta, lniana suknia od Mortimera podarta była przez gałęzie w Martwym Lesie i niezwykle brudna od popiołu i ziemi, włosy miałam porozrzucane w nieładzie i zmatowiałe, twarz okopconą i byłam spocona. Dysząc ciężko, zbiegłam po marmurowych schodach Sali Wejściowej. Czułam tylko determinację, by dotrzeć do dyrektora, by krzyknąć „Mary Ann Lupin żyje!”. Nie wiedzieć czemu, w nosie miałam fakt, co przybycie do Hogwartu oznacza. Chciałam po prostu zobaczyć Remusa, Seva, Jamesa i Lily…
Stanęłam przed olbrzymimi, dębowymi drzwiami, zza których dochodził gwar rozmów. Dyszałam ciężko z powodu niekontrolowanego, bardzo szybkiego bicia serca i niedawno przebytego biegu przez pół zamku. Stwierdziłam, że muszę otworzyć drzwi, zanim trema zje mnie doszczętnie, toteż z całej siły oparłam się na portalu, nie zastanawiając się, co wyrabiam.
Drzwi do Wielkiej Sali uchyliły się na pełną szerokość. Głowy wszystkich zwróciły się w moją stronę ze średnim zainteresowaniem. A potem dotarło.
Połowa ciała pedagogicznego wstała z miejsc w ciężkim szoku. Panował szum przerażonych, podnieconych i zdziwionych rozmów i okrzyków. Niektórzy z uczniaków podnieśli się, by mogli mnie lepiej widzieć.
-Mary Ann żyje!…
-To ta Lupin!
-Ona ŻYJE!
Ruszyłam żwawo-prawie potruchtałam-w stronę tronu Dumbledore’a.
-Meg!- zdawało mi się, że słyszę Jamesa gdzieś na lewo. Automatycznie obróciłam głowę w tamtą stronę. Istotnie, siedzieli tam Huncwoci. Peter zamarł z kawałkiem kurczaka przed otwartymi ustami, Remus zakrył usta dłonią, James wstał z przejęcia, a Black, następny obok Jamesa, totalnie osłupiał. Po chwili oblizał wargi ze zdenerwowania.
Odwróciłam głowę, czując, że zbiera mi się na wymioty.
Stanęłam wreszcie przed Dumbledorem. Zaległa absolutna cisza, wszyscy zamarli.
-Jestem…- wychrypiałam- Dotarłam… Przepraszam za spóźnienie…
Zaniosłam się kaszlem, zabrakło mi tlenu w mózgu, więc osunęłam się na kolana, potem na posadzkę. Serce wciąż waliło mocno.
Chwilę potem ocknęłam się. Nade mną klęczał Slughorn, Dumbledore, a nad nimi McGonagall.
-Panno Lupin?- Slughorn był wyraźnie przestraszony, odgarniał mi kosmyki ze spoconego czoła z troską. Słyszałam wzburzony tłum uczniów.
Błękitny błysk przed moimi oczyma. To jakieś olbrzymie oko. Co ono tu robi?
-Albusie!- ozwał się zachrypły głos, którego nie znałam- Tylko straciła przytomność. No, panno Lupin! Słyszysz mnie?
Obraz raz wyostrzał się, raz rozmazywał. Udało mi się wkrótce skupić skonfundowany wzrok na tym kimś. Twarz miał poznaczoną licznymi bliznami i posiadał owo kobaltowe, wytrzeszczone oko. Drugie było całkiem normalne. Zaczęłam nawet się zastanawiać, czy to przypadkiem nie moje chore halucynacje.
-Słyszysz?- powtórzył.
-Tak…
-Widzisz? Nic jej nie jest!- człowiek się wyprostował i spojrzał gdzieś w bok.
-Alastorze! Musimy ją zabrać do skrzydła szpitalnego! Horacy, odsuń się!
-Ja ją wezmę.- rozległ się jeszcze inny, chłopięcy głos.
-Proszę, tylko ostrożnie, chłopcze!- zagrzmiał głos Alastora.
Ktoś mnie podniósł i ruszył ze mną.
-Na pewno nie chcesz pomocy? Różdżką też możemy ją przenieść!- ozwała się McGonagall.
-Nie, poradzę sobie.
Po głosie i zapachu poznałam, że był to James. Niósł mnie, ale tego nie widziałam. Obecnie starałam się nie zwymiotować na jego pachnący sweter.
Słyszałam odgłosy mnóstwa kroków i głos Dumbledore’a, rzucony na odchodnym: „Dokończcie w spokoju kolację, a potem rozejść się!”.
W końcu poczułam, że leżę. Otworzyłam nieśmiało oczy. Tak jak się spodziewałam, rozpościerało się nade mną krzyżowo-żebrowe sklepienie skrzydła szpitalnego. I całkiem sporo głów i par oczu, obserwujących mnie z napięciem.
-Lupin! Wypij to!- głos nieco przestraszonej młodej uzdrowicielki, Pomfrey, oprzytomnił mnie jeszcze bardziej. Usiadłam na białym prześcieradle i chwyciłam szklankę z eliksirem, po czym całą wypiłam. Strasznie dawno nie miałam nic w ustach, od południa. Westchnęłam ciężko i odważyłam się popatrzeć po zgromadzonych.
Zakodowałam, że stali tu, od lewej: Pomfrey, Slughorn, jakiś obcy człowiek, Dumbledore, McGonagall, Black, Remus i James. Wszyscy wpatrzeni byli we mnie, albo ze strachem, albo z wyczekiwaniem.
-Który… Co dziś za dzień?- wymamrotałam.
-Sobota, trzydziesty września.- odparł wilgotnym, roztrzęsionym tonem Remus.
-No tak.- skwitowałam cicho.
-Panno Lupin, czy mógłbym oczekiwać, abyś…- zaczął Dumbledore, ale Pomfrey doskonale go wyczuła i zaskrzeczała:
-O nie! ŻADNYCH SPOWIEDZI! Ona musi odsapnąć nieco!
-Nie, czuję się dobrze…- zaczęłam delikatnie.
-CICHO! Ja wiem lepiej!- ofuknęła mnie.
-Panno Pomfrey!- zawarczał tamten nieznany człowiek- Zapewniam pannę, że dziewczynie nie odpadnie głowa, jeśli powie dyrektorowi kilka niezbędnych informacji!
-Dobrze!- burknęła, czując przegraną wobec takiej przewagi- Może chociaż ograniczycie liczbę osób, które tu będą przebywać! Black, Potter, Lupin! WYNOCHA!
-Nigdzie się nie ruszę! To moja siostra!- zawołał Remus ze złością.
James posłał jej tak pełen politowania wzrok, jakby mu powiedziała, że od jutra będzie nosił różowe getry w Myszkę Miki na głowie. Natomiast Black prychnął z wyższością:
-Chyba pani się nie słyszy!
-BLACK!- fuknęła nań McGonagall, nagle rozbudzona- Co to za ton, impertynencie?! Okazuj więcej szacunku dla starszych, kretynie!
-Najmocniej przepraszam, pani profesor!- uczynił wzniosły ukłon pełen ironii- Jak zwykle, od jutra się poprawię.
Pomfrey jednak w ogóle się nie przejęła jego grubiaństwem. Obecnie burczała przekleństwa pod nosem i odeszła, pokonana z kretesem.
-No… to co się stało?- Dumbledore i reszta porozsiadali się, gdzie kto mógł, by słyszeć.
Zaczęłam więc opowiadać. Mówiłam dość długo, a nikt mi nie przerywał, chyba, że coś było niejasne. W końcu dobrnęłam do fragmentu o wilkołakach. Kątem oka zauważyłam zaniepokojenie Remusa.
-Czy to możliwe? Za pomocą eliksiru stać się wilkołakiem? Tak okresowo? I kontrolować, kiedy dana osoba ma zmieniać kształt?- zapytał James ze zdumieniem.
-Tak. Uczyliście się o eliksirze wielosokowym, prawda?
-Uczyli się!- przytaknął gorliwie Slughorn tubalnym głosem, a wąsy mu zatrzepotały.
-Eee… no, TAAK!- pokiwał z entuzjazmem James i szturchnął najlepszego przyjaciela.
-Eliksir ten jest dość podobny.- zmarszczył brwi Slughorn- Sądząc po efektach, pewnie przygotowywał coś podobnego do Mikstury Polimorfii. Ale nie znam takiej, co zamieniałaby w wilkołaka.
-Bo on był wynalazcą.- wyjaśniłam- Pewnie sam ten eliksir stworzył.
Wróciłam do opowiadania. Kiedy skończyłam, Dumbledore wstał. Podobnie uczynili wszyscy inni.
-Cóż, panno Lupin. Rzeczywiście, miałaś barwną, niebezpieczną przygodę. Wiele spraw muszę przemyśleć…
-Na przykład?- zapytałam ze zdziwieniem.
-Ta klątwa… Nie pamiętasz słów, jesteś pewna?
-Absolutnie.
-A co się tyczy chłopca z lustra… Jeżeli nie ma go w Hogwarcie… Zastanowię się nad tym. Mam nadzieję, że odpoczniesz nieco. Wyślę sowę do twych rodziców i do ministerstwa, by przestali cię bezskutecznie szukać. Aha, muszą ci też dostarczyć rzeczy. A teraz wypoczywaj, zostawimy cię tu… Ruszamy!
I wyszli wszyscy, poza trzema czwartymi Huncwotów. Za wszelką cenę starałam się nie patrzeć na Blacka. Wzrok utkwiłam w Remusie.
-Chłopcy! Chodźcie!- McGonagall chwyciła niezbyt zorientowanego Jamesa za kołnierz i wywlokła za próg. Reszta ruszyła za nim.
Szybko zorientowałam się, że nie potrafię usiedzieć w miejscu i po prostu MUSZĘ iść do Remusa. Za nim tęskniłam tak straszliwie! Za nim najbardziej…
Wstałam chwiejnie i wyszłam po cichu ze szpitala. Korytarze olbrzymiego zamku były oświetlone przez światło ubywającego księżyca. Nikt już po nich nie spacerował. Mogłam się rozkoszować tym, że tu jestem. Wystarczyły trzy miesiące wakacji, by zatęsknić niemiłosiernie, ciekawe, co będzie za rok.
-HA!
Podskoczyłam o kilka cali do góry. Naprawdę cud, że dzisiejszego wieczora dożyłam. Miałam co najmniej pięć momentów tego dnia, które mogły spowodować, że wyciągnęłabym kopyta.
-Tu cię mam!- Filch, siwiejący woźny, właśnie wypadł na mnie z latarnią.
Ucieszyłam się niezmiernie na jego widok. Stary, kapciowaty Filch! Za nim także tęskniłam.
-Za mną!
-Doprawdy, ja też pana kocham! Ale niech pan sobie daruje, nie mam czasu na takie głupoty!- machnęłam ręką niecierpliwie i podjęłam wędrówkę do Wieży Gryffindoru, ignorując osłupiałego Filcha. Jeżeli Mortimer i wilkołaki mnie nie zabiły, to nie będę szła do jego gabinetu, by słuchać jakichś trywialnych oskarżeń.
Na wszelki jednak wypadek, gdyby Filchowi zachciało się mnie gonić, przyspieszyłam kroku. Wkrótce stanęłam pod portretem Grubej Damy, na szczęście uchylonym. W wejściu stały jakieś pierwszaki. Przeprosiłam grzecznie i wgramoliłam się przez dziurę w portrecie.
-Meggie!
James właśnie czytał tablicę ogłoszeń. Podbiegł do mnie, o mały włos nie zabijając się o nogę stołu.
-Co tu robisz? Pomfrey cię zabije, a potem będzie leczyć do końca życia!
Uniosłam brew. James skończył filozofować i mocno mnie przytulił. Tak mocno, jak nigdy.
-Myśleliśmy wszyscy, że nie żyjesz! To było takie przerażające, Dumbledore powiedział to na uczcie powitalnej! Myślałem, że mnie zgryzota zje!
Wpatrzyłam się głęboko w śliczne, orzechowe oczy Jamesa. Bardzo za nim tęskniłam.
-Chodź, Luniaczek na pewno chce się przywitać! I no… ten tego…
Spuścił wzrok, speszony.
-Co cię tak deprymuje?- zagadnęłam ze zdziwieniem.
-No, poza Remusem, ktoś jeszcze wyłaził ze skóry. Ekhym.
-Masz na myśli Blacka?- zapytałam z niedowierzaniem i pogardą.
-A kogo, trójnożny stolik?! On także…
-Co to?- przerwałam mu, wskazując na tablicę ogłoszeń.
-Ach, kurs teleportacji. Zacznie się w grudniu.- wzruszył ramionami ze zrezygnowaniem- Ty wiesz, co nam się z Łapą wydarzyło w wakacje?
-No, opowiadaj.- westchnęłam i ruszyliśmy ku sypialni chłopców.
-Goniły nas śmierciojadki na miotłach, a nas złapała policja na motorze Syriusza! Mugolscy policjanci zarzucili nam, że za szybko jedziemy i że nie mamy kasków. Pruliśmy równo sto pięćdziesiąt!
-Ile?!
-No totalny odlot! A te głupie czapomózgi nas zatrzymały… Coś się musieli z deka zdziwić, jak nagle wyparowaliśmy z tego auta, he he! No, bo musieliśmy wiać, ze śmierciożercami nie ma żartów. Teleportowaliśmy się w desperacji.
-Przecież nie umiecie.- zauważyłam ze zdziwieniem.
-Wiem! Ale mój tato tłumaczył mi kiedyś i już umiem! Wiem, że mogło nas rozszczepić, ale musieliśmy wiać. Jakby nas zaatakowali, to byśmy mieli pasztet z dżemem!
Pokręciłam głową. Śmierciożercy ich gonili?… Doprawdy, zaczyna mi się to coraz mniej podobać…
James rozwarł przede mną wrota do szpitala psychiatrycznego. W moje nozdrza uderzył taki odór, jakbym weszła do koryta dla świń i niemytej toalety naraz.
-Mmm…- z ironią udałam, że rozkoszuję się tym smrodem- Cóż to za cnotliwa woń? Składujecie tu obornik dla Hagrida?
-Niee.- uśmiechnął się James- Wiesz, mam wrażenie, że to nasze męskie ciałka wydzielają tą…
-Ten gaz obronny.- wpadłam mu w słowo.
James wypiął pierś z dumą.
-Trza se radzić, nie? My to nazywamy Aurą Śmierci. Wkraczasz i już nie wracasz, BWAHAHAHAHA!!! O, teraz…
Przekroczyliśmy próg. Smród był taki, że siekiera w powietrzu staje. Flejtuchy.
Natychmiast rzucił się ku mnie Remus i objął mnie tak, jakbyśmy się mieli już nigdy nie widzieć. Popłakałam się ze szczęścia, gdy poczułam jego cudny zapach, nie to, co ten odór ścinający z nóg. Wtuliłam twarz w jego jasnobrązowe włosy. Trwaliśmy tak długo, bez słowa, a za jego plecami James odgrywał z Peterem pantomimy rozstania, a co za tym idzie, dzikiego szlochu, tarzania się w bólu po uświnionej posadzce, wsadzania zrozpaczonej głowy w stertę brudnych ciuchów i w ostateczności rżnięcie swych żył czymś niezidentyfikowanym.
-Witaj Meg!- zawołał Peter wesoło, gdy Remus wypuścił mnie z objęć. Otwarłam łzy i objęłam także Petera- Długo cię nie było. Ale ja wiedziałem, że i tak dasz sobie radę! Widzisz, Łapo?! Wygrałem od ciebie pudło czekoladowych żab!
-Zaiste…- brzmiała wyniosła odpowiedź. Black uniósł się z rozpartej pozycji leżącej na plecach, usiadł okrakiem na łożu i wlepił we mnie dziki, tryumfalny wzrok.
Moje spojrzenie wreszcie padło na niego. Poczułam się strasznie i eliksir Pomfrey powędrował, skąd przyszedł. A do tego ponownie, jak przed laty gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, powaliło mnie poczucie, jak nieprzyzwoicie przystojny był, czego nie dostrzegałam nigdy potem. Zrobiłam się czerwona jak burak i spuściłam wzrok. Co to ma znaczyć, kurczę blade!? Tylko bez takich numerów!
-Uuuach, Syriuszu!- zachłysnął się z uciechy James- Ten wzrok… I kobiety padają jak muchy…
Posłałam mu taki wzrok, że też padłby jak mucha, z tym że spopielony.
-Co tak wali w tym waszym pokoju?!- zmieniłam szybko temat.
-Wali? Ja nic nie czuję…- Peter powąchał się gorliwie pod pachą.
-To…- James zastanowił się- Jakiś eliksir Luńka?
-Nie, na moim terenie powietrze jest zdatne do życia.- objaśnił Remus z dobitną powagą.
-Nie…- myślał usilnie dalej- Tak więc może Łapsko coś zmajstrował? Łapsko, przyznaj się, jaką nieznaną ludzkości z konsystencji i struktury składnikowej masę ukrywasz pod swym grzesznym łożem?
-Nie pod łożem, tylko w twoim łbie, niuniuś.- odparł Black z uśmieszkiem spryciarza i znów legł w poprzedniej pozycji, udając, że gapi się w baldachim z wielkim zainteresowaniem.
-Czyli nie Łapa… Nie… Czyli Pet… Przyznaj się, pączusiu, czy to ty używasz ostatnio mojej kupki brudnej bielizny jako atrakcyjnego obiektu do oszczania? Nie…- stwierdził, widząc minę Peta- Czyli… Wiem… To chyba… YYYY…- nadął się, jak Gregor Goyle, myślący nad tym, czy ma w ręku trzy czy dwie gałki oczne gryfa- MY! O ja cie, ale jestem mądry! Przytłacza mnie to.
-Brawo, geniuszu. Wyjmij z tego Remuska, on nie jest winny, że to komora gazowa.- dało się słyszeć od lewej strony. Black usiadł na łóżku, James dosiadł się obok.
-No właśnie! Mnie nie trzeba winić, za to że mi zaburzacie zdrową, potrzebną wymianę gazową, truciciele!- Remus udał pokrzywdzonego.
-Co to jest „wymiana gazowa?”- zapytał Peter ze zdziwieniem chłopaków.
-Nie wiem, ale sądząc po nazwie, to dostaję tego, jak się nażrę rozgotowanej kapusty.- wzruszył ramionami James bez zainteresowania i legł na poduszce Blacka, wbrew jego niezadowoleniu.
-Może już pójdę. Chciałam się jeszcze przywitać z Lily.- wycofałam się taktownie z ich królestwa w momencie, gdy Black położył głowę na twarzy Rogasia, a ten rozwarł paszczę na maksymalną szerokość i ugryzł go w potylicę w odwecie.
Wyszłam, myśląc usilnie i kalkulując w głowie. Smród, którym nasiąkłam, towarzyszył mi pod same drzwi sypialni dziewcząt z ostatniej klasy. Jeżeli nasz dom też będzie takim syfem zajeżdżał, to git. Chociaż to chyba niemożliwe, nasilenie tego odoru musi się wiązać z liczbą Huncwotów na metr kwadratowy. Jeden Huncwot nie może wydzielać chyba tak intensywnie tych doznań nosowych. Chyba.
Złapałam się, nie bez złości, że zaczynam myśleć „NASZ dom”. Okrzyczałam siebie samą w głowie i zrobiłam sobie dziką awanturę za uległość. Co to ma być?! Chyba się nie słyszysz, jeżeli masz zamiar się poddać!… Musi być jakiś inny sposób na spłacenie tych długów.
-Meg!- Lily przytuliła mnie mocno, gdy tylko przekroczyłam próg sypialni. Nareszcie! Nie ma to jak łoże z czterema kolumienkami!- Gdzieś ty była?!
-To długa historia!- uśmiechnęłam się, po czym rzuciłam okiem po całym dormitorium- Gdzie Alicja?
-Spisuje daty lekcji teleportacji na dole. Nie widziałaś jej?
-Przepraszam, James zasłonił mi cały świat.
Lily nie odparła, nieco tylko zmarszczyła czoło, po czym poczęła grzebać w kufrze.
-No to opowiadaj. Albo nie, najpierw się umyj, jesteś cała w popiele i ziemi. Łazienka, póki co jest wolna.
-Dobra…- wlazłam do toalety nie bez nostalgii. Niestety, poza podartą sukienką od Mortimera nie miałam nic, toteż musiałam ją narzucić po kąpieli z powrotem.
Zastałam Lily na łóżku, siedzącą skrzyżnie i czekającą na moją opowieść. Zaczęłam więc opowiadać od samego początku, czyli od kary narzuconej przez moich rodziców.
-I wtedy, kiedy zorientowałam się, że mieszkam u czarodzieja, stwierdziłam, że powrót jest po prostu zbędny. Postanowiłam nie wracać.
-Biedna byłaś! Ja bym chyba dostała jakiejś depresji, jakby mi powiedzieli, że nie mogę wrócić do domu.
-Nie, to nie tak. Mogłam wrócić, jakbym naprawdę chciała, Mortimer miał trochę Proszku Fiuu. Dzięki niemu tu dotarłam. Ja jednak postanowiłam nigdy nie wracać.
Lily wytrzeszczyła oczy i odgarnęła za ucho swe płomiennorude włosy.
-Jak to, dlaczego nie chciałaś wracać? Ty wiesz, co twoi bliscy przechodzili?! Co ja przeszłam?! Trochę to było egoistyczne! Mogłaś dać nam chociaż znak, że żyjesz!
-Nie, Lily! Bo by się wydało i zmusiliby mnie do powrotu!- zaperzyłam się.
-To dlaczego nie dałaś oznak życia?- wpatrzyła się we mnie- Jaki był w tym cel?
-Bo…- zrobiłam zbuntowany wyraz twarzy- Bo uciekłabym od małżeństwa!
-Co, a więc o to ci chodziło?!- Lily zatkało, po czym wstała i zaczęła nerwowo chodzić w kółko- Nie wpadłabym na to… Dlaczego?
-Co: dlaczego?- zdziwiłam się, obracając w jej stronę na moim posłaniu- To chyba oczywiste. Nie chcę być żoną Blacka, teraz już wiesz, dlaczego. Proste!
-Meg, przecież to niepoważne. A Remus?! Pomyślałaś o nim?! Pomyślałaś, co będzie, jeśli twoje dochodowe małżeństwo nie dojdzie do skutku?!
-Przecież Rabastan TEŻ JEST… dochodowy!- zdenerwowałam się. Co ona mi zarzuca?! Na jakiej podstawie ma do mnie te głupie pretensje?
Jeszcze bardziej rozsierdził mnie fakt, że zdałam sobie sprawę, iż Lily ma rację.
-Ale twoi rodzice się nie zgodzili na Rabastana i podejrzewam, że nie zgodziliby się na niego nawet w sytuacji, gdybyś nie miała Syriusza jako alternatywy!- prawie krzyknęła- On jest śmierciożercą, wiesz o tym?! On będzie ZABIJAŁ, Meg! Chcesz mieć mordercę w domu?!
-Nie dbam o to!- prychnęłam ze złością, ale w głębi serca przestraszyły mnie jej słowa, po czym, dodałam niepewnie- I tak go… kocham.
-Tak? Odniosłam wrażenie, że on ciebie nie.- uśmiechnęła się filuternie.
-Co ty możesz o tym wiedzieć?!- wyjechałam na nią.
-Coś się tak wściekła?! Widocznie moje słowa są szczerą prawdą. Otóż skarbie, Rabastan nie przysłał ANI JEDNEGO listu do Hogwartu z zapytaniem, jak sobie radzisz. Czyżby zapomniał o swej narzeczonej?- parsknęła z mściwością.
-Ja… Zamknij się!- warknęłam w końcu i wstałam z posłania- Po prostu się…
W tym momencie wkroczyła Alicja. Wykonała manewr, jakby chciała mnie przytulić, ale chyba wyczuła, że atmosfera jest specyficzna, więc zamarła przy otwartych na oścież drzwiach.
-Nie, nie zamknę się!- zdenerwowała się Lily, zaciskając dłonie w pięści- Więcej, wypowiem swoje zdanie: jesteś egoistyczna i przewrażliwiona na swym punkcie!
-Słucham?!- wsparłam ze złością dłonie na biodrach.
-Tak, słonko, to szczera, bolesna prawda! Nie pomyślałaś o Remusie?! Ani o Syriuszu?! Ty wiesz, jak wyglądała jego mina, jak usłyszał, że nie dotarłaś?! Że, prawdopodobnie, nie żyjesz?! Szkoda, bo JA to widziałam! Facet się ZAŁAMAŁ, wiesz?!
-Tak, na pewno!- zezłościłam się- Szkoda, że nie spojrzysz na samą siebie!
-Ale o co ci teraz chodzi?!- zapiała wysoko Lily, robiąc minę pełną pogardy.
-Dziewczyny, proszę…- Alicja miała przerażoną minę.
-Al, nie uciszaj mnie!- zawarczała w stronę dziewczyny Franka Longbottoma- No proszę cię, co chcesz mi takiego powiedzieć? Co uraziło biedną Mary Ann Lupin?!
Zacisnęłam zęby, czując, że zaraz spiorę ją na kwaśne jabłko.
-TY też jesteś egoistką! Nie zauważyłaś, że James…
-Ach, mogłam się tego domyśleć!- zauważyła sarkastycznie- Teraz odwracamy kota ogonem!
-WYSŁUCHASZ MNIE! James TEŻ ma swoje uczucia!
-Jest wrednym, napuszonym idiotą!
-NIE, to TY go tak kreujesz! Nawet nie chcesz go jakoś bliżej poznać, by wystawić opinię! I kto tu jest egoistyczny i przewrażliwiony?!
-Nie sprowadzaj naszej dyskusji na inne tory! James Potter jest dumnym, butnym, wiecznie napuszonym i niedojrzałym dzieciakiem! A Syriusz natomiast…
-Co: Syriusz, CO: SYRIUSZ NATOMIAST?! Tylko mi nie próbuj udowodnić, że Black jest jakimś chodzącym ideałem, jak to próbują wszyscy naokoło! Mam o nim własne zdanie!
-Ja o Potterze też!- wrzasnęła.
-Dziewczyny…- błagała Alicja.
-Super!- krzyknęłam- Tyle, że JA Blacka znam, a TY Pottera N. I. E!!! Gdybyś chociaż spróbowała go poznać, to nie myślałabym o tobie w tej kwestii tak pogardliwie! Ty go nie znasz! Nawet nie spróbujesz, a powiem ci, że POTTER TO NAJFAJNIESZY, NAJŚMIESZNIEJSZY I NAJBARDZIEJ DOBRODUSZNY chłopak, jakiego poznałam!
-Dziewczyny…
-CICHO!- wrzasnęłyśmy naraz, a potem Lily zaklęła, tupnęła, czerwona ze złości, z impetem wpadła do łazienki, trzaskając drzwiami tak mocno, że szybki w oknach zadrżały. Westchnęłam ciężko i padłam na posłanie, wpatrując się w czerwoną kotarę.
-Cześć, Alicjo!- westchnęłam smutno.
-Hej, Meggie. O co poszło?
Wlepiłam wzrok w Alicję, krzątającą się przy swym kufrze.
-Nie przejmuj się. Mamy nieustabilizowane życie uczuciowe.- parsknęłam ponuro.
-Właśnie słyszałam. Ciekawie to wszystko brzmiało. Czy to prawda, że jesteś obiecana Blackowi? James mi mówił na uczcie powitalnej.
-Brawo. Dzięki, James!- burknęłam- Ktoś jeszcze wie?
-Cóż, eumm…- Alicja się zmieszała- Chyba… cała szkoła… James jest dostatecznie przyciągającym uwagę człowiekiem, by cała szkoła słyszała wszystko, co wypowiada. Dla nikogo nie miało to do tej pory znaczenia, wiesz-umarłaś, ale teraz się zacznie…
Oczami wyobraźni dostrzegłam siebie samą, zamkniętą przez rozszalałe fanki w jednej z klas, w której wcisnęły też dwa smoki i bazyliszka na dokładkę.
Lily wyszła z łazienki, miotnęła się na łoże ze złością, zakryła kołdrą po uszy i tyleśmy ją widziały. Alicja, po wyszorowaniu się w toalecie uczyniła podobnie, lecz nie z taką złością. Zrzuciłam z siebie brudną sukienkę, stwierdzając, że bardziej sterylnie będzie spać w samym staniku i majtkach i mając nadzieję, że jutro, w niedzielę, dostarczą mi wszystko, od ubrań po szkolne przybory i różdżkę.
Przewróciłam się na wznak, próbując usnąć. Nie potrafiłam, tak wiele się wydarzyło… Może nie powinnam tak ostro reagować na Lily. To chyba moja wina, że się pokłóciłyśmy. Głupio wyszło! Może wypadałoby ją przeprosić… Nazwała mnie egoistką i hipochondrykiem. Może miała rację… W końcu w ogóle nie pomyślałam o Remusie. On umrze, jak bogato się nie wydam.
Co rusz, to Black przewijał mi się przed oczyma. Towarzyszyła mi wściekłość i ból przegranej, ilekroć to się zdarzało. Jednocześnie, słowa Lily krążyły po mojej głowie: „Ty wiesz, jak wyglądała jego mina, jak usłyszał, że nie dotarłaś?! Że, prawdopodobnie, nie żyjesz?! Szkoda, bo JA to widziałam! Facet się ZAŁAMAŁ, wiesz?!”. Dziwnie się czułam, gdy słuchałam tej swoistej melodii w mojej głowie. Black się załamał… Swoją drogą, to ciekawe, jak zareagował, kiedy się dowiedział, że jego mamuśka chce go swatać ze mną. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
Poddać się, czy coś knuć? Jeszcze dziś, w chatce Mortimera, byłabym skłonna raczej knuć, ale po tym, co usłyszałam od Evans, przeszła mi silna wola. Powiedziała, że Rabastan wcale się mną nie zainteresował… Jeżeli to prawda? Jeśli on mnie nie kocha, to co? Chyba byłoby mi w takim razie wszystko jedno, czy wyjdę za Blacka, czy nie… Jutro do niego napiszę.
Zerknęłam na świecący w półmroku pierścionek w kształcie półksiężyca.
-Bezsens…- westchnęłam.
-O, ja też tak uważam!- zarechotał jakiś głosik.
Poderwałam się na równe nogi.
-Kto to?!- wydyszałam.
-ROGACZ.- wyburczał obcy tubalnym, mrożącym krew w żyłach głosem, po czym ściągnął pelerynę, zaśmiewając się. I w ciemności go poznałam.
-James?!- prawie wrzasnęłam- Podglądałeś nas?!
-Ehe. Przysłuchiwałem się waszej wesołej pogawędce!- wyszczerzył się- Prawie od początku! Słodkie to było, skarbie! Przyleciałem, jak usłyszałem swój nadobny tytuł z twoich usteczek!
-Ja ci zaraz pokażę!…- zawarczałam cicho, modląc się, by Lily nie zechciało się obudzić niezamierzenie i chwyciłam trampka w dłoń, zamachnąwszy się potem na Jamesa, by go wykurzyć jak najprędzej. Ten, niestety, wydał z siebie rzecz jasna potworny, włażący pod skórę wrzask i wypadł z naszego dormitorium prawie na czworaka, przewracając się po drodze o własną stopę z hałasem zdolnym obudzić trupa.
Lily usiadła na łóżku, patrząc na mnie spode łba.
-Rzeczywiście, taki fajny ten Potter! Aż mi skóra cierpnie z wściekłości, taki fajny…- syknęła ze złością i ironią, przewracając się na drugi bok.
Zgrzytnęłam zębami, czując upokorzenie i w przypływie gniewu wyskoczyłam do Pokoju Wspólnego, zamierzając wygarnąć Jamesowi.
Zleciałam z furią na sam dół, dzierżąc trampka, by przyładować na odlew w bezrozumny łeb obrośnięty czarnym włosiem.
-Gdzie on jest?! POTTER!!!- wrzasnęłam.
W Pokoju Wspólnym gryfonów byli wszyscy czterej Huncwoci i McGonagall. Namierzyłam cel. Stał za stołem, obok profesorki, przylepiającej ogłoszenie o Hogsmeade i czymś jeszcze. Pokręciła głową cierpliwie, westchnęła ostentacyjnie i dalej czyniła swoje.
Przy stole Black i Remus grali w szachy, Peter czytał książkę, zerkając ukradkiem na grę kumpli co jakiś czas.
James wydał z siebie dziewczęcy, wysoki pisk na mój widok i zrobił niekontrolowany odruch w dół. A potem twarz mu się wydłużyła i ryknął rubasznym śmiechem, odginając się do tyłu.
-Co cię tak bawi? Właśnie zrobiłeś z siebie i ze mnie idiotę! Najadłam się wstydu przez ciebie!- wsparłam ręce na biodrach marszcząc gniewnie brwi.
-Uuu, Meggie! Wyglądasz tak sexi-flexi w samych galotach i tym… czymś!- po czym zawył ze śmiechu raz jeszcze, wywołując u McGonagall nerwowe drgania dłoni.
Zdałam sobie sprawę z całą mocą, że wypadłam z dormitorium w samej bieliźnie.
-Potter! Ciszej! PETTIGREW! Małpujesz go?!- krzyknęła opiekunka przez ramię- Mapety!
Bo oto Peter ryknął nie ciszej niż James, ze śmiechu zlatując pod stół. Remus zrobił się czerwony, jak jego odznaka perfekta i zasłonił twarz obiema rękoma, a Black osłupiał jeszcze bardziej, niż dziś w Wielkiej Sali i gapił się, wietrząc jamę ustną jak idiota.
-Chłopaki! Uwaga uwaga, oto ostatnia okazja, więcej nie zobaczycie Meggie W TAKIM STANIE!- wykrztusił ledwo James, a potem dodał złośliwie unosząc brewki, nieco się uspokoiwszy- No, może poza Czarnym…
Black spalił jeszcze większą cegłę, niż Luniak. Ostatnie zdanie podziałało na mnie jak płachta na byka. Spiekłam raka, syknęłam ze złością i zamachnęłam się trampkiem.
-No to teraz ci przyrżnę, leszczu! Przegiąłeś!
Trampek zgrabnie wykonał łuk w powietrzu. James wrzasnął coś niesubtelnie i wykonał przysiad, a trampek wyrżnął centralnie w… tył głowy McGonagall, strącając jej tiarę.
Zakryłam usta dłonią, a James przewrócił się z przysiadu na ziemię, gdzie ryczał na całego. Zresztą, nie tylko on.
-Lupin…- powoli jej biała ze złości twarz obróciła się w moją stronę.
-Przepraszam, chciałam zdzielić tylko tego palanta…- wytłumaczyłam ze strachem.
-Jak śmiałaś rzucić trampkiem?!
-Nie chciałam w panią profesor! Naprawdę!- zaczęłam się gwałtownie tłumaczyć.
-Wierzę ci! Nic się nie stało, aczkolwiek, nie potrafię tego zrozumieć! Przecież mogłaś zabić kogoś! Mogłaś uderzyć w głowę Pottera! Chciałabyś go zabić?!
-Cóż, właściwie…- posłałam mu gaszące spojrzenie.
McGonagall pokręciła głową, zabrała naręcze papierków i odeszła, warcząc „Dobranoc, siódmoklasiści”. A na odchodnym rzekła:
-I proponuję ci, Lupin, zakryj się, bo pan Potter i pan Pettigrew wkrótce się uduszą.
-Remus, coś taki czerwony?! HA HA, Remusik ma kosmate myśli!!!- cieszył się Rogaś.
-James, jesteś totalnym kretynem!- warknęłam, ignorując wers o Luniaczku.
-Czemu?- zmartwił się.
-Walczyłam o twe dobre imię, jak lwica w mojej kłótni z Lily, a ty z powrotem spowodowałeś, że ma cię za przygłupiego palanta!
James nieco oklapł w sobie.
-Tak?- spytał z nutką smutku w głosie.
-Tak!- warknęłam, obróciłam się na pięcie i odeszłam do dormitorium.
Szalejący James… Życie uczennicy Hogwartu rozkręca się powoli. Po raz ostatni tym razem.
57. Nowe życie pełne tajemnic Dodała Mary Ann Lupin Niedziela, 25 Lipca, 2010, 13:56
BUAHAHAHA!!!
Wróciłam. I wena także. Za tydzień nowe będzie. Mam nadzieję .
Obudziłam się z zamkniętymi oczyma. Co mi się śniło?…
Nie od razu przypomniało mi się, co tu robię. Zapomniałam zupełnie, że jestem u jakiegoś dobrodusznego, aczkolwiek tajemniczego czarodzieja. Po chwili, oprócz tego przeświadczenia, wróciły wspomnienia ostatniego tygodnia. Jak zwykle skwitowałam je ciężkim, sprzeciwiającym się westchnięciem.
Naprawdę nie wyobrażałam sobie, jak można wyjść za Blacka. Może i dobrze, że tu wylądowałam? Może myślą, że zginęłam…
Spróbować się tu zadomowić? Nigdy nie wracać do Hogwartu i cywilizacji? Nie zobaczyć przyjaciół, Rabastana, brata… Może jest to cena, jaką przyjdzie mi zapłacić za ucieczkę przed małżeństwem z rozsądku. To miejsce może nie jest takie złe. Może Mortimer pozwoli mi tu zostać, być może się zaprzyjaźnimy… Istnieje możliwość, że się pobierzemy i będziemy tu żyli, dwójka zdziwaczałych czarodziei, z dala od świata i jego niebezpieczeństw.
Usiadłam na pufie i wpatrzyłam się w spódnicę prostej, lnianej sukienki, jaką dostałam. Makabra… Planować sobie szczęśliwy żywot z kimś, kogo nawet nie znasz. Ale ja jestem zdesperowana, i to bardzo… Być może ten mężczyzna byłby dobrym mężem. Na pewno lepszym, niż Black. A co mi tam, że jest starszy prawie o połowę!…
Wstałam i weszłam do kuchni, pełniącej rolę głównego pomieszczenia. Bez okien, z wyjątkiem jedynego, malutkiego i okrągłego, czułam się, jak w norze. Wrażenie to potęgował do tego niski strop i gliniane, piaskowe ściany.
-Witam! Mam nadzieję, że dobrze spałaś!- zagadnął nonszalancko właściciel domku, krzątający się przy niewielkim kociołku na stole.
-Co pan gotuje?- zagadnęłam.
-Ja nie gotuję.- odparł z lekkim zniecierpliwieniem- Ważę eliksir.
-Aha.- usiadłam przy wyszorowanym stole i przyglądałam się, jak w moździerzu ugniata jakąś roślinę o niebieskich jagodach.
-To wilcza jagoda, prawda?- zagadnęłam.
Mortimer przerwał i rzucił mi uważne, oceniające spojrzenie. Wyglądał na nieco zaskoczonego.
-Tak… Musisz być dobra w eliksirach, skoro rozpoznałaś ten składnik.
-Miałam W z suma z eliksirów…- wzruszyłam ramionami obojętnie. Sumy dla takiego wygnańca jak ja nie miały żadnego znaczenia. Mortimer jednak przyglądał mi się wciąż bardzo świdrującym spojrzeniem.
-Jeszcze nie pisałaś owutemów?- zagadnął wolno.
-Nie. Miałam dopiero w tej klasie.
-Przecież mamy prawie wrzesień!- zdziwił się, marszcząc brwi- Czemu nie wracasz do domu?
-Niech pan zgadnie.- burknęłam drwiąco.
-To czemu mnie nie poprosisz, bym ci pomógł?- rzucił nieco rozbawionym tonem, a potem podszedł do kredensu, by wyjąć fiolkę z jakimś czerwonym płynem.
-Nie chcę wracać…- wyszeptałam prawie.
Mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi i popatrzył na mnie nieco zszokowany.
-Nie chcesz…? Do jakiego domu należysz?
-Gryffindor.- brzmiała nieco zbolała odpowiedź.
-No tak. To by wiele wyjaśniało.- odparł drwiąco.
-Ma pan rację.- zmrużyłam oczy ironicznie- Co innego Slytherin. Do szkoły nie chciałabym wracać już po pierwszej klasie…
Odpowiedział mi jedynie jego na wpół rozbawiony, na wpół rozzłoszczony wzrok.
-Nie musisz mi dogryzać. Jestem dumny, że zakończyłem najznamienitszy dom Hogwartu, Slytherin.- wypiął dumnie pierś i wlał trzy krople czerwonawego płynu do kociołka.
Uniosłam powątpiewająco brwi do góry.
-Nie, tak naprawdę powód jest zupełnie inny.- mruknęłam smutno, stawiając pięty na brzegu taboretu, na którym siedziałam i podkulając nogi pod brodę- Chcą mnie wydać za mąż za takiego idiotę…
Brzuch skręcił mi się boleśnie w proteście. Mortimer nie odrywał wzroku od wykonywanej czynności, ale wyglądał, jakby uważnie słuchał. Poczułam do niego wdzięczność.
-I do tego, naprawdę nie trawię tego chłopaka. Dla moich rodziców liczy się jedynie, że jest bogaty.
-Cóż, jak zawsze, pieniądze to świństwo, co napędza cały ten świat.- rzekł z obrzydzeniem.
-Cieszę się, że pan rozumie powagę sytuacji.
Mortimer wpatrzył się we mnie po dłuższej chwili ciszy, głowiąc się nad czymś i kalkulując. Spuściłam wzrok, nieco speszona.
-Mogłabyś pozostać u mnie na tyle długo, na ile będziesz chciała…- rzekł z wolna, jakby się jeszcze zastanawiając.
-Dziękuję.- odparłam, podchodząc do bezkształtnego bochenka chleba, by ukroić sobie kromkę na śniadanie. Poczułam ulgę. Nie muszę wracać do zamku… Szkoda, uwielbiałam Hogwart, ale
to jedyne wyjście. Żałuję, że nigdy nie zobaczę Rabastana…
Mój wzrok padł na pierścionek zaręczynowy w kształcie półksiężyca.
***
Na zewnątrz mżył delikatny deszczyk, jak to we wrześniu. Niebo przybrało dziś po raz kolejny barwę ołowiu, ale jakby się nieco przejaśniło.
Uchyliłam drzwi chatki, aż zaskrzypiało i zeskoczyłam z trzech schodków na mokrą, bujną trawę. Rzadki las z drzew nieco mnie zniechęcał. Ich korony, okryte w większości liśćmi koloru ognistego lub bardzo jasnego żółtego były morzem bez końca. Nie wiedziałam, gdzie można by dobrnąć, gdybym zagłębiła się w ten zagajnik. I do tego ta wieczna mgła…
Doprawdy, nie byłam jeszcze nigdy w miejscu, które tak bardzo mogło przygnębiać, włączając w to nawet samotną, ponurą wieżę na dalekiej Norwegii, gdzie osiedliła się Diana, Wiktor, Florian, Marina i Jonasz. Zero wiatru. Zero słońca, śpiewu ptaków. Martwa cisza, wiecznie ciemne niebo, gęsta mgła.
Mortimer przycupnął za węgłem, próbując pielić dwa szare badyle w niechlujnej zagródce, podobnej do mojej w Epping, w domu, tyle że o wiele skromniejszej. Zbliżyłam się doń i aż zatrzymało mnie to, co usłyszałam. Mortimer bowiem klął, ale to tak, że nawet Black wymiękał.
Schylił się nisko nad badylem, z furią rąbał małą motyką u nasady i warczał jakieś dziwaczne neologizmy, które sam sobie stworzył. Postanowiłam doń zagadać, siląc się na powagę, bo trudno było ją utrzymać, słysząc pod adresem badyla wachlarz takich epitetów:
-Ty zadzie niemyty, mendo kładziona…!
-Ekhym.- odchrząknęłam. Mortimer przeniósł na mnie wściekły wzrok- Czy bezpiecznie byłoby się przejść? Jestem ciekawa okolicy, ale nie wiem, czy mnie coś nie zaatakuje… W końcu siedzę tu już kilkanaście dni, a nigdy nie byłam gdzieś dalej.
-A idź!- warknął, wymierzając cios badylowi- Tylko uważaj. Nawet w dzień nie jest tu do końca bezpiecznie.- dodał już łagodniej.
-Dziękuję.- rzuciłam i ruszyłam między rzadkimi, poskręcanymi drzewami, starając się iść prosto, żeby się nie zgubić.
Z niektórych drzew zleciał pojedynczy, czerwony liść. Trawa miała wciąż soczyście zielony odcień, była poskręcana i dzika. Przyszło mi do głowy, że to przez nieustanną wilgoć. Mgła nie rozwiewała się, dom nikł coraz bardziej, aż w końcu zupełnie go pochłonęła. Żwawo ruszyłam dalej.
Na skraju rzadkiego lasu dobrnęłam do niziutkiego klifu, a dalszą drogę przecinała dziwnie rwąca, niezbyt szeroka, za to głęboka rzeka. Miała idealnie pionowe ściany kanału w którym płynęła, co wydało mi się nienaturalne. Musiała niedaleko wpadać do morza, w końcu jestem na jakiejś wyspie.
Przesadziłam ją paroma susami po wystających kamieniach i ruszyłam w o wiele gęstszy las. Tu drzewa były inne: szare, poskręcane, jakby martwe. Liści też nie miały, rosły gęsto, tworząc nieprzyjazny wędrowcom labirynt.
Stanęłam na skraju tegoż lasu, rozglądając się po szaroburym niebie. Zanosiło się na straszną ulewę. W tym problem, że tu zawsze się tak zanosiło, niezależnie, czy ulewa rzeczywiście potem nastąpiła.
Obejrzałam się przez ramię. Na drugim brzegu stała gdzieś we mgle, daleko, przytulna chatka Mortimera…
Coś mi jednak mówiło, żeby wejść w wyżłobiony w gęsto rosnących, poskręcanych gałęziach tunel. Skąd znałam to miejsce? Ta dróżka przez las…
Miałam przedziwne wrażenie, że wiem, co jest na jej końcu. Dlaczego?
Schyliłam się nieco i hardo wkroczyłam w zrobiony przez kogoś (lub coś) tunel. Zrobiło się jakby ciemniej, lniana, prosta sukienka wciąż zahaczała o jakąś ostrą gałąź, toteż odnosiłam wciąż nieprzyjemne uczucie, że coś mnie łapie.
Labirynt ciemnych, ponurych drzew zdawał się nie mieć końca, wzmagał u mnie z chwili na chwilę coraz większe obawy, zasilane jeszcze do tego mgłą, przedzierającą się przez najmniejszą przerwę pomiędzy martwymi roślinami. Z łatwością łamałam wszelkie gałęzie na mej drodze-drewno było straszliwie suche i już dawno pozbawione życia. Przyszło mi do głowy, że oto znalazłam się na cmentarzu drzew…
Hmm, jakie ponure miejsce, pomyślałam, unosząc wzrok na prawie zasłonięte martwymi kikutami niebo, ma w sobie jednak nostalgię. Nazwę to miejsce Martwym Lasem.
Wreszcie, zdawać by się mogło że po wieczności, wyłoniłam się na świat z mroków lasu. Przede mną rozpościerał się nieco dziwny widok. Bezkresne pole z szarawej trawy. Była inna, niż u Mortimera. Ciekawe, dlaczego?…
Szare pole i szare niebo stykały się ze sobą, prawie zlewały w jedno na linii horyzontu. Tutaj wiatr wiał, choć przynosił jedynie przykry zapach ryb i jakiejś zgnilizny.
Zauważyłam, że pole jest wzniesieniem. Ciekawe, na jaki widok się roztacza po drugiej stronie. Pobiegłam ze sto kroków, by dostać się na pagórek. Zmarszczyłam brwi.
W dole był bowiem dość gęsty, liściasty las. Między liśćmi dostrzegłam fragment muru…
Szybko znalazłam się na dole, by obejrzeć odkrycie. Okazało się, że mur jest gruby, porośnięty bluszczem i szarawą trawą, taką, jak na polu. Były to jednak ruiny, w ścianie ziały wielkie przerwy, czas skruszył niezniszczalność. Miałam wrażenie, że mur miał odgradzać jedną ze stron od drugiej, tylko którą od której?... Ostrożnie przekroczyłam granicę.
-ŁA!
-AACH!…- wrzasnęłam i wpakowałam się do tyłu na grubą ścianę.
-HAHA! Przestraszyłam cię!
Mała, zaledwie ośmioletnia dziewczynka w brudnej, znoszonej sukni, zaśmiewała się do łez. Miała skołtunione włosy oblepione brudem i ubłoconą buzię. Tak biednego stworzenia jeszcze nie widziałam, nawet w odległych krajach.
-Nieładnie!- pogroziłam jej palcem- Gdzie twoi rodzice, mała?
Nieco się naburmuszyła.
-Nie jestem mała, duża!
-Jak masz na imię?- zaintrygowałam się.
-Molly.- odparła niechętnie- A ty?
-Mary Ann. To gdzie masz rodziców?
Zmierzyła mnie nieco zbolałym wzrokiem.
-Gdzieś łażą, jak zwykle. Nie mają czasu nawet się ze mną pobawić, wiesz? Wszędzie chodzę sama, albo z Jackiem.
-Jackiem?- spytałam.
-Mój przyjaciel.- rzekła nieco obojętnie- Chodź, pokażę ci go.
Złapała mnie nieco lepką ręką i pobiegłyśmy przez las. Po chwili się przerzedził, ukazując liche, drewniane budynki, porozrzucane luźno, bez ładu składu na polance. Dostrzegłam zarysy starego, zarośniętego muru za każdym obiektem. Wioska była sporawa i dość dobrze zorganizowana, mimo biedy.
-Tu mieszkamy. Dorośli się boją obcych.- zaskrzeczała Molly.
-Czemu? To nie jest gościnne miejsce, nie?- odniosłam wrażenie, że wioska miała być zakamuflowana przed wzrokiem niepożądanych.
-Nie lubimy ich. Obcy są niebezpieczni i wścibscy.- wzruszyła ramionami obojętnie- I dziwnie pachną.- dodała po namyśle.
-Molly!- z jednej z chałup wynurzył się umięśniony, ubrudzony człowiek z jedną brwią- Ile razy ci mówiłem, do jasnej cholery, poobieraj te… O!
Zauważył mnie i zjeżył się nieprzyjaźnie.
-To mój gość, ojcze!- zawołała.
Człowiek zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem, po czym wlazł z powrotem do chatynki. Zerknęłam na dziewczynkę nieco urażona.
-Normalka. Ojciec nie jest zbyt przyjazny, no, chyba że wypił dwa głębsze. Pewnie oberwę niezłe lanie.- zauważyła beztrosko- Chodź, Jack na pewno siedzi na swoim drzewie!
Poleciałyśmy przez wioskę, ja nieco speszona. Wydawało mi się, że mnie obserwują wszystkie domy.
-Hej, Jack!- zagadnęła wesoło. Z drzewa zeskoczył chłopak, na moje oko w moim wieku, lub nieco młodszy. Miał bardzo skołtunione, brudne włosy, do których poprzyczepiały się gałązki i liście, oraz podarte, proste ubranie. Ciarki mnie przeszyły: lewa strona twarzy była absolutnie zmasakrowana pazurami jakiegoś zwierzęcia, oko wypłynęło, dostrzegłam niewprawne dłonie jakiegoś szewca, próbującego desperacko uratować chłopca nieporadnymi szwami.
-To Jack. Jest fascynujący, nie?- zawołała bez krępacji.
-Eee…- odrzekłam tylko, powalona z nóg taką śmiałością. Chłopak przyglądał mi się nieufnie, nie racząc zrobić kroku w przód. Rozchylał dziurki od nosa, jakby wietrzył zapach. Wyglądał po prostu dziko.
-Jestem Mary Ann. A ty to Jack?- zagadnęłam, byle tylko go nieco ośmielić. Z wolna pokiwał głową, po czym zapytał, nie robiąc sobie nic z mojej obecności.
-Co ona tu robi, Molly?
-Znalazłam ją w lesie i zabrałam.- oznajmiła hardo, jakby Jack ośmielił się obrazić jej znalezisko.
-Ale reguły są jasne, nie? Żadnych obcych!- warknął.
-Przecież ta dziewczynka jest bardzo miła!
-Dziwnie pachnie…- rzekł- Śmierdzi tym czarodziejem… Wiesz, co to dla nas oznacza! Jesteś obca.- zwrócił się do mnie. Ciarki znów mnie przeszły, gdy zobaczyłam poszatkowaną część twarzy- Nic tu po tobie. Odejdź, jesteś obca. To nasz teren.
Zerknęłam ze zdziwieniem na Molly.
-Jesteś obca. Odejdź.- powtórzył natarczywie.
-Chodź, odprowadzę cię.- chwyciła mnie za rękę i powróciłyśmy do muru.
-Żegnaj.- rzekła nieco smutno, spuściwszy głowę.
-No to na razie…- odparłam, obserwując kątem oka nieprzyjazną wioskę.
-Jack ma rację. Dziwnie pachniesz.- pokiwała z wolna.
-Aha.- przekrzywiłam głowę.
-Ale to nic. I tak cię lubię. Przyjdziesz do mnie czasem? Pobawimy się. Poproszę starszych wioski, by zrobili dla ciebie wyjątek. A jak nie, to będziemy się bawić na polu, nie?
-No…- pokiwałam, zafascynowana dziwnym dzieckiem.
-Będziemy się bawić!…- speszyła się jakby, obróciła i czmychnęła do domu.
Plask! Pierwsza kropla uderzyła o moje ramię. Podniosłam z niepokojem wzrok ku niebu. Było prawie czarne, chmury pędziły z pośpiechem, powstawały na nich zawirowania.
Pobiegłam w stronę chatki Mortimera.
Co to było? Dlaczego mieszkańcy tej wioski zachowywali się tak dziwnie? Czemu byli tacy nieprzystępni? We wiosce było tak cicho… Może czegoś się bali? Co miał na myśli Jack, mówiąc „Śmierdzi tym czarodziejem”… A potem przypomniało mi się, jak Mortimer powiedział na początku naszej znajomości: „A skoro nie jesteś stąd, nie ma potrzeby nastawiać się przeciwko tobie. Co innego ta wioska…”. Nie chciał mnie przyjąć, kiedy jeszcze myślał, że jestem stąd. Dziwne…
-Mortimerze!- na zewnątrz rozpadało się porządnie, gdy przekroczyłam próg chatki.
-Gdzie byłaś?- zawołał ze swego pokoju- Myślałem, że coś ci się stało!
-Nie, tylko…
Wyjrzał zza kurtyny, przedzielającej jego pokój od kuchni.
-Tylko co?
-Możemy pogadać?- usiadłam przy stole i gestem zaprosiłam go, by zrobił to samo. Kiwnął potakująco i usiadł ze mną.
-Byłam w tej wiosce, której tak nie lubisz.
-We wiosce, której…?- zerknął na mnie zszokowany.
-Tak. Ja pamiętam, jak o niej mówiłeś.- rzekłam z powagą.
-I co?- zainteresował się po kilku momentach.
-Dziwni byli…- rzekłam wymijająco, zerkając w bok na ścianę- Tacy tajemniczy i nieodgadnięci… Miałam wrażenie, że znajduję się w gnieździe przerażonych stworzeń…
Mortimer przyglądał mi się teraz z najwyższą uwagą.
-I co jeszcze?
-Nic. Poprosili mnie o opuszczenie ich terytorium.- wzruszyłam ramionami- Jednak… Zastanawia mnie to wszystko.
-Nie powinnaś sobie tym zaprzątać głowy. Ta wioska jest… nienormalna.- mruknął.
-Zauważyłam. Co im się stało? Czemu nie słychać u nich śmiechu, wrzawy, krzątaniny, a jest tak pusto i szaro? Czego się boją?- zmarszczyłam brwi- Czemu cię denerwują?- zagadnęłam nagle.
-Czemu mnie…?- wydawał się zbity z tropu- Cóż… Mieliśmy mały zgrzyt w przeszłości… I wygnali mnie. Tak tak…- pokiwał, widząc moją minę- Należałem do nich kiedyś. Powiedzmy sobie szczerze, nie pasowałem do ich zbiorowości…
-A co takiego zrobiłeś, że cię wygnali?
Mortimer przygryzł wargę.
-Nic takiego, w zasadzie… Nieistotne… Radziłbym ci jednak trzymać się od nich z dala.
Posłał mi bardzo surowe, zakazujące spojrzenie. Czaiła się w nim nawet groźba.
-Rozumiemy się?- dodał ostrzegawczo.
-Eee, jasne.- odparłam ze strachem.
-Wingardium Leviosa!- nakazał dzbankowi, a ja wbiłam zaaferowany wzrok w blat stołu.
***
-BIEGNIE TU! TO ON!
Wrzaski. Kobiety piszczały, nawoływały z rozpaczą bliskich. Smak i zapach krwi wypełnił moje zmysły…
NIEEE!!!
Usiadłam na łóżku, zlana potem.
Westchnęłam ciężko. Rudo-czarne loki opadły na moje uda. Zsunęłam się flegmatycznie z łóżka.
W kuchni Mortimera nie było. Wyjrzałam przez jedyne w domku okienko. Na zewnątrz lało jak z cebra, było prawie zupełnie ciemno, choć wiedziałam, że jest dopiero ranek. Drzewa poruszały ciężkie krople deszczu, namokłe góry liści walały się pod nimi po zielonej trawie.
Wróciłam, by zarzucić na siebie sukienkę ze lnu. Czemu Mortimer jeszcze nie wstał? A może znów kopie w swym bujnym ogródku, wyzywając dwa nieszczęsne badyle od niemytych zadów… Chyba musiałby być bardzo znudzony, jeżeliby chciał wyłazić w taką ulewę na zewnątrz.
-Mary!- usłyszałam z jego pokoju- Pozwól no tu do mnie!
Zajrzałam przez kolorową zasłonę do jego pokoju. Siedział w siadzie skrzyżnym na swej pufie, przed nim, stał tamten stolik z dziwną kulą, która była doń przytwierdzona.
-Zrób omlety.- przykazał złowieszczym szeptem. W ciemnym pokoju bez okien widziałam ledwo jego zarys.
-Co robisz?- zapytałam nieśmiało z zaintrygowaniem.
-To bardzo złożona sztuka…- wyjaśnił w skupieniu- A teraz zrób śniadanie. Wytłumaczę ci potem, jak chcesz. Nie przeszkadzaj teraz.
Posłusznie wycofałam się do kuchni.
Przez cały czasy, gdy mieszałam składniki omletów różdżką Mortimera, myślałam nad tym wszystkim, co się działo naokoło. Minęło parę dni, odkąd byłam we wiosce. Co się tam działo? Czemu Mortimer zakazał mi tam chodzić?
Charakter i doświadczenie przebywania z Huncwotami podpowiadały mi, że zapewne i tak go nie posłucham.
Właśnie, ciekawe, jak tam Huncwoci? Już jest jakaś połowa września… Oczyma wyobraźni widziałam Jamesa, rzucającego się po jakiejś klasie… Nie no może bez przesady, w końcu chłopak już spoważniał. Nieco.
Mortimer przekroczył próg kuchni, węsząc w powietrzu, po czym usiadł za stołem, okręcając jeden z kosmyków bródki naokoło palca.
-Co w takim razie porabiałeś przed chwilą?- zagadnęłam, gdy wzięliśmy się za jedzenie.
-Jestem magicznym eksperymentatorem, wynalazcą. Nie mówiłem ci?
-Nie…
-Cóż, ta kula sprzyja pewnym medytacjom. Jeżeli się skupisz i będziesz ćwiczyć medytowanie systematycznie, wtedy, pewnego dnia kula rozjaśni się blaskiem… A wtedy…
-A wtedy co?- zmarszczyłam brwi.
-Nie przerywaj. Wtedy możesz podejść do zwierciadła.- wskazał na okrągłe, wąskie lustro- I zobaczyć.
-Zobaczyć co?
-Nie wiem. Nikt nie wie. Coś, co masz w nim zobaczyć. Ja zawsze w nie zerkam, gdy kula osiągnie odpowiednie nasycenie skupieniem. Mogę wtedy widzieć moje dawne, zatracone wspomnienia, kochane osoby, które straciłem, spiski we wiosce, przyszłość... Albo tak prozaiczne rzeczy, jak łyżka na stole, gdy jestem głodny. Można zobaczyć swe marzenia, obawy… Chcesz spróbować? Ostrzegam, nie zobaczysz nic na początku. Kula wymaga czasu i wyjątkowo silnego skupienia. Osiągnięcie jednego widzenia wymaga nawet dwóch tygodni.
-Spróbuję. Tylko dokończmy śniadanie.
Tak więc poszłam za Mortimerem do jego pokoju, gdy talerze zabrały się do samodzielnego mycia.
-Siądź wygodnie… Dobrze. Teraz musisz się skupić. Wyczyścić myśli ze wszystkich emocji…
Zamknęłam oczy i oddychałam swobodnie, jednak nie potrafiłam osiągnąć całkowitej bierności. Coś mi ciągle przeszkadzało: a to tajemnicza wioska, a to Mortimer, a nawet Black obijał się o ścianki mej głowy.
-Dobra. Siedź tu, ile chcesz. I tak nic nie będziemy robić w taki deszcz.- Mortimer wylazł ze swego pokoju, by znów pobawić się w alchemika.
***
Tupot przerażonych ludzi. I ta gonitwa, bezsensowna bieganina…
Molly zeskoczyła z niskiego, rozłożystego drzewa.
-Rodzice tylko w kółko łażą i narzekają na wszystko. A najbardziej, jak muszą doić krowy, a jak krowy nie chcą być dojone, narzekają jeszcze bardziej.- stwierdziła pogodnie.
Uniosłam brwi, opierając się o mur obronny.
-A długo już tu mieszkacie?- zapytałam, zerkając na dalekie dachy ze strzechy.
-Od stu lat.
-To długo. Powinno być was więcej, czyż nie?
-Tak, szybko się rozmnażamy.- rzekła bez mrugnięcia- Ale plagi dziesiątkują nas.
-Plagi?- usiadłam na niskim, czarnym pieńku.
Dziewczynka nie odpowiedziała od razu, zerkając na niebo. Było, jak zwykle, buro szare, zwiastujące burzę. Nie zdarzyło się dotąd, bym na wyspie dostrzegła słońce. Od miesiąca.
-Choroby, żywioły… No wiesz, huragany, pioruny, rozszalałe morze… I ten potworny stwór…
-Jaki stwór?- zmarszczyłam brwi, sztywniejąc. Może to ten sam, co mnie gonił wtedy, gdy zwichnęłam kostkę?
-Potworny zwierz. Czasami napada naszą wioskę…- Stwierdziła Molly obojętnie- Zjada nas. Kiedyś też się pojawiał, ale nie był tak silny i wielki.
-Kiedyś?
-Ehe. Od jakiegoś czasu jest inaczej.
-Od kiedy?
-Od jakiegoś czasu.- powtórzyła z uporem.
-Aha…- wpatrzyłam się w korony drzew. Dziwne dziecko.
-Nasza wioska stara się przed nim chronić. Ale potwór nic sobie nie robi z naszych barier. A jak ktoś wyjdzie poza obręb wioski w nocy, to już nie wraca!- wytrzeszczyła dziko oczy- Bardzo się go boimy…
-Jak on wygląda?
W tym momencie zza drzew wyłonił się ten dziwny buszmen, przyjaciel Molly. Zmierzył mnie taksującym spojrzeniem i nieco obnażył górny rząd zębów.
-Hmm, macie dziwny sposób witania gości…- skwitowałam chłodno.
-Molly, zaraz się zacznie. Chodź. Chyba ci mówiliśmy coś. Nie możesz rozmawiać z nią.- całkowicie mnie zignorował.
-Ale ona jest miła.- oznajmiła.
-Jest z tym czarodziejem.- znów obdarzył mnie nieprzychylnym wzrokiem- Chodź. Zaczyna się.
Molly posłała mi tęskne spojrzenie.
-Pa. Długo się nie zobaczymy. I uważaj na potwora. To chyba jest ważne…- rzuciła nieco obojętnie i znikła za pniakami z kolegą. Odeszłam od muru i ruszyłam pod górkę. Ciekawe, co się zaczyna…
Raptownie zatrzymałam się i wpatrzyłam nieświadomie w ziemię. Długo się nie zobaczymy…
Z wolna obróciłam głowę w kierunku muru. Po minucie kłótni z samą sobą na palcach podbiegłam do muru i wyjrzałam zza niego. Niestety, drzewa zasłaniały mi widok na to, co się działo we wiosce. A działo się coś na pewno. Spomiędzy pni prześwitywał ciągły ruch i zamieszanie, jakie powstało przed jednym z budynków. Ludzie tłoczyli się u wejścia, z tego co widziałam. Wkrótce nikt żywy nie pozostał w zasięgu wzroku. Zmarszczyłam brwi, zaciskając dłonie na zimnym, chropowatym kamieniu na murze. Co oni robią? Czyżby był to jakiś rytuał, niedostępny dla osób z zewnątrz? Podejść bliżej, czy nie… A jak mnie zobaczą?… Wyjaśnienie, czym jest wioska i czemu jest taka, leżało u moich stóp…
Poczułam podniecenie i zrobiłam krok do przodu. W tym momencie rozległ się straszliwy skowyt i krzyki bólu. Ohydne warczenie i wycie, a także pełne przerażenia wrzaski podniosły się ku granatowo-ołowianemu niebu. Zamarłam, czując włosy jeżące się na plecach. Nie! Jestem z domu odważnego Gryffindora! MUSZĘ zobaczyć, co tam się dzieje…
Podbiegłam na palcach przez rzadki las, znajdując się na skraju wioski i czując nerwowe napięcie mięśni. W tej samej sekundzie, w której zatrzymałam się na chwilę, by rzucić okiem na duży, drewniany budynek, mój cel, oceniając, czy ma w ogóle coś takiego jak okna w jakimkolwiek miejscu, stało się coś nieoczekiwanego. Prowizoryczne drzwi celu rozwarły się z takim hukiem, że odpadły w diabły na klepisko, a z wnętrza budynku, które pozostało dla mnie niewidoczne, jako że stałam naprzeciwko innej ściany, niż się znajdowało, wypadł z impetem człowiek. Dosłownie wyleciał, jakby podmuch wiatru wywalił go na zewnątrz. Upadł na plecy parędziesiąt cali dalej, wijąc się w potwornych mękach i wrzeszcząc opętańczo. Wytrzeszczyłam oczy. Wyraźnie cierpiał…
Za nim wyłoniło się… COŚ. Zamarłam. To COŚ z wolna podeszło ku mężczyźnie… a potem niespodziewanie obróciło łeb ku mnie.
-O Boże.- wydukałam z siebie jedynie, po czym natychmiast rzuciłam się do dzikiej ucieczki przez rzadki gaj. Jednym susem przesadziłam wyłom w murze, biegnąc jeszcze chwilę przez las, a potem pod górkę po zszarzałej trawie, by dobrnąć wreszcie do Martwego Lasu. Nie miałam nawet siły obrócić głowy, by przekonać się, czy stwór mnie goni. Droga przez las pełen martwych drzew okazała się jeszcze bardziej mozolna. Miałam wrażenie, że sukienka celowo zatrzymuje mnie w miejscu, bym padła ofiarą rozszalałej bestii. Co gorsza usłyszałam, jak z wściekłością przedziera się ku mnie, szarpiąc przeszkadzające konary i ujadając dziko, nie było więc wątpliwości, że rzeczywiście wybrała się na polowanie.
Wreszcie, dysząc ciężko, wypadłam z Martwego Lasu, prosto na brzeg rzeczki. Nie oglądając się za siebie, pokonałam ją kilkoma zgrabnymi susami. Na ostatnim kamieniu jednak usłyszałam, jak z dziką furią potwór wypadł z lasu. Skołował mnie nieco odgłos ryku, jaki wydał z siebie na mój widok, toteż z okrzykiem cichego zdumienia wylądowałam w spienionej tego wieczora wodzie. Była zimna i wzburzona, ogarnęła mnie nieznana dotąd pod wodą panika. Co będzie, jak wypłynę?
Nie było czasu na zastanawianie się, bo żywioł wypchnął mnie na powierzchnię. Uchwyciłam się brzegu i z lękiem obróciłam w stronę drugiego. Zwierz stał, niewzruszony, jakby czatował na mnie. Czekał. Nie przekroczył jednak rzeczki, choć z pewnością potrafił.
Wygramoliłam się z idealnego kanału na bujną trawę i rzuciłam mu zdumione spojrzenie. Nie zareagował, wlepiając głodny wzrok w moją osobę. Wzdrygnęłam się. To spojrzenie, cierpliwego, wytrwałego mordercy… Nie, lepiej go nie wkurzać apetycznym widokiem, pora się ulotnić…
Obróciłam się i czym prędzej pobiegłam przez las Mortimera. Sukienka mokra od wody kleiła mi się do ciała, ale byłam zbyt roztrzęsiona i wzburzona, by brać to do wiadomości. Czemu nie przekroczył? Może… coś go blokowało? Coś w tym lesie, w tej wodzie, może… w osobie Mortimera?
-Mortimerze!- krzyknęłam od progu, gdy go dostrzegłam. Pracował w swym umiłowanym hmm… ogródku. Tym razem z ohydną, mściwą satysfakcją i dziką uciechą podpalał różdżką swoje dwa niereformowalne, nieszczęsne badyle, najwyraźniej komunikując „Jak tak, to spadać na bambus!”. Niechętnie przerwał dobrą zabawę i zerknął w moją stronę.
-Gdzieżeś się włóczyła!- obsztorcował mnie na dzień dobry- Zbliża się noc!
-Ja…- wydyszałam.
Zmrużył podejrzliwie bystre oczy.
-Tylko mi nie mów, że byłaś w tej pogrzanej wiosce wariatów?
-Tak jakby…- przyznałam ze wstydem.
-Mówiłem ci, nie łaź tam!- zawołał ze złością- Jak tak mówię, to znaczy, że to NIEBEZPIECZNE! Dociera?!
-Tak!- krzyknęłam, głęboko obrażona.
-Phi!- prychnął tylko, obrócił się teatralnie i powrócił do smażenia badyli na popiół.
Nadąsana, że mnie tak okrzyczał, pchnęłam drzwi do domku weszłam do środka. Też coś! Ja go próbuję ostrzec, a ten nic…
Wyjrzałam przez jedyne okienko w chatce. Gwiazdy jeszcze się nie pojawiły. Za to księżyc świecił jasnym, szlachetnym blaskiem. Księżyc w pełni… Biedny Remus.
Noc była jedynym momentem, gdy z nieba znikały chmury. Przygnębiało mnie to chyba jeszcze bardziej. Słońce nigdy nie mogło tu dotrzeć. A ja tęskniłam za jego złocistą tarczą…
Z wolna ruszyłam ku pokojowi Mortimera. Znajdowała się tam kula-obiekt moich zainteresowań ostatnich dziesięciu dni.
Przekroczyłam próg, uwalniając się od emocji nie bez trudu po takiej dawce nerwów i wzburzenia, ale już w wejściu zauważyłam, że kula lśni białym blaskiem. Ogarnęło mnie teraz z kolei podniecenie. Ostrożnie podeszłam do lustra, ciekawa, jak będzie wyglądać rzekoma wizja.
Przez chwilę w lustrze odbijała się średniej wielkości dziewczyna z czarno-rudymi lokami do pasa, mokrą sukienką i wyczekującą twarzą. Potem odbicie zafalowało, jak tafla wody, rozmyło się nieco… i oto zamiast odbicia Mary Ann stał jakiś chłopak. Przez pierwszy ułamek sekundy ogarnęła mnie niewytłumaczalna radość. Chciałam krzyknąć „Kocham cię!”, ale potem się opanowałam, zastanawiając się, co mogło wywołać to uczucie. Na oko miał pod dwudziestkę, był wysoki i dość drobny, miał ciemnobrązowe włosy i szare, smutne oczy. Jego twarz była miła dla oka, ładna i coś wyrażała. Byłam nieco zdziwiona, gdyż na sto procent nigdy go w moim życiu nie widziałam. Jednak jego twarz, to spojrzenie… Nawiedziło mnie poczucie, iż w jakiś sposób go ZNAM. Kogoś mi przypominał… Może trochę Remusa, naprawdę, tylko odrobinę. Te oczy miały podobny doń smutny wyraz, przez twarz przemknął podobny cień, co często przeszywało buzię mojego brata. No i podobny kolor włosów. Ale ogólnie nikt z moich znajomych tak nie wyglądał.
Chłopak uśmiechnął się do mnie lekko. Zauważyłam, że szare oczy pozostały smutne i melancholijne.
-Ekhym, Mary?- za sobą usłyszałam nieśmiałe, nosowe mruknięcie, charakterystyczne tylko dla czarodzieja- Chciałem cię przepro… O, co widzisz?
Nie obróciłam się do rozmówcy, zafascynowana obrazem. Nie mogłam wprost odkleić wzroku od nieznajomego. Poczułam, że Mortimer stanął obok.
-Kto to?- zapytał.
-Widzisz go?- zdumiałam się, nie odwracając spojrzenia.
Nie odparł.
-To… nie wiem, kto to jest.- zawahałam się.
-Nie znasz go?
-Nie. Chyba, że widziałam go już, ale nie kojarzę twarzy. Jest taki niezwykły…
Dotarło do mnie, że Mortimer obrócił ku mnie głowę.
-Coś czujesz, gdy na niego patrzysz.- stwierdził- Widać to po twoim spojrzeniu.
Po raz pierwszy oderwałam wzrok i przeniosłam na rozmówcę.
-Tak. W jakiś sposób czuję…- zastanowiłam się- Sama nie wiem. Jakąś więź. Czułość.
-Jest dla ciebie istotny?
-Oj, tak.- znów wpatrzyłam się w chłopca. Urzekła mnie jego kochana twarz. Była śliczna, przynajmniej według mnie- Bardzo istotny…
Obraz powoli wyblakł. Wciąż wlepiałam wzrok w taflę, jakby chłopak obiecał, że zaraz wróci. Ale więcej się nie pojawił.
-Zrobię kolację…- mruknął czarodziej i taktownie wycofał się z pomieszczenia. Kiedy przekonałam się, że Mortimera już nie ma, delikatnie położyłam dłoń na lustrze, marząc, by podążyć za chłopcem. Przysunęłam się blisko odbicia.
-Wróć, proszę!…- poprosiłam błagalnym szeptem. Niestety, nic się nie wydarzyło, nadal stałam ogarnięta tęsknotą za nieznanym chłopakiem. Kim był?
Poczułam łzy, które zapiekły moje oczy. Nie ma go. Odszedł i już się nie pojawi…
Po kilkunastu minutach czekania na próżno usłyszałam ponure burknięcie z pokoju, zapewne oznaczające, że kolacja stygnie. Westchnęłam więc i weszłam do kuchni.
Mortimer cierpliwie czekał i nie zaczynał rozmowy. Jedliśmy w milczeniu jajecznicę z jajek znalezionych gdzieś tam przez czarodzieja. Nie był skory powiedzieć, gdzie.
-Tak więc, byłaś we wiosce…- zagadnął, gdy już nie wytrzymał.
-No…- mruknęłam, nie paląc się do rozmowy.
-Ty wiesz, że oni nie są… NORMANI? Mówiłem ci to już.
-Tak, zauważyłam…- po czym opowiedziałam całe zdarzenie Mortimerowi.
Czarodziej przygryzł wargi, czymś zdenerwowany.
-Widziałaś za dużo, Mary. O wiele.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- zdziwiłam się. To brzmiało tak, jakby coś wiedział.
-Otóż, gdy mówiłem ci, że to niebezpieczne, to miałem rację. Nie wolno ci było chodzić do tej wioski! Ale nie, ty oczywiście w nosie miałaś moje ostrzeżenia!….
-Nie zaczynaj…- westchnęłam.
-Nie zaczynam! Co by było, jakbyś się na nich wpakowała? Oni są potworami, dziewczyno.- warknął- Groźnymi bestiami. Nie wolno z nimi rozmawiać czy w jakikolwiek sposób utrzymywać kontakt. A najlepiej to ich wyciąć w pień.- dodał po zastanowieniu.
-C-co?- ogarnęło mnie przerażenie- To ONI są tymi bestiami?!
-Się zdziwiła!- prychnął.
-Ale przecież… Myślałam, że oni jakoś… WYWOŁUJĄ tą bestię… Myślałam, że to jakiś rytuał, czy coś…
-Ta jasne, i co jeszcze!- zadrwił Mortimer.
-No co?- naburmuszyłam się- Ja słyszałam od nich, że jest tylko jedna bestia i ich atakuje!
Tym razem Mortimer nie odparł od razu.
-Dziwne rzeczy ci gadają, by cię oszukać.- zaskrzeczał w końcu- Nie zauważyłaś ich dziwnego zachowania? Ich tendencji do… ŚCISŁEJ STADNOŚCI? To WILKOŁAKI, Mary. Wilkołaki!
Szczęka mi opadła. Osłupiałą twarz przeniosłam na okno i świecący za szybą księżyc w pełni.
56. Kara Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 19 Czerwca, 2010, 20:26
Dobra, dobra, już dodaję .
A jak starczy czasu, to i Wasze notki przeczytam! Miłej lektury. Za tydzień następna.
Ocknęłam się z przeświadczeniem, że coś nie gra. A potem nawiedziła mnie wizja wczorajszego dnia. A więc to działo się naprawdę…
Łzy wściekłości zwilżyły moje oczy. Prychnęłam i wstałam, orientując się, że spałam w ubraniu.
Wyjdę za Syriusza Blacka, wyjdę za Syriusza Blacka… Moja głowa powtarzała tę mantrę z ogromnym niedowierzaniem.
Oparłam się o biurko. Na jego blacie leżał od dawna porzucony w kąt i zwinięty bezładnie wisiorek z kotkiem, który bezczelnie mruczał błogo, a nawet tryumfalnie. Obdarzyłam go gaszącym spojrzeniem, ale nic sobie z tego nie zrobił. Zdjęłam go, odkąd zaczęłam chodzić z Rabastanem.
Odwróciłam wzrok, który padł na zakurzony gramofon i kolekcję płyt. Black kupował mi je. Zgrzytnęłam zębami. Czemu wszystko musi mi go tu przypominać?!
Zerknęłam na zegarek i trochę się ucieszyłam. Było już grubo po dziesiątej. Czas wyruszać na Pokątną.
Przebrałam się i zrobiłam z sobą porządek, zebr ałam dwa galeony kieszonkowego, po czym zeszłam na sam dół. Usłyszała z kuchni nieco zrezygnowany ton matki: “Śniadanie!”. Zignorowałam to, czując jakąś buntowniczą satysfakcję, wchodząc do kominka i sięgając po proszek Fiuu.
-Londyn, Dziurawy Kocioł!
Hehe, będą się martwić, gdzie podziali córcię… Dobrze im tak!
Kilka chwil potem wylądowałam na zimnej posadzce i rozejrzałam się. W Kotle nie było zbyt wielu osób, jednakże dostrzegłam Lily. Siedziała sobie samotnie przy stoliku.
-Meg!- ucieszyła się i padłyśmy sobie w objęcia.
-Coś zamawiasz?- zapytała mnie rudowłosa, ruszając ku barmanowi.
-Weź dla mnie Ognistą Whisky.- poprosiłam i podałam jej galeona. Kiwnęła i usłyszałam jej ciepły głos, gdy zamawiała whisky razy dwa.
-No więc.- Lily postawiła przede mną kufel, sama usiadła- Coś czuję, że jesteś wzburzona. Coś się stało? Zdziwił mnie wczorajszy twój list.
-Tak.- burknęłam, wbijając wzrok w kufel- Stało się coś potwornego.
-Ktoś ci umarł?- zapytała niezbyt przekonana Lily- Chyba nie, bo byłabyś raczej nieszczęśliwa, nie wzburzona.
-No właśnie.
-Rabastan zerwał zaręczyny?
-Lily, nie rozśmieszaj mnie!- parsknęłam z politowaniem.
-To co jest?- zauważyłam, że trudno jej było wytrzymać napięcia.
-Wiesz, że czarodzieje ze szlacheckich rodów lubią łączyć się w pary. Niektórzy nie pozwalają dzieciom żenić się inaczej! Tylko z kimś o czystej krwi.
-No…- Lily kiwnęła ostrożnie głową, ciekawa, co się kryje za tym wstępem.
-I moi cudowni, kochani, opiekuńczy rodzice wpadli właśnie na genialny pomysł, że wspaniałomyślnie odpowiedzą pozytywnie na propozycję jednej z matek takich szlachciców!
-No co ty… Nie żartuj…- dziewczyna szeroko rozwarła oczy, pełna chłodnego niedowierzania.
-Nie, to wszystko prawda!- uśmiechnęłam się ironicznie- Fajnie, nie?
-I za kogo wyjdziesz?- rzekła ostrożnie.
-Za boskiego Syriusza Blacka…- burknęłam.
Spodziewałam się, że Lily się przerazi, zacznie mi współczuć, czy jeszcze jakoś inaczej. Ale skrzywiła się nieco sceptycznie i westchnęła:
-Rany, Meg… I to jest, według ciebie, takie straszne? Nie przesadzasz trochę?
-Co?…- tym razem ja byłam pełna niedowierzania.
-No… Myślałam, że wylądujesz z jakimś starym dziadem, albo ze śmierciożercą… Chodziłam z Syriuszem, on nie jest zły! Powiem ci więcej, masz szczęście, że chcą cię wydać akurat za niego.
-Lily, co ty pleciesz?! Myślałam, że mnie jakoś pocieszysz! Wspomożesz…
-Meg, nie obraź się, ale myślałam, że jesteś poważniejsza.
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w policzek.
-Przecież nie dzieje ci się wielka krzywda.- dodała nieco niepewnie.
-Wiem, czemu tak mówisz. Chcesz, żebym wyszła za Blacka, bo nie chciałaś mojego ślubu z Rabastanem. Nie chciałaś, bym wchodziła do grona śmierciożerców.- rzekłam martwym tonem- Ciebie to nawet cieszy, że tak się stało.
-Masz rację. Stokroć wolę, żebyś wyszła z przymusu za Syriusza, niż zadawała się z Rabastanem. To dla twojego dobra, Meggie. Kiedyś twoim rodzicom podziękujesz.
-Wszystko zawsze jest dla mojego dobra!- warknęłam- Z Blackiem NIGDY nie będę szczęśliwa. Ponieważ go nie kocham, a wręcz przeciwnie.
-Zmienisz zdanie za kilka lat, gdy już do niego przywykniesz i jak będziecie mieć dzieci. Widzisz, Syriusz o wiele lepiej pasuje mi na troskliwego, czułego ojca, niż twój były narzeczony.
Rozsierdziło mnie to “były”.
-Ha, i ty myślisz, że ja się dam mu do siebie zbliżyć! O dzieciach nie ma mowy!- zawołałam.
-Pięknie. I tu cię mam. Zawsze marzyłaś o dzieciach, nieprawdaż? Pamiętam, jak mi to mówiłaś. Czyli to oznacza, że dzieci nigdy mieć nie będziesz, bo nie pozwolisz na to własnemu mężowi?
Zmarkotniałam, po czym ze złością kopnęłam nogę stołu. Lily miała całkowitą rację. I właśnie to było najgorsze.
-Meg, uszy do góry!- złagodniała- Wiesz, jaką jesteś szczęściarą? Nawet sobie nie zdajesz sprawy.
-Jaką szczęściarą?- zmarszczyłam brwi ze złością.
-Ech, nic ci nie powiem. Sama to kiedyś zrozumiesz. Też chciałabym mieć takiego męża. Oczywiście, nie chodzi mi konkretnie o Syriusza!- zaśmiała się.
-Bardzo zabawne.- burknęłam- Myślałam, że coś poradzimy… Ja bym tak się zachowała, gdyby kazali ci wychodzić za Jamesa.
Lily natychmiast spoważniała.
-To nie jest śmieszne, Meg.
-O, Severus…
Sev właśnie wszedł do Dziurawego Kotła i rozejrzał się niepewnie. Zerknęłam na zegarek. Było dopiero piętnaście po jedenastej. Naraz nas zobaczył, ale szybko się cofnął, gdy dostrzegł Lily.
-Eee, Lily, wyjdziesz na ulicę? Chciałam porozmawiać przez chwilę z Severusem na osobności…- poprosiłam kulawo.
-Nie ma sprawy.- Lily dopiła whisky- Właśnie się zbierałam do domu… Przemyśl to, co ci powiedziałam. Mogło być gorzej.
Wstała, zostawiając mnie chyba w jeszcze gorszym stanie, niż poprzednio. Sev natychmiast przysiadł się na jej miejsce.
-I jak tam? Coś się stało?- nieco rozkojarzył się widokiem Lily.
-Taak…- w skrócie opisałam mu, o co chodzi.
Reakcja Seva była skrajnie różna od Lily.
-CO?!- podskoczył na krześle, po czym wpatrzył się we mnie z przerażeniem i głębokim współczuciem- Jak mogli tak ci spaprać życie… Całe życie pod jednym dachem z Blackiem…
Wzdrygnął się na samą myśl.
-Cieszę się, że też rozumiesz powagę sytuacji.
-Ale masakra… Nie mogłaś im powiedzieć o Rabastanie?!
-No nie mogłam! Już widzę, jak chętnie by to przyjęli…
-Trzeba było ich postawić przed faktem dokonanym!- prawie krzyknął Severus-Meg, nie daj się! Nie pozwól, by cię unieszczęśliwili, walcz.
-Łatwo ci mówić. Oni naprawdę się uparli.
-I co teraz zrobisz?- przejął się Severus. Obserwowałam w milczeniu jego zatroskane, czarne oczy. Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem. Po prostu tego nie wiem.
-A jakby Rabastan cię porwał nagle z domu i wzięlibyście potajemnie ślub?
-To jest myśl.- zastanowiłam się- Problem w tym, że muszę najpierw go zawiadomić, a tego najbardziej się boję. Jego reakcji. A nuż nie doczyta listu do końca, tylko rzuci nim ze złości w ogień? Różne rzeczy mogą się stać. Wolałabym mu to osobiście powiedzieć.
-To musisz go zaprosić.- Severus bardzo się tym wszystkim przejął. Wiedziałam, ze najgorszemu wrogowi nie życzył takiej kary- Nie przejmuj się. Zrobimy wszystko, żeby ci pomóc.
-Dzięki.- ujęłam jego dłoń. Uśmiechnął się smutno- Chyba muszę już wracać, bo się na mnie wściekną zaraz. Wyleciałam z domu Siecią Fiuu bez ostrzeżenia.
-Dobra. Na razie!- rzekł, opuszczając pub. Westchnęłam ciężko. Wcale nie miałam ochoty wracać, ale poczułam się głodna.
Kilka chwil i już leżałam na dywanie w feralnym salonie, w którym miała miejsce nasza wczorajsza rozmowa.
-Gdzie byłaś?- zagadnął chłodno ojciec zza “Proroka”.
-Daleko.- odburknęłam.
-Odpowiedz mi, jak cię pytam.
Nic nie powiedziałam, tylko ruszyłam do swojego pokoju.
-Mary Ann!- zagrzmiał za mną ojciec. Zignorowałam to i wkrótce siedziałam już na zielonej, aksamitnej pościeli.
Nie wiedzieć czemu, byłam jedynie wściekła. Może nie czułam innych emocji, bo po prostu jeszcze nie do końca w to wszystko uwierzyłam?
Doskoczyłam do biurka, by napisać list do Rabastana. Tak, musimy się nareszcie spotkać, nie widziałam go od prawie dwóch miesięcy.
Drzwi za mną otworzyły się na pełną odległość. Stanęli w nich moi rodzice. Posłałam im nieżyczliwe spojrzenie.
-Mam nadzieję, że dotarło do ciebie nareszcie to, co powiedzieliśmy wczoraj.- rzekł gniewnie ojciec.
Milczałam.
-Remus powiedział nam o twoim chłopaku.- dodała mama.
Podniosłam głowę z nadzieją.
-Niestety, obawiam się, że nie możemy dopuścić do twojego ślubu z kimś takim.
-Mówcie, co chcecie. Ja i tak nie wyjdę za Blacka.- prychnęłam, ale w sercu poczułam panikę. Tak jak myślałam, rodzice nie byli przychylni Rabastanowi…
-Już za późno. Wysłałem właśnie odpowiedź twierdzącą do Oriona i Walburgi Black, że zgadzamy się na twój ślub z ich starszym synem.
-Co?!- jęknęłam. A więc już za późno, klamka zapadła, nie mogę wyjść za Regulusa.
-Pogódź się z tym, Mary Ann.- rzekła mama nieco błagalnie. Zrobiła minę, jakby chciała mi przekazać “To twoja ostatnia szansa...”.
-Nie ma mowy.- oświadczyłam hardo.
Przez drzwi wytknął głowę Remus.
-Co, wciąż stawiasz opór?- zawołał ze znużeniem.
-Tobie nic do tego.- ucięłam krótko.
-Owszem, dużo mi do tego. O wiele bardziej pasuje mi Syriusz na szwagra, niż jakiś zapluty Lestrange.
Posłałam mu nienawistne spojrzenie.
-Tobie pasuje?! Aha, nie liczy się, że żonie nie pasuje, musi pasować jej bratu… Wiesz co, sam się z nim ożeń, będzie z was cudowna para.- uśmiechnęłam się zjadliwie.
-Już za późno, Łapsko jest zajęty…- odgryzł się mściwie.
-Mary Ann, radzę ci się opanować. Trzymaj nerwy i buzujące hormony na wodzy.- ostrzegł mnie groźnie ojciec.
-Akurat cię posłucham, ehe.- odparłam chłodno.
Rodzice westchnęli.
-Czyli nie chcesz spokornieć?
Pokręciłam przecząco głową.
-Dobrze więc. Eee, masz karę.
Popatrzyłam na niego z politowaniem, ale nieco mnie tym przestraszył. Jaką karę? Odetchnęłam jednak szybko z ulgą, w końcu zostały tylko dwa tygodnie do szkoły, kara nie będzie długa.
-Zostaniesz wysłana do mojego przyjaciela-charłaka, do Ameryki.
-Ale kara…- sarknęłam- Błagam o litość.
-To biedna, liczna rodzina.- ciągnął, ignorując zaczepkę- Na nic ich nie stać. Muszą codziennie zajmować się gospodarstwem wielkości przeszło kilkunastu hektarów, za co dostają marne grosze. Praca tam jest ogromna i bardzo żmudna. Nawet życie tu jest przy tym luksusem. Jest to chyba najpokorniejsze zadanie, na jakie wpadliśmy z twoją matką.
-Super.
-Aha… Wracasz w październiku.
-Co?!- poderwałam się- Ale ja mam owutemy! Muszę iść do szkoły.
-Z owutemami sobie poradzisz. Zresztą, gdy już wyjdziesz za Syriusza Blacka, nie będą ci potrzebne żadne owutemy.- dodał bezwzględnie- Spakuj swoje rzeczy, zawiadomię mojego przyjaciela, że nie zmieniłaś zdania. Nie będzie musiał zawracać.
Cała trójka wycofała się.
Wstałam i kopnęłam z całej pary krzesło z kości słoniowej. Przeklinać dzień, w którym Black przylazł na ten cholerny świat!…
Czyli z Rabastanem się już nie spotkam. Ten przyjaciel może przybyć w każdej chwili.
Nie myliłam się. Mężczyzna już czekał przed domem następnego dnia rano, a ja, rozkazem ojca, wyszłam go przywitać. Był wysoki i umięśniony. Czerstwa cera wskazywała, że dużo przebywał w polu. Coś mi nie pasował na człowieka wychowanego w czarodziejskim otoczeniu, nawet jeśli był charłakiem, bardziej na farmera, więc zdziwiłam się, kiedy wyszczerzył idealnie białe zęby i pokazał miotłę, na której przybył.
-Hej, Marshall!- ucieszył się ojciec i ze śmiechem rzucili się sobie w objęcia. Matka i Remus już zbiegli na dół i wszyscy zgromadzili się przed domem. Obserwowałam świat ze złością i jakimś buntem. Było mi wszystko jedno, gdzie się zaraz znajdę.
-Czyli polecicie na miotle? Nie ma wyboru.
-A teleportacja?- zastanowił się Remus.
-Coś, ty, Marshall był takim olewusem, że nie zdał egzaminu.- parsknął ojciec i otrzymał kuksańca od kumpla ze szkolnych lat. Podniosłam oczy ku niebu. Wszystko mnie irytowało w moich rodzicielach, od zachowania, po wygląd.
-Pa, Meg. Mam nadzieję, że zmądrzejesz.- Remus łaskawie poklepał mnie po głowie, jak psa, by okazać, swoją wyższość umysłową nade mną.
-Zanim się pożegnamy, to…- ojciec wyciągnął rękę- Twoja różdżka.
-Słucham?!- oburzyłam się.
-Nie, dziecko. Nie będziesz sobie pomagała czarami przy pracy!
-Chyba żartujesz, myślisz, że ci oddam moją różdżkę?- zaśmiałam się.
-Oddaj ją. Dopiero wtedy zrozumiesz sens tego pokornego zadania.
Popatrzyłam na niego wilkiem i cisnęłam moją różaną różdżkę w jego wyciągniętą dłoń.
-I pamiętaj, Marshall, macie ją tam przegonić przez suchy las. Mary Ann brakuje pokory nauczcie ją tam jej.- zwrócił się do kumpla.
Złapałam niewielką torbę z najpotrzebniejszymi środkami higienicznymi (rodzice uznali, że rodzina farmerów da mi stare ubrania).
-Poczekaj. A pożegnanie?- zapytał mnie Marshall. Niechętnie zerknęłam w stronę ojca.
-Może się wstrzymacie?- zapytała matka- Słyszałam o jakichś wichrach na zachodzie Anglii, od kilku dni.
-Spokojna głowa!- wyszczerzył zęby Marshall- Na pewno uda nam się trafić na miejsce.
-Chodź tu, córko…- lekko uchyliłam się przed ramionami matki. Zerknęła na mnie ze smutkiem. Odpowiedziałam jej wściekłym, dumnym spojrzeniem.
-Lećcie już.- ojciec nawet nie próbował się ze mną żegnać. Wskoczyłam na miotłę za farmerem i wzbiliśmy się w powietrze. Epping uciekło spod naszych stóp.
-Trzymaj się, Meg!- wrzasnął Marshall i ponaglił miotłę do ruchu. Z niechęcią wtuliłam się w jego szerokie plecy, obserwując ponury świat pode mną.
Chmury pędziły z zawrotną szybkością, miały barwę ołowiu. Czułam, że za parę chwil rozpęta się prawdziwa ulewa.
Marshall nic sobie z tego nie robił i pędził, jak mi się zdawało, na zachód, ku Atlantykowi.
Po kilku godzinach drogi dopadło mnie znużenie. Podróż nawet nie umywała się do bajkowego lotu, jaki odbyłam z wampirami w nocy nad morzem. W dodatku wszystko mi ścierpło, z zimna i utrzymywania niewygodnej pozycji. Czułam się niezmiernie głupio, wtulona w obcego człowieka. Och, żeby Rabastan tu był…
Nagle uderzył w nas potężny wicher. Miotłę odrzuciło w lewo, ale dzielnie mknęła dalej. Powstrzymałam wzbierające wymioty, patrząc ze zgrozą na korony drzew. Ciekawe, czy przeżyłabym upadek z tak wysoka, jakbym wylądowała na jednej z nich.
Na horyzoncie, ku któremu mknęliśmy, rysowały się ciemnogranatowe chmury. Błyskawica przecięła gdzieś daleko niebo.
-Może przeczekamy?- zapytałam krzykiem.
-Nie, nie ma sensu! Damy radę! W takich warunkach nie raz leciałem!- odwrzasnął.
-Super…- burknęłam do siebie, kiedy kolejny mocny podmuch wiatru prawie przechylił miotłę do góry nogami.
Tymczasem, ku mojemu przerażeniu, Marshall wyleciał na otwarte morze. Skończyła się Anglia, przed nami dostrzegłam jedynie kilka wysp.
-Ouu…- usłyszałam z przodu. Chwilę potem wpadliśmy w ścianę potwornego deszczu. Siekł, mocząc nas do suchej nitki. Miotłą zataczało i choć Marshall próbował nad nią zapanować, wkrótce całkowicie stracił kontrolę.
Sparaliżowana, kurczowo trzymałam się jego pleców, nie dbając o pozory. Miotła samowolnie, kręcąc młynka wokół własnej osi, pruła przed siebie. Nie wiedziałam, gdzie góra a gdzie dół, straciłam poczucie gruntu i nagle poczułam, że odrywam się i lecę w górę, głową ku niebu, przyspieszając.
-Meg!- dało się słyszeć.
Chwilę potem poczułam ostry ból w głowę. Coś chropowatego i kanciastego smagało mnie wszędzie, gdzie się dało. Rozpaczliwie złapałam pierwszej lepszej materii. Szarpnęło za rękę i… świat obrócił się do góry nogami. Roztrzęsiona ręka nie wytrzymała ciężaru i znów runęłam w dół. Poczułam przerażający ból w nogach, a na twarzy miękką trawę. Z trudem obróciłam się na plecy, obserwując czarne prawie niebo, przecinane błyskawicami. Woda lała się strumieniami, zrobiło mi się przeraźliwie zimno. No tak, zleciałam z miotły do góry nogami i wleciałam w koronę tego wielkiego drzewa, pod którym spoczywałam.
Marshalla nigdzie nie dostrzegłam, huk deszczu i bezlitosne grzmoty, wstrząsające ziemią zagłuszały moje myśli, wdzierając się bezlitośnie do świadomości.
Wstałam na roztrzęsionych nogach i niepewnie oparłam się o śliską korę drzewa. Dookoła rosło dużo niskich drzew o rozłożystych, zielonych koronach. Mimo tego ściana deszczu z łatwością tu docierała, więc nie widziałam dalej, niż za najbliższe drzewo. Zrobiło się dziwacznie ciemno i mroczno. Nigdy chyba nie czułam się taka bezradna, włączając w to noc, kiedy to uciekłam z domu. Szum szalejącego morza dosłownie kilka kroków ode mnie, gdzie to zaczynał się wysoki klif, spotęgował wrażenie paraliżującej samotności.
Zrobiłam parę niepewnych kroków przed siebie. Szalała burza, a ja musiałam się czym prędzej ukryć w związku z tym. Pośliznęłam się na błocie, zaliczyłam wywrotkę i z cichym okrzykiem zdziwienia zjechałam ze śliskiego zbocza prosto do błotnistego rowu, w którym płynęła brudna woda. Deszcz lał się po mnie strumieniami, siedziałam po pas w brązowej mazi i do tego kostka niemiłosiernie mnie bolała. Złapałam ją dwoma palcami, zaciskając zęby i przełykając łzy wściekłości, bezradności i rozpaczy. Położyłam się na plecach w błocie o stanie skupienia dość stałym i wpatrzyłam się z trudem w niebo. Byłam zziębnięta, ranna, brudna, głodna, mokra i do tego tak przeraźliwie sama i zagubiona, na krańcu świata… Tak, jakby nie było innych ludzi, jakbym była sama z tym mokrym lasem, ciemnym niebem i burzą…
Wiedziałam, że umrę, jeżeli się nie ruszę. Coś może zaatakować bezbronną dziewczynę, albo umrę z głodu… Jest tak wiele możliwości.
Nieco nieprzytomnie i jakoś obojętnie omiotłam wzrokiem wszystko dookoła, rozważając nad swoim położeniem. Odkryłam, że nie zależy mi na przeżyciu. Jeżeli, załóżmy, nie umrę, to co mnie czeka? Do kogo powrócę? Do Blacka? Do rodziców, którzy mnie w to wpakowali?
Ze spokojem, głęboko oddychając, wlepiłam wzrok w ledwo dostrzegalny przez ścianę deszczu pień drzewa naprzeciw. Nie muszę się rozpaczliwie ratować, świetnie. Mogę tu zdechnąć, tak będzie lepiej dla mnie i dla ogółu, najwyraźniej.
Jakiś głosik sprzeciwił się temu. Głosik podobny do Rabastana. Rabastan…
Z trudem spróbowałam wstać. Noga odmówiła posłuszeństwa.
-To na nic!- jęknęłam do siebie, łzy zmieszały się z deszczem. Poddałam się i ległam z powrotem na plecach. Po chwili jednak podjęłam próbę i zaczęłam się czołgać po błotnistym zboczu ku górze, zjeżdżając co jakiś czas w dół. Czując narastające zrezygnowanie po tym, jak po raz enty wylądowałam znów w głębokim rowie, zaniechałam prób wydostania się. To i tak bez znaczenia…
Po raz ostatni spróbowałam, widząc przed oczami kochaną twarz Remusa, jego słodki uśmiech, mądre oczy. Dla niego powinnam przeżyć.
Udało mi się wdrapać dość wysoko, by chwycić kępy trawy. Natychmiast prawie je wyrwałam, ale zapewniły jakieś oparcie i wkrótce leżałam na mokrej, bujnej trawie.
Powoli posuwałam się w siekącym deszczu do przodu na brzuchu. Przypominało to potworny koszmar, w którym miewa się problemy z ruchem.
Wreszcie, po minięciu paru drzew, przycupnęłam pod jednym, wyjątkowo dobrze ukorzenionym. Po prostu wcisnęłam się pomiędzy jego wilgotne korzenie, modląc się, by jakiś piorun nie raczył uderzyć właśnie w to drzewo.
Unosił się zapach wilgoci i ziemi, deszcz już nie moczył mnie do suchej nitki. Skuliłam się w samotny kłębek, rozpamiętując noc ucieczki z domu. Zrobiło mi się nawet odrobinę przytulnie.
Po kilkudziesięciu minutach wpatrywania się nieustannie w szary, mroczny świat zza korzeni mojej kryjówki odczułam znużenie. Choć broniłam się przed snem, wkrótce poczułam, że w zasadzie jest mi wszystko jedno, czy coś zaatakuje mnie, gdy będę spać. Powieki same się zakleiły i odpłynęłam w nicość.
Ocknęłam się prędko, nawiedziły mnie podejrzenia. Coś chyba mnie obserwuje.
Świat był dosłownie szary. Na oko mogła być ósma, dziewiąta wieczorem. Deszcz już nie padał, panowała nienaturalna cisza.
Wyczołgałam się z trudem spod korzeni. Nie śpiewały ptaki, wiatr najcichszym szmerem nie poruszał liściastych gałązek. Bardzo mi to nie odpowiadało.
Zerknęłam na pulsującą bólem kostkę. Z trudem się na niej utrzymywałam, a o chodzeniu raczej nie było mowy.
Trzask przełamywanej gałązki gdzieś za mną przeciął martwą ciszę. Raptownie obróciłam głowę, ale alejka z drzew była pusta, wciąż szara i zasnuta ciemną mgłą. Może mi się wydawało?…
Z wolna, niechętnie tracąc kontakt wzrokowy z obszarem za mną, zlustrowałam zabłocone ubranie. Jest już chyba do wyrzucenia…
Tym wyraźnie poczułam ciarki na plecach. Ponownie się obróciłam, marszcząc brwi.
Zza drzew dostrzegłam parę czerwonych, rozjarzonych punkcików. Były wlepione centralnie we mnie. Zamarłam.
A potem coś w moim żołądku osunęło się ciężko na sam dół. Być może to moja rozszalała wyobraźnia, ale wydawało mi się, że słyszę narastające ohydne warczenie.
Bez zastanowienia rzuciłam się przed siebie. Paraliżujący strach usunął ból kostki. Czułam, że za chwilę coś powali mnie na kolana, odgryzie głowę, rozszarpie ciało…
Słyszałam ujadanie za sobą. Czyli polowanie rozpoczęte…
Moja kontuzjowana kostka chrupnęła nieprzyjemnie, tym razem na amen się rozwalając. Potknęłam się o niesprawną nogę i stoczyłam z mokrej, trawiastej skarpy, tracąc w nadchodzących ciemnościach orientację. Wreszcie, po kilkunastu sekundach ległam w bezruchu na plecach. Gdzieś nade mną słychać było wyraźnie ujadanie i wycie. Co to?…
Wstałam z wielkim trudem. Noga odmówiła mi już całkowicie posłuszeństwa. Kuśtykając, wlazłam w zarośla, nie mając pojęcia, co robić, gdy ścigają mnie jakieś bestie. Czy istota ruszyła za mną w pogoń? Może ten nagły manewr w bok przerwał jej polowanie?
Daleko przede mną zamajaczył nagle jakiś zloty błysk. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Czyżby znowu coś mnie obserwowało?
Światło jednak przypominało mi bardziej blask świecy. Najciszej, jak tylko mogłam na rozwalonej nodze, pokuśtykałam w jego stronę.
Na niewielkiej polance w rzadkim lesie dostrzegłam coś, czego najmniej się spodziewałam, mianowicie chatkę. Była okrągła, zbudowana została z polnych kamieni, stożkowy dach porastał mech i trawa, na jednej ze ścian rósł bluszcz z dojrzałymi winogronami. Przypominała nieco chatkę Hagrida. Nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się to wszystko groteskowo z mugolską bajką, Jasiem i Małgosią. Niezbyt spodobało mi się porównanie. Jedyne okienko, które dostrzegłam, okrągłe i dość małe, rozjarzone było przyjemnym, złocistym blaskiem.
Poczułam przemożną chęć, by zapukać do drzwi, jednak nieco wystraszyło mnie to, kogo mogłabym spotkać wewnątrz. Problem rozwiązał się sam, bowiem zza chatki wyszedł przedziwny człowiek. Przypominał Dumbledore’a, nosił czarodziejską szatę i szpiczasty kapelusz. Miał kasztanową bródkę i grube brwi, a niósł z namaszczeniem zakrzywiony kostur. Jego zaskoczony wzrok zlustrował mnie. A potem warknął:
-Przecież mówiłem: nie życzę sobie was, łachmytów! Trzymajcie się ode mnie z dala, a ja będę się trzymał z dala od wioski! Ciągle mi muszą przeszkadzać…
Ruszył w kierunku domku i otworzył drzwi. Na odchodnym zawołał jeszcze:
-Zjeżdżaj! Bo cię przemienię w wiewiórkę, dzieciaku!
-Nie jestem dzieciakiem!- zawołałam w rozpaczy- I nie jestem z jakiejś tam wioski!
Człowiek zamarł ze zdumieniem.
-Nie?- uniósł brwi.
-Nie. Nazywam się Mary Ann i… zgubiłam się. Nie jestem stąd. Nie wiem nawet, co to za miejsce. Czy może mi pan powiedzieć, jak mam się stąd wydostać?
Nieznajomy lustrował mnie z zaintrygowaniem.
-To niebezpieczne miejsce. A ty, jak widzę, jesteś kontuzjowana, nie mylę się?
-Nie… Pomoże mi pan?- zapytałam z nadzieją w głosie.
-Właź.- zaprosił mnie gestem do środka, jego oblicze złagodniało. Weszłam nieco ostrożnie do wnętrza.
W środku było ciepło, sucho i czysto. Pod sufitem wisiały zioła, na kominku płonął ogień, na stole stał kociołek i kilka składników jakiegoś wywaru.
-Rozgość się, Mary! Widzę, że jesteś taka zziębnięta i przemoczona… Ugotuję coś gorącego.
Począł krzątać się przy garnku. Obserwowałam go nieco nieufnie.
-Dlaczego pan zrobił się dla mnie taki dobry?
Obrócił się ku mnie.
-To chyba oczywiste, nie? Nawet nie wiesz, jakie bestie szaleją teraz na zewnątrz. A skoro nie jesteś stąd, nie ma potrzeby nastawiać się przeciwko tobie. Co innego ta wioska… Błee!
Warknął coś pod wąsem, po czym nastawił wodę w wielkim kotle.
-Popatrz na siebie!- zakrzyknął- Siadaj do stołu, zaraz zagotuje się woda na kąpiel. Potem pokażę ci, gdzie będziesz spać.
Niespecjalnie spodobał mi się fakt, że ten dziwny, niewątpliwie czarodziejski jegomość tak bardzo chce mi pomóc. Wydało mi się to podejrzane, ale stopniowo odczuwałam straszliwą senność. Nie ma wyjścia, muszę nocować tutaj…
-Masz, jedz. To skromna zupa z… eee, mięska…
Przeniosłam na niego nieco spłoszone spojrzenie, gdy glinianą, prostą miskę z czymś dziwnym postawił przed nosem.
-Wiem, jak to zabrzmi. To zupa z myszy polnych. Nie ma nic innego.- rzekł nieco oburzonym tonem, widząc to.
-Przepraszam…- bąknęłam. Zajęłam się jedzeniem, odczuwając burczenie. Zupa była nieco mdła i żołądek skręcał mi się w mękach, gdy uświadamiał sobie, co trawi. Ogólnie jednak udało mi się myszami zaspokoić apetyt, mimo odruchów wymiotnych.
-Jak ma pan na imię?- spytałam, gdy nieznośna cisza przerosła samą siebie.
-Dawno nikt nie zadał mi tego pytania.- zastanowił się- Widzisz, rzadko miewam gości. Nieczęsto widuję ludzi. Ta wyspa jest prawie bezludna, no, może z wyjątkiem tych…
Dalszą treść jego wypowiedzi wymówił podirytowanym warczeniem pod nosem.
-Jestem Mortimer, Mary.
-Co pan robi na bezludnej wyspie?
Rzucił mi nieco wrogie spojrzenie.
-Uciekam przed cywilizacją, otóż to. Teraz wszystko wygląda inaczej. Równouprawnienie, phi! Nikt nie pomyśli o tym, że mugo…
Urwał raptownie i zrobił minę, jakby się zapędził. Zmierzył mnie oceniającym spojrzeniem.
-Możesz poczekać w tamtym pokoju, ja przygotuje bal z wodą.- machnął niecierpliwie w stronę bogato zdobionej, starej zasłony, zasłaniającej jakiś pokój. Udałam się tam, odnosząc wrażenie, że człowiek ma coś do ukrycia.
Odchyliłam zasłonę. W prawie zupełnie ciemnym, malutkim pokoiku stało parę mebli. Wystrój przypominał najbardziej cygański wóz objazdowy. Na gołych ścianach wisiały kolorowe, zakurzone dywany, przede mną stała wygodna, aczkolwiek wysłużona pufa. Środek pomieszczenia zawalał okrągły, czarny stolik na krzywych nóżkach, na stoliku dostrzegłam ozdobną lampę naftową, rzucającą czerwony blask zza bordowego szkła. Zauważyłam brak okien.
-Tylko niczego nie ruszaj! To mój pokój!- usłyszałam zza zasłony nieco zaniepokojony krzyk.
Podeszłam do dziwnego obiektu, niedbale wrzuconego między pufę a ścianę. Była to jakby kula magiczna, przyczepiona do stolika. Na ścianie nad nią wisiały jakieś fotografie w kolorach sepii i proporczyk… Slytherinu.
-Przepraszam, mogę wejść?!- podbiegłam do zasłony z entuzjazmem. Skończył Hogwart! Mogłam się tego domyśleć.
Zza kotary usłyszałam huk, potem plusk i głośne „Auu!!!”, a potem przekleństwo.
-Jasne! Tylko najpierw uprzedź, zanim zaczniesz krzyczeć. Zawału bym dostał…
-Przepraszam…- odchyliłam kotarę- Pan skończył Hogwart?!
Mortimer popatrzył na mnie z niekłamanym zdumieniem, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy.
-Ja też jestem w Hogwarcie!- oświadczyłam z dumą.
-Naprawdę?! Trzeba było mi od razu mówić, że jesteś czarownicą, nie robiłbym tych cyrków z wypraszaniem cię z pokoju, gdy przenosiłem misę czarami. Cóż, trafił swój na swego!- uśmiechnął się- Będzie mi prościej bez kamuflowania się. Powiedz mi, Mary, możesz już czarować?
-Tak, niedawno skończyłam siedemnaście lat.
Nie odparł, wskazał jedynie na misę.
-Kąpiel. Ja pójdę do ciebie, przygotować spanie.
-Czy nie sprawiam zbyt wiele kłopotu?- zaniepokoiłam się.
-Nie, ależ skąd! Zawsze pomogę czarodziejowi w potrzebie. A teraz się myj.
Wyszedł. Zdjęłam przemoczone, ubłocone ubranie i weszłam do ogromnej miednicy z przyjemnie parującą wodą. Była odrobinę czerwonawa, pewnie dlatego, że źródło było zanieczyszczone.
Wyleżałam się w gorącej wodzie, aż mnie głowa rozbolała. W końcu zarzuciłam na siebie prostą, lnianą szatę, którą Mortimer mi przygotował i weszłam do mojego pokoju. Był całkiem podobny do tego, w którym odkryłam proporzec.
-Tu będziesz nocować.- wskazał na pufę, okrytą prostym, kolorowym kocem- Nie przejmuj się wyciem i jazgotem zza ścian, a także burzami i deszczem. To bardzo niespokojne miejsce. Dobranoc.
Wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą z wygodną pufą. Zza ściany dobiegł mnie straszny, chrapliwy skowyt i warczenie. Włos zjeżył się na karku, strach spotęgowało poczucie samotności i ciemności.
Ułożyłam ciało na pluszowej pufie, przykryłam się pledem, po czym zapadłam w twardy sen.
55. TCŚCK. W fatalnym kontekście. Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 22 Maja, 2010, 12:36
-Wujek Giuseppe?!- wykrztusiłam.
W istocie, na podłodze leżał potężny wuj, zaplątany w prześcieradło i w Remusa. Mój brat zwinnie wyplątał się z krępującego materiału.
-Puttana!- warknął ze złością wuj.
-Giuseppe, co ty tu wyrabiasz?!- zaskrzeczała ciotka Maddalena.
-Pozwólcie, że wytłumaczę…- zaczął rzeczowym tonem Remus. Stanął na środku. Zauważyłam, nie bez rozbawienia, że całą sytuacją się podświadomie rozkoszował.
-Wuj Giuseppe zamordował swego brata…- tu podniosły się okrzyki protestów i przerażenia- oraz córkę, a także ojca.- dodał głośniej.
-Ojca?! Ojciec umarł ze starości! Co za brednie!- Maddalena wytrzeszczyła oczy- Jak możesz zarzucać mojemu bratu takie rzeczy!
-Remusie, o czym ty mówisz?!- oburzyła się Caterina.
-Posłuchajcie go!- poprosiłam- Zaraz poda nam jakieś dowody!
-Nie będę słuchać takich oszczerstw! Spodziewałam się czegoś innego po gościu z Anglii!- zezłościła się ciocia Anastasia- Mój mąż mordercą?! Śmiechu warte!
-Poczekajcie, wysłuchajmy go!- zawołał nagle Giacinto. Z Remusem wymieniliśmy zdziwione spojrzenia. Giacinto naszym sprzymierzeńcem?!…
Zaległa cisza. Wszyscy wpatrywali się w Remusa wyczekująco, co go lekko speszyło.
-Eee… Od czego by tu zacząć…
-Może od początku?- rzuciłam sarkastycznym szeptem, by go rozluźnić.
-Dobrze, jaki miałby mieć motyw?- zirytowała się Maddalena- Nie miał motywów.
-Och, motyw był!- rzucił nonszalancko Remus, odrzucając szpanersko włosy z oczu- Dziecinnie prosty. Banalny. Odwieczny motyw wielu zbrodni. Pieniądze. A konkretnie majątek pana Luciano Pianta.
Zaległa napięta cisza.
-Może niewielu z was wie, jak wyglądała treść testamentu. Zgadza się?
Milczeli. Remus spojrzał chytrze na leżącego na ziemi wuja Giuseppe, zaplątanego w materiał.
-Ja miałem okazję go odczytać. Spoczywał sobie, jak nigdy nic, w biurku w pokoju Luciano. Znalazłem go wczoraj wieczorem, jak wiele innych interesujących rzeczy.
-Ach, więc grzebiesz w naszych rzeczach?!- zdenerwowała się Anastasia.
-Cel uświęca środki.- stwierdził chłodno Remy- Testament zakładał pierwotnie, że cały majątek przejmie pupilka dziadka Luciano. Mary Ann nieświadomie kiedyś wyznała mi, że to ją kochał najbardziej. Zgadzało się to z testamentem, całe dwieście tysięcy miało trafić na jej eee… konto. Ale Mary Ann zginęła, toteż testament zakładał, że po śmierci Luciano pieniądze przejmie jego najmłodszy syn, Sergio.
-Ja? Zginęłam?- spytałam ze zdziwieniem.
-Tak. Nie bez przyczyny. Zaraz do tego wrócę. Kiedy Giuseppe dowiedział się, że Meg żyje, zaprosił ją tu, by z nią skończyć, a przy okazji ze wszystkimi potencjalnymi spadkobiercami.
W tym z własnym bratem.
Remus począł się przechadzać, by skupić myśli.
-Doskonały moment, plaża. Rodzinka zostaje w domu, nikt się nie pałęta… Wyszli wcześniej, on, Sergio, Giacinto i Margherita. Do przewidzenia było, że wszyscy porozłażą się po krzakach. Wcześniej Giuseppe już wszystko przygotował: radio w krzakach i nagraną ścieżkę dźwiękową. Wystarczyło się zaczaić na brata, który stał na skarpie. Giuseppe przyłożył mu pistolet do ucha tak, by kula nie zrobiła dziury, bo wszystko by się wydało…
-Pistolet? My nie mamy broni!- zakrzyknęła Maddalena.
-No, teraz już nie! Do tego też wrócę.- zniecierpliwił się Remus- Być może Sergio myślał, że Giuseppe żartuje? W każdym razie udało się mu, zastrzelił brata i zrzucił go ze skarpy, na której stał.
-A on go nie zepchnął?- zdziwił się Fabrizio.
-Nie. Powiadomienie z kostnicy o znalezieniu kuli w mózgu to kolejna z tych ciekawych rzeczy, które wczoraj znalazłem. Uciszono kilku ludzi i sprawa nie trafiła w ręce policji.
-Kto uciszył?
-Odpowiedni ludzie. Zaraz o tym powiem. Wracając do wypadku… Wystarczyło nastawić nagranie, które za dwie godziny miało się skończyć, a na końcu taśmy znajdował się krzyk z filmu. Tym samym zapewnił sobie wytłumaczenie. Pistolet włożył do swojej torby, gdy nikt nie patrzył. Po jakimś czasie wszyscy przyszli, oczywiście, Sergio już nie żył.
Giuseppe chciał być pewny, że nikt nie odkryje pistoletu w torbie. Jakoś tak się stało, że Chiarę rozbolała głowa. Giuseppe udawał, że szuka leków, podczas gdy pomysłowo schował broń do wiaderka pod foremki. Żeby jak najszybciej się pozbyć pistoletu, powiedział Chiarze, że pałąk się złamał i ruszył do domu go naprawić.
-Skąd to wszystko wiesz?- szepnęłam z podziwem.
-A stąd, że pałąk się NIE złamał. Oglądałem przez przypadek to wiaderko wczoraj. Nie ma na nim najmniejszej rysy.
-To dlaczego Chiara powiedziała, że jest złamane?- rzekłam podejrzliwie- Sama słyszałam.
Remus uśmiechnął się mściwie.
-Właśnie… Otóż Chiarze dziecinnie łatwo jest wmówić różne rzeczy. Nawet coś, czego nie widzi. A szczególnie łatwo to przychodziło Giuseppe… Była od niego uzależniona, jako jedyny znosił cierpliwie jej fochy, chorobę, przywidzenia… Przychodził do niej w przebraniu ducha, całkiem łatwo w to uwierzyła. Uzależnił ją też środkami, jak to wy mówicie, psychotropowymi… Tyle razy była naćpana, a nikt nawet się nie zorientował.
Zaległa chyba najgorsza cisza.
-Jak to? Jakie środki?- przeraził się Giacinto.
-Chiara sama kiedyś powiedziała, że duch przynosi jej sny i marzenia. Miała tu na myśli urojenia, różne halucynacje. A duchem był, oczywiście, Giuseppe. Silnie ją sobie przyporządkował, był bardzo czuły, za czuły…
Wykrzywił się z obrzydzeniem, jakiego u niego nie znałam.
-To znalazłem u niej głęboko w szafce.- rzucił zgrabnym ruchem opakowanie jakichś pastylek o halucynogennych właściwościach prosto w ręce Giacinto. Tamten obejrzał je i ogarnął go prawdziwy gniew.
-Ty…- wydyszał w stronę Giuseppe.
-Wracając do tematu…- szybko podjął Remus- Poszedł naprawić wyimaginowaną szkodę, po czym wrócił. Rozległ się krzyk, rozbiegliśmy się po krzakach. Margherita jako jedyna wiedziała, co jest grane. Ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę, prawdopodobnie była naocznym świadkiem, nie wiem. Niestety, to był jej ojciec, nie potrafiła wydać go innym. Gdy chciała określić zgon, zapewne doskonale wiedziała, że zmarł grubo wcześniej, wcisnęła jednak kit, by nie pogrążać ojca.
Giuseppe poleciał po karetkę, w rzeczywistości jednak poszedł zakopać skrzynkę. Pierwsze morderstwo się udało, spadkobierca odpadł. Pozostała kwestia Margherity, która, nie dość, że wiedziała o jego zbrodni, to do tego była następną kandydatką do majątku. Luciano przecież chciał ułatwić jej żywot i marzenia o studiach.
Rano, pewnego pięknego dnia, Giuseppe wślizgnął się do gabinetu Margherity, gdzie pracowała. Gabinet jest zawiły, zawalony półkami, łatwo się w nim ukryć. Margherita zajęta była pracą i krzątaniem się przy sprzęcie. A wkoło Giuseppe miał tak wiele trucizn, tak wiele dziwnych eliksirów… eee, chciałem powiedzieć, substancji. Wystarczyło wpuścić do jednej z licznych strzykawek trochę, zakradnąć się, gdy córka odeszła daleko i wpuścić jej do rannej kawy środek. Oczywiście, wypiła.
-Przecież mówiłam ci, że wtedy wuj i ciotka rozmawiali w sypialni!- żachnęłam się.
-Rano, około ósmej trzydzieści?- Remus pokręcił głową z politowaniem- Rachunki za telefon też się czasem przydają. Ciocia Anastasia rozmawiała przez telefon, a nie z twoim wujem!
Wiem, bo na jednym z nich tkwi data, godzina i rachunek. To znalazłem już dawno, ale nie zwracałem na to uwagi. Ten rachunek leżał chyba tydzień na widoku!
Bonifacja zaniosła kawę Meg i Marghericie, która zrobiła sobie przerwę od pracy, a Giuseppe wyjechał z ojcem do miasteczka. Oczywiście, wszyscy uznali, że kawę zatruto przed podaniem, i że to Meg była celem, co przez przypadek zapewniło Giuseppe alibi. Przecież nie mógł być wtedy w kuchni, nie? Potem wydało się, że to Chiara wlała skwaśniałego mleka do kawy Meg, czego nie słyszała głucha Bonifacja.
Odetchnął trochę, po czym rozpoczął na nowo:
-Potem miejsce miał atak na Meg. Porządnie ją przestraszył, suwając meblami i prześcieradłem. Kiedy wpadła do wody, postanowił już po raz drugi z nią skończyć.
-Po raz drugi?!- zdziwiłam się.
-Tak, Meg. Pierwszy raz miał miejsce bardzo dawno temu.- Remus pokiwał z powagą- Bo widzicie, wuj Giuseppe przewodzi włoskiej mafii.
-CO?!- wszyscy wrzasnęli zszokowani.
-Stąd ta broń. Stąd lekarz, który nie jest lekarzem, tylko najętym pomocnikiem. Stąd atak na domek, w którym mieszkała Mary Ann Brown z rodzicami w siedemdziesiątym czwartym!
-CO?!- tym razem to ja krzyknęłam. Nie, to niemożliwe… A więc śmierć moich rodziców to była sprawka wuja Giuseppe?! Najął kogoś, by mnie sprzątnęli?! Jak to się wszystko trzyma kupy… Wreszcie się dowiedziałam, kto za tym stoi.
-Taa, nie działał sam. O wiele łatwiej mu było zorganizować trzecie morderstwo z pomocnikiem. Już kilka dni przed nadarzyła się okazja, by nieco osłabić ojca. Przede wszystkim Luciano nie mógł puścić pary z ust. Bonifacja zrobiła któregoś dnia ozorki. Giuseppe zaniósł je ojcu. Najprawdopodobniej wyciął mu jego własny język i zakamuflował w kupce ozorków zwierzęcych. Zauważyłem po prostu, że jeden z ozorków jest zupełnie inny.
Poczułam, że zbiera mi się na wymioty.
-Taka jest moja teza. Z tego, co mi opowiedziała o śmierci dziadka Meg, wywnioskowałem, że warto zajrzeć pod łóżko. Rzeczywiście, na listwach, które tworzyły rusztowanie łóżka, ktoś postawił dyktafon, na którym nagrano słowa wypowiedziane w ostatniej chwili przez Luciano. Miały one również charakter alibi-o wiele wiarygodniej to wyglądało. Nikt nie miał wątpliwości, że Luciano umarł na oczach wszystkich, śmiercią naturalną.
Tymczasem Giuseppe podszedł do ojca. Luciano wyglądał fatalnie od kilku dni, a to za przyczyną rycyny, którą otrzymywał od lekarza. Buteleczkę tego środka znalazłem na szafce. Przeciętnemu człowiekowi bez większej wiedzy kojarzy się ta nazwa z olejem rycynowym, całkiem nieszkodliwym. Ale to dwa różne specyfiki. Nikt więc nie zwróciłby uwagi, jak silną truciznę otrzymywał. Tak więc spuchł i ogólnie nie wyglądał za ciekawo. Jednak Giuseppe musiał się upewnić, że wszyscy zobaczą śmierć Luciano. Podszedł doń, dyskretnie sięgnął pod łóżko, włączył dyktafon i przytknął ucho do ust-by nikt nie widział, że Luciano nie porusza ustami przy wypowiadaniu kwestii. Musiał się nieźle nachylić. Tak głęboko, że z łatwością wbił strzykawkę z natychmiastowo paraliżującą dawką trucizny w materac, a potem w plecy ojca. Miał już dość czekania, aż rycyna wykończy ojca. Strzykawkę znalazłem wbitą bez zmian w materac. Obydwie rzeczy podrzucił pomocnik, ale, biedaczek, zapomniał sprzątnąć…
-To wszystko jest takie zawiłe…- Giacinto westchnął.
-Tak, to prawda.- przyznał Remus- Dla mnie długo było. Do czasu, aż nie znaleźliśmy z Meg liściku. Ktoś napisał tam sformułowanie „Lepiej uważaj na twojego brata, on nie jest bezpieczny”. Rozmówca odebrał to tak, jak każdy przeciętny czytelnik. Jednak słowa można odebrać opacznie, mogły oznaczać, że to brat jest niebezpieczny, nie ktoś dla niego. Wtedy nawiedziły mnie podejrzenia. Jakoś wkrótce potem pogłębiły się wraz z atakiem na Giuseppe. Rzecz jasna, wszystko było jedynie atrapą, ataku nie było.
-Przecież widzieliśmy, jak krwawił!- oburzyła się Anastasia.
-Bo krwawił naprawdę. Ale to wszystko było jedynie przedstawieniem. Kiedy wypadek się wydarzył zaskoczyło mnie, że nie usłyszałem plusku do wody. Przecież człowiek jest taki ciężki! Poza tym zdziwiła mnie kolejność wydanych odgłosów. Najpierw strzał, potem trzask, a potem „pomocy”. Chyba „pomocy” powinno pójść na sam początek, no nie? Wtedy, kiedy się przestraszył widokiem obcego, którego, rzecz jasna, nie było. Przeciętny człowiek wydarłby się jak głupi, gdyby nagle, niespodziewanie stanął we własnym domu twarzą w twarz z uzbrojonym i zamaskowanym typkiem.
Kolejną poszlakę odkryłem, gdy stół się rozsypał. Było to podejrzane. Próbowałem go złożyć, ale brakowało śrubki. Znalazłem ją daleko pod szafką, bezładnie rzuconą. Na czubku została okrwawiona. I już wiedziałem, jak wyglądał rzekomy atak: Giuseppe najpierw zranił się głęboko wyciągniętą ze stolika śrubą, rzucił ją gdzieś, po czym wystrzelił w okno. Nie rozprysło się w drobny mak za pierwszym razem, toteż cisnął pistoletem w szybę. Rzecz jasna, podziałało. Rozległ się trzask pękającej szyby, ale pistolet nie wywołał plusku w rzece, w końcu był za lekki. Być może wcale do niej nie wpadł? By być pewnym, że zleci się pół domu, wrzasnął po namyśle „pomocy”.
I ostatnia rzecz: skąd wiem o mafii i o tym, że dziś miał zamiar pozbyć się Mary Ann? Z licznych notatek, które ukrył pod obluzowaną deską swej garderoby.
Uśmiechnął się szeroko. Zaległa dziwna cisza, którą przerwało warknięcie wuja:
-Mogłem przewidzieć, że taki wścibski bachor coś namąci!
-Jejku, Remusie! Jesteś niezwykle inteligentny i spostrzegawczy!- pokręciła głową ciotka Maddalena z niedowierzającym zachwytem. Nikt nic nie mówił, zamurowało wszystkich, poza mną:
-Widzisz, wuju?- rzekłam chłodno- Trzeba było potraktować moją radę serio: Z Remusem nie ma żartów, jego umysł jest dla nas za mądry!
Giuseppe zgrzytnął zębami. Wszyscy byli w tak ciężkim szoku, że nic nie mówili. Giacinto poleciał za to natychmiast po policję.
-Ja w to nie wierzę.- rzekła Caterina- Tato, to nie prawda, nie? Nikogo nie zabiłeś…
-Giuseppe, powiedz coś!- poprosiła ze łzami w oczach ciocia Anastasia- Broń swego honoru! Powiedz, że to, co on powiedział, jest bujdą!
Giuseppe nic nie rzekł na początku.
-Gdyby nie ten dzieciak, wkrótce bylibyśmy jedynymi spadkobiercami, żono! Nie gnietlibyśmy się w jednym domu z darmozjadami, kupilibyśmy własną willę we Francji, a potem…
-Giuseppe, nie wierzę… Nie poznaję cię! Co się z tobą stało?!- ciocia Anastasia rozpłakała się na dobre. Maddalena podtrzymała ją wielkim ramieniem.
Policja zjawiła się kilkanaście chwil potem. Aresztowano Giuseppe przy ogólnym jęku i rozgardiaszu, wzięto Remusa na spytki.
Całą noc nikt w wielkiej willi nie zmrużył oka. Nikt nawet nie próbował. Bonifacja zrobiła wszystkim duże latte z pianą. Każdy niezmiernie się tym przejął. Jedynie Caterina, Eustachio i ciocia Anastasia zamknęli się w pokojach, by spędzić kilka chwil samotności.
Następnego dnia słońce oświetliło cichą willę, ukrytą w koronach śródziemnomorskich drzew. Śniadanie było jakieś ciche, ale czułam, że w tej ciszy jest spokój. Znikło napięcie ostatnich kilku tygodni.
-Chcecie, bym was podwiózł na stację, prawda, Mary Ann?- zagadnął dziwnie nieśmiało Giacinto- A może poczekamy z tym jeszcze kilka dni?
-Nie, myślę, że już na nas najwyższa pora.- uśmiechnęłam się delikatnie- Teraz możemy już odjechać. I tak…- spuściłam wzrok- I tak za dużo namieszaliśmy.
-Ależ chyba wręcz przeciwnie.- pokręciła głową Maddalena z uśmiechem.- Pomogliście wyjaśnić tak wiele… Co prawda, moja bratowa i jej dzieci jeszcze długo nie będą mogły się pozbierać…- zerknęła na puste miejsca przy stole- Ale dziękujemy, że zdemaskowaliście prawdziwe oblicze Giuseppe. Tak widocznie miało być…
-Przykro mi.- spuściłam wzrok.
-Uratowaliście moje życie. Gdyby nie wy, zapewne wkrótce pozbyłby się mnie także. Dziękuję, dzieci.- jej uśmiech był taki ciepły i kochany…
-Wszyscy żeście się spisali!- uśmiechnął się Giacinto, czochrając włosy synowi.
-Tato…- burknął Fabrizio.
-To co, pakujecie się? Na pewno już się zbieracie?
-Tak, już postanowiliśmy. Remus…
Kiwnęłam na niego, po czym wstaliśmy od stołu, by udać się do kufrów w sypialniach.
Westchnęłam, pakując wszystko. Te półtora miesiąca tak szybko minęły… Nie mogłam uwierzyć, że za dwa tygodnie ponownie wrócimy do Hogwartu, by przygotowywać się do owutemów. Rabastana ze mną nie będzie, chlip!
Wkrótce wytaszczyliśmy rzeczy na podjazd. Giacinto spakował wszystko do Cadillaca, a Maddalena ryknęła na cały regulator, że wszyscy mają się zebrać, bo będzie pożegnanie.
-Fajnie było cię poznać!- Fabrizio uściskał Remusowi dłoń, po czym mnie przytulił, nieco skrępowany.
-Chodźcie tu, no!- zachlipała ciotka Maddalena, przygarniając nas do swych potężnych kształtów- Tylko pamiętajcie o ciepłych swetrach, jak wjedziecie w Alpy!
-Dobrze, ciociu.- rzekliśmy naraz, Remus nawet po włosku.
-A ta jak zwykle biedzi…- prychnął Giacinto, ładując się do samochodu.
Zerknęłam z nostalgią na domek. Nie wiem, czy tu powrócę…
Przez dębowe drzwi przebiegli Anastasia, Caterina i Eustachio.
-Siema!- rzucił zaczerwieniony chłopak do swoich trampek i uścisnął nam końce palców.
Zauważyłam, że Caterina i ciocia mają zaczerwienione oczy.
-Dziękuję, Remusie.- rzekła ta ostatnia- Za to, że pozwoliłeś mi przejrzeć na oczy.
Remus kiwnął porozumiewawczo.
-Pa pa, Meggie!- Caterinie puściły nerwy i zaczęła ronić łzy. Przytuliła mnie mocno. Odwzajemniłam uścisk.
-Trzymaj się.- szepnęłam w jej ucho.
-Postaram się…
-Żegnaj, kochanie.- ciocia mocno mnie objęła- Pisz do nas, co? Bardzo się cieszę, że przeżyłaś atak tamtej włoskiej mafii trzy lata temu… Bądź szczęśliwa z Rabastanem do końca swojego życia. Jeżeli go kochasz, nie pozwól, by los ci go zabrał.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi promiennie.
-Żegnaj Remusie…- Caterina objęła go nieco nieśmiało- To mój adres. Napiszesz?
Kiwnął głową, uśmiechając się lekko. Caterina po chwili wahania cmoknęła go w policzek, a Remus spiekł obciachowego raka. Zachichotaliśmy.
-Ładujcie się!- zawołał Giacinto z auta.
-Choć, Remusie.- złapałam go za kołnierz i pociągnęłam. Był nieco rozkojarzony- Casanova…
-Jaki Casanova?- obruszył się, gdy wsiedliśmy.
-Najpierw Jo, teraz Caterina… Opanuj się, jedna w zupełności ci wystarczy!
-No co ty!- parsknął- Ja?! Ja mam się marnować dla jednej dziewczyny?! Nie, lubię uszczęśliwiać jak największą liczbę ludzi, dziecinko!
-Nie mów do mnie tak…- rzekłam ze znużeniem- Mówisz, jak Black.
Remus się przymknął.
No i opuszczaliśmy to miejsce… Wyjrzałam za okno, by uchwycić ostatnie obrazy tego pięknego, starego domu. W jednym oknie na piętrze stała Chiara i przyglądała nam się z grobową miną. Jej szara, chora cera dziwacznie współgrała z ciemnym pomieszczeniem, które za nią majaczyło. Po chwili jej małe wargi rozciągnęły się w ohydnym uśmiechu złośliwej lubości i wytrzeszczyła jednocześnie oczy. Twarz zmieniła się i straciła dziecięcą niewinność, wyglądała straszliwie.
Wzdrygnęłam się i z powrotem opadłam na siedzenie.
-I wracamy do Anglii, na urodzinki…- uśmiechnął się Remus- Przed nami kilkanaście godzin podróży, wiesz?
-Ehe…
Jak wiele się zmieniło. Teraz już znalazłam odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Wuj Giuseppe zesłał mafię na nasz dom. To był szok. Wuj był chyba ostatnią osobą, którą mogłabym podejrzewać. W ogóle nie brałam go pod uwagę, gdy myślałam o morderstwie. Z góry go wykluczałam. Taki ciepły, opiekuńczy, wesoły… Z nim czuła się bezpiecznie, radośnie. Kochał swą rodzinę. A przynajmniej tak to wyglądało. Jejku, jak dobrze, że możemy już wracać do Anglii!…
Poczułam jednak dziwaczną nostalgię, gdy pożegnaliśmy się z Giacinto i wsiedliśmy do pociągu, by wyruszyć do ojczyzny.
***
-Mary Ann! Na dół!!!- usłyszałam wrzask mamy. Och, co za życie… Ciekawe, co znowu przeskrobałam.
Wyszłam więc z mojego ślicznego pokoju, otworzyłam klapę w podłodze i zeszłam spiralnymi schodami za regał, który uchyliłam pchnięciem ręki. Następnie skierowałam kroki do kuchni, gdzie prawdopodobnie siedzieli rodzice.
Jednak tam ich nie było. Zapewne są w salonie…
Przekroczyłam próg salonu, tego w ciemnozłotych barwach. Rzeczywiście, przy okrągłym, jasnym stole siedziała cała rodzina, łącznie z moim bratem.
-Coś się stało?- spytałam
-Usiądź, córeczko i napij się z nami herbaty.- zaproponowała mama, wskazując na pusty fotel. Ciekawe, o co im chodzi…
Gdy już spoczęłam i nalałam sobie herbaty do porcelany, rodzice wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Remus spojrzał na mnie pytająco. Chyba również nie wiedział, co się stało.
-Hmm, sprawa, którą chcemy poruszyć jest nieco…- zaczęła kulawo mama, bawiąc się bezwiednie jednym z licznych rudych loczków. Spojrzała na ojca, prosząc niemo o pomoc.
-Więc, jesteście już dorośli, od dwóch dni.- przejął inicjatywę tata- Możecie czarować i tak dalej…
-Ale nie wiemy nic o waszych planach na przyszłość.- wtrąciła matka.
Ja i Remus wymieniliśmy spojrzenia. A więc o to chodzi…
-Chcę być aurorem, mamo.- mruknęłam- Remus też by chciał…
-Nie, nie chodzi mi o to!- zmieszała się mama- Kariery zostawmy w spokoju, czy dobre, czy złe. Nam chodzi o wasze życie prywatne. O założenie rodziny…
-Remus i tak nie powinien tego robić, prawda, synu?- ojciec posłał mu wymowne spojrzenie, a Remus skulił się mimowolnie i skinął. Ja wiedziałam, że bardzo chciał mieć kiedyś dzieci i żonę, a nie mógł, bo był wilkołakiem… Ogromnie mi go żal!- Więc chodzi nam bardziej o ciebie, Mary Ann. Masz kogoś?
-Eee…- co robić?! Jak im powiem, że jestem zaręczona z Rabastanem Lestrange, to mnie wydziedziczą i będzie awantura…
-Wspaniale!- ucieszyła się mama- A więc znaczy, że jeszcze o tym nie myślałaś?
Milczałam, zastanawiając się, co powiedzieć.
-A po co chcecie to wiedzieć?- zainteresował się Remus.
Rodzice znowu się zmieszali. Chyba chcieli mi powiedzieć coś nie do końca wygodnego…
Zapadła niezręczna cisza.
-Wiesz kochanie, co to są Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi?
Ostrożnie przytaknęłam.
-No właśnie. A my jesteśmy ze szlacheckiego rodu, co prawda nieco podupadłego, ale zawsze…
-Kiedyś myśleliśmy, że uda nam się odzyskać świetność naszej rodziny, ale tak się nie stało. Możliwe by to było chyba jedynie przez otrzymanie Orderu Merlina, gdyby któreś z nas przysłużyło się Ministerstwu. Albo przez małżeństwo któregoś z was z kimś o bardzo wysokim statusie społecznym.
Remus spojrzał na mnie z lekkim przerażeniem. Wytrzeszczyłam oczy.
-Oczywiście, nie mieliśmy zamiaru cię do niczego zmuszać, słonko!- zaśmiał się tata, widząc moją minę
-Ale przyszedł do nas pod waszą nieobecność list z pewną propozycją… Pewna bajecznie bogata osoba wysłała do nas pytanie, czy nie wydalibyśmy ciebie za któregoś z jej synów. To połączyłoby nasze rody, odzyskalibyśmy dobre imię, a ty miałabyś męża. Czyż to nie cudowne?
Zaschło mi w gardle. Ojej, to brzmi przerażająco. Nie mogę być z tym kimś, przecież kocham kogoś innego! Małżeństwo dla pieniędzy?! Nie poznaję własnych rodziców, o rany… Chociaż... Przecież Rabastan miał wysłać do nich list! Jeju, co za ulga, to tylko Rabastan ze swoją propozycją.
Lecz coś kliknęło mi w mózgu. Przecież by mi o tym napisał! Nie podoba mi się to, może lepiej udawać, że nic o tym nie wiem...
-Właściwie…- zaczęłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć.- Mamo, tato, czy muszę?...
Rodzicom zrzedły miny.
-Kochanie, przecież to rewelacyjna okazja! Całe życie ledwo wiążemy koniec z końcem, teraz nareszcie mielibyśmy nieco więcej ulgi! Posag, który wniósłby ten chłopak do waszego małżeństwa, jest niesamowicie bogaty!- obruszył się ojciec.
-A jeśli nie przypadłabym mu do gustu? I by mnie zdradzał, czy coś…- próbowałam jakoś to ratować, czując coraz większą panikę.
-O to się nie martw, jesteś przecież taka śliczna!- rzekła natychmiast słodkim głosikiem matka. Pokręciłam głową przecząco, czując narastającą złość.
-Mamo, nie pleć bzdur! A co ze mną? Nie pomyśleliście o mnie?! Ja też mam swoje uczucia!- zawołałam, zirytowana.
-Mary Ann, od ciebie zależy dobro całej naszej rodziny!- zdenerwował się ojciec- Wiesz, co mi ostatnio przysłali z Ministerstwa?! Groźbę, że jeżeli nie uregulujemy do końca przyszłego roku wszystkich zaległości w Gringotcie, to zabiorą nam dom! Jedyny skarb po przodkach, pełen wspomnień i pamiątek rodzinnych… Tu są groby naszych rodzin, na tym terenie! A my wylądujemy gdzieś pod mostem w Londynie, jak tysiące biednych i bezdomnych! Podoba ci się ta opcja?!
Jęknęłam z rozpaczą.
-Proszę was, czemu akurat ja?!- łzy stanęły mi w oczach.
-Kochanie, pomyśl o Remusie.- szepnęła mama- Co z nim zrobimy, gdy wylądujemy na ulicy? Nie będzie można go zamknąć w szopce za domem, jak teraz… Zabiją go, po prostu. By uniknąć zagrożenia.
Wszyscy wpatrywali się we mnie w milczeniu. Boże, to jest jakiś zły sen…
Upłynęło pól minuty, zanim wydobyłam z siebie głos.
-Dobrze.- przełknęłam ślinę i łzy- Dla Remusa…
Rodzice nieco rozpromienili się. Zaległa cisza.
-A kim są kandydaci?- spytałam, starając się, by zabrzmiało to spokojnie.
W Hogwarcie było kilkanaście osób ze szlacheckich rodzin. Pomyślmy…
James. No, to już byłby najlepszy wybór, James jest moim przyjacielem. Ale on kocha Lily, nie bylibyśmy szczęśliwi razem. Poza tym jest jedynakiem, a mowa była o synach.
W Slytherinie są jeszcze Lestrange’owie. Ich jest kilku. Oj, niedobrze… Byłoby pięknie, jakby chodziło o Rabastana, ale jest jeszcze Rudolfus. Chociaż nie, on ma Bellatriks. W ogóle w Slytherinie jest największe w szkole skupisko braci arystokratów. Super, ech!...
Ulżyło mi nieco, gdy sobie uświadomiłam, że może chodzi o Rabastana, przecież miał wysłać list moim rodzicom. Jeżeli tak, to nie ma się czym martwić.
Lucjusz Malfoy. Co prawda skończył już szkołę dawno temu. I był już zaręczony z Narcyzą Black. Odpada, na szczęście.
Och, Narcyza Black… No tak, zapomniałam jeszcze o całej barwnej plejadzie Blacków…
A jeżeli ci synowie są grubo ode mnie starsi? Makabra… No, ale to i tak lepiej, niż gdybym miała wylądować, powiedzmy, z Blackiem…
-W swym liście Walburga wymieniła dwa imiona. Są to…
-Walburga?- uśmiechnął się lekko tata- To już jesteście na ty?
Mama uśmiechnęła się z wyższością
-Walburga?- spytałam- Kto to?
Remus przyklasnął, gdy go olśniło
-Mama Syriusza!- ucieszył się
Żołądek zjechał mi do jelit, w mózgu zabrakło tlenu. CO?!... To… NIEMOŻLIWE, co za pech!...
-Nie.- wykrztusiłam.
-Co: nie?- zmarszczył brwi tata.
Jeżeli nie wyjdę za Syriusza, to Remus zginie… To okrutne! Chwila, jest jeszcze Regulus… Uff, co za ulga…
-Imiona synów: Syriusz i Regulus.- powiedziała mama, dokańczając przerwaną myśl.
-Dobra. To ja wybieram Regulusa, możesz jej przesłać odpowiedź.
-CO?!- tym razem krzyknęła cała moja rodzina. Czego się spodziewali?
-No co? I tak zawężony wybór, to chociaż pozwólcie wybrać tego, z kim będę.
-Ale…- Remus wytrzeszczył oczy- Meg, a co z Łapą?
-Nic z Łapą!- zezłościłam się- Czy choć przez chwilę łudziłeś się, że wyjdę za Syriusza Blacka? Nic z tego!
-Ależ kochanie!- oburzył się ojciec- Bądź rozsądna! Regulus jest młodszy i to jeszcze dziecko! Poza tym jest ze Slytherinu! Czy nie lepiej ci wybrać Syriusza? To taki inteligentny i odważny chłopak!
-Syriusza już znamy i to całkiem dobrze!- dodała mama- Uratował cię dwa lata temu i nie tylko, pamiętasz? Poza tym jest taki przystojny! W sam raz dla ciebie, dziecko!
-Jeśli chcecie się nad nim rozpływać, to załóżcie jego fanklub. Nie wyjdę za niego! Jest zarozumiałym palantem i egoistą. Nikt mnie tak nie wkurza na tym ziemskim padole, jak on!
Chcecie, żebym dostała nerwicy?! Prędzej wyjdę za Sami-Wiecie-Kogo niż za tego imbecyla!
-Mary Ann!- zdenerwował się ojciec- Nie pozwolę, by w mojej rodzinie znalazł się Regulus Black! Nie lubimy Blacków, ale Syriusz jest inny, więc dlatego się na to godzimy! To doskonała okazja by odzyskać honor w bezbolesny sposób!
-W bezbolesny sposób?!- krzyknęłam- Bezbolesny dla kogo?! Jak możecie być tacy bezduszni?!?! Po tym co sami przeszliście w młodości?!?!?!
-Mary Ann!- krzyknęła ostrzegawczo matka.- Bez dyskusji!!!
Wstałam. Nie zniosę tego dłużej, do cholery!
Rzuciłam filiżanką o dywan, gdzie rozbiła się w drobny mak. Herbata wsiąkła w wełnę.
Popędziłam do swego pokoju, roniąc łzy złości.
„Musimy się spotkać jutro. Na Pokątnej. O jedenastej, w Kotle. Nie przyjmuję odmowy”
Napisałam tekst dwa razy i wysłałam sowę Remusa. Jeden świstek dla Lily, jeden dla Severusa z dopiskiem „trzydzieści„ po podanej godzinie. Ciekawe, co oni mi powiedzą…
Siedziałam przy biurku, roniąc łzy i ukrywając twarz w dłoniach. To jest po prostu chore. Chore.
Zatęskniłam nagle całym sercem za moimi rodzicami. Oni mnie nigdy nie zostawili! I nie zrobiliby mi takiego świństwa! Ich zawsze bardziej kochałam. Cholerny wuj Giuseppe…
Skoro mam za kogoś wychodzić z przymusu-jestem w stanie JAKOŚ to znieść. Ale powinni mi dać prawo wyboru, skoro i tak mi już spaprali żywot!
Nie mogę w to uwierzyć. Mam wyjść za Syriusza Blacka. Za kogoś, za kogo NIGDY nie wyszłabym z własnej woli. Jest moim największym wrogiem. Nie dam się, wyjdę za Regulusa. I co ja powiem Rabastanowi?...
Skuliłam się na łóżku, płacząc w poduszkę. Usnąć… Usnąć, to może się obudzę i to będzie tylko zły sen…
HA HA!
Ekhym, a tak apropos, to nie wiem, czy dodam notkę za dwa tygodnie. Może mi się to nie udać. Niemniej, zajrzyjcie tu za dwa tygodnie, może dodam.
54. Tożsamość ducha Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 15 Maja, 2010, 12:34
-Mary Ann, Caterina, Fabrizio, chodźcie. Z nim jest coraz gorzej. To chyba koniec.
Wilgotny głos wuja Giuseppe wyrwał mnie z zamyślenia. Jego potężne brzuszysko tylko mignęło w futrynie i już wyszedł z bawialni. Wymieniliśmy zatrwożone spojrzenia i potruchtaliśmy za wujem, zostawiając Remusa samego.
Dziadek Luciano leżał na swym łożu. Miał napuchnięte wargi i małżowinę uszną. Wyglądał, jakby nie żył. Poruszał nieznacznie ustami, jak ryba bez wody. Był chyba sparaliżowany.
Łzy napłynęły mi do oczu.
Cała rodzina zgromadziła się przed łóżkiem. Nad Luciano stał lekarz i przypatrywał mu się uważnie. Luciano toczył wytrzeszczonymi oczyma po pomieszczeniu.
-Już idę, tato.- wuj Giuseppe zbliżył się ku ojcu, lawirując ostrożnie ze swym brzuchem między zgromadzonymi. Pochylił się nad twarzą taty, jego długie, czarne, lekko siwe włosy, opadły aż na jego twarz.
-Co mówisz?- zapytał donośnie, prawie przykładając ucho do ust ojca. Luciano westchnął chrapliwie. A potem rozległ się bardzo ochrypły szept, przeciągający sylaby.
-Odchodzę. Żegnajcie, dzieci. Dziękuję za waszą troskę i opiekę…
Luciano wytrzeszczył nagle oczy i jęknął niewyraźnie.
-Majątek otrzymają Giuseppe i Maddalena. To chyba najsprawiedliwszy podział…
Łzy spłynęły po moich policzkach. Biedny dziadek! On się tak męczy!…
Luciano znieruchomiał. Ciotka Maddalena jak zwykle wpadła w prawdziwy lament. Zakryłam twarz dłońmi. Ogarnął mnie przedziwny żal. Od kilku dni każdy spodziewał się śmierci Luciano, ale i tak wszyscy byli w szoku.
Caterina wsparła głowę na moim ramieniu.
-Dopełnię formalności związanych ze zgonem.- usłyszałam, jakby przez mgłę, głos lekarza prywatnego- Już od kilku dni straciłem nadzieję dla pańskiego ojca…
Wszyscy wyszli z pokoju, szlochając. Byli dziwnie spokojni, jak na fakt, że umarła głowa rodziny. Przyjęli to w miarę dobrze.
Tym razem pogrzeb był dość skromny. Przyjechało kilkoro znajomych, a nas, młodzież, zagoniono do roboty, albo kazano nie pałętać się pod nogami, gdyż tym razem mieliśmy do czynienia z emerytami i rencistami.
Ja wróciłam do mojego pokoju, nie mogąc znieść tłumu starych dziadków, z których część w ogóle nie pamiętała, co tu robi, a część poruszała się na wózkach, w znacznej mierze blokujących ruch korytarzowy.
Ledwo zasiadłam do listu, który miałam zamiar wysłać do Jamesa, gdy wszedł Remus. Westchnął ciężko i kopnął bezwiednie mój kufer.
-Co jest?- wstałam od biurka i sfrustrowana runęłam na łóżko. Zerknęłam na brata wyczekująco znad ramienia. Wzruszył jedynie ramionami i usiadł za biurkiem na moim wcześniejszym miejscu.
-Chciałabym wrócić do domu…
-A ja nie. Nie mogę. Musimy określić, co tu się wyrabia.- oznajmił hardo i kopnął ścianę za biurkiem- W Anglii nie ma nic do roboty.
-Ależ Remusie! Przecież istnieje ryzyko, że w ogóle do niej nie wrócisz! Że nie dożyjesz swych siedemnastych urodzin! To już za niecałe dwa tygodnie…
-Nie możemy się poddać.- Remus bawił się bezwiednie zakrętką od atramentu- Ten psychopata by z nami wygrał.
-A co myślisz o duchu? Chiara, jak się okazuje, nie tylko widzi urojenia jej chorej głowy.
Remus skrzywił się z niesmakiem.
-Nauczyłem się, że duchy wyglądają zupełnie inaczej. Ich zachowanie różni się od opisanego przez ciebie. To bardzo… mugolskie podejście do kwestii duchów.
-Uważasz, że mam mugolskie podejście?- warknęłam. Zakrętka spadła i potoczyła się pod biurko. Remus, by zyskać na czasie, zanurkował po nią.
-Nie ty, tylko ten kto za tym stoi.- rozległo się.
-Słucham? Wiem, co widziałam. Krzesło i łóżko chodziły, prześcieradło jeździło po ziemi… Nie wyobrażam sobie, by bez magii ktoś coś podobnego odwalił.
-Ludzie są bardzo pomysłowi, wbrew pozorom…
Remus z jakiegoś powodu zamarł pod tym biurkiem. Rozległy się stukoty.
-Co ty tam kombinujesz?- zapytałam ze zdziwieniem.
Remus wyczołgał się z dziwnym spokojem spod mebla. W jednej trzymał zakrętkę, w drugiej długą laskę, zakończoną okrągłą kulką, by wygodniej było z niej korzystać.
-Co to?
-Hmm, no właśnie… Kulka sterczała spomiędzy szpar, pod samą ścianą. Zauważyłabyś ją?
Pokręciłam przecząco głową.
-Pociągnąłem i oto co mam.- obrócił laskę w dłoniach.
-A na co ona tam sterczała?- zmarszczyłam brwi.
Remus nie od razu odpowiedział. A potem zagadnął:
-Masz wyjątkowo szerokie te szpary pomiędzy deskami w podłodze, nie?
-Taki urok.- wzruszyłam ramionami, głowiąc się, na co mu to jest potrzebne.
-A pod twoim pokojem jest piwnica…- Remus upuścił laskę na ziemię, gdzie wydała śmieszny klekot, po czym dopadł do krzesła i przewrócił je, oglądając jego nogi od spodu.
-Eee, Remus?
-Poczekaj tu…- postawił krzesło pieczołowicie na nogi i wypadł z sypialni, pozostawiając mnie w lekkim oszołomieniu na łóżku. O co mu chodzi?
Pode mną rozległ się jakieś szurania. Widać Remus grasował po piwnicy. Wkrótce potem zaczął kręcić się dokładnie pod biurkiem, wydając dziwaczne odgłosy szurania i brzęczenia stali. Na krótko zaległa cisza, a potem…
Krzesło poczęło jeździć dokładnie w ten sam sposób, co kilka dni wcześniej w tą pamiętną noc.
Podbiegłam do niego z przerażeniem.
-Meggie, złaź do spiżarki!- rozległo się spode mnie.
Wypadłam z pokoju i poleciałam korytarzem w przeciwną stronę. Podbiegłam do sąsiednich drzwi. Mieściła się tam malutka komórka zaledwie na dwie osoby, a w podłodze sterczała klapa. Była otwarta, jako że Remus zlazł na dół.
Idąc za jego przykładem znalazłam się wkrótce na samym dole. Piwnica miała bardzo niski strop, była duża i zagracona. Mętne światło słabej żarówki prawie wcale jej nie oświetlało, pachniało stęchlizną i wilgocią. Czułam się, jak w szybie kopalni.
Podbiegłam do mojego brata. Trzymał w ręku jakąś starą rurę, zakończoną dziwnym gwintem.
-Popatrz sobie, jakie sztuczki stosuje ten twój duch…- parsknął z politowaniem, wetknął rurę pomiędzy szpary w podłodze mojej sypialni- Na spodzie nóg krzesła znajdują się wgłębienia. Gwint z łatwością w nie wchodzi.
Krzesło znowu zaczęło jeździć w tę i nazad, gdy poruszał żelastwem.
-A oto rusztowanie dla łóżka…- wskazał długi pręt o wygiętych do góry końcach i podobnych gwintach. Narzędzie stało pod jedną ze ścian- Wystarczyło wetknąć pod przednie nogi loża. Przed twoim przyjazdem ktoś wywiercił dziury w nogach mebli. Laska natomiast służyła jako szkielet na tamto prześcieradło. Pomysłowe, nie? Wystarczyło wyjechać nią na środek pokoju a po wszystkim schować pod biurko.
Rozejrzał się w skupieniu, rozmyślając nad czymś usilnie. Podszedł do jakiejś skrzynki na ścianie. Otworzył ją i dokonał generalnych oględzin.
-A to, jak się nie mylę, główny zawór całej wody w domu. Można wyłączyć wszystkie krany…- tu udał, że przekręca wajchę w dół- Lub otworzyć wszystkie blokady. Woda pójdzie każdym kranem, bez odkręcania kurka.- przekręcił niewidzialną wajchę do samej góry.- Nieźle to obmyślił, jak usłyszał, że z przerażenia wylądowałaś w wannie. Że też dałaś się nabrać…
-Nie myślałam racjonalnie! Była noc, a ja właśnie śniłam koszmarny sen!- prychnęłam.
-Na to liczył napastnik. Że podziała na twoją wyobraźnię. Mary Ann, on chce cię nastraszyć…
Zabrzmiało to dziwnie złowrogo w jego czujnym tonie.
-Przypuszczam, że w bardzo podobny sposób dana osoba manipuluje chorą Chiarą…- szepnął. Przełknęłam ślinę.
-I co teraz będzie? Chcą nas stąd wykurzyć…
-Chodźmy na górę. Nie podoba mi się to miejsce…- mruknął. Zwalczając przerażenie, wspięłam się po schodach na sam szczyt. Remus kroczył za mną.
Dlaczego akurat mnie? Czyż spontaniczna próba utopienia uciążliwej Mary Ann Lupin w wannie nie była paradoksalnie zamierzona? Może komuś przeszkadzam, chcą się mnie pozbyć…
-A co wyście tam robili?!- Giacinto podskoczył z przerażeniem, gdy wyszliśmy z drzwi od piwnicy. Upuścił cały plik kartek i dokumentów, które malowniczo rozsypały się po całym korytarzu.
-Ekhym…- Remus speszył się nieco, po czym ukląkł, by pozagarniać papiery.
-Nie powinniście tam schodzić, to niebezpieczne!- fuknął Giacinto, także zagarniając dokumenty- Tam jest tablica rozdzielcza prądu i w ogóle… Różne dziwne rzeczy.
Stałam nad nimi i obserwowałam niby mimochodem bacznie treść kartek. W większości nie była jakaś specjalnie znacząca-rachunki, listy i tym podobne.
Kątem oka dostrzegłam jednak, że Remusowi zadrżała ręka, gdy przesunął ją na krótkim liściku. Momentalnie wyczułam, co chodzi mu po głowie. Rzecz w tym, by Giacinto się nie skapnął…
-Jak ciotka radzi sobie po stracie ojca?- palnęłam pierwszą lepszą rzecz. Ku mojej uldze Giacinto uniósł głowę w moją stronę.
-Wciąż bardzo rozpacza.- urwał cierpko. Dostrzegłam, że Remus bezbłędnie wykorzystał sytuację i błyskawicznie zmiął liścik, po czym schował do kieszeni sztruksowych spodni.
-To musi być dla niej ciężkie…- westchnęłam flegmatycznie. Giacinto nie podjął wątku i począł znowu zbierać kartki.
Gdy już mu pomogliśmy, odszedł prędko. Remus odczekał jakiś czas i wyciągnął zmiętolony liścik.
-To jakiś dialog. Poznajesz pismo choć jednej z tych osób?- podał mi znalezisko.
-Nie… Ale kto i dlaczego pisał taki dialog?
-Nie wiem.- Remus wzruszył ramionami- Może nie chciał, by sens tych słów dotarł do uszu osób niepożądanych… Daj, to przeczytam… Osoba A: „Boję się.”, osoba B: „Ty to jak zawsze…”. Osoba A: „Mówię poważnie. Ktoś otruł Margheritę, teraz przyjdzie kolej na nas!”. Osoba B: „Nie przyjdzie, jeżeli się nie napatoczymy. Lepiej uważaj na twojego brata, on nie jest bezpieczny.”, osoba A: „Jeszcze o tym pogadamy. Myślisz, że Giuseppe jest w niebezpieczeństwie?”, osoba B: „Czy ty” i tu ten ktoś urwał z jakiegoś powodu. Co to może oznaczać?
-Nie wiem.- wzdrygnęłam się, ponownie doświadczając okropnego uczucia, że ktoś mnie obserwuje. Korytarz jednak był pusty, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle z góry dał się słyszeć masakryczny skowyt dziecka i głośne tupanie. Chiara przeżywała jeden ze swoich ataków wściekłości. Zachowywała się wtedy, jakby opętały ją demony, czy coś takiego. Ja i Remus wpatrzyliśmy się w sufit w zamyśleniu, a potem naraz przenieśliśmy wzrok na siebie- Wiem tylko, że wuj Giuseppe jest w niebezpieczeństwie. Musimy coś z tym zrobić, zanim i on nie skończy w piachu.
Remus nic nie odpowiedział, lecz jedynie spuścił wzrok na enigmatyczny list, myśląc zawzięcie.
***
„Kochany Severusie!
Dziękuję za Twoją troskę. Szkoda, że wakacje spędzasz w Anglii w tej Twojej dzielnicy-z tego, co mi pisałeś, niezbyt ciekawie to wygląda.
Ja na nudę nie narzekam, wręcz przeciwnie. Sam wiesz, co się u mnie dzieje.
Odkryliśmy, że nie o mnie chodziło mordercy, lecz o Margheritę. Została bowiem otruta grubo przed swoją śmiercią. Nic, niestety, poza tym faktem nie udało nam się ustalić.
Kolejną nowością jest śmierć dziadka Luciano. On chyba naprawdę zmarł śmiercią naturalną. Przynajmniej tak to wyglądało, ale kto może być tego pewny, skoro po domu grasuje jakiś psychopata? Już nie wiem, kogo podejrzewać. Czasem przychodzi mi do głowy, że to może ja, we śnie, lub w jakimś transie…
Ostatnio morderca zaatakował także mnie, zrobił to pod przykrywką jakiegoś wyimaginowanego ducha. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się bałam! To było w nocy, meble się ruszały, a jakieś prześcieradło…”
Wytężyłam słuch znad listu. Z korytarza bowiem doszedł do moich uszu odgłos wystrzału. O nie, co się znowu dzieje…
TRZASK! Niewątpliwie gdzieś nad moją głową poszła szyba.
-Ludzie, poszaleliście?- zaskrzeczała ciotka Maddalena z korytarza- Co się tam wyprawia?!
-Na pomoc!- dało się słyszeć.
Bez zastanowienia rzuciłam pióro na blat biurka i ruszyłam ku drzwiom. Chwilę potem już pędziłam po schodach, wyprzedzając ciotkę Maddalenę, która poruszała się o wiele za wolno przez swoje obfite kształty.
Tylko bawialnia miała uchylone drzwi. Wleciałam do niej prawie równo z Fabrizio, który posłał mi porozumiewawcze spojrzenie.
Na środku bawialni leżał wuj Giuseppe. Wypuściłam powietrze z płuc.
-Pomocy!- zagrzmiał, trzymając się za nogę. Podłogę oblała jego krew.
Wkrótce zgromadził się tłumek. Ciotki jazgotały, co należy z nim zrobić, Fabrizio biegał w tę i nazad po różne rzeczy, od wrzątku po cukier (nie wiem po co, ale ciotka Maddalena uparła się, by koniecznie przynieść cukier). W pokoju panował dziwny przeciąg. Gdy wszyscy obskakiwali wuja, ja rozejrzałam się bacznie. Jedynym, który nie brał udziału w ogólnym wrzasku, był Remus. Stał spokojnie, oparty o drewniany stolik niedaleko i patrzył na wszystkich z dystansu. Zorientowałam się, że czujnie każdego analizuje. Za nim dostrzegłam malowniczo rozbitą szybę, co wyjaśniałoby przeciąg. Podbiegłam do resztek okna i wyjrzałam na ciemny wieczór. Niebo przysnuły burzowe, granatowe chmury, zasłaniając zachód. Na dole płynęła rzeka, nieco bardziej wzburzona, niż zwykle.
-Co się stało, wuju?- podeszłam doń, gdy tylko nieco go wyswobodzili. Miał założony opatrunek na nogę.
Rozległ się donośny trzask i Remus skotłował się na ziemię ze stolikiem, o którego się opierał. Posłałam mu karcące spojrzenie. Stolik doszczętnie się rozwalił.
-Przepraszam…- wybąkał mój brat i zajął się składaniem mebla.
-Zaatakował mnie jakiś zakapturzony psychol!- zaryczał wuj Giuseppe- Stanął na środku, wycelował we mnie spluwę… Strzelił i wyskoczył przez okno, rozbijając je!
-Spokojnie, skarbie!- ciotka Anastasia westchnęła- Do sypialni z nim.
Cała kawalkada ruszyła z wujem w kierunku wybranego celu. Zostałam sama z bratem, który stanął przy oknie, wyglądając na rzekę.
Remusem wstrząsały dreszcze. Położyłam mu dłoń na ramieniu.
-Co się stało?- spytałam czule.
-Jutro pełnia.- wzdrygnął się. Przeraziły mnie jego słowa.
-Ciekawe, kto zaatakował wuja.- starałam się odwrócić własny umysł od przykrych rozmyślań na ten temat- Musiał zostać wynajęty przez mordercę, nie?
Remus tylko westchnął.
-Nie wiem… Tu się nic nie trzyma kupy… Giuseppe został zaatakowany, bo, jak sama powiedziałaś, dziedziczy spory majątek ojca. Czyżby mordercą była Maddalena?
-Jakoś nie chce mi się w to wierzyć…- pokręciłam głową- Zastanawia mnie jedynie, dlaczego Giacinto pasuje dziwnym zbiegiem okoliczności do wszystkich tych zbrodni. I ma motyw.
-A mnie zastanawia tylko jedno.- rzekł nieco nieprzytomnie Remus- Dlaczego nie słychać było plusku.
-Co?- rzekłam, zdezorientowana.
-Nie słyszałem, żeby ktokolwiek wpadł do tej rzeki. Czyż nie jest to dziwne?
-Co, myślisz, że ulotnił się inną drogą?
-Myślę, że…- Remus urwał i nic więcej nie powiedział.
-Remus?
-Teraz idzie pełnia. Musisz bardzo uważać. Zostawię cię na parę dni zupełnie samą. Jednak w ciągu tych kilku dni może się sporo wydarzyć. Margherita cię przestrzegła, żebyś nie ufała pozorom.- odwrócił się do mnie- Miała rację. Już wiem, co miała na myśli…
-Powiedz mi!- poprosiłam błagalnie.
-Nie mogę, nie mam dowodów. Ale zaczyna mi się formować w głowie pewien pomysł…
Tak więc Remus udał się do komórki, gdzie zamknęłam go kluczem na cztery spusty. Rodzinie dość ciężko było to wytłumaczyć, zważywszy, iż nie mogłam specjalnie używać słów takich, jak likantropia czy wilkołak. Szczególnie ciotkę Maddalenę trudno było spławić. W końcu rzuciłam hasło, że Remus dostaje raz na miesiąc rzadkiej choroby śmiertelnej, bardzo zaraźliwej, po której organy wyłażą nosem, czym skutecznie zapewniłam sobie święty spokój.
-Miejmy nadzieję, że mi jej nie amputują.- zmieniony przez wydarzenia ostatnich tygodni głos wuja Giuseppe przeciął ciszę jego sypialni. Przyglądałam mu się z Cateriną, siedząc na skraju jego posłania. Wuj poklepał się czule po nodze w bandażu.
-No, ale dobrze, że ci się nic nie stało.- rozpromieniłam się.
-To już teraz nie ma dla mnie znaczenia…- mruknął z rozgoryczeniem.
-Tato, co ty opowiadasz! Masz nas! Masz mnie, mamę, Eustachio…- zawołała Caterina gwałtownie. Wuj tylko uśmiechnął się krzywo.
-Ech, masz rację… Straciłem ostatnio trzy bardzo bliskie mi osoby, to dlatego…
Głos uwiązł mu w gardle. Kilka łez zwilżyło jego szeroką twarz.
-To trudne. Trudne, gdy musisz żyć dalej i udawać, że nic się nie stało…- otarł potężnym przedramieniem oczy. Caterina przytuliła się doń bardzo mocno. Czule odwzajemnił uścisk. Biedny wuj. Ze wszystkich on chyba otrzymał największy cios, stracił najwięcej bliskich…
-Panie Pianta, w sprawie testamentu… Dzień dobry!- do pokoju wkroczył jakiś człowiek. Wuj kiwnął głową na przywitanie- Jego zmieniona wersja głosi, że to pan i pańska siostra dziedziczą cały majątek, pan jest tego świadom? Ojciec musiał panu to powiedzieć.
-Zgadza się. Rozmawiał pan już z moją siostrą?
-Owszem. Majątek po połowie, około stu tysięcy na głowę.
-Dużo…- szepnął- Czy jesteśmy jedynymi spadkobiercami?
-Cóż, w tej sytuacji tak… Pański brat figurował na liście, ale zmarł, podobnie do pańskiej córki. Obecnie jedynie wy macie prawo do majątku po ojcu…
-To nie ja!!!- Chiara wpadła do sypialni, rycząc. Rzuciła się na wujka Giuseppe i przytuliła mocno.
-Chiara, natychmiast do mnie!- zezłościł się Giacinto, który stanął w drzwiach- Nie rób przedstawienia!
-Uspokój się, Giacinto…- zagrzmiał wuj. Ja i Caterina wymieniłyśmy wymowne spojrzenia.
-Wujciu, to nie ja…- rzekła Chiara teatralnym szeptem- Nie ja zabiłam, plawda?!
-O czym ty mówisz, skarbie?
-Duch mi powiedział, ze to moja wina, ze oni chodzą wślód aniołków… To nie moja wina, nie?
-Kto ci naopowiadał takich rzeczy!- zdziwił się wuj.
-Ten duch, co u mnie był.- wtuliła się mocniej. Wszyscy, łącznie z nieznajomym urzędnikiem, wpatrzyli się z napięciem w Chiarę, nagle wyjątkowo spokojną. Usadowiła się na kolanach wuja.
-„Wlas kotek na płotek i mluga…”- zanuciła w idealnej ciszy obojętnym tonem.
***
-Tak więc na nic nie wpadliście.- Remus krążył po moim pokoju. Napawałam się jego widokiem, przez ostatnie kilka dni bowiem bałam się tak straszliwie samotności, że spałam z Cateriną.
-Nie, wciąż wszystko jest jedną wielką enigmą.- mruknęła Caterina, boleśnie kalecząc angielski.
-Nie przybliżyliśmy się ani na krok do sedna sprawy.- burknął Fabrizio, skrobiąc bezwiednie paznokciem po powierzchni mojego parapetu.
-Nie, jesteśmy bliżej, niż ci się wydaje…- Remus uśmiechnął się tajemniczo.
Zmarszczyliśmy brwi ze zdziwieniem.
-Przynajmniej ja. Ale muszę zdobyć jeszcze parę dowodów. Czy nikt teraz nie chodzi po korytarzach?
-Jest dwudziesta pierwsza.- zerknęłam na zegarek- Idealny moment na szperanie po kątach, zważywszy, że dorośli udali się razem na operę w miasteczku. To co robimy?
-Nic. I nie wy, tylko ja sam. Wolę sam ocenić, na co dana poszlaka mi się przyda. Wrócę za jakiś czas. Póki co, ruszcie trochę głowami…- Remus wypadł z mojej sypialni. Miałam nadzieję, że nikt nic mu po drodze nie zrobi. Poza nami w domu siedziała jedynie Chiara, która chyba przerażała mnie najbardziej ze wszystkich. Była taka niepozorna, nie z tego świata…
-Dobra, jeszcze raz!- jęknęłam. Wałkujemy to od tylu tygodni…- Sergio zmarł wcześnie rano. Każdy mógł go zabić, nawet ktoś, kto potencjalnie siedział w domu. Morderca włożył kasetę z krzykiem do skrzyni, by zapewnić sobie alibi. Tak więc ktoś, kto w momencie krzyku siedział na plaży, najprawdopodobniej jest mordercą. Dalej. Margheritę otruto w gabinecie przy porannej kawie, którą otrzymała od służącej wcześnie rano.
-Wykluczamy moich rodziców. Mówiłaś, że rozmawiali.- wtrąciła Caterina.
-I bez tego bym ich nie podejrzewała. Zabiliby własną córkę?… Mniejsza. Atak na wuja. Ktoś postrzelił go w salonie i wyskoczył przez okno, rozwalając je. Sam wuj mówił, że był zakapturzony. Remus twierdzi, że nie słyszał plusku do wody. Czyli napastnik uciekł inną drogą.
To chyba wszystko…
-Nic mi się jakoś nie jawi…- burknął Fabrizio.
-A mnie tylko tyle, że mam wrażenie, iż to co przed chwilą powiedziałam, to czubek góry lodowej. Pod spodem znajduje się tak wiele szczegółów i motywów…
-Kto to mógł zrobić?- zapytała Caterina- Musimy wykluczyć nas i Remusa, a także mojego tatę i mamę.
-Twoja mama nie ma wcale alibi.- obruszył się Fabrizio.
-Ma, rozmawiała, gdy morderca otruł Margheritę.
-A jak z kimś współpracuje?
-Tego nie przewidziałam.- Caterina przejechała palcami po głowie ze zniecierpliwieniem.
Zaległa cisza. Miałam takie okropne wrażenie, że coś jest tak oczywiste, iż to aż wstyd tego nie widzieć. Czułam frustrację i rozdrażnienie.
Jako, że nic nie przychodziło nam do głowy, Caterina skoczyła po puzzle. Rozsiedliśmy się w trójkę nad tysiącem elementów. Po złożeniu powinny stworzyć Plac Świętego Piotra. Nie szło nam układanie nawet puzzli, co w irytujący sposób przypomniało mi o naszej nierozwiązanej zagadce, bardzo podobnej do właśnie takiej układanki puzzli. Wciąż brakowało elementów…
Po godzinie męki dało się słyszeć zgrzyt otwieranych drzwi w hallu. Aż ciarki mnie przeszły, gdy uświadomiłam sobie, że Remus szpera właśnie w najbardziej osobistych rzeczach zupełnie obcych ludzi. Jak zostanie nakryty…
Na szczęście w tym samym momencie zaskrzypiała podłoga nade mną, co oznaczało, że kręcił się po swojej sypialni.
-I jak, dzieci, wszystko gra?- wuj Giuseppe zajrzał do mojej sypialni. Rozejrzał się po naszych twarzach bacznie. Mruknęliśmy ponuro „Taa…”. Wuj wycofał się, zza niego dało się słyszeć krótkie „Spać! Fabrizio, do łózia!” ciotki Maddaleny. Fabrizio westchnął potężnie i odszedł, ignorując nasze chichoty. Caterina też wkrótce poszła do siebie za namową ciotki Anastasii.
Oddychając samotnością, rzuciłam się na własne łóżko. W głowie obliczyłam, że za trzy dni jest piętnasty sierpnia-nasze urodziny. Obiecaliśmy być na nich w domu. Jeżeli mamy wyjechać praktycznie pojutrze, nie czuję z tego powodu jakiegoś smutku. Jak piękne byłyby te wakacje, gdyby nic nam nie przeszkodziło! Czy my zawsze musimy mieć takie zrypane szczęście?! Rok temu wyspa, teraz to… Czy naprawdę stałaby się tragedia, gdybyśmy w spokoju przeżyli dwa miesiące?!
-Aach!- wydałam z siebie zduszony okrzyk, bo z sufitu zleciał mały liścik, zbierając po drodze kurz i pajęczyny. Widocznie Remus przecisnął go przez szpary w podłodze. Otworzyłam go.
„Tej nocy radziłbym ci mieć się na baczności. Nie spuszczaj wzroku z drzwi! Luniek”
Przełknęłam ślinę i wlepiłam wzrok w sufit. Co go naszło? Z trwogą zerknęłam na portal, jakby czaił się tam psychopata z siekierą. Żałując, że nie mam klucza do zamka, położyłam się na łóżku, czujny wzrok wlepiając wciąż w drzwi. Oczy jednak same mi się kleiły i po kilkunastu minutach już je przymknęłam. Nie potrafiłam pohamować zmęczenia…
-Mam na to lekarstwo!
-Przestań…- mruknęłam. Słyszałam, jak gadał za tą złotą furtką. Wiedziałam, że nie mogę otworzyć-rzuciłby się na mnie od razu i zabił. O tak, Black jest wściekły.
Zaczął po czymś szurać. Zaśmiałam się głupio z tego odgłosu.
-Mogę powiedzieć to samo!- zawarczał w końcu.
-Przestań skrzypieć!- rzuciłam ze zniecierpliwieniem.
-Co cię to obchodzi?! On się do tego nie nadaje!- zawołał z radosną złością.
-Przestań skrzypieć!
Nie odpowiedział. Rozległ się tylko chichot. Black się śmiał. Śmiał się tryumfalnie. A potem wrzasnął:
-CO TO?!
-Otwieraj!- krzyknęłam, zdziwiona jego wrzaskiem.
Rozległ się odgłos szamotaniny.
-KTO TO?!
-HA!
-OTWÓRZ!
BUCH!
Usiadłam na łóżku tak gwałtownie, że złapał mnie skurcz w łydce. W pokoju było idealnie ciemno. A potem dotarło do mnie, iż coś szamocze się po podłodze. Serce zamarło.
-Kto to?!- zawołałam.
-MARY ANN! ŚWIATŁO!- poznałam stęk Remusa. Podbiegłam na oślep, modląc się w duchu, by nie zaliczyć po drodze o coś gleby. Dopadłam do włącznika. Za mną rozlegały się odgłosy milczącej, lecz zaciekłej walki. W gorączce poczęłam macać dłonią po ścianie. Z ulgą wyczułam urządzenie i zapaliłam światło w pokoju.
Na środku szamotały się dwie postacie, zaplątane w prześcieradło. Niedaleko nich na podłodze dostrzegłam porzuconą samotnie strzykawkę z jakimś płynem. W lot pojęłam, że igła zapewne miała zatonąć w mojej skórze…
-POMOCY!- krzyknęłam na cały dom, żeby wszyscy się zlecieli. Nie minęło parę chwil, gdy usłyszałam pospieszne kroki na korytarzu. Do pokoju wpadło kilka osób.
-Co tu się dzieje?!- zakrzyknęła ciotka Maddalena.
Na podłodze leżeli bowiem Remus i…
53. Po pogrzebie Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 08 Maja, 2010, 18:26
-Proszę mnie przepuścić, jestem lekarzem!
Naokoło Margherity zgromadzili się chyba wszyscy z rodziny obecni w domu. Ciotka Maddalena szlochała, podtrzymując półprzytomną Anastasię, rodzeństwo Margherity zamarło ze skrajnie przerażonymi twarzami. Lekarz w białym kitlu i czarnych, krótkich włosach pochylił się nad dziewczyną, odchylił jej powieki delikatnie, po czym wstał.
-Pani Pianta.- zwrócił się do żony wuja Giuseppe, która zbladła momentalnie- Proszę przyjąć moje kondolencje. Córka zmarła.
Cioci Anastasii odpłynęła wszystka krew z twarzy, po czym osunęła się na dywan. Zrobiło się zamieszanie, rodzeństwo Margherity-Caterina i Eustachio-przeraźliwie płakali. Popatrzyłam na Remusa, Remus na mnie. Zrozumieliśmy się bez słów.
Zadzwoniono pod odpowiedni numer telefonu, dom nawiedził zamęt. Bieganie od drzwi do drzwi, rozdzierający skowyt po utracie Margherity, wciąż nowi goście, wezwani by z robić z tym porządek.
Wuj Giuseppe przyjechał jakiś czas z miasta po tragedii-był poza domem, gdy się wydarzyła, wiózł ojca do apteki. Tak oszalałego z rozpaczy człowieka nie zdarzyło mi się nigdy zobaczyć. Stracił rozum, tłukł się o ściany jak pijany, wyglądał, jakby nie potrafił panować nad własnym ciałem. Jego lament wstrząsał ścianami.
Mnie zrobiło się słabo. Nigdy nie miałam z Margheritą zbyt wiele wspólnego. Jednakże świadomość, że tak bezsensowna, nagła śmierć dotknęła osiemnastolatki, pragnącej iść na studia i leczyć ludzi, dziewczyny o życiu, które dopiero się zaczynało, była po prostu straszliwa. A wszystko dlatego, że wiedziała za dużo, niżby ktoś sobie życzył…
-Tak. Śmierć naszej córki jest…- wuj Giuseppe otarł czerwoną twarz chusteczką, stojąc na środku przed rodziną. Wszyscy zgromadzili się w salonie. Panował pogrzebowy nastrój, nikt się nie odzywał. Cioci Anastasii nie było-wuj zamknął ją w pokoju, gdyż nie potrafiła nawet stać na dwóch nogach- To nie do uwierzenia. Ale wiem…- tu zatrząsł się od szlochu- Wśród nas jest morderca. Dzieci miały rację, ale kto ich słuchał!…
Zapłakał głośno.
-Gdy tylko się dowiem, kto zabił moją córkę, ten… Ten odpowie za jej śmierć swą własną!…
Więcej nie był w stanie z siebie wydobyć. Dostał drgawek, podobnie do kilku ludzi w pomieszczeniu. Zerknęłam na zgromadzonych. Czy to możliwe, że wśród tej rodzinki, spoczywającej na sofach i kanapach jest nieczuły, bezwzględny morderca?…
Wszyscy udali się w swoją stronę, pocieszając nawzajem i roniąc łzy. Zaczekałam w korytarzu na Remusa, który rozejrzał się nieufnie po odchodzących. Po chwili szepnął:
-To był wypadek.
-Że co?- zapytałam, zdezorientowana.
-Mary Ann, nie rozumiesz?- popatrzył na mnie z niepokojem- To CIEBIE chcieli otruć, a nie Margheritę!
Rozdziawiłam usta ze zdziwieniem. Ta teza wcale nie przyszła mi do głowy przez ten rozgardiasz. Remus miał rację…
Przypomniało mi się tajemnicze zabielenie kawy, jej zapach, okrzyk Margherity, że jest gorzka i kwaśna… Dlaczego mnie to wtedy nie zastanowiło?! Czemu nie wylałam po prostu tej kawy po kryjomu do doniczki, czy coś takiego? A więc to ja byłam celem mordercy…
Rzuciłam nieufnie wzrokiem po ciemnym korytarzu. Poczułam się, jak na patelni.
-Wuj Giuseppe ma rację. Tym razem tylko ktoś z wewnątrz mógł was otruć. Kawę przygotowywała Bonifacja w kuchni, nie?- rzekł Remus. Skierowałam na niego ponownie wzrok.
-A może to ona?
Remus skrzywił się.
-Szczerze w to wątpię. Takie coś łatwo byłoby jej udowodnić, to by było samobójstwo. Może przez przypadek jej coś wpadło do tej kawy?- cmoknął ze zniecierpliwieniem- Tyle, że najprawdopodobniej nic takiego, co leży w kuchni, nie zabiłoby człowieka w ciągu chwili.
-A inni mieszkańcy domu?- zapytałam szeptem- Kto ma wytłumaczenie, a kto nie.
-Zacznijmy od początku. Giuseppe odpada. Wyjechał z Luciano do miasteczka, prawda? Jakoś przed tym, zanim tą kawę zrobiono.
-Skąd wiesz?- zdziwiłam się- Jesteś taki dociekliwy…
-Słyszałem, jak Anastasia mówiła Caterinie, że ojciec jakiś czas temu wyjechał do apteki. Było przed dziewiątą.
-A kawę piłyśmy o dziewiątej, masz rację.
-Myślę, że jedynymi podejrzanymi są ci, co przebywali chociaż sekundę w kuchni. Pani Bonifacja zapewne wszystkich widziała…- Remus chytrze zmrużył oczy, po czym spytał jeszcze ciszej- A może byśmy poszli jej zapytać?
Zakradliśmy się do kuchni, jakby to było przestępstwo. Stara pani siedziała nad wiadrem i biadoliła do siebie, skrobiąc marchewki.
-Przepraszam, czy moglibyśmy o coś spytać?!- wrzasnęłam. Kobieta przeniosła na mnie zaczerwienione oczy i kiwnęła głową.
-Kto przebywał dziś rano w kuchni?
-Proszęęę?!
-KTO PRZEBYWAŁ DZIŚ RANO W KUCHNI!
Kobieta zmarszczyła czoło.
-No więc eee… pani Maddalena.
-Tylko?!
-Nie, wszedł jej mąż. Sprzeczali się o coś.
-O co?- zdziwiłam się.
-Nie wiem, ja głucha jestem, panienko. Aha, i ten młody chłopak. Bawił się wszystkimi pokrywami do przypraw.
Ja i Remus popatrzyliśmy na siebie ze zrezygnowaniem.
-I to wszystko?
-Słucham?!
-CZY TO WSZYSCY?!
-Tak. Ja nic nie wiem, nic nie słyszałam!- zawołała z rozpaczą- Jestem głucha, jak głaz, dzieci.
Westchnęłam cicho.
-A ta kawa… Dolewała pani do kawy mleka?! Śmietanki?! Czegokolwiek?!
-Nie! Nie przypominam sobie… Ech, ta skleroza…
-Czyli jak pani nam nią niosła, to była już biała?!
-Nie mam bladego pojęcia. Nie pamiętam… Chyba tak… OJ!
Woda wykipiała na piec. Kobieta doskoczyła do garnka.
-Świetnie, głucha służąca.- warknął Remus, gdy miotała się w kłębach pary- I do tego ze sklerozą…
-Głuchy świadek.- mruknęłam.
***
„Drogi Rogasiu!
Śmierć zatacza coraz ciaśniejsze kręgi. Wydarzyła się następna tragedia. Margherita zmarła na skutek otrucia. Trucizna znajdowała się w filiżance rannej kawy, o którą poprosiła służącą. Najlepsze jest to, że to ja miałam umrzeć, nie ona. Na skutek nieszczęśliwego wypadku stało się odwrotnie. Pogrzeb odbędzie się jutro.
Czuję się strasznie. Patrzę na domowników, jakby byli demonami, czyhającymi na moje życie. O ile śmierć Sergio, której również jeszcze nie rozszyfrowaliśmy, można było wytłumaczyć atakiem kogoś obcego, o tyle wykluczone jest to w tym przypadku. I to jest chyba najstraszliwsza ze świadomości. Najbardziej na razie podejrzewamy Giacinto, w końcu pasuje do obu tych morderstw, ale nie mamy żadnych dowodów. Możliwe, że morderca nie jest sam. Raczej wątpię, by tak było. Margherita wiedziała, kto zabił Sergio. Rzekła, że wierzę pozorom. Ciekawe, co chciała mi przez to dać do zrozumienia.
Ostatnio miałam mój pierwszy sen…”
Urwałam, obserwując liść palmy przed moim oknem. Nieodkryte tajemnice. Co tak naprawdę wydarzyło się na plaży? Kto wlał truciznę do mojej filiżanki, gdy pani Bonifacja nie patrzyła?
Wierzysz pozorom…
Na sznurku za oknem powiewały kalesony któregoś z panów. Wyglądały na bardzo stare. Uśmiechnęłam się do siebie. „Te majtki mojego starego… Potrafi je nosić kilka dni! I co go interesuje, że non stop kupuję mu nowe pary!” zaskrzeczała ciotka Maddalena w mojej głowie. „Mam chyba trzy takie same pary, Maddalena ostatnio mi kupiła na rynku.”. Żal, trzy takie same pary slipek. Wszystkie identyczne, czarne. Jakież to nudne, w sam raz dla Giacinto…
I ten biedny Sergio musiał je nosić. Wyglądali jak idioci, oboje w takich samych galotach. Niczym bracia.
Podskoczyłam na równe nogi. Roztrzęsiona wypadłam z pokoju i poleciałam na górę do brata.
-REMUS!- wrzasnęłam, gdy wbiegłam. Remus także wrzasnął i podskoczył kilka cali na krześle, na którym siedział, pisząc list. Ze wstydu zakrył dłonią adresata.
-Remus, ja wiem!- wydyszałam.
-Dobra dobra. Na drugi raz zapukaj, jak cywilizowany człowiek…- burknął, zmazując atrament z listu i blatu biurka.
-Remus, to nie był Sergio!
-Co?- zmarszczył brwi.
-To nie Sergio widziałam, gdy przyszliśmy na plażę! To był Giacinto, mieli takie same kąpielówki! Sergio musiał już dawno nie żyć! Wszystko się zgadza!
-Nie!- zaprzeczył- Margherita powiedziała, że zmarł około dwunastej trzydzieści.
-Tak, ale potem mi powiedziała, że wierzę pozorom. Zrobiła to w ten sposób, że zrozumiałam, iż chciałaby mi coś powiedzieć. Ona po prostu…
-Dobrze. Dlaczego więc nie powiedziała prawdy?
Przygryzłam wargę.
-Nie mam pojęcia. Może miała ważny powód. Ale nie była pewna, gdy to mówiła. Zająknęła się, pamiętam!- podekscytowałam się- Nie wmówisz mi, że tak nie było! Teraz już wiem! I ten nagrany krzyk ma tu zastosowanie. Teraz każdy traci alibi, bo Sergio zginął dawno przed jego rzekomą śmiercią. Każdy mógł go zabić, nawet godzinę wcześniej, uruchomić kasetę i…- przełknęłam ślinę. Bardzo pomysłowo. Może nawet zbyt pomysłowo. Ta osoba musi mieć tęgą głowę, nie ma co…
-A przy drugim morderstwie krąg nam się zacieśnia.- zauważył Remus- Tylko trzy osoby wchodziły do kuchni: Fabrizio, Giacinto i Maddalena. Kto jest mordercą?
-Może pozostawił jakieś ślady?- zapytałam. Jakoś nikt nie pasował mi na skrytobójcę, z wyjątkiem Giacinto…
-Ehe. Tyle, że kręci się tam teraz ta stara Bonifacja…- westchnął Remus- Zrobiłbym to w spokoju, żeby nikt nie dyszał mi w kark. A oględziny kuchni trzeba kiedyś zrobić, zanim nie zatrą dowodów pedantyczne ręce służącej.
-Może w nocy?- zapytałam- Zostało jeszcze kilka godzin. Ale wiesz, co mnie przeraża?
Opadłam na jego łóżko. Odpowiedział mi pytającym wzrokiem.
-To musi być ktoś z nas. Jeżeli Sergio zaatakował obcy, nie nagrałby krzyku, by zapewnić sobie alibi. To mnie właśnie przeraża…
-„Dwa biedne pisklacki
ćwielkać w gniazdku chciały,
nie wiedząc o kotku,
baldzo wygłodniałym…”- rozległo się z korytarza. Chiara przemierzała właśnie trasę obok drzwi naszego pokoju. Jej obojętny, pozbawiony emocji, błędny głos odbił się jak echo w mojej głowie.
Noc nadchodziła powoli, lecz nic nie trwa wiecznie, toteż z Remusem zbiegliśmy na palcach w piżamach na dół, gdy większość rodziny poszła spać. W kuchni powinna być czystka.
Myliliśmy się. Fabrizio podskoczył, gdy weszliśmy. Szybko okręcił się na pięcie i popatrzył na nas podejrzliwie.
-Co tu robicie?
-A ty?- zapytałam nieufnie.
-Przyszedłem napić się wody…- wzruszył ramionami- Słuchajcie, eee… Wierzę wam. Przepraszam, że wyśmiałem wasz pomysł o morderstwie.
Trochę złagodniałam. Nie, naprawdę przez moment wpadł mi do głowy Fabrizio, jako szalony morderca. To niemożliwe. Chyba…
-Nie przejmuj się. Pomożesz nam?- zapytał Remus- Szukamy czegoś podejrzanego.
Rozbiegliśmy się po kuchni.
-Nic.- zajrzałam do słoiczka z bazylią i ostrożnie wyjęłam następny, tym razem z oregano.
-Niczego nieznanego nie dotykajcie!- zawołał Remus, grzebiąc przy piecu- To niebezpieczne.
Prychnęłam, wąchając ostrożnie pieprz ziołowy.
-Czego właściwie szukamy?- Fabrizio buszował w niskich szafkach.
-Nie wiemy. Jakiejś dziwacznej substancji. Może tabletek, płynu, proszku…
-Ktoś idzie!- przeraziłam się. Zamarliśmy, słysząc wyraźne kroki. Z trwogą spojrzeliśmy na siebie.
-A kosiaz kosił zyto, lala lala….- Chiara, w białej koszuli nocnej i z misiem w rączce wkroczyła do kuchni. Bez wahania podeszła do brata.
-Jesteś księciem z Zakazanych Klain?- zapytała prosto z mostu. Powieki w połowie zakrywały jej oczy.
-Eee… Tak, kochanie.- ukląkł przy małej.
-To mnie ulatuj, księciu. Do mnie psychodzi taki jeden cłowiek. On jest zły. I dziwnie pachnie. Nie lubię go wcale…
Otworzyła oczy bardzo szeroko, obrzuciła wszystkich skrajnie przytomnym z przerażenia wzrokiem, nie wyłączając Fabrizio i szybko uciekła.
-No tak.- skomentował Włoch ze znużeniem. Wróciliśmy do szukania.
-O kim Chiara mówiła?- zagadnęłam, sprawdzając, czy ktoś nie zakamuflował środka w soli.
-A nie wiem. O kimś takim gada czasem. Co za smród! To mleko jest już chyba żywe…
Wyjął ze zniesmaczeniem szklaną butelkę zżółkłego mleka, ukrytą w szafce z naczyniami.
-Tylko co ono tam robiło…
-Poczekaj…- podeszłam do niego i z najwyższą ostrożnością powąchałam względnie białą ciecz- Nie, to tylko mleko… Co prawda, wyjątkowo stare. Weź je wyrzuć, jeszcze karaluchy przyjdą.
Poza tym dość osobliwym znaleziskiem, nie było w kuchni nic, co mogłoby świadczyć o morderstwie. Dowody pozostały niewidoczne.
***
-Och, przepraszam… Mama szaleje…
Fabrizio wypadł prosto na mnie zza węgła. Trzymana w jego dłoniach miska z jadalnymi kasztanami rozsypała całą swą zawartość po podłodze korytarza. Padliśmy na kolana i poczęliśmy zbierać je z powrotem.
-FABRIZIO! GDZIE JESTEŚ, CHŁOPCZE! PRZYNOŚ MIGIEM TE PRZEKĄSKI!- dało się słyszeć z salonu.
Chłopak westchnął ostentacyjnie.
-Nie przejmuj się. Wszyscy są zdenerwowani. W końcu na pogrzeb Margherity zebrało się tylu jej znajomych…- pocieszyłam go. Spazmatycznie wciągnął powietrze.
-To trochę niesprawiedliwe, nie uważasz? Stypa stypą, ale wszyscy powinni obsługiwać gości. Czemu to ja zawsze występuję w roli czarnego robola?!
-My też mieliśmy swoje zadania!- zaprzeczyłam- Nakrywaliśmy stół.
Fabrizio wzruszył ramionami ze zrezygnowaniem. Z salonu dobiegał gwar rozmów mnóstwa ludzi. Na pogrzebowej stypie nie brakowało studentów, przyjaciół, znajomych…
Czujnie rozglądałam się po wszystkich kątach, zdając sobie sprawę, że morderca nigdy nie śpi, nawet na takiej niepozornej uroczystości, nawet w tłumie. Właśnie wtedy jest najlepiej ukryty…
Remus w bardzo podobny do mnie sposób toczył czujnym spojrzeniem po każdej twarzy, próbując coś wykryć. Przysiadłam obok niego na oparciu fotela, częstując trzymanymi kasztanami od Fabrizio. Remus w posępnym zamyśleniu wziął jednego i poobracał trochę w palcach.
-Doprawdy, czegoś takiego jeszcze nie widziałem…- w najbliżej stojącym dość młodym Włochu rozpoznałam lekarza, który czasem wpadał do naszego domu, do dziadka. On także zdiagnozował śmierć Margherity. Remus cmoknął z irytacją i oczyścił trzymanego kasztana z paprochów, jakie kulka pozbierała z podłogi.
-Tak, w istocie, dość przykry i tajemniczy przypadek… Otruto ją?- Giacinto z raczej przeciętnym zainteresowaniem rozmawiał z doktorem.
-Tak. Chyba niedługo na głowy zwali wam się policja…
Fabrizio przysiadł obok mnie i uśmiechnął się smutno, sięgając po garść kasztanów. Bezwiednie obracałam mój pierścionek od Rabastana na palcu.
-Policja?- w głosie Giacinto wyczułam jakąś niechęć, niedowierzanie, a nawet strach- Policja tu nie wkroczy, ha! Nasza rodzina nie wyrazi zgody, by roztrząsano nasze sprawy publicznie! Chiara! Zwolnij, bo na kogoś wpadniesz!
Bo oto mała dziewczynka przybiegła do Fabrizio i wskoczyła mu na kolana. Znad jego ramienia błysnęły złowrogie oczy.
-Dość dziwne. Nie chcecie, aby rozwiązano tę sprawę?- lekarz zmrużył oczy.
-Policja jest tu raczej niemile widziana…- rzekł półgębkiem Giacinto i sięgnął po najbliżej stojącą filiżankę z cappuccino. Nawiedziły mnie nieprzyjemne wspomnienia.
Remus chrupał smakowicie kasztana, głęboko się namyśliwszy. Wyglądał, jak jakaś śnięta, rozlazła wiewiórka. Fabrizio rozglądał się wrogo, w kącie stała ciotka Maddalena i Bonifacja z tacą. Obydwie szeptały o czymś w ukryciu. Każdy może być mordercą… Zaczęłam się zastanawiać, czy nie ogarnia mnie przypadkiem paranoja.
-Tatusiu!- dał się słyszeć z prawej nieprzyjemny głosik Chiary- Nie pij tej kawy!
-Co? O czym ty mówisz?- zdziwił się Giacinto. Remus westchnął i wstał. Chwilę potem zajął się pocieszaniem Cateriny w rogu salonu. Zachichotałam. Cicha woda…
-Tam jest coś bleee.- szepnęła.
-To tylko kawa!
-Nie plawda. W sklance jest coś niesmacnego.- zaczerwieniła się mimo szarej skóry.
-Chiara! Co znowu żeś wymyśliła?!- zniecierpliwił się jej ojciec.
-Nic!!!- wrzasnęła. Wierzgnęła, lecz Fabrizio, który ją trzymał, dzielnie stawił opór- Nigdy mnie nie słuchas!
-Tato!- skarcił go Fabrizio i spytał ostrożnie- Co jest w tej kawie, Chiara?
-Eee… Coś niesmacnego. Sklanka z niebieskimi kwiateckami. Tak ładnie wyglądała…- speszyła się jeszcze bardziej. Naprężyłam się. Szklanka z niebieskimi kwiatkami?…
-Ja byłam ciekawa cegoś…- tłumaczyła kulawo.
Chyba nie chodzi Chiarze o moją filiżankę w chabry!? Z trucizną…
-Czy dolałaś czegoś do tej filiżanki w kwiatki?- zapytałam ostrożnie, domyślając się źródła zakłopotania. Chiara wykręciła się w ramionach brata.
-Taak…- przyznała w końcu najcichszym szeptem.
Ja i Fabrizio wymieniliśmy przerażone spojrzenia.
-Czego tam dolałaś!- zaatakował natychmiast.
-Stalego mlecka. Mlecko stało psy śmieciach… Carny napój zlobił się taki śmiesnie jasny…- spuściła głowę.
-To było kilka dni temu, prawda?
-Ehe…
-I schowałaś mleko do szafki w obawie, że będzie na ciebie!
-Taak… Zbijes mnie?
-Jeszcze nie teraz…- burknął nonszalancko Fabrizio i gestem kiwnął na mnie. Wybiegliśmy prawie z salonu, tak bardzo byliśmy tą informacją podekscytowani.
-Chiara wlała mleko do twojej kawy.- wcisnął głęboko ręce do kieszeni.
-To dlatego była taka biała i niedobra…- zmarszczyłam brwi- Co to może oznaczać? Przecież Margherita nie zatruła się starym mlekiem! Wąchaliśmy tą butelkę, poza mlekiem nie wlano tam innego środka, chociaż, kto to wie…
-Margherita musiała spożyć truciznę w inny sposób, wcześniej…- Fabrizio tryumfalnie uśmiechnął się pod nosem- Tylko jak? Przecież nie jedliśmy śniadania, było za wcześnie…
Pokręciłam głową. A potem coś kliknęło w moim mózgu.
-Margherita mówiła mi wtedy…- szepnęłam z olśnieniem- Że też wcześniej nie zwracałam na to uwagi! Pamiętam, że skarżyła mi się, że jest bardzo zmęczona i kawa, którą przyniosła Bonifacja, była jej drugą tego dnia… O wiele wcześniej wypiła już jedną!
Ja i Fabrizio posłaliśmy sobie nieco przerażone spojrzenia.
-Siedziała w gabinecie, pisząc pracę…- szepnęłam ostrożnie i kiwnęłam porozumiewawczo głową.
-Być może wciąż stoi tam szklanka?- bezbłędnie odczytał mnie chłopak- Od jej śmierci chyba nikt nie wstępował do jej pracowni. Ruszamy? Ale tak po kryjomu, zgoda?
Kiwnęłam i ulotniliśmy się po schodach na piętro, uważając, by nikt nas nie widział. W tym domu w końcu siedzi ktoś wyjątkowo groźny i jeżeli zorientuje się, że stanowimy zagrożenie, to… Ciarki mnie przeszły, na myśl o niewidzialnym obserwatorze naszych kroków.
Podłoga skrzypnęła za nami. Oboje, jak na komendę, obróciliśmy głowy w tamtą stronę.
-To tylko podłoga skrzypi…- szepnął niezbyt przekonująco Fabrizio. Wstrząsnęły mną dreszcze. Na piętrze było tak podejrzanie cicho, wszyscy zgromadzili się na dole.
Uchyliłam ostrożnie drzwi gabinetu.
-Właź, ja popilnuję, czy ktoś nas nie śledził…- szepnął Fabrizio.
Wślizgnęłam się do martwego gabinetu, czując irracjonalny strach. Był to przestronny pokój o wąskich, pozasłanianych oknach i średnio wysokich półkach z książkami, szafkach z dziwacznymi przyrządami. Te drewniane meble stały na środku, prostopadle do ściany wejściowej, przez co nie było widać całego pokoju, wydawał się on nieco zagracony. Przełknęłam ślinę. Za każdą z tych szafek może się coś czaić… Tu jest zdecydowanie za cicho, czas stanął w bezruchu.
Ostrożnie ruszyłam wzdłuż najbliższej szafki. Nie podobał mi się fakt, że jestem w pomieszczeniu należącym do nieboszczyka, z drugiej strony zaatakowało wspomnienie o legendarnym duchu, a z jeszcze innej-o przyczajonym mordercy, co mnie chyba przerażało bardziej niż dwa pierwsze fakty razem wzięte.
W gabinecie panowała wręcz niezdrowa, martwa cisza. Z wolna pokonywałam kolejne kroki, mijając coraz to nowe przyrządy i szafki z butelkami. Wyglądało to na pokój szalonego naukowca.
W biurku i na jego blacie znalazłam spory zapas strzykawek, kilka zakurzonych butelek po spirytusie, zakurzone okulary, książkę o nowotworach a także niedokończony projekt.
-Bingo…- szepnęłam do siebie drżącym głosem. Nerwowo obróciłam głowę za siebie, nie mogąc się pozbyć nieustannego poczucia, że ktoś za mną stoi. Sięgnęłam po filiżankę, w której na zaschniętych już fusach z kawy osiadł dziwaczny nalot. Ostrożnie powąchałam, kawa miała metaliczny zapach i zupełnie nie przypominała kofeinowego napoju. Przyjrzałam się nalotowi.
TRZASK!
Na drugim końcu pokoju coś wyraźnie wywołało hałas. Zesztywniałam. A potem rozległy się kroki.
Walcząc z gulą, która narosła mi w gardle, podskoczyłam do najbliższej szafki, by do niej wleźć. Uchyliłam ją ostrożnie i z przerażeniem stwierdziłam, że zapełniona jest flakonikami. Kroki słychać było już zza szafki, coraz bliżej…
-Ach, tu jesteś!
Odetchnęłam z ulgą. Stał tam mój brat.
-Palpitacji serca się prawie nabawiłam!- skarciłam go. Remus parsknął i podszedł do mnie.
-Zauważyłem, że wypadliście z tego salonu, to za wami ruszyłem. Fabrizio wszystko mi już wyjaśnił. Pokaż tę filiżankę…
Podałam mu trzymane naczynie. Remus przyjrzał jej się i zmarszczył brwi.
-Cóż, o ile wiem, zaschnięte fusy po zwykłej kawie wyglądają nieco inaczej…
Przytaknęłam gorliwie. Remus wpatrzył się w coś za mną, przekrzywiając podejrzliwie głowę.
-Ktoś musiał zatruć jej tę kawę. Poczekaj…
Schował filiżankę do biurka.
-Jakbyśmy potrzebowali dowodów…- wyjaśnił mi- A teraz muszę zejść do służącej. Idziesz?
Zbił mnie tym nieco z tropu, ale posłusznie pobiegłam za nim. Fabrizio dołączył do nas zaraz po wyjściu z gabinetu.
Na dole wciąż trwało przyjęcie, choć niektórzy goście zdążyli się ulotnić. Bonifacja grasowała tym razem w salonie, zbierając na tacę brudne naczynia.
-Zapytaj jej, czy pamięta, że przyniosła kawę Marghericie.- poprosił Fabrizio Remus. Chłopak wykonał zalecenie. Służąca westchnęła ciężko.
-Chyba tak…- zastanowiła się- Pamiętam, że coś jej niosłam. O której to było…
-Może o siódmej?!- zasugerował Fabrizio. Pokręciła głową.
-Nie, to już było po ósmej, mleczarz zdążył właśnie przybyć. Powiedziałabym, że to było w granicach ósmej trzydzieści, ale zapewnienia nie dam…- westchnęła ciężko, po czym odeszła, mamrocząc coś pod nosem.
-Jeżeli Margherita otruła się pół do dziewiątej, to nikt nie ma alibi, nawet Giuseppe.- zauważył trzeźwo Remus, gdy otrząsnęliśmy się z letargu- Wyjechał przed dziewiątą.
-Zawsze wiedziałem, że wuj coś ukrywa!- zawołał cicho Fabrizio, zadowolony, że nie tylko na jego ojca pada podejrzenie.
-Raczej nie sądzę.- szepnęłam, patrząc nieufnie na otaczających nas gości- Kiedy szłam na śniadanie, wuj rozmawiał z ciotką w pokoju. A to było właśnie wtedy. Niestety, nie wiemy więcej, nikt poza nimi nie ma wykrętu na ten okres czasu.
Remus kiwnął na znak, że przyjmuje do wiadomości moją informację.
-Sergio zabity wcześnie rano, kaseta z krzykiem, otruta Margherita, głucha Bonifacja…- wyliczył Remus- Ciekawe, co dalej?
***
„Meggie!
To, o czym piszesz, zakrawa na jakąś komedię. Ci mugole są nienormalni! Mam tylko nadzieję, że nie zrobią Tobie krzywdy. Ulżyło mi, gdy napisałaś, że tak naprawdę nie chodziło o Ciebie, tylko o tamtą dziewczynę. Jednakże, względnie nie jesteś bezpieczna. Radziłbym, Abyś stamtąd uciekała czym prędzej. Nie możesz po prostu wsiąść w pociąg?
Znając Ciebie, tak łatwo nie odpuścisz. Wiedz jednak, że popieram stanowczo Twój powrót do Anglii. Jeżeli ci mugole chcą się nawzajem wybić i wytruć-w porządku, ale nie mogą do tego mieszać mojej narzeczonej. Jeżeli nie chcesz wracać pociągiem, przylecę po Ciebie na miotle.
U mnie nie tak źle. Koniec lipca w Anglii jest nieco cieplejszy i słoneczniejszy od jego początków. Owutemy napisałem na zadowalające mnie wyniki, nie narzekam. Trochę mi się jednak nudzi.
Rudolfus wysłał prośbę Bellatriks Black, dotyczącą ślubu i połączenia majątków. Zgodziła się, wyobrażasz to sobie?! Będziemy mieli ją w rodzinie, choć Ty zapewne nie cieszysz się specjalnie. Nie wyobrażam was sobie na wspólnej herbatce, ale cóż.
Nawiązując do tematu… Myślałem o dacie naszego ślubu. Co powiesz na październik 1978? W przesądach czarodziejów jesień sprzyja miłości i ślubom. Co prawda, to już za ponad rok no i po drodze musimy gdzieś wcisnąć uroczyste zaręczyny. Ale chyba się wyrobimy. Nie wiem, jak Tobie, ale mnie się spieszy. Zbieram się w sobie, by napisać list do Twoich rodziców, tak, jak to zrobił Rudolfus, ale jeszcze nie mam odwagi. Przemyślę tę kwestię za kilka dni.
Napisz mi koniecznie, co się tam dzieje i co Ty na ten nasz ślub. Rabastan.”
Westchnęłam.
-Całkiem dobre te ozorki, Bonifacjo!- starsza pani zerknęła przez ramię na ciotkę Maddalenę, podlewając kwiatki w jadalni. Byłam pewna, że nie usłyszała.
Remus bezwiednie bawił się łyżką, przelewając nią zupę cebulową. Podczas posiłków, odkąd zginął Sergio, panował albo grobowy albo nerwowy nastrój.
Wpatrzyłam się w okno, oświetlone zachodzącym słońcem. Kolejna kolacja, dzień za dniem… A wciąż nikt nie wie, co jest grane…
-Ojciec nie chciał dziś jeść.- pożalił się wuj Giuseppe, wchodząc właśnie do jadalni. W ręku trzymał talerz z ozorkami- Od paru dni jest z nim naprawdę źle…
Bonifacja przejęła talerz, mrucząc „Da się psu.” i wyszła z jadalni. Wuj usiadł z ciężkim westchnięciem na krześle i po raz enty zerknął z żalem na puste miejsce, na którym zwykle jadała Margherita. Zerknęłam ponownie na list od mojego narzeczonego, spoczywający na podołku.
Przyleci po mnie miotłą. Ciekawe, jak… Rabastan ma jednak rację, nie poddam się. A jeżeli ja się poddam, to nie Remus. Nigdy.
Ukradkiem rzuciłam w jego stronę spojrzenie. Tak, Remus potraktował to jako osobisty pojedynek umysłów. On MUSI zwyciężyć, nie daruje sobie.
Wstałam od stołu i ruszyłam do sypialni z przeświadczeniem, że za rok czeka mnie tak ważne wydarzenie. Kładąc się w miękkiej pościeli i starannie się okrywając, nawiedziła mnie wizja mnie samej w białej sukni, z bukietem róż. A obok Rabastan… Westchnęłam ze szczęścia.
Ciemność. Ale nie, robi się przecież jaśniej. Dlaczego?…
Złota mgła owiała mnie delikatnie. Czułam, że mur jest tak blisko, furtka na wyciągnięcie ręki. Teraz musi mi się udać!… Uniosłam rękę i uchyliłam złotą bramę.
Stuk, stuk, stuk.
-Możesz wejść!- mruknęłam i mocniej pociągnęłam klamkę. Furtka rozwarła się na oścież. Stał tam duży, czarny pies. Kiedyś już mi się śnił, spotkałam, go w tym samym miejscu!
-Ty tutaj?- zapytałam ze zdziwieniem. Pies warknął.
Stuk, stuk, stuk
-Mam na to lekarstwo!- zawarczał głosem Blacka, przyglądając mi się z nienawiścią.
Stuk, stuk, stuk.
-Przestań. To irytujące…- mruknęłam.
Pies zaczął wydawać dziwaczne odgłosy, po czym rzucił się na mnie w swej furii i zaczął rozrywać moje gardło, szarpiąc boleśnie, krew płynęła…
STUK, STUK, STUK.
-NIEEE!!!- wrzasnęłam i usiadłam gwałtownie na łóżku. Po chwili wypuściłam powietrze ze spoconej piersi i przejechałam dłonią po mokrym czole. Uff, to był tylko sen, przeraźliwy koszmar.
Dla pewności przejechałam dłonią po pulsującej szyi. Była cała.
Westchnęłam z ulgą i znużeniem, wpatrując się bezwiednie w przestrzeń. Nagle zamarłam.
Przed moim łóżkiem w powietrzu nieruchomo zawisło prześcieradło. Wyglądało, jak duch.
Bez szmeru wpatrywałam się w wysoką, bardzo smukłą postać. Poczęła się lekko chybotać, to w jedną, to w drugą stronę. Z przerażenia znieruchomiałam.
Nagle postać opadła gwałtownie na ziemie.
Stuk, stuk, stuk.
Podczołgałam się wolno do krawędzi mojego łóżka przy nogach. Prześcieradło spoczywało na ziemi. Nic nie wskazywałoby na to, że przed chwilą wisiało w powietrzu.
Rozległ się donośny stukot od strony biurka. Zauważyłam, że to krzesło. Drgało, raz wolno, raz gwałtownie, szurając po podłodze.
-Co, do…- szepnęłam, ale przestało. Tymczasem prześcieradło, na którym dostrzegłam napis „TEN DOM JEST PRZEKLĘTY” zaczęło jeździć w tę i nazad po podłodze, zwinięte w szmatkę. Towarzyszyły temu przedziwne stukoty. Nagle znieruchomiało. Przełknęłam głośno ślinę.
Poczułam bardzo wyraźne drgania całego łóżka. Dosłownie jego przód chodził. Tego było już za wiele. Zeskoczyłam z posłania, potykając się o prześcieradło, które znów uniosło się ku górze. Krzyknęłam ze strachu głośno i podbiegłam, skrajnie przerażona, do drzwi. W biegu, ogarnięta paraliżującą umysł paniką i pozbawiona orientacji gdzie góra, a gdzie dół, wleciałam z impetem na drzwi naprzeciw. Bez trudu się otwarły, a ja wpakowałam się do idealnie ciemnego pomieszczenia.
ŁUP!
Poczułam ostry ból całego ciała i wyłożyłam się prosto do wanny, boleśnie obijając sobie nogi, głowę i łokcie. Deszcz spadających flakonów nieco mnie skonfundował. Strach wzrósł dwukrotnie. Nigdy nie bałam się aż tak ciemności, jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałam się z niej wydostać. Była lepka, nie pozostawiła miejsca nawet na iskierkę światła. Nie widziałam absolutnie nic, wyczuwając jedynie zimne ścianki wanny. Uniosłam się gwałtownie i zaraz zaryłam czołem o kran. Doświadczając widoku wszystkich gwiazd, osunęłam się z powrotem do wnętrza.
Rozległ się głośny trzask i szum-to wszystkie krany w łazience poszły. Poczułam gigantyczny strumień lodowatej wody, który lunął na mnie z góry, wprowadzając jeszcze większy zamęt i panikę. Woda błyskawicznie mnie zalała.
-Pomocy!… REMUS!!!- zdążyłam zawołać.
-Co tu się dzieje!
Błysnęło światło, rozległy się kroki i czyjeś silne dłonie wyciągnęły mnie za ramiona z wody. Flakoniki przetoczyły się po całym moim torsie w dół. Odetchnęłam spazmatycznie.
-Mary Ann, dziecko!- to był wuj Giuseppe. W jego oczach dostrzegłam niepokój i przerażenie. Otarł mi dłonią twarz z troską.
-Co ci się stało?- za wujem dostrzegłam mały tłum ludzi. Stali tam Remus, Fabrizio, Eustachio i Maddalena.
-Ja n-nie wiem…- zająknęłam się- Ten duch mnie zaatakował…
-Duch? Jaki duch?- zachłysnęła się Maddalena.
-Duchy nie atakują ludzi, przecież wiesz!- Remus położył nacisk na ostatnie sformułowanie, komunikując mi, że duchy Hogwartu są zupełnie inne.
-Zależy jakie. A poltergeisty?- pokręciłam głową.
Wuj i ciotka wymienili spojrzenia, podobnie jak Fabrizio i Eustachio.
-Duch w naszym domu? Przecież to niedorzeczność!- wuj uśmiechnął się z politowaniem.
-To jak wytłumaczysz, że Mary Ann znalazła się w wannie?- zauważył Fabrizio.
-Ech, wy, chłopy!- zaskrzeczała Maddalena- Trzeba się przede wszystkim zająć nią! Kawalerowie, na co jeszcze czekacie?!
Fabrizio i Remus usłużnie doskoczyli do mnie i wyciągnęli ostrożnie z wanny.
-Tu masz szlafrok. Chodź ze mną, napijesz się gorącej czekolady.- ciotka Maddalena zagarnęła mnie do swojego obfitego ciała. Wstrząsały mną dreszcze zimna i strachu. Łomoczące serce wyrównywało powoli rytm. Zostawiłyśmy za sobą sprzeczającą się o coś zawzięcie grupkę mężczyzn.
Co to było?… Jeżeli duch, to co to może oznaczać dla tych wszystkich morderstw? Czy ma to jakiś związek? Miałam wrażenie, że coś w tej historii nie było tym, czym wydawało się być…
Ten dom jest mniej bezpieczny, niż się zawsze spodziewałam. Mijane ściany wydały mi się teraz wrogie i przerażające.
52. Krzyk Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 24 Kwietnia, 2010, 14:05
„Rabastanie!
Bardzo za Tobą tęsknię i już mi Ciebie brakuje. Co słychać? Mam nadzieję, że wszystkie owutemy zdałeś na tyle, na ile chciałeś (chyba, że jeszcze do Ciebie nie doszły wyniki).
U mnie świetnie. Jestem właśnie z Remusem na północy Włoch, u rodziny. Temperatura mnie dobija, ale to taka sympatyczna odmiana po tej mglistej, deszczowej Anglii! Rodzina Włochów, u której mieszkamy, jest bardzo barwna. Remus twierdzi, że są niezwykle głośni i rozhukani-zgadzam się z tym całkowicie. Trudno się z nimi nudzić i chociaż mija dopiero tydzień od przyjazdu tu, czuję się stałym mieszkańcem mojego staromodnego pokoju.
W domu jest nieustanny szum, każda pora i okazja jest, według wujka Giuseppe, dobra do świętowania, śmiechu, jedzenia… A świętują wszystko. Ostatnio Caterina (moja przyjaciółka) wygadała się przy stole o tym, że jestem zaręczona. Dopiero było! Nie wypuścili mnie z pokoju, dopóki mnie wszyscy nie wyściskali, nie zjadłam poczwórnej porcji placka z malinami i nie opowiedziałam każdemu z osobna (bo był taki rejwach) o Tobie. Nie wspomnę o pierścionku, który chyba zaliczył pięciokrotnie pełną długość obwodu stołu…
Czasem chciałabym jednak z kimś porozmawiać, czy zwyczajnie się przytulić. Remus z powodzeniem spełnia tę rolę, ale tak bardzo mi Ciebie brakuje! Szkoda, że nie wrócisz do szkoły po wakacjach. I z kim ja pozostanę? Trzymam Cię za słowo-musisz odwiedzać Hogsmeade!
Pytałeś o kurację-owszem, sprawdza się doskonale. Brak mi wampirzych zdolności, ale snów nie odzyskałam, na to za wcześnie. Dobrze, że przynajmniej mogę spać-ten dom, chociaż taki kochany, czasem przyprawia mnie o niezbyt sympatyczne uczucia.
Otóż jest tu takie dziecko-pięcioletnia Chiara. Jest nieco specyficzna, a w połączeniu z olbrzymim, starym domem może nawet wywołać dreszcze. To późne dziecko, jej matka urodziła ją, gdy miała czterdzieści pięć lat-wyobrażasz to sobie?! Caterina mówi, że Chiara jest bardzo chora. Rzadko wychodzi poza dom, ma szarą cerę i nieprzytomny wzrok. Podobno to schizofreniczka. Czasem gada takie rzeczy, że włos się na głowie jeży. Albo, jak idę ciemnym korytarzem, a ona stanie w drzwiach w tej swojej białej koszuli nocnej i mnie obserwuje…
Mam jednak nadzieję, że będzie bardziej śmiała w stosunku do nas. W końcu przed nami jeszcze kilka tygodni razem!
Czekam z utęsknieniem na odpowiedź od Ciebie. Bardzo Cię kocham. Twoja Meggie.”
-Co tam bazgrzesz? Do tego twojego narzeczonego, mam rację?- Caterina przechyliła się przez moje ramię, by zerknąć na treść. Szybko zakryłam część o wampiryzmie- Ech, zazdroszczę ci…
-Poranna kawa!- służąca, pani Bonifacja, wniosła tacę z pięcioma filiżankami- I herbata dla malutkiej.
W salonie siedziałam ja, Caterina, Remus i wujek Giuseppe. Chiara spoczywała na poduszce przy oknie, błądząc we własnym świecie, Remus i wuj grali w szachy.
-No nie, to nie do przyjęcia!- huknął wuj Giuseppe teatralnie, z emocji rąbnął w szachownicę pięścią, aż gruchnęło- Przegrałem z Remusem już chyba siódmy raz! Jesteś dobry, synu, oj tak!
-Dam ci radę, wuju!- parsknęłam- Z Remusem nie ma żartów, jego umysł jest dla nas za mądry!
-Przesadzasz!- pokręcił głową mój brat, robiąc skromniutką minkę.
-Chiara, a pozwól no tu do mnie!- Giuseppe zawołał siostrzenicę ruchem ręki. Posłusznie przytruchtała, jak zwykle obdarzając mnie nieufnym spojrzeniem. Przylgnęła do wuja.
-Chiara, coś taka smutna?- zagadnął beztrosko Sergio, który właśnie wszedł do salonu. Zawsze na jego widok robiło mi się weselej.
-Nie wiem…- wymamrotała spłoszonym szeptem, wytrzeszczając oczy.
-Wyglądasz, jakbyś się czegoś bała!- pokręcił głową Sergio i parsknął pod nosem- Tu nie ma żadnych potworów i duchów!
-Jak to?- zapytała, przeciągając wyrazy- Jest duch.
Sergio obrócił ku niej głowę.
-Jaki duch?
-Duch.
-A jak ten duch w takim razie wygląda?
-Jest w białym…- wyszeptała. Sergio zerknął na nią z lekkim zakłopotaniem.
-Psychodzi do mnie casem… Psynosi lózne zecy…- wpatrzyła się w ścianę, jakby coś tam zobaczyła. Jej wzrok był bardzo błędny.
-Co ty mówisz? Co ci przynosi?
-Sny… Maz-zenia. Taki duch… Jest fajny.- skończyła z pewną obojętnością.
-Pewnie coś ci się przyśniło!- skarciła ją Caterina.
-Nie plawda!!!- wrzasnęła dziko, wypadając z transu- Widziałam go cęsto!
-Chiara może mieć rację.- zwrócił uwagę wyrozumiałym tonem wuj Giuseppe- Już dawno w tej rodzinie krążyła legenda o duchu, zamieszkującym te stare mury. Być może Chiara go widzi, w końcu dzieci są bardzo spostrzegawcze.
-Dzieci widzą więcej, niż my.- odezwał się rozbawionym głosem Sergio, po czym parsknął pod nosem i wyszedł na taras. Wujek Giuseppe posłał mu apodyktyczne spojrzenie starszego brata.
Nie wiedząc, co robię, udałam się w kierunku Sergio. Stał w swojej czarnej skórze i opierał o barierkę. Zajęłam miejsce obok i uśmiechnęłam się do niego z rozbawieniem.
-No co?- zaśmiał się- Dzieci naprawdę widzą więcej! Problemem Chiary jest to, że widzi za dużo…
-Co masz na myśli?- chociaż Sergio był bratem wuja i ciotki, zawsze byłam z nim na „ty”.
-Ach, o tym duchu nawija przecież od kilku lat. Kiedy już myślę, że wytłumaczyli jej, iż go nie ma, okazuje się, że śpiewkę zaczyna od nowa… Niereformowalny przypadek… Zresztą, czasem słyszę jej rozmowy z samą sobą. Biedne dziecko, los ją skrzywdził. Jest chyba nawiedzona, a przynajmniej tak wygląda. Hermetyczność tej rodziny wiele jej nie pomaga.
Kiwnęłam.
-Można jej się przestraszyć…
-Tu jest wiele rzeczy, których można się przestraszyć.- wzruszył ramionami Sergio, beztrosko pukając palcami rytm- Ten dom sam w sobie jest straszny, Mary Ann.
-Nie odniosłam takiego wrażenia.- zmarszczyłam brwi.
-Hmm, mieszkam tu trzydzieści cztery lata, wyłączając czas studiów i mogę to stwierdzić.
Posłał mi niefrasobliwe, nieco obojętne spojrzenie. Zdziwiła mnie jego beztroska.
-Tu jest coś, co mi się nie podoba. Dobra, starczy. Bo cię nastraszę, czy coś!- parsknął.
-Nie nastraszysz.- pokręciłam głową- Ja się nie boję ducha. Duchy mogą być całkiem…
Przypomniał mi się żywo Prawie Bezgłowy Nick, obwrzeszczający ostatniego dnia szkoły Jamesa za narysowanie naokoło szyi Blacka atramentem przerywanej linii z napisem „Ciąć tutaj. Pozdrowienia od Sir Nicholasa Z-Jego-Wszystkimi-Przydomkami-Których-I-Tak-Nie-Pamiętam!”
Sergio zaśmiał się w głos.
-Mnie tu nie chodzi o ducha.- wytłumaczył z rozbawieniem- Sprawy namacalne materialnie są o wiele bardziej niepokojące…
Położył mi dłoń na ramieniu i odszedł.
***
„Droga, prze-ukochana Meggie!
Oczywiście, że mi się nudzi. CHOLERNIE MI SIĘ NUDZI! Siedzę tylko w tym domu na szacownych czterech literach… Żeby jakiś kot się nieroztropnie przypałętał… Ale nie, już swego czasu wszystkie doprowadziłem nieomalże do stanu Comy, teraz zmądrzały, głupole, omijają mój dom i na wszelki wypadek wszystkie sąsiednie szerokim łukiem… A taka była zabawa! Jeden tak wiał, że przednie nogi nie nadążały za tylnymi. Albo inny-zesztywniał, jakby był wypchany, rozumiesz?! Taki spryciara, sobie odruch obronny wyrobił… A potem, jak stwierdziłem, że sprawdzę o blat stołu, czy rzeczywiście jest na tyle sztywny, by wydać pusty odgłos rąbania o stół, skubaniec sflaczał i zwiał!
No dobra, nie będę się rozpisywał o takich rzeczach. Cieszę się, że we Włoszech sobie radzicie. Czyli Luniaczek się jakoś odnalazł? Do pełni jeszcze trochę zostało, mam nadzieję, że nie będzie dla niego problemem znalezienie miejsca.
U nas w Anglii leje deszcz. Piszę z Glizdkiem i Łapą, bo nie mam w co rąk włożyć. Nawet z desperacji odrobiłem już lekcje, czujesz?! Rodzice przesiadują w pracy, a ja włóczę się samotnie po deszczowych ulicach i tęsknie za czasami, gdy Syriusz tu ze mną siedział. To odeszło na zawsze! Stwierdzam teraz w pełni świadomie: jest Łapa, jest impreza.
A właśnie, pisałem Ci o tym w ogóle? Łapa powrócił do rodziny! Zastanawiałem się, na jakie świństwo zachorował, ale on mi nie chciał powiedzieć. To podobno bardzo ważne. Cóż, jeżeli był na tyle zdesperowany, że to zrobił, to musiał mieć w tym jakiś cel.
Dobra, urwę temat Łapy, bo coś czuję, że zaraz spopielisz moje wypociny wzrokiem. Wczoraj wszedłem do salonu i miauknąłem rodzicom, że chcę mieć natychmiast braciszka, bo mi się nudzi. Szkoda, że nie widziałaś ich min. Dostali Zespołu Twarzy Karpia. Może o dziecku nigdy nie słyszeli, a ja im tak „niechcący”, he he…
Liczę na szybką odpowiedź. Opisz mi jeszcze raz tą Twoją rodzinę, bo nic nie skumałem poprzednim razem. W dodatku jeden z tych kotów zeżarł ten list chyba, kiedy szukałem butelki, by spróbować go do niej włożyć. Byłem ciekaw, czy kot by się zmieścił, wpychając od ogona.
Pa pa pa, całuski 102! James „Walerian” Potter (to dlatego, że wali ode mnie walerianą, którą wabiłem te koty, gdy jeszcze były na tyle nieświadome, żeby zbliżyć się do strefy X).
PS.: Przekaż Remusowi, że może pozdrowić ode mnie Jo, ho ho ho! Wiem, jestem okrutny…”
Zaśmiałam się i spojrzałam za okno. Niedzielne niebo było takie niebieskie, inne, niż w mojej Anglii. Gdzieś tam, daleko, James gada coś do siebie w akcie desperacji… Uwielbiam go! Tak wesołego, szalonego człowieka jeszcze nie spotkałam. Jego też mi brakuje…
Rozległ się gong, obwieszczający śniadanie. Zerknęłam na zegarek. Dziewiąta czterdzieści.
-Pływanie jest doskonałym sportem!- usłyszałam nieco przemądrzały głos Giacinto w jednym z pokojów, gdy szłam korytarzem w kierunku jadalni.
-Zgadzam się. Pływacy podobno żyją tak długo. A ta stara Bonifacja musiała uprać moje slipy akurat dzisiaj rano!- to był Sergio. Rozległo się szuranie.
-Pożyczę ci moje slipy! Mam chyba trzy takie same pary, Maddalena ostatnio mi kupiła na rynku.
-Czy ja wiem?- ozwał się sceptycznie trzydziestoczterolatek.
-Och, Sergio. Musisz iść, by popływać! Nalegam…
-No dobra, jeżeli mi pożyczysz te majtki, to może…
Weszłam do jadalni z uśmiechem na ustach. W życiu nie założyłabym slipek Giacinto, ale cóż…
Wszyscy wyglądali na bardzo rześkich. Perspektywa rodzinnego wypadu nad rzekę pobudziła nawet małą Chiarę.
-Ja dziękuję, pani Bonifacjo!- rzekł poważnie Giacinto, wyciągając rękę przed siebie- Zjem śniadanie na piaszczystej plaży!
-Doskonały pomysł!- ucieszył się wuj Giuseppe- Poproszę kanapki z pastą na wynos.
-Słucham?!- starsza pani pochyliła się ku wujkowi- Ja nic nie słyszę, proszę pana!
-KANAPKI Z PASTĄ NA WYNOS!- zagrzmiał wuj, aż woda w szklance zadrżała.
-Już się robi!- zaskrzeczała.
-PANI BONIFACJO!- wrzasnął Sergio- DLA MNIE RÓWNIEŻ! Też zjem na plaży.
-To co, panowie, może pójdziemy już teraz?- zagadnął dziarsko wuj- Jak za dawnych lat.
-Czemu nie? Ja już jestem gotowy, tylko te slipy…- Sergio podniósł się od stołu, to samo zrobił wujek i Giacinto.
-Przecież jest dopiero za kwadrans dziesiąta!- zdziwiła się ciocia Anastasia- Giuseppe, spieszy ci się? Pójdziemy wszyscy razem!
-Nie, my mężczyźni musimy trzymać się razem!- zawołał Giacinto bohatersko.
-I weź tu coś tłumacz chłopom, no!- zaskrzeczała ciotka Maddalena.
-Cicho, kobieto. Nie stawaj mężczyznom na drodze! Synu, idziesz?
Fabrizio ziewnął potężnie i posłał Giacinto znużone spojrzenie.
-Jak chcesz. Panowie!
I w trójkę wyszli z jadalni, trajkocząc zawzięcie.
-Czekajcie!- Margherita po krótkim zastanowieniu wyskoczyła za nimi- Ja też idę!
Na zewnątrz zrobiło się naprawdę upalnie. Po zjedzonym śniadaniu, co zwykle trwało naprawdę długo, pobiegłam do kufra, by wyciągnąć całkiem nowy kostium kąpielowy, zgniłozielony, dwuczęściowy. Bardzo mnie podekscytował fakt, że po raz pierwszy w życiu włożę na siebie dwuczęściowy kostium kąpielowy. I jeszcze do tego taki ładny, z metalowym kółkiem na środku stanika…
Zarzuciłam go na siebie pod ubranie, zaplotłam długie do połowy pleców loczki w wysoki kucyk, powkładałam potrzebne rzeczy do torby. Po tym wszystkim usiadłam na łóżku skrzyżnie, czekając ze zniecierpliwieniem na wyruszenie kawalkady i wpatrywałam się w podłogowe deski, pomiędzy którymi ziała czeluść piwnicy pode mną.
Nie pływałam już tyle czasu… No, może z wyjątkiem tamtej greckiej wysepki, ale nie było to ani pożyteczne, ani tym bardziej przyjemne.
W końcu po ponad godzinie czekania rozległo się „Idziemy!”. Ruszyłam żwawym krokiem ku wyjściu, gdzie zgromadziły się już ciocie i Eustachio, jak zwykle niezbyt chętny do rozmowy.
Na dworze było niezwykle gorąco. Lekki, chłodny powiew ochłodził moją skórę. Poczułam, że rozpiera mnie radość.
-Myślałem, że się nigdy nie doczekam!- parsknął Remus- Już pół do dwunastej!
Poczochrałam mu włosy, by czymś zająć ręce. Ciotka Maddalena, jak zwykle narzekała:
-Fabrizio, zdejmiesz te spodnie czy nie?! Mówię ci, chłopcze, załóż jakieś przewiewne majtki, no! Przecież se tyłka od słońca nie oparzysz! Gdzie jest moja córka?! Chiara, za rękę mnie złap!
Tam są chaszcze, a w chaszczach są zboczeńcy, dziecko! Nie oddalaj się od dorosłych! A jak zobaczysz zboczeńca, to…
-Maddaleno!- zdziwiła się Anastasia- Nie strasz małej! To swojski teren!
-Kto wie, moja droga!- pogroziła jej paluchem- Zboczeńców nigdy za wiele! Wszędzie wepchną te swoje… Fabrizio! Zostaw tego kija w tej chwili! Oko wydłubiesz!
Ja, Caterina i Remus zachichotaliśmy.
-Mamo, ja mam siedemnaście lat!- jęknął Fabrizio zbolałym tonem, odrzucając kija na bok.
-Wszystko jedno, ile. Na stracenie oka nigdy nie jest za późno, synek! Mój dziadek to…
Na szczęście przerwał jej dziki ryk zadowolenia Eustachio, gdyż dotarliśmy na blisko położoną plażę. Piasek pomieszał się z drobnym żwirkiem, czysta woda, od której odbijały się promienie słońca, leniwie płynęła z nurtem. Naokoło były skarpy i chaszcze. Tak wyglądało lato…
Na środku plaży stał leżak, na leżaku opalał się wujek Giuseppe. Niedaleko spoczywały torby, ubrania, ręczniki i Bóg wie, co jeszcze. Sergio daleko przed nami właśnie wszedł w wysokie chaszcze i zniknął z pola widzenia. Giacinto nie dostrzegłam.
-Woda!!!- wrzasnął piskliwie Eustachio, rozebrał się do majtek i wpadł w biegu do rzeki, wrzeszcząc z uciechy.
-Uważaj, synek!- krzyknęła za nim ciocia Anastasia i ze stoickim spokojem zebrała jego ubrania z piasku. Remus ułożył w idealną kupkę swoje rzeczy gdzieś na uboczu, po czym wleciał do rzeki w bardzo podobny sposób, co o pięć lat młodszy Eustachio. Uśmiechnęłam się wyrozumiale, rozłożyłam przy Remusie i wkrótce wkroczyłam do wody. Była cudownie ciepła, nie to, co w Anglii.
Ciotki rozebrały się do kostiumów-z dumą dostrzegłam, że jako jedyna mam dwuczęściowy-i położyły na ręcznikach przy Marghericie. Caterina szalała z Remusem w wodzie, Fabrizio usiadł na piasku i wpatrzył się w niebo, a Chiara wypakowała foremki z wiaderka i poczęła budować zamek.
-HA HA HA!- to Remus doskoczył do mnie i ochlapał porządnie. Poczęłam go gonić, aż wpadliśmy na głębinę do pasa. Remus zachłysnął się nagle ze strachu, lecz szybko okazało się, że to Caterina złapała go pod wodą za nogę. Wyłoniła się ze śmiechem. Wkrótce dołączył do nas Eustachio i zrobiło się jeszcze głośniej.
Z radością oglądałam taflę wody. Przelewała się przez moje palce, płynęła daleko w świat… Pierścionek zaręczynowy lśnił nieziemskim blaskiem pod wodą.
W tym momencie Remus podniósł mnie z powodzeniem na swe ramiona i skończyły się refleksje.
Gdy już znudziło mi się taplanie w wodzie, wyszłam z powrotem na plażę.
-A ty co tak siedzisz, Fabrizio?- spytałam. Uniósł na mnie wzrok i zmrużył oczy- Nie idziesz…?
-Nie, wolę nie… Nie lubię wody. Zresztą…- wzruszył ramionami, ale nic nie dodał.
-Szkoda. Woda jest bardzo ciepła.- odeszłam w kierunku ciotek i Margherity. Wyglądały dość zabawnie, leżąc na kocach obok siebie-dwie szczupłe, jedna, ta w środku, z wylewającymi się wszystkimi otworami w kostiumie i poza nim fałdami skóry. Opadłam na koc obok cioci Anasiasii, wystawiając buzię do słońca.
-I mówię ci, no!- ciągnęła rozmowę ciotka Maddalena- Gorzej, niż pranie wina! Te majtki mojego starego… Potrafi je nosić kilka dni! I co go interesuje, że non stop kupuję mu nowe pary! Wytłumaczyć mu się nie da… Jak się już czegoś przywiąże, to jak rzep psiego ogona!…
-Mamusiu, boli mnie główka…- rozległo się nad nami. Chiara stała z łopatką w dłoni i patrzyła uważnie na matkę.
-To od tych pyłków!- zachłysnęła się Maddalena- Albo od słońca!
-To drugie już bardziej…- mruknęła pod nosem ciocia Anastasia.
-Idź, kochanie, do wujka, wujek da ci proszki…
Chiara odwróciła się, położyła grabki na stosie foremek w wiaderku, które stało przy torbach, po czym podbiegła do wujka Giuseppe. Po kilku słowach dialogu zwlekł potężne cielsko z leżaka, który natychmiast zajęła Chiara, po czym począł szperać w torbach.
-Albo to czyszczenie twojego gabinetu, Margherito!- usłyszałam z prawej.
-Prosiłam cię, ciociu, byś tego nie robiła! Mam tam niebezpieczne substancje i notatki medyka!
-Ale przecież trzeba zetrzeć kurz, prawda? A notatki ci poukładałam, w tej szafce na lewo od wejścia. Te notatki o pierwszej pomocy.
-Aha, te, których wczoraj szukałam dwie godziny?- zadrwiła Margherita.
-Och!- rozległo się tym razem z lewej- Przecież to wiaderko ma pęknięty pałąk, słonko!
-Gdzie? Nie widzę!- zdziwiła się Chiara i stanęła przy wujku Giuseppe.
-No tu…- wskazał palcem. Dziewczynka przyglądała się trochę, a potem przytaknęła- I co teraz?
-Naplawis go?- jęknęła.
-Dobrze. Poczekaj tu…
Wujek Giuseppe wstał. Przewróciłam się na prawy bok
-A ciebie gdzie znów niesie?- zdziwiła się ciotka Maddalena.
-Do domu, muszę skleić wiaderko dla Chiary…
Obserwowałam bezwiednie jego spacer-najpierw brzegiem rzeki, potem przejście po mostku i wspinaczkę na skarpę z domem. Wyglądał śmiesznie, niczym piłka na nogach, aż znikł w wejściu.
Wpatrzyłam się w dom. Miał chyba kilkadziesiąt pokoi, ścianę z jasnego kamienia na śródziemnomorską modłę, trzy piętra z parterem, zatęchłą piwnicę… Był taki piękny, w swoim własnym stylu, wznosił się dumnie nad tą rzeką, otulony palmami, kasztanami, piniami…
Wuj Giuseppe właśnie wyszedł z domu, czemu towarzyszył potężny trzask dębowych drzwi. Zrezygnowałam z leniwego obserwowania go i przewróciłam się na plecy, chłonąc słońce bladą buzią. Muszę zmagazynować jego ciepło przed powrotem do zimnej Anglii na długie miesiące…
-Mary Ann, opowiadaj, jak szkoła?- usłyszałam głos cioci Anastasii obok, gdy potężny wuj Giuseppe, przechodząc na swój leżak, rzucił na nas obydwie cień.
-Świetnie, naprawdę, ciociu.- odparłam, myśląc o Hogwarcie.
-Na jakie studia się wybierasz?
Zamarłam.
-Eee… Jeszcze się nie zastanawiałam, co chcę robić…
-Pewnie, jest jeszcze czas…- rzekła flegmatycznie- Nasza Margherita idzie na medycynę, jestem z niej taka dumna! Giuseppe zawsze powtarzał, że obecność lekarza w rodzinie jest wprost nieoceniona. Albo Caterina i ta jej wiolonczela… Jest znakomicie zdolnym muzykiem!
Przejechała dłonią po spoconym czole, wciąż nie otwierając oczu.
-A ty, ciociu, czym się zajmujesz?- zapytałam z zainteresowaniem.
-Ogrodem.- uśmiechnęła się- I piszę dla męża różne rzeczy na maszynie. Nie muszę pracować, Giuseppe jest dostatecznie bogaty.
-Ale pracuje. I nie tylko on.
-Tak, nasza rodzina pracuje bardziej z nudów, niż z przymusu. W końcu ile można leżeć brzuchem do góry… Mnie nigdy nie pociągała praca, nawet na studia nie poszłam.
-Nie?- zdziwiłam się.
-Jeszcze przed skończeniem szkoły poznałam męża.- uśmiechnęła się na to wspomnienie- Pobraliśmy się, urodziła się Margherita… Miałam tyle samo lat, co ona, gdy przyszła na świat. Na studia nie miałam ochoty.
Zamyśliłam się, wpatrując w lazurowe niebo. Po ukończeniu szkoły wyjdę za Rabastana, też będę mieć osiemnaście lat… Rabastan także jest wyjątkowo bogaty, czy będę musiała pracować? A co z moim marzeniem o byciu aurorem? W końcu nigdy nie chodziło mi głównie o pieniądze, ale o zwalczanie zła… Czy auror może żyć pod jednym dachem ze zwolennikiem Voldemorta? Co to będzie oznaczać dla naszej rodziny? Dla dzieci, więzi małżeńskiej…
Wzdrygnęłam się i przyjrzałam pierścionkowi. Księżyc błyszczał tak pięknie, granatowym blaskiem…
-Śliczny jest ten pierścionek zaręczynowy!- uśmiechnęła się ciotka- Ten twój narzeczony wydaje się być wspaniały, jeżeli lubi kupować kobiecie takie klejnoty. Julia bardzo by się cieszyła…
W tym momencie leniwe powietrze przeciął głośny, charakterystyczny, długi krzyk. Ja, ciotki, Margherita, Chiara i wuj Giuseppe obróciliśmy gwałtownie głowy w stronę chaszczy, skąd do nas dobiegł. Po chwili zamarło także towarzystwo w wodzie i Fabrizio, którzy byli nieco dalej. Caterina zmarszczyła brwi, nie wierząc własnym uszom.
-Jezus, jakaś tragedia!- ciotka Maddalena dzielnie zebrała swe obfite kształty. Wszyscy zerwali się na równe nogi i ruszyli ku chaszczom.
-Chiara, zostań tu! Zostań, mówię ci!- złapała córkę za rękę.
-Mamusiu, boję się…
-Zostańcie tu, Anastasio!- zwrócił się do żony przerażony wuj Giuseppe- Ja i młodzież pójdziemy w te krzaki.
Wuj, ja, Remus, Caterina, Margherita i Fabrizio wpadliśmy w gęstwinę i biegliśmy wzdłuż rzeki. Potem każdy porozbiegał się z swoją stronę, gorączkowo przeszukując chaszcze. W panice pokonywałam kolejne kroki, rozglądając się za czymś podejrzanym. W powietrzu zaległa nieprzyjemna cisza. Kto krzyknął?! Co się stało?!
W końcu po jakichś kilkunastu minutach do mych uszu dobiegł następny, kobiecy krzyk:
-Tutaj, przy rzece! Mam go!
Pobiegłam jak najszybciej w wyznaczonym kierunku. Dopadłam do średnio wysokiej skarpy. Moje oczy padły na Caterinę, stojącą na dole bezradnie przy wodzie. Wszyscy podbiegli do Włoszki, która roztrzęsioną ręką wskazywała na sąsiedni brzeg, przy którym zatrzymało się ciało mężczyzny…
Wuj i Fabrizio weszli do wody, by po chwili przytaszczyć je na brzeg. Położyli człowieka płasko na piasku. Był to Sergio.
-Sergio!- jęknęłam, moje oczy się zaszkliły.
Z uszu wypływała mu krew, miał sine usta, nie dawał oznak życia…
-Czekajcie…- Margherita uklękła przy Sergio i w milczeniu dokonała oględzin. Po kilkunastu sekundach posłała ojcu niedowierzające, skrajnie przerażone spojrzenie- Nie żyje.
Zamarłam. Sergio, ten wesoły, niefrasobliwy człowiek w kwiecie wieku nie żyje…
-Kiedy zmarł?- zapytał Fabrizio, starając się opanować drżenie, ignorując lament Cateriny.
Margherita zastanowiła się przez chwilę, w zamyśleniu obserwując twarz Sergio.
-Jakieś dziesięć minut temu…- szepnęła z trudem, głos jej zadrżał- Trzeba go stąd zabrać…
-Pobiegnę po karetkę…- wuj Giuseppe zalany był łzami, cały się zaczerwienił. Przypatrzył się bratu ostatni raz, wpadł między krzaki i już go nie było. Do naszych uszu dochodził jeszcze jakiś czas jego szloch.
Przytuliłam się do Remusa, płacząc cicho. Remus objął mnie, pocieszająco gładząc po głowie. Sergio był taki żywy, rześki i radosny. Kochał życie, choć nikt nie zajmował w nim szczególnego stanowiska. Zawsze go lubiłam najbardziej, był po prostu entuzjastą uśmiechu, szczęścia… A teraz leży bez ruchu, wiecznie milczący, zapatrzony w inny wymiar…
-Coś się stało? Słyszałem krzyk… O mój Boże!
Giacinto wypadł z krzaków w samych spodniach.
-On nie żyje?- przeraził się. Jego syn pokiwał głową z wolna. Giacinto przejechał po głowie dłonią, mrucząc „A to ci dopiero się porobiło…”.
-Pewnie spadł ze skarpy…- mruknął Fabrizio, przyglądając się rzece.
Od tego niedzielnego popołudnia po raz pierwszy w rodzinie Pianta zapanował grobowy nastrój. Wuj i Giacinto pojechali Cadillakiem załatwiać formalności pogrzebowe, Sergio przewieziono do kostnicy. Ciotki zamknęły się w sypialniach, płacząc. Szczególnie ciotka Maddalena przewyższała w tym wszystkich, w końcu Sergio był jej młodszym bratem. Dziadek Luciano dostał lekkiego ataku serca.
-Dla mnie to jest wciąż nierealne…- wyszeptałam wtorkowego wieczoru, podkulając nogi pod siebie. Caterina siedziała na sofie obok mnie, głowę położyła na moim ramieniu.
-Sergio był taki wesoły, wnosił powiew świeżości w tą rodzinę…- dodała wilgotnym tonem.
Fabrizio westchnął ze smutkiem, nerwowo przekładając pilota z dłoni do dłoni. Przed nami leciał film akcji „Trzy strzały”, ulubiony film całej rodziny. Fabrizio oglądał go na okrągło w samotności, by czymś zająć skołataną głowę.
Remus chodził nerwowo przy półkach na książki.
-Taki wypadek, runięcie ze skarpy… Mogliśmy nie leźć nad tą głupią rzekę.
-Teraz to i tak nie ma znaczenia.- mruknął Remus, ledwo rozumiejąc Fabrizio- Nie cofniemy czasu. Za późno.
TRZASK! Samochód na małym ekranie poszedł w drobiazgi, rozwalając się z rozpędu o ścianę.
-Po co on szedł w te krzaki?!- jęknęłam- Mógł zostać z nami.
-Zawsze lubił samotność, był taki…- głos uwiązł Caterinie w gardle. Kolejny wybuch na ekranie. A potem długi, głośny krzyk przerażenia…
-To wszystko jest jak sen…- westchnęłam.
-A jeżeli go ktoś popchnął?- zmartwiła się Caterina- Sam spadł?
-Nie miał kto. Wszyscy byli na plaży. No, może z wyjątkiem Giacinto…- mruknął Remus.
Fabrizio posłał mu wrogie spojrzenie, w końcu chodziło o jego ojca.
-Fabrizio!- Caterina zmarszczyła brwi, rozgorączkowana i uniosła się z pozycji półleżącej- Przewiń! Do tyłu, na chwilkę!
Fabrizio spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale wykonał prośbę. Znowu po pokoju telewizyjnym rozległ się wybuch, a potem krzyk.
-Jeszcze raz!- poprosiła, nadsłuchując.
Po raz kolejny usłyszeliśmy te same odgłosy. Remusa olśniło.
-Czekajcie!… Przecież taki sam okrzyk wydał Sergio… Taki bardzo charakterystyczny, z tym akcentem…
Popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem. Fabrizio parsknął.
-No nie, przecież to głupie.
-Wiem, co słyszałam!- warknęła Caterina- Przecież jestem muzykiem, mam wrażliwy słuch!
-Cat, zastanów się nad tym, co mówisz!- pokręcił głową- Skąd by się tam wziął ten wrzask?! To po pierwsze, a po drugie, Sergio spadł ze skarpy, nie? Musiał wrzasnąć i na pewno to zrobił.
-Ktoś mógł tam rozstawić jakiś sprzęt…- podjęłam z wolna- Tylko nie wiem, po co… W końcu Sergio i tak zleciał ze skały, po co komu efekt dźwiękowy?
-Przecież to nonsens! Komu potrzebny jakiś krzyk? Caterina, przesadzasz!
-Proszę bardzo!- zerwała się z miejsca i zwróciła po angielsku do Remusa- A ty mi wierzysz, nie?
-Wierzę.- odparł zdecydowanym tonem.
-Remusie, przecież nie jest to zbyt trzymający się kupy fakt!- stwierdziłam.
-Pamiętasz, co ci mówił przed kilkoma dniami Sergio? Coś go niepokoiło…
-Tak, ale jeżeli nawet ktoś go zabił, to po co mu ten krzyk? Nikt nie miał motywu i wszyscy byli na plaży!- rzekłam.
-Z wyjątkiem wuja Giacinto!- pokręciła głową Caterina. Fabrizio wstał ze złości- Szybko się zjawił po wypadku, cały czas kręcił się w pobliżu…
Zaległa napięta cisza, słychać było jedynie plusk rzeki za oknem.
-Mój ojciec nikogo nie zabił!- wycedził Fabrizio.
-Nikt tego nie sugeruje, ale sam doskonale wiesz, że jako jedyny nie ma alibi.
Fabrizio wyszedł z pokoju, ciskając pilot na sofę ze złością.
-Mógł go zabić ktoś z zewnątrz.- stwierdził Remus.
-Też prawda. Ale ten krzyk…- Caterina potarła czoło wierzchem dłoni.
-Może powinniśmy się rozejrzeć?- zapytał Remus czarnowłosej.
-Róbcie, co chcecie!- rzekłam sceptycznie- Jeżeli nawet ktoś coś takiego zrobił, to pewnie usunął wszystkie ślady, nie?
-Nie zaszkodzi poszukać. Idziemy na miejsce zbrodni. A ty, Meg?- zapytał Remus.
-No dobra, idę z wami…
Pobiegliśmy podekscytowani na feralną plażę. Woda, która płynęła najspokojniej w świecie, niosła wielką tajemnicę. Co tak naprawdę tu się wydarzyło?
-Musiał spaść do wody.- Caterina opuściła ręce bezradnie- Mamy naprawdę spory kawałek do obszukania. To jak igła w stogu siana… A nawet nie wiadomo, czego szukamy!
-Jakichś poszlak…- Remus potarł w skupieniu wargi- Odtwórzmy, co się działo. Sergio zniknął w chaszczach na naszych oczach. Co potem?
-Poszedł nad brzeg. Ktoś wepchnął go do wody, zapewne z wysoka, skoro był ranny. Ten krzyk nie trzyma się trochę kupy, ale co tam.
-Mówię wam, to bez sensu…- ukryłam twarz w dłoniach.- Jeżeli ktoś go zabił, to pewnie zbiegł już dawno daleko stąd. Nawet nie mamy żadnego dowodu, że Sergio po prostu nie krzyknął podobnie do tego faceta z filmu…
-Ten film widziałam już stukrotnie!- zdenerwowała się Caterina, odrzucając sprężynki na plecy- Wszędzie poznam ten krzyk. Nawet podejrzane mi się wydało, że wtedy się rozległ, ale jak znaleźliśmy Sergio, to już to zlekceważyłam…
-Chodźmy z wolna w stronę miejsca, gdzie go znaleźliśmy.- zasugerował Remus.
Dotarliśmy na wygórowaną, piaszczystą skarpę.
-Może stał tu? To dość wysokie, widokowe miejsce.- Remus rozejrzał się uważnie.
Caterina podeszła nad brzeg i zerknęła w dół, Remus odszedł w przeciwną stronę. Popatrzyłam na jedno i drugie, zastanawiając się nad sensem tego wszystkiego.
-Remus, to nie ma sensu.
-Mary Ann, proszę…- Remus złożył dłonie, jak do modlitwy.
-Wy wiecie chociaż, czego szukacie?
Remus ruszył w moją stronę.
-Nie zaprzeczaj, że…- zaczął ze złością, po czym wrzasnął z bólu. Caterina odwróciła się ku nam ze strachu.
-Co jest?
-Nic, uderzyłem się w jakieś cholerstwo…- począł podskakiwać na jednej nodze, trzymając stopę. Zerknął z nienawiścią na piasek, po czym ukląkł. Podeszłyśmy do niego ze zdziwieniem. Remus popatrzył na nas uważnie, po czym odgarnął trochę piasku. Ukazał się kant drewnianej skrzynki. Wymieniliśmy wymowne spojrzenia i szybko wyciągnęliśmy skrzynię z sypkiego podłoża. Caterina z wielkim trudem oderwała pokrywę, po czym z trwogą zajrzeliśmy do środka.
W rogu niewinnie spoczywało jakieś radio na baterie, niezbyt drogie i nowoczesne. Remus z nieco zagubioną miną wyjął urządzenie, obejrzał je.
-Głośność ustawiona na full.- zauważyłam z zaintrygowaniem.
-Tam jest kaseta!- krzyknęła Cat- Remus, wyciągaj kasetę!
-Ale yyy… Jak?- wbił paznokcie w szparę i pociągnął, klnąc płynnie. Caterina zmarszczyła podejrzliwie brwi.
-Czy wy w Anglii nie macie takich rzeczy, jak radia?
Wyciągnęłam najzwyczajniejszą kasetę ze środka po ciężkim westchnięciu i kliknięciu guzika.
-Hmm. Jedna strona ma jakieś dwie godziny. No, trochę mniej…- mruknęłam, obserwując napis na boku- Długo.
-Może puścimy?- zaproponowała z satysfakcją Caterina. Włożyłam kasetę do środka i przewinęłam nieco do przodu. Cisza…
A potem dało się słyszeć potężny wrzask, który już kiedyś słyszeliśmy. Wymieniliśmy pełne obawy spojrzenia i zaległa martwa cisza.
***
-Prochem jesteś i w proch się obrócisz…
Ze smętnym zamyśleniem obserwowałam wpuszczoną w ziemię trumnę. Czy to możliwie, że Sergio leży tam w środku?
Rzuciłam okiem na zgromadzonych. Wuj Giuseppe ryczał jak bóbr, wycierając nos chusteczką w kropki. Obok stała jego żona, przytulając go, łzy spływały obficie z jej policzków. Caterina, Margherita i Eustachio trzymali się blisko rodziców. Dziewczyny płakały, Eustachio był przygnębiony. Ciotka Maddalena wyła z rozpaczy, jęcząc „Mój braciszek, mój kochany braciszek!”, Giacinto z grobową miną przytrzymywał ją, ich dzieci trzymały się blisko Luciano, spoczywającego na wózku inwalidzkim. Ojciec Sergio miał jeszcze więcej zmarszczek i siwych włosów, niż dotychczas.
Remus delikatnie objął mnie w pasie, dodając otuchy. W końcu trumnę zasypano, zgromadzeni ruszyli ku samochodom.
-Szkoda, że przyjechaliśmy tu teraz, kiedy dzieją się takie przykre rzeczy…- szepnęłam do Remusa. Nie odpowiedział- Czy to nie dziwne?
Łzy spłynęły z mych oczu.
Wsiedliśmy do Cadillaca z wujem Giuseppe, za nami weszła Caterina. Samochód ruszył ku willi. Panowała cisza, nie licząc pojedynczych szlochów pasażerów.
-Jeżeli ktoś nagrał ten krzyk…- powróciła do tematu sprzed dwóch dni Caterina- Wciąż tego nie rozumiem. Nie widzę sensu w tej opowieści.
Remus zmarszczył brwi.
-Właśnie. On umarł około dwunastej trzydzieści, nie? Tak powiedziała Margherita.
-Mogła się pomylić, prawda? W końcu to początkujący lekarz.
-Zresztą, utrzymujecie, że widziałyście go, jak znikał w krzakach, gdy przyszliśmy. Zgadzają się godziny, mógł wtedy zostać zabity, kiedy Margherita to określiła.
Coś mi jednak nie pasowało. Wiedziałam, że coś przeoczyliśmy, jakiś ważny szczegół…
-O czym rozprawiacie, dzieciaki?- dało się słyszeć smętny głos wujka zza kierownicy.
-Próbujemy ustalić, kto zabił Sergio, tato.- odparła Caterina.
-Co?! Jak to, to jego ktoś zabił?!- ryknął- Niech tylko się dowiem, kto za tym stoi! Ale nie, to niemożliwe… Czemu wymyślacie takie bajki? Chcecie mnie na drzewo władować?! Przecież to nie film kryminalny, tylko życie!
-Tato, mamy dowody. Co prawda, niezbyt wiele nam mówią, ale są podejrzane… Fakt, że krzyk Sergio nie był jego krzykiem, tylko nagraną ścieżką dźwiękową, nie wiem tylko, co to daje…
Wujek Giuseppe zerknął na nas zatroskanym wzrokiem przez lusterko wsteczne.
-Nie wiem, naprawdę.- zagrzmiał- Jeżeli ktoś go zamordował to… To po co? Nie, to by nie miało sensu… Tak na naszych oczach? Pod nosem rodziny?
Wytarł głośno nos w chusteczkę.
-Jeżeli jednak macie rację… To zbir pożałuje, że się urodził!- warknął ze złością.
***
„Droga Lily!
Bardzo się cieszę, ze Twoje wakacje są takie barwne. Co prawda nie zazdroszczę siostry, która nie potrafi rozmawiać z rodzeństwem, ale cóż zrobić.
U mnie stało się coś strasznego. Zmarł jeden z domowników. Spadł ze skarpy do rzeki. Pogrzeb już się odbył, wczoraj. To było straszliwe, czułam się tak obco wśród swoich, jak intruz…
Co gorsza, ja z Remusem i taką jedną Cateriną odkryliśmy, że nie jest to prawdopodobnie śmierć przez przypadek. Chociaż wszystko się zgadza (Margherita, siostra Cateriny określiła zgon na około 12:30), krzyk, który wydał, nie był jego, lecz z kasety puszczonej w krzakach. Nie wiem, po co. Ostatnio wpadło mi do głowy, że może Margherita coś pokręciła.
Coś mnie niepokoi. Sergio, ten co umarł, powiedział mi na naszej ostatniej rozmowie w cztery oczy, że coś jest tu nie tak. Ten dom go przerażał, chociaż nie było tego po nim widać. Czasem, gdy siedzę sama w pokoju, mam ochotę stąd uciec. Czuję, że czegoś nie dostrzegamy, czegoś oczywistego. Nie śnię w nocy, nawet o morderstwach, ale często budzę się i nie potrafię spać. Tu jest tak cicho. Po raz pierwszy zaczęłam się czuć jak więzień czterech ścian, jakby dom drwił ze mnie, kryjąc jakąś niewyobrażalną tajemnicę. Widzę twarz Sergio, jego puste, martwe oczy, kiedy tylko zamknę swe własne.
Dobrze, że mam Remusa. Ostatnio poszłam do niego w nocy, gdy nie mogłam usnąć i przytuliłam się mocno. Rozmowy z nim, jak zwykle, dobrze mi robią, jednakże boję się myśli, że w końcu przyjdzie pełnia i Remus mnie zostawi.
Chyba już skończę. Jakbyśmy coś odkryli, natychmiast Ci napiszę. Mam nadzieję, że szybko prześlesz mi odpowiedź! Meg”
Przywiązałam liścik do nóżki sowy Remusa, Paproszka. Paproszek przyleciał z domu, toteż mogliśmy korespondować z Anglią do woli. Imię zawdzięczał Blackowi, który któregoś dnia po pełni stwierdził odkrywczo, że skoro tej sowy nikt nie karmi, to zapewne musi żyć samym kurzem i paprochami z podłogi.
Rzuciłam się w piżamie na narzutę. Noc, kolejna noc w tym miejscu… Czy znowu nie będę potrafiła spać? Chętnie wyszłabym na spacer, gdyby nie strach o własne życie…
Złota poświata… Nic nie widzę. Chociaż nie, tam jest mur, porośnięty bluszczem… Dostrzegłam klamkę. Chyba muszę otworzyć tą bramę. Czyżbym tu już kiedyś przypadkiem nie była?
Spróbowałam podnieść rękę ku klamce. Poczułam frustrujący bezwład dłoni. Próbowałam zrobić chociaż jeden najmniejszy krok. Nogi jakby wrosły mi w ziemię… Stałam, bezradnie wpatrując się w utęskniony obiekt. Jestem za daleko, by sięgnąć zbyt wiele mnie dzieli…
Mgła pochłonęła bramę i wszystko naokoło. Chwilę potem ocknęłam się z zamkniętymi oczyma. Powoli analizowałam, że do pokoju wpada światło słoneczne, słychać odgłosy śniadania z kuchni.
Usiadłam na łóżku, w pełni wypoczęta. Sen kotłował mi się po głowie, jednocześnie ogarnęła mnie radość. Miałam sen! Po raz pierwszy od pół roku chyba, coś mi się przyśniło. I to jak wyraziście! Dopadło mnie jednak dziwaczne deja vu. Chyba kiedyś śniło mi się coś bardzo podobnego…
Poczochrałam włosy i wygramoliłam się z pościeli, zerkając na zegarek. Ósma trzydzieści trzy, wcześnie. Na korytarzu nikogo nie było, głośno dźwięczały patelnie, garnki i głos ciotki Maddaleny.
„Ciekawe, czy Remus śpi…” poleciałam po schodach na górę i podbiegłam do jego pokoju na palcach. Okazało się, że smacznie chrapał. Poczekałam jeszcze jakiś czas, ale się nie obudził. Nieco zrezygnowana, ruszyłam z powrotem na dół. Trudno, o moim śnie opowiem mu potem.
-Wiesz, chyba przesadzasz. On nie powinien…- rozległ się żeński głos z pokoju cioci i wujka. No tak, wciąż przetrawiają tą tragedię.
Zeszłam flegmatycznie po solidnych schodach do kuchni.
-Dzień dobry, pani Bonifacjo!- przywitałam się. Poza starszą kobietą po kuchni kręcił się jedynie Fabrizio, zaglądając z nudów do wszystkich słoików, oraz Chiara, bawiąca się łupinami orzechów przy śmietniku.
-Witam. Może kawy?- zagadnęła wesoło szczerbata Bonifacja.
-Tak, poproszę.- uśmiechnęłam się- Przejdę do salonu.
-Proszę?!
-TAK, POPROSZĘ UPRZEJMIE!
W salonie zastałam jedynie Margheritę, czytającą jakieś pismo lekarskie.
-Dzień dobry.- zagadnęłam. Popatrzyła na mnie nieco nieprzytomnie. Zauważyłam, że miała worki pod oczami i siną twarz.
-Ech, wiem, że wyglądam strasznie. Nie spałam całą noc…- wzruszyła ramionami- Marzę, żeby wreszcie Bonifacja przyniosła mi tę kawę… Już dziś wypiłam jedną szklankę, ale trudno…
-Czemu nie spałaś?- opadłam na wiklinowe krzesło przy stoliku do kawy naprzeciw Margherity.
-Pracuję nad pewnym eksperymentem, piszę pracę… Mam dużo roboty i jeszcze to morderstwo… Czuję się fatalnie, o rany!
-Morderstwo?- zdziwiłam się. Do tej pory jedynie wuj Giuseppe i Fabrizio wiedzieli, że ja, Remus i Caterina rozgrzebujemy tą sprawę. Dla innych pozostało to tajemnicą.
-Oczywiście. Nie jestem taka głupia, Mary Ann.- rzekła, spuszczając głowę na zegarek- Która to już godzina… Prawie dziewiąta, chyba idę do łóżka. Zaraz zwymiotuję.
-Co mówiłaś o morderstwie?
W tym momencie wkroczyła Bonifacja z tacą i dwoma filiżankami. Margherita poczekała, aż służąca wyjdzie i rzekła.
-To nie był wypadek, że Sergio spadł z tej skarpy.
-Nie?- postanowiłam pociągnąć ją za język. Nachyliłam się ku mojej osobistej filiżance w chabry.
-Nie. Ja wiem, że za tym stoi coś więcej…
Podniosłam do ust kawę, przyglądając się uważnie Marghericie. Hmm, jest bardzo inteligentna.
-Fuj, jak ta kawa dziwnie pachnie!- skrzywiłam się, oglądając czarną ciecz, zabarwioną czymś białym- Kawa z mlekiem! No nie!
-Zamieńmy się, jeżeli nie lubisz…
Margherita oddała mi swoją ulubioną filiżankę w drobne stokrotki i upiła z mojej.
-Okropnie gorzka.- zakrztusiła się- Ohydna! I do tego kwaśna… Ale już trudno, potrzebuję kofeiny…
-Mówiłaś, że to morderstwo…- podjęłam na nowo, pijąc łyk jej kawy- Ale przecież Sergio spadł ze skarpy, a ty stwierdziłaś jego zgon o pół do pierwszej. Przecież chyba tak było!
Margherita zbladła gwałtownie i spojrzała na mnie, jakby koniecznie chciała mi coś powiedzieć.
-Wierzysz pozorom. Temu, co jest na wierzchu. A to wszystko nie tak!…
Odkaszlnęła, krzywiąc się okropnie. Poderwała swe ciało ku górze, odrzucając filiżankę na dywan, gdzie rozlała zawartość.
-Nie mogę… oddychać…
Zwaliła się na ziemię.
-Margherita!- krzyknęłam w panice, zrywając się od stołu- POMOCY!
Fabrizio wpadł przez drzwi do salonu, za nim biegła Bonifacja. Margherita rzucała się na dywanie w konwulsyjnych drgawkach, sina i oblana pianą z ust. Po chwili zamarła.
51. Chandra Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 17 Kwietnia, 2010, 12:47
Udało się mi napisać
Egzaminy szybko uciekły. Trudno było mi się skupić na nauce, gdy myśli ciągle biegły do Rabastana. Wciąż nie potrafiłam uwierzyć, że ten smukły, poważny, arystokratyczny Ślizgon z ostatniej klasy jest mój i tylko mój…
Wystarczyło, że go widziałam, serce podskakiwało pod samą krtań. Wywoływał u mnie z chwili na chwilę coraz silniejsze uczucie mimo, że na początku, gdy tylko poprosił mnie o chodzenie, nie czułam specjalnie nic. Pod koniec tygodnia obarczonego egzaminami mogłam z całą pewnością stwierdzić, iż jestem zakochana.
Reakcje na tę wiadomość, która obiegła Hogwart w ciągu dnia, były różne. Tłum ludzi dziwnie zareagował w pierwszym momencie, gdy w czwartek ja i Rabastan wyszliśmy ze śniadania trzymając się za ręce. Ludzie obracali się, pytali jeden drugiego, czy to prawda…
Severus był jednym z nielicznych, którzy się ucieszyli. Bardzo spodobał mu się fakt, że teraz więcej czasu będę spędzać z nimi. Ślizgoni przyjęli mnie również grzecznie, aczkolwiek miałam wrażenie, że robią to wyłącznie dla Rabastana. W sumie zdziwiłoby mnie, gdyby było inaczej.
Gryfoni mieli skrajnie inne podejście do sprawy. Szczególnie kilku z nich.
Pierwszym, który się dowiedział, był Lukas. On i jego kumple moczyli swe nogi w jeziorze, gdy ja i Rabastan przechadzaliśmy się w środę po południu. Luke stanął, jak słup soli i rozdziawił usta. Chwilę potem ze złości kopnął najbliższy kamień i posłał mi wściekłe spojrzenie, pełne nienawiści i żądzy mordu na moim towarzyszu.
Następnym był Black. Wydarzyło się to po śniadaniu następnego dnia. Stałam spokojnie przy drzwiach, czekając na Rabastana, który już zbierał się od stołu Slytherinu, gdy usłyszałam:
-Mary Ann! Musimy pogadać!
Black spieszył ku mnie wzdłuż stołu Gryffindoru. Miał skruszone oblicze, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że chciałby się ze mną pogodzić. W tym samym momencie poczułam dłoń Rabastana na własnej, a właściciel pociągnął mnie ku wyjściu. Zdążyłam tylko uchwycić wzrok Blacka, jego niedowierzającą, tracącą kolory twarz i wyszłam za Rabastanem.
Lily oniemiała, gdy jej powiedziałam. Po prostu zabrakło jej słów.
-Czyś ty zgłupiała?! Ze Ślizgonem? I to w dodatku z tej grupy najgorszych typków?!
Położyła mi dłoń na czole, po czym pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Mary Ann, nie poznaję cię. Ile ty go znasz?
-Trochę ponad miesiąc. Ale wciąż się poznajemy, dzięki temu nie nudzi nam się razem!
-I co? On naprawdę ci się podoba?
-Bardzo…- przytaknęłam.
-Żartujesz… Całowaliście się już?!
-No nie… Przecież na to za wcześnie…
-No widzisz! Zaprzeczasz sama sobie! To za wcześnie na całowanie, a na chodzenie w sam raz?!
-Lily!- pokręciłam głową cierpliwie- Po pierwsze, dla niektórych taka kolejność jest odpowiednia, a po drugie ty po prostu mi zazdrościsz!
-JA?! W żadnym wypadku! Zwyczajnie się o ciebie martwię!- oburzyła się- I lepiej skup się na astronomii, chyba chcesz jutro zdać ten egzamin, no nie?
Czułam się jeszcze bardziej na tapecie, niż kiedykolwiek wcześniej, gdy tylko szliśmy razem przez szkołę. Jako, że słyszałam myśli, przytłaczała mnie ich mnogość, a treść brzmiała mniej więcej tak: „Lestrange z Lupin, para dwóch świetnych ścigających wrogich drużyn, zapewne pokłócą się o quiddicha!”, „Ciekawe, ile wytrwają razem…”, lub „Phi, daję im najwyżej tydzień”.
Jednakże przepowiednie się nie spełniły i nadszedł czerwiec; cudownie gorący, pachnący latem i wolnością, choć pełen burz i deszczu. Teraz, gdy lekcje nie były tak wymagające, a prac domowych mieliśmy o wiele mniej, ja i Rabastan mogliśmy spędzać ze sobą każdą najmniejszą chwilę.
-O czym myślisz?
Szept wyrwał mnie z zamyślenia. Podkuliłam nogi i objęłam je rękoma. Na jeziorze tańczyło pomarańczowe słońce, z każdą chwilą odchodzące za horyzont. Uśmiechnęłam się do siebie, po czym obróciłam głowę w kierunku mojego chłopaka, siedzącego ramię w ramię ze mną na jednej z kamienistych skarp przy jeziorze. Przyjrzał mi się z jakąś tęsknotą i przygnębieniem.
-Nie wiem… Jest tak spokojnie, że żadne konkretne myśli mnie nie nachodzą…
-Prawda?- westchnął, marszcząc ciemne brwi i pochylił się trochę do przodu, by schwycić kostropaty kamień w szczupłe palce i bezwiednie obracał go w opuszkach. Poczułam przemożną chęć, by złapać go za dłoń. Teraz wszystko będzie wyglądać inaczej, teraz mamy przed sobą najprawdopodobniej całe lata…
-A ty o czym myślisz?- zagadnęłam po chwili spokojnej ciszy.
-O tobie, między innymi…- uniósł wzrok znad obserwowanego kamienia i uśmiechnął się do mnie nieco niepewnie, jednak jednocześnie z wielką wdzięcznością- Czasem nie potrafię uwierzyć, że to wszystko się dzieje…
Oparłam mu głowę na ramieniu, czując słodki spokój. Tu, na skarpie, było tak cicho, żadne zbędne odgłosy nie mąciły śpiewu ptaków i wieczornych świerszczy, wiatr grał w trawach…
-Poznałaś już moich kumpli?- podjął z zaciekawieniem.
-Tak, chyba wszystkich. Jest Severus, Nott, Mulciber, Goyle, Crabbe… Kogoś pominęłam?
-Całą masę… Dołohow, Avery, nie wspominając o tych spoza szkoły. No, ale nie miałaś okazji ich poznać. My jesteśmy… inni.
Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w Północną Wieżę Hogwartu. W mojej głowie uformował się wyraz „Voldemort”, ale natychmiast go wyrzuciłam z pamięci, jakby był natrętną przeszkadzającą, muchą.
-Poznam cię kiedyś z nimi. Z pewnością ci się spodobają, może nawet potraktują cię, jak swoją!
-Mówisz o zwolennikach Voldemorta?- szepnęłam ostrożnie. Rabastan uniósł głowę z mojej i spojrzał na mnie uważnie. Po chwili wzruszył ramionami.
-Cóż, jeżeli tak to nazywasz… Ale przekonasz się, że mam rację! To są świetni ludzie. Nie można tak po prostu określić nas zwolennikami Czarnego Pana. My jesteśmy wybrani.
-Czarny Pan?
-Tak, tak się na niego mówi. Zobaczysz. Spodoba ci się.
Uśmiechnęłam się do niego, oplótł mnie jednym ramieniem i tak trwaliśmy, dopóki słońce nie zanurzyło się w jeziorze…
-Czy ja wiem, czy to taki genialny pomysł?- Severus skrzywił się.
Dzwon wybił właśnie dwunastą, czyli przerwę na lunch. Ja i Sev przemierzaliśmy zatłoczony dziedziniec. Wsłuchałam się w stukot własnych obcasów o kamienną ścieżkę, czekając, co jeszcze powie.
-Wiesz, Rabastan jest bardzo zaangażowany w przyszłą służbę Czarnemu Panu. On to traktuje nieco inaczej. Co wiesz o Voldemorcie?- zapytał.
-Niewiele. Do tej pory słyszałam o nim same najgorsze rzeczy. Kto to tak naprawdę jest, Sev?
-Ech, trudno mi rzec. Wolałbym jednak, byś ty się nie pchała, jak to się mówi, pod topór…
-A ty to niby co?- odszczeknęłam.
-Ja to ja. A ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie chcę, bo coś ci się stało.
Zerknęłam na niego z ukosa, odrywając wzrok od czubków butów. Sev wytarł niedbale haczykowaty nos, by zyskać na czasie.
-Ale Rabastan mu ufa…- mruknęłam niepewnie- Czy on naprawdę jest tak zły?
-Hmm, przepraszam, że ci to teraz powiem.- zawahał się- Ja naprawdę się cieszę, że kręcisz się teraz w naszej paczce Ślizgonów. Jednak wolałbym, by na tym poprzestać…
-Oczywiście, tyś myślał, że ja chcę być zwolenniczką Voldemorta?!- zaśmiałam się- Za co mnie przepraszasz?
-Bo myślę, że twoja… miłość…- z trudem to wymówił- Cię trochę zaślepia. Wiesz, myślisz sobie „Rabastan to, Rabastan tamto…”, a nie oceniasz racjonalnie, nie masz obiektywnej oceny sytuacji. Do tej pory, jak to mówiłaś, Potter i Black mieszali Czarnego Pana z błotem, a ty im wierzyłaś. Dlaczego tak nagle zmieniasz zdanie?
-Niczego nie zmieniam! Ja po prostu chcę znać prawdę, jasne?! I nic mnie nie zaślepia!- prychnęłam, odwróciłam się na pięcie i odeszłam swoją drogą, pozostawiając skołowanego Severusa na środku dróżki.
-Hej, Meeeeeeeeeeegie!- dało się słyszeć gdzieś z prawej. Zerknęłam tam. Na niskim parapecie jednej z arkad siedział Remus, obok, co dziwne, Joanne, a niedaleko o słupek arkady opierał się James, machając mi tak ostentacyjnie i entuzjastycznie, że chyba i ślepy by trafił. Podeszłam do nich ostrożnie, ciekawa, co mi powiedzą. Od egzaminów nie miałam z nimi okazji do rozmowy-spędzałam czas głównie ze Ślizgonami i Rabastanem, gdy ten nie miał treningów.
James ściągnął z włosów czarną frotkę, na którą naplótł kępkę swych bujnych włosów - nosił ją od wczoraj, odkąd Slytherin zwyciężył z Ravenclawem i Ślizgoni wygrali przez to Puchar Quiddicha- i teatralnie, zamaszystym ruchem cisnął mi ją pod nogi. Wpatrzyłam się w bezbronną gumkę, po czym niewinny, pytający wzrok skierowałam na Rogacza.
-Oto, co ci powiem!- rzekł z goryczą- Wstyd. Jak możesz zdradzać czerwono-złote barwy?! Jak możesz bratać się z wrogiem?!
-Ło matko!- zawołałam ze zrezygnowaniem, podnosząc wzrok i dłonie ku niebiosom- Przedstawienia ciąg dalszy… Czy wy nie możecie po prostu tego zaakceptować?! Czemu wszyscy się nas czepiają?
-Nie, nie mogę go znaleźć…- Peter stanął obok Jamesa, zaplótłszy ręce na piersiach. A wydawałoby się, że… O, hej Meggie!- spojrzał na mnie surowo- Ty zdrajco!
-Skończcie już z tym!- zerknęłam na Remusa wojowniczo, ciekawa, czy także ma coś mądrego do powiedzenia, ale on pogrążony był w rozmowie z Jo, czasem tylko zerkał na mnie ukradkiem. Wyczułam troskę bijącą od niego. Ze zdziwieniem spostrzegłam też, że jest lekko zaróżowiony…
-My się tylko o ciebie martwimy! Dostałaś się w obmierzłe łapska tego Lestrange’a…- burknął Rogaś- Nie podoba mi się to. Ślizgoni wygrali Puchar, napuszone głąby…- zakończył z goryczą.
Zaległa cisza.
-A TY DO TEGO ŚMIAŁAŚ ZOSTAĆ DZIEWCZYNĄ TEGO…- wybuchnął nagle, machając rękoma na wszystkie strony, jak cepami, po czym znowu oklapł- Ech, szkoda mi słów…
-Miło, przynajmniej zamilkniesz choć na sekundę!- rzekłam zjadliwie.
-I jeszcze do tego tak zignorowałaś Syriusza!- rozległ się pretensjonalny głos Petera zza Jamesa.
-Ja?! To ON się ze mną pokłócił, to ON jest na mnie obrażony. Jeżeli mu na mnie zależało, to powinien to rozegrać bardziej dyplomatycznie!
-Aha, czyli ty się na nim zemściłaś!- zdenerwował się Peter- Tu cię mam!
-Peter, o czym ty mówisz?! Nikt nie powiedział, że kiedykolwiek myślałam o nim jako o… no, w ten sam sposób, jak o Rabastanie!
-Przypomnij sobie te wszystkie chwile!- dodał James dramatycznie- Choćby taką jedną, w Lesie, tą, w którą kiedyś tak subtelnie wdepnąłem… Nie jestem taki znowu głupi i niekumaty!
Zmierzyłam Rogasia wątpiącym spojrzeniem.
-Jeżeli kiedykolwiek… nie mówię, że tak, no!… to już dawno odeszło to w niebyt. Teraz mam Rabastana. Jeżeli tego nie rozumiecie, to już wasz problem…- wzruszyłam ramionami, zerkając podejrzliwie na Joanne. Coś mi się w niej nie spodobało.
-Ouu, Łapsko…- wydukał nagle James sztywno. W istocie, zza Rogacza wyłonił się z wolna Black, wciskając ręce głęboko do kieszeni. Wtem mnie spostrzegł i się zatrzymał. Zaległa przykra cisza.
-Cóż, to chyba wszystko, co macie mi do powiedzenia. Pójdę już…- machnęłam ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Black spopielił mnie wzrokiem, chwilę potem uśmiechnął się krzywo.
-Pewnie. Pędź do swojego chłopaka…- mruknął cicho, przekrzywił głowę, przyglądając mi się z jakimś rozbawieniem i politowaniem. Jego oczy pozostały lodowate. Miał w gruncie rzeczy straszliwą minę, kotłowały się w niej skrajnie różne emocje i nienawiść, mimo uśmiechu.
Posłałam mu miażdżący wzrok, odwróciłam się na pięcie i w tym momencie oberwałam sówką z listem prosto w twarz. Black za moimi plecami zaśmiał się mściwie, wyraźnie usatysfakcjonowany. Prychnęłam ostentacyjnie i otworzyłam niewielki liścik, nabierając wrażenia, że już kiedyś dostałam bardzo podobny.
„Szacowna Panno Lupin!
Twój szlaban, jak i również szlaban czcigodnego panicza Blacka, odbywać się będzie codziennie, od godziny 16 do 21, przez cały najbliższy tydzień od poniedziałku, włącznie do soboty. Liczę na Wasze skore do prac ręce w lochach-mamy trochę składników do obrobienia. Możesz być pewna, że wymyślę dla Was jakieś dodatkowe atrakcje, by umilić czas spędzony razem.
Z wyrazami szacunku p. prof. Castor Black”
-Co?!- wydusiłam z siebie, zanim zdążyłam się powstrzymać, a potem westchnęłam najgłośniej, jak potrafiłam- I jak ja wytrzymam przez te pięć godzin codziennie!?
-Wyobraź sobie, że mam podobny problem…- rozległo się zza moich pleców znużone sarknięcie. Puściłam to mimo uszu i pobiegłam na wytęskniony lunch, zdając sobie nagle sprawę, że uczucie, które odstręczało mnie od Joanne, to dziwaczna zazdrość o Remusa…
***
Promień słońca padł na ścianę. Przyjrzałam mu się, wsłuchując w miarowe oddechy Lily i Alicji. Spały spokojnym snem, niezmąconym przykrościami…
Przewróciłam się na drugi bok, nie czując piasku pod oczami, mimo, że całą noc przeleżałam bez snu. Wlepiłam oczy w nieruchomy baldachim, niezmieniony obiekt mojej obserwacji od kilku godzin. Westchnęłam do siebie z ponurą satysfakcją-przecież wampiry nie śpią, a jeżeli już się regenerują, to nic im się nie śni. Ja nie potrafiłam poddać się tej nocy regeneracji, zbyt wiele nachodziło mnie przykrych myśli i pojawiła się melancholia. Czy naprawdę już nigdy nic mi się nie przyśni? Czy będę tak trwać w nieskończoność, aż przeżyję wszystkich bliskich? Co zastanę w domu, gdy któregoś dnia wrócę po pogrzebie ostatniej żyjącej bliskiej mi osoby? Pustkę i ciszę… I te rzeczy, należące w przeszłości do kogoś mi bliskiego, leżące w bezruchu, bo ich właściciel nigdy już ich nie dotknie. Pozostawią na sobie jedynie pamięć jego dłoni, zapach…
Wspomnienia, w których przechowam ukochaną osobę, nigdy nie wygasną. Będą doprowadzać mnie do szaleństwa codziennie, aż do końca… Nieustająca tęsknota i samotność-tak będzie wyglądało moje życie za kilkadziesiąt lat. Będę się snuła po pustkowiach i wrzosowiskach, gdy społeczeństwo mnie odrzuci, uznając za relikt… Zamieszkam zupełnie sama na końcu świata, otoczona zdjęciami i przedmiotami, noszącymi ducha bliskich, które codziennie będą mnie wyśmiewać pogardliwym chichotem, mówiąc „Już NIGDY ich nie spotkasz, jesteś sama. Zupełnie sama.”. I ta przejmująca cisza, wieczna cisza pędzących pokoleń…
A może by tak kogoś…? Przewróciłam się na drugi bok, czując do siebie obrzydzenie. Co za egoizm! Jak mogę chcieć kogoś ukąsić, żeby dotrzymał mi towarzystwa przez tyle lat?! Przecież to jest takie samolubne! Jego także wpakuje w to niekończące się szaleństwo?! Wyobraziłam sobie, jak wieczność spędzam, powiedzmy z Rabastanem… Zamknięci w czterech ścianach, gdzieś na pustkowiu, zdani wyłącznie na siebie i na swe humory. Dzień w dzień sami ze sobą… O rany, zwariować można, oglądając przez wieczność nawet najbardziej ukochaną twarz. Z jednej strony to niezła podpora, ale mogłoby to zniszczyć doszczętnie nasze uczucie…
Czyli jednak droga, którą kroczę, jest z góry określona jako samotna… Będę się cieszyć życiem do pewnego momentu, a potem nic mi już nie pozostanie.
Jedna łza z wolna spłynęła po mojej skroni, lądując w czarno-rudych loczkach. Wieczna samotność, zamknięcie we własnej głowie…
Zerknęłam na niewinnie śniącą Lily. Jej życie będzie takie piękne…
Usiadłam na skraju łóżka, wlepiając wzrok w blade stopy. Chwilę potem niepewnie postawiłam je na wyszorowanych belkach, pełniących funkcję podłogi i ruszyłam do toalety.
Nie czując zmęczenia, lecz jedynie lekkie skołowanie, ściągnęłam z siebie o kilka numerów za duży t-shirt, używany jako piżama, przyjrzałam się księżycowi na biodrze i blademu ciału. Pięknie, wyglądam, jakbym nie wychodziła na słońce od wieków. W sumie kiedyś zapewne do tego dojdzie…
-Meg, jesteś tam?- rozległo się.
-Taa… Miałam zamiar brać prysznic, czego chcesz, Lily?- cisza. Zmarszczyłam brwi i wyjrzałam ostrożnie z łazienki. Lily i Alicja spały w najlepsze i nic nie wskazywałoby na to, że którakolwiek z nich wstawała w ciągu ostatnich godzin. Zmarszczyłam brwi i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Rozejrzałam się po łazience i zakryłam automatycznie trzymaną koszulką.
-Ktoś tu jest?
Odpowiedziała mi cisza. Czyżby moja głowa produkowała takie zwidy? Zapewne tak bardzo doskwierała mi w obecnej chwili samotność, że chciałam za wszelką cenę kogoś usłyszeć...
Wkroczyłam po kilku chwilach pod lodowaty prysznic, mający mnie orzeźwić i dodać sił przed bardzo przykrą perspektywą dzisiejszego szlabanu.
Uczucie smutku doskwierało mi cały dzień. Na wszystkich patrzyłam, jak na żywe trupy, tak kruche i nietrwałe…
-Hej, Meg! Pobudka, zmiataj na szlaban!- Rabastan potrząsnął mną lekko- Bo Black cię zabije.
Rozejrzałam się nieprzytomnie po twarzach przy stoliku. Prawie zupełnie zapomniałam, że siedzą tu poza mną Severus, Gregor, Rabastan i Antonin. Wszyscy wyglądali na nieco zaskoczonych tym nagłym odlotem od rzeczywistości. Wymusiłam na twarzy niemrawy uśmiech i westchnęłam.
-Tak, już idę. Wcale mi się jakoś nie spieszy…
Wstałam niechętnie od stolika w bibliotece, gdzie odrabialiśmy ostatnie resztki prac domowych.
-Odprowadzę cię, chcesz?- zaofiarował się mój chłopak. Kiwnęłam niepewnie, wciąż pogrążona w niezbyt sympatycznych myślach.
Poczułam jego dłoń na mojej, Ślizgoni zgodnym chórkiem ponuraków mruknęli „Cześć…”, a my poszliśmy w kierunku lochów.
-Dzisiaj jesteś jakaś zamyślona i niedostępna. Coś się stało?- zerknęłam na jego posępną, twarz o szczupłych policzkach, którą już tak doskonale znałam.
-Nic… Dopadła mnie jakaś chandra w związku z moją przypadłością.
-Wampiryzmem?- zapytał. Kiwnęłam- Cóż… Podobasz mi się taka, jaka jesteś. Podobasz mi się jako wampirzyca. Wiesz, jestem z arystokracji, my lubimy takie mroczne klimaciki.- zarechotał.
-Nie chodzi o to. Zdajesz sobie sprawę, że ja wszystkich przeżyję?
Rabastan znowu spoważniał i nic nie odparł. Westchnął pod nosem do siebie.
-No, to cię tu zostawiam.- burknął swym ponurym głosem o ciemnej barwie. Wpatrzył się we mnie uważnie- Mam nadzieję, że to jakoś przeżyjesz.
Cmoknął mnie w policzek na pożegnanie, po czym odszedł, przeczesując długie włosy palcami. Obserwowałam jego czarną sylwetkę w najdroższych ubraniach od Madame Malkin, a gdy znikł za rogiem, wkroczyłam do komnaty.
Blacka jeszcze nie było, a to przy stoliku na środku spoczywał jego młodszy krewniak. Posłał mi takie spojrzenie, że automatycznie cofnęłam nogę z powrotem za siebie. Serce mocniej mi zabiło ze strachu. Jak ja zniosę to milczenie?! Może powinnam się modlić, by Castor Black szybko przybywał?
Mimo wszystko odważnie podeszłam do stolika i opadłam naprzeciw Blacka, za wszelką cenę starając się ignorować jego natarczywe spojrzenie. Wlepiłam beznamiętny wzrok w stary blat przede mną, czując się obserwowana.
-Doskonale, już jesteś! Czekaliśmy wyłącznie na ciebie!- Castor Black wyłonił się zza drzwi po drugiej stronie komnaty. Chyba jeszcze nigdy tak mnie nie ucieszył jego widok. Podszedł do nas i zawiesił wręcz zachwycone spojrzenie na nas.
-No i następny szlabanik, prawda, Syriuszu?- wyśpiewał- Wasze żałosne próby zabicia się nawzajem spełzły na niczym, niestety… Ale, skoro tak bardzo się kochacie, przygotowałem specjalne wydanie nudnego zadania, jakim jest marynowanie ingrediencji…
Machnął krótka różdżką. Ciężkie kajdany z białego złota o obręczach bezpośrednio przytwierdzonych do siebie uniosły się z jednej z półek i zawisły nad stolikiem, lekko podzwaniając. Na sekundę przed tym, co się stało, już wiedziałam, o co chodzi. Kajdany podleciały ku Blackowi, jedna obrączka z trzaskiem zacisnęła się na jego lewym nadgarstku, po czym błyskawicznie podleciały do mnie, szarpiąc go do przodu tak, że położył się w połowie na stoliku. Wkrótce mój prawy nadgarstek także był uwięziony. Castor zaśmiał się perliście. Poczułam do niego silną nienawiść.
-Wstawać!- wrzasnął nagle. Ja i Black uczyniliśmy to, z trudem manewrując uwięzionymi rękoma. Stanęliśmy obok siebie (nie było wyjścia), jednak czułam do niego silny wstręt. Castor Black ponownie machnął różdżką. Krzesła znikły, pojawiło się jedno jedyne, nieco szersze, by mogło się na nim zmieścić więcej, niż jedna osoba, ale i tak niedostatecznie szerokie. Black uśmiechnął się zjadliwie.
-Siadajcie grzecznie…
Wykonaliśmy rozkaz, starając się usiąść jak najdalej od siebie. Nie było to jednak możliwe i wbrew swej woli musieliśmy skupić się jak najbliżej. Czułam perfumy Blacka w nozdrzach i wcale mi się to nie spodobało. Ręka, obciążona cudzą i w dodatku w bardzo ciężkim żelastwie, poczęła mi drętwieć. A zostało jeszcze pięć godzin…
Na stoliku pojawiły się przedmioty związane z marynowaniem oraz masa składników. To, co się nie zmieściło, znajdowało miejsce w pudłach pod stolikiem. Jęknęłam pod nosem. Świetnie.
-Bawcie się dobrze!- wyszczerzył kły Black- I zapamiętajcie: ma tu być spokój i cisza. Pracuję w gabinecie obok, jak coś usłyszę…
Ruszył ku korytarzowi, po drodze niedbale przeczesując włosy Blackowi. Tamten wykonał jedynie ruch obronny i popatrzył na niego, jak na coś wyjątkowo obrzydliwego.
Trzasnęły drzwi i zaległa cisza. Black westchnął ze zbuntowaną miną i uniósł nasze ręce w kajdanach ku składnikom. Nie spodobało mi się, że kieruje moją dłonią, każdy przypadkowy dotyk jego skóry przyprawiał mnie o bardzo niesympatyczne uczucie i odruch wsteczny.
W milczeniu musieliśmy razem sięgać po przedmioty, obierać je, potem marynować i tak w nieskończoność. Zrobiło mi się gorąco ze zdenerwowania, szczególnie gdy odkryłam, że następna porcja grzybów, którymi się zajmowałam, spoczywała w pudle przy nodze Blacka.
Chrząknęłam.
-Czy mógłbyś być na tyle łaskaw i podałbyś mi tamto pudło?
Dłoń Blacka na nożu drgnęła konwulsyjnie.
-Wątpię.- uciął cierpko- Nie będę na tyle łaskaw.
-Jesteś wredny.- stwierdziłam chłodno.
-Najpierw pomyśl o sobie, dziecinko…
Westchnęłam ze znużeniem i przechyliłam się przez niego, by sięgnąć wolną ręką ku pudle. Poczułam się niezmiernie głupio i jeszcze bardziej się zaczerwieniłam. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, niechcący uderzyłam potylicą w jego podbródek.
-Auu! Hej, uważaj trochę może, co?!- warknął.
-Trzeba było mi podać to pudło, a nie grać obrażoną księżniczkę!
Mierzyliśmy się wściekłymi, nienawistnymi spojrzeniami. Nienawidzę jej, niech mnie uwolnią tylko z tych kajdan…
-To co?- parsknęłam ironicznie- Ale się ciebie boję!
Black zgrzytnął zębami.
-Z łaski swej nie czytaj moich myśli, dobra?!
-Z łaski swej nie muszę ciebie słuchać.
-Tylko spróbuj znowu zajrzeć mi do umysłu!- wrzasnął, blady na twarzy. Wyczułam strach od niego bijący i ogarnęła mnie ohydna satysfakcja.
-Och, jaka szkoda, że nic z tym nie możesz zrobić…- wyśpiewałam mściwie.
-Ostrzegam cię…- wycedził, ściskając mocno mój przegub do krwi. Uderzyłam z całej siły pięścią w jego zaciśniętą dłoń. Black wydał zduszony okrzyk bólu i już miał zamiar wymierzyć mi cios dłonią w kajdanach, gdy te nagle szarpnęły i przylgnęły do naszych ud.
-Cholerne żelastwo!- syknął, próbując wolną ręką ściągnąć je z nadgarstka. Uwolnijcie mnie, a ją zabiję…
-Hej, opanuj się nieco!- zawołałam ze zdziwieniem pomieszanym z konsternacją. Nieźle się zeźlił! Musiałam bardzo go irytować.
-Chyba coś ci mówiłem! Wara od moich myślisz, rozumiesz?!- wrzasnął.
-Przestań drzeć twarz!
-Nie rozkazuj mi! Jesteś taka…
-Spokój! Co tu się dzieje?!
Castor Black stał naprzeciw, w dłoni trzymał jakąś księgę.
-Słychać was w całym korytarzu! Cóż, widzę, że radzicie sobie chyba za dobrze… Może trochę wam utrudnię, odechce się wam kłótni i wrzasków z byle powodu…
Wyjął zza pazuchy różdżkę i machnął nią w stronę kajdan. Ja i Black zawyliśmy z bólu, bowiem wykonały nagły odrzut w tył i sekundę potem uwięzione dłonie znajdowały się za naszymi plecami. Nie mogliśmy dać ich w przód, kajdanki znieruchomiały. Posłałam Castorowi wściekłe spojrzenie.
-Och, co za pech!…- udał zmartwionego- Musicie chyba sobie pomagać, nie zwolnię was ze szlabanu, mimo, iż każde z was ma wyłącznie jedną rączkę do roboty. Biedactwa!…
Nienawidziłam go. Za jego cyniczność i znęcanie się nad uczniami.
-I jeszcze raz któreś z was podniesie głos, zwiążę wam wolne ręce z tyłu i będziecie pomagać sobie nawzajem ustami! Groźbę tą potraktujcie jako aktualnie obowiązującą przez cały szlaban. Wyglądacie uroczo. Jak mutant o dwóch głowach.
Odszedł, rechocząc z uciechy. Black zgrzytnął zębami. Zaległa cisza.
-Wolisz skrobać czy przytrzymywać?- zapytałam martwym głosem bez entuzjazmu.
-Wszystko mi jedno!- warknął cicho.
Musieliśmy przez pozostały czas wykonywać w nieskończoność żmudną pracę. Irytowało mnie przymusowe przylgnięcie do Blacka, ale nie było rady-musiałam to jakoś znieść. Starając się nie myśleć o chłopaku obok, znowu zatonęłam we własnych myślach, w których gościł głównie wampiryzm oraz Rabastan.
Mimo, iż szlaban był istną katorgą (Castor uparł się, że już na stałe odegnie nam kajdany do tyłu i „jeszcze jedno zbyt głośne słowo, a pozostaną wam wyłącznie usta!”), semestr letni miał się wkrótce zakończyć. Nic, poza szlabanem i wampiryzmem nie wywoływało u mnie przykrych emocji. Niestety, moja choroba zabierała wiele szczęścia z życia. Dopadła mnie istna chandra, zawsze, gdy tylko z czegoś się ucieszyłam, jakiś głos w głowie przypominał mi „Spokojnie, wkrótce szczęście, jak i wszystko inne, należeć będzie do wspomnienia…”.
Noce spędzałam przewracając się z boku na bok, bez choćby kilkugodzinnego zapomnienia o życiu, ucieczki. W pełnię było jeszcze gorzej: nie potrafiłam nawet spokojnie leżeć, nie wspominając o spaniu, mój organizm był bardzo pobudzony i jeszcze do tego wyczulony na ruch, dźwięk, zapach. Potem zorientowałam się, że chodzi o Remusa-wyczuwałam obecność wilkołaka, dlatego nie potrafiłam spocząć i po prostu czułam podświadomie, że trzeba bardzo uważać. Życie stało się jakby dręczące i wiedziałam, że prędzej, cz później oszaleję.
-Może jednak ktoś mógłby ci pomóc?- zapytał Rabastan, gdy ostatniego dnia szlabanu i jednocześnie ostatniej soboty roku szkolnego zmierzaliśmy korytarzem przy dziedzińcu.
-Nie wiem, czy znane jest na to jakieś remedium. Biorę co prawda ten eliksir przeciwko łaknieniu krwi. To chyba jedyne lekarstwo…- westchnęłam- Uzdrowiciele powiedzieliby moim rodzicom, jakbyśmy mieli możliwość zmiany.
Odrzuciłam niedbale długie do połowy pleców loki i zerknęłam nieco wrogo na tradycyjnie okupujących wybraną arkadę Huncwotów, próbujących mnie zmiażdżyć wzrokiem. James wciąż nie rezygnował ze śmiesznej kiteczki na boku czerepu, przewiązanej czarną, żałobną frotką. Widocznie bardzo przejął się stratą przez jego drużynę Pucharu Quiddicha.
-Do domów wyjeżdżamy jutro. Może Dumbledore coś wie?- wymówił to z wyjątkową uwagą ze względu na mnie. Doskonale wiedziałam, że nie przepadał za pogodnym profesorem- Zdążysz z nim porozmawiać. Spróbuj! Widzę, że twój wampiryzm cię zabija.- spojrzałam na niego uważnie. Na jego ponurej twarzy odbiła się troska. Chwilę potem złapał niewielką przesyłkę od puchacza w jedną dłoń. Mała paczuszka z powodzeniem mieściła się w jego ręce. Wydał z siebie odgłos miłego zaskoczenia i schował przesyłkę do kieszeni, rzucając mi ukradkowe spojrzenie.
-No dobra…- westchnęłam, gdy otrząsnęłam się z zamyślenia- Wątpię, czy to cokolwiek da…
Pożegnałam się z nim na rogu, po czym zrobiłam się niewidzialna. Są jednak jakieś plusy tej przypadłości, pomyślałam i wzbiłam się ku górze. Poleciałam wysoko ponad zamkiem, rozkoszując się widokiem całego świata na poziomie oczu. Zewsząd rozpościerał się nieskończony krajobraz. Góry, jezioro, zamek… Z wolna w powietrzu podeszłam ku jednej z wież i zerknęłam za witraż. No tak, Dumbledore siedzi przy swym biurku i czyta, tak dla odmiany. Chyba się nie obrazi, jeżeli wkroczę do niego w nieco niekonwencjonalny sposób…
-Panie dyrektorze?- zapukałam w szybę. Podskoczył jak oparzony i podszedł zaskoczony do okna. Zmaterializowałam się pospiesznie- Mogę wejść? Chciałabym porozmawiać…
-Proszę, panno Lupin…- otworzył okienko najzwyczajniej w świecie i gestem zaprosił do środka. Trochę frapował mnie fakt, że w ogóle się nie przejął moim wejściem. Cóż, być może codziennie ktoś mu włazi do gabinetu przez okno kilkadziesiąt stóp nad ziemią- O czym chciałaś porozmawiać?
-O moim wampiryzmie. Męczę się z nim trochę…- spuściłam wzrok. Zabrzmiało to wyjątkowo mięczakowato, jak na mój gust- Wątpię, by pan mógł z tym cokolwiek zrobić. Ale mój chłopak twierdzi, że może zna pan jakiś sposób, cokolwiek…
-Lecz ty mu wierzysz, jak widzę. I masz rację, teoretycznie nie ma takiego sposobu…- rzekł.
-Teoretycznie?- zdziwiłam się. Dumbledore poprawił okulary na nosie.
-Jest pewien zabieg. Niestety, bardzo drogi i krótkotrwały. Pozwala pozbyć się na około rok do dwóch lat wszelkich oznak i umiejętności związanych z wampiryzmem. Niestety, jak mówiłem, jest krótkotrwały. No i de facto wampirem zostajesz tak czy tak.
-Wszystko mi jedno. Wolę żyć jako człowiek chociażby przez dwa lata, bez czytania w myślach najbliższych, normalnie śpiąc, bez wstrętu do własnego brata i bólu głowy w słoneczny dzień.
-Ten zabieg jest bardzo drogi, panno Lupin.- zwrócił mi uwagę dyrektor- Twa rodzina jest wspaniała- skłonił głowę z szacunkiem ku mnie- ale wątpię, czy stać by ich było na taki wydatek.
Westchnęłam. Czemu zawsze najważniejsze są pieniądze?
-Eliksiry, które wchodzą w skład takiej kuracji otrzymywane są z wyjątkowo rzadkich i drogich składników.- ciągnął- Chociaż… jeżeli wiążesz swą przyszłość z panem Lestrange, nie powinno to stanowić problemu…- spojrzał na mnie nieco kwaśno.
Do mojego serca wkradła się nadzieja. Potem moje brwi zbiegły się razem.
-Pan tego nie pochwala.- to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
-Nie pochwalam.- przyznał prostolinijnie- Zechciej posłuchać rady starego człowieka, który już niejedno widział i przeszedł: towarzystwo pana Lestrange może mieć w najbliższym czasie pewne przykre konsekwencje. To tylko rada, wybór należy do ciebie…
Spojrzałam na niego pytająco, ale stwierdziłam, że nie zdenerwował mnie.
-Dziękuję.- kiwnęłam głową- To chyba wszystko…
-Zastanowię się, co z twoim problemem zrobić. Widzisz, wielu ludziom nie przeszkadza to, że są wampirami.- ruszył ze mną ku dębowym drzwiom wyjściowym, a w jego błękitnych oczach błysnęła iskierka- Perspektywa bycia niewidzialnym i podglądania sąsiadów, szczególnie w porach wieczornych kąpieli, wydaje się być dostateczną rekompensatą. Do widzenia!
Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z gabinetu dyrektora.
Za oknem burzowe chmury zakryły niebo. Jedna kropla uderzyła w szybę, za jej przykładem poszła inna, aż deszcz siekł bez litości w wiekowe szyby. W zamku zrobiło się ciemno, piski i śmiechy uczniów uciekających do środka z błoni wypełniły moje uszy. Ruszyłam wolno przed siebie, obserwując z zamyśleniem dywan. Jutro wyjedziemy. Na nasze ostatnie wakacje szkolne… Zostanie jedynie rok w tym kochanym miejscu.
Przede mną zawisł w powietrzu niewielki liścik. Ze zdumieniem go rozwinęłam.
„Musimy się spotkać. Czekam na korytarzyku do lochów”. Po piśmie poznałam, że to Rabastan. Zerknęłam na zegarek i zrobiło mi się słabo: od pięciu minut trwał mój szlaban.
Użyłam mego sprintu, by znaleźć się na dole. Wpadłam prosto na mojego chłopaka.
-Musimy porozmawiać.- mruknął, nieco wytrącony z równowagi. Skupiliśmy się blisko siebie w rogu korytarza.
-Słuchaj, Meggie.- zaczął- Wiem, że cierpisz z powodu wampiryzmu i jest ci smutno. Wiem, że masz szlaban i nie powinienem poruszać tego tematu właśnie teraz…
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Bezwiednie potarł przedramię i ciągnął dalej:
-Chodzi mi o to, że zależy mi na tobie. Ale wiesz… Nie chciałbym, by to wszystko się zakończyło po szkole, gdy tylko przestaniemy się widzieć regularnie.
Zajrzałam w jego ciemne, smętne oczy. O co mu chodzi?…
-W ogóle nie chciałbym, by to się skończyło. Dlatego…
Sięgnął wyjątkowo opanowanym ruchem do kieszeni czarnych, smukłych spodni i wyciągnął coś, co prawdopodobnie znajdowało się w paczuszce: niewielkie pudełeczko. Uchylił je. Wstrzymałam oddech. W środku znajdował się pierścionek ze srebra z małym, czarnym diamentem o kształcie półksiężyca, lśniącym głębokim granatowym blaskiem, nawet w ciemnościach lochów. Rozdziawiłam buzię. Tak pięknego klejnotu w życiu nie widziałam.
-Wyjdź za mnie.- usłyszałam szept w głuchej ciszy. Przeniosłam wzrok na jego twarz. Mój chłopak był pewny swojego wyboru, widziałam to- Ja wiem, że znamy się dwa miesiące, ale chcę, byś była moją żoną. Dojrzałem do tej decyzji. Kiedy tylko skończysz szkołę…
Uśmiechnęłam się do niego ciepło, czując silne uczucie, oblewające moje serce.
-Dobra, wyjdę za ciebie…- odparłam cicho, z trudem mówiąc. Zapomniałam, że jestem potworem. Zapomniałam o szlabanie. Teraz liczył się jedynie on.
Włożył pierścionek na mój serdeczny palec. Przyjrzałam się klejnotowi.
-Jest piękny…- wyszeptałam. Rabastan przybliżył się do mnie.
-Chyba pora na pierwszy pocałunek...- mruknął ponuro i jednocześnie radośnie, tak po swojemu, za co go kochałam. Zbliżył twarz do mojej…
-Czy możesz mi wyjaśnić, wampirku, dlaczego czekamy na ciebie z Syriuszkiem już piętnaście minut?! Bardzo się stęskniliśmy, obaj!
Ja i Rabastan odskoczyliśmy od siebie gwałtownie. W korytarzu stał Castor Black, wspierając dłonie na biodrach.
-Ja… właśnie…- zająknęłam się.
-Nie widzę potrzeby obśliniania się ze Ślizgonem po kątach naszego lochu na MOIM szlabanie. Już ci mówiłem, będziesz się mogła poślinić z moim kochanym krewniakiem, jeżeli tylko znowu zrobicie cyrk, jak w poniedziałek. A teraz szoruj do gabinetu. A ty, Lestrange, zmykaj w podskokach.- rzucił ręką zamaszyście w stronę wyjścia. Rabastan posłuchał, a ja, powłócząc nogami, poszłam za Blackiem.
-Siadaj!- przykazał Castor. Wykonałam polecenie z wielce obrażoną miną. Chwilę potem ja i Black syknęliśmy z bólu, gdy kajdany odgięły się do tyłu.
-Wiecie, co macie robić. Za karę zostaniecie piętnaście minut dłużej. Odechce ci się ślinienia z panem Lestrange, Lupin.
-Z nikim się nie śliniłam!- warknęłam, patrząc na niego bykiem.
-Nie, ale liczą się intencje.- stwierdził zjadliwie.
-Cóż, jeżeli pan uważa, że na tym polega całowanie… Nic dziwnego, że jest pan sam. Mam jeszcze jedno wytłumaczenie do mojej długiej listy…- zripostowałam mściwie, nie dbając o przebieg dalszych wydarzeń. Black chrząknął z premedytacją, a Castor wpatrzył się we mnie z zimnym niedowierzaniem. Już myślałam, że nastąpi najgorsze, gdy podszedł do mnie i pochylił twarz nisko nad moją.
-Uważaj, dziewczynko.- wyszeptał- Nie jestem taki znowu dobry wujek, jak ci się wydaje…
-Nie odniosłam takiego wrażenia…- wtrąciłam.
-CISZA, JA TERAZ MÓWIĘ!- odgiął moją twarz w kleszczowym uścisku do tyłu. Nawet nie jęknęłam, choć nie należało to do najprzyjemniejszych doznań mojego życia- Wiesz, jak boli rozgrzany metal, gdy dotyka skóry? Może się ZDARZYĆ, że rozgrzeję do białości ten twój zaręczynowy pierścionek na czas tych pięciu godzin…
Black gwałtownie obrócił głowę w naszą stronę, aż chrupnęło.
-Jeszcze mnie nie znasz od tej strony, ale potrafię być naprawdę… nieprzyjemny, słonko.
Odsunął się ode mnie, a ja wyczułam czerwone pręgi na policzkach.
-Do zobaczenia. Przyjdę za jakieś pięć godzin, no, chyba, że mnie zmusicie do wcześniejszej wizyty…
Opuścił komnatę i zostaliśmy sami, po raz szósty w tym tygodniu.
-Ach, rewelacja tygodnia…- usłyszałam z prawej- Zaręczyny. Super. Gratuluję.
-Dziękuję.- burknęłam przekornie.
-Faaajnie.- sarknął Black- Podziwiam cię.
-Słucham?! Za co niby?
-Za to, że wytrzymasz z tym ponurakiem kilkadziesiąt lat. Ja to bym chyba się skichał, ale co tam. Życzę szczęścia młodej parze! Szczęścia po wsze czasy…- ciągnął dalej tym wkurzającym, udającym radość głosem.
-Mógłbyś się przymknąć i siekać ten korzeń?- warknęłam. Z trudem mu to przychodziło, bo dłoń dzierżąca nóż drżała od emocji. Zaśmiał się jedynie pogardliwie.
-Pasujecie do siebie.- mruknął- Serio.
-Słuchaj, w rzyci mam, co myślisz o mnie, czy o moim narzeczonym!- prychnęłam ze złością- Siekaj ten korzeń. Nie mam zamiaru siedzieć nad nim przez cały szlaban.
-Rozkaz, słoneczko moje.- szepnął zjadliwie i zaczął tak siekać, że w stole pojawiły się głębokie wgłębienia na cal. Westchnęłam z politowaniem.
-Tak dobrze?!- warknął, tracąc kontrolę nad sobą. Milczałam- Pytam się!
-Nie muszę ci odpowiadać. W ogóle nie muszę zamieniać z tobą jakiegokolwiek słowa przez całe życie.- mruknęłam. Prychnął.
-Jak chcesz. Bardzo ciekawe. Szkoda, że mam na to lekarstwo.
-O czym ty bredzisz?!
-Nie muszę ci odpowiadać.- uśmiechnął się mściwie. Zajrzałam do jego umysłu, jednak znalazłam tam jedynie wściekłość i mściwą satysfakcję. Sprytnie nauczył się ukrywać myśli.
Zirytowana zrezygnowałam z czytania w myślach i skupiłam uwagę na przytrzymywaniu korzonków, by Black mógł je posiekać swym genialnym sposobem rąbania stołu na drzazgi.
***
„Droga Panno Lupin!
Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej we własnej skórze i że te dwa dni wakacji, które zdążyły minąć, przyniosły Ci odprężenie i radość.
Piszę w sprawie kuracji usuwania efektów ugryzienia przez wampira. Przemyślałem to i udało mi się znaleźć sponsora zabiegu, jeżeli Twój problem jest nadal aktualny. Pan Castor Black z przyjemnością przeznaczy część swych dochodów na taki cel. Wyperswadowałem mu to, w końcu uważam, a zapewne Ty również, iż jest, niestety, pośrednią przyczyną Twych problemów. Szczegółowe wytyczne prześlę Twoim rodzicom, jeżeli jeszcze nie zrezygnowałaś z pozbycia się Swych nadprzyrodzonych cech. Pamiętaj, co Ci mówiłem o sąsiadach.
Łączę wyrazy szacunku. Albus Dumbledore”
***
-A jak im się nie spodobam?
Remus sięgnął do paczki z kolorowymi Fasolkami Wszystkich Smaków. Z podświadomą obawą włożył zieloną do ust. Parsknęłam, gdy gorliwie ją żuł.
-To włosi, Remusie. Oni są naprawdę bardzo otwarci!
-No nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Czemu nie wytłumaczyłaś mamie, żeby się nie upierała?
-Bo ja też chcę, żebyś pojechał ze mną. Byłeś kiedyś za granicą?
Popatrzył na mnie sceptycznie.
-No nie… Ale i tak pozostaję przy swoim stanowisku. To jest po prostu niebezpieczne! Wyjeżdżamy tam na miesiąc, nie? A co z moją likantropią?
-O to się nie martw. To duża, stara willa, znajdziemy dla ciebie miejsce, o ile się nie mylę, była tam taka komórka…
Remus zaśmiał się i podszedł do okna naszego przedziału i uchylił je. Pęd powietrza wpadł do środka, rozwiewając mu gęste, jasnobrązowe włosy.
-Komórka! Dzięki… Ale pięknie, nie?
Podeszłam do niego i wtuliłam twarz w jego szyję, wpatrując się w drzewa o jasnych liściach i zwalczając ogarniające mnie obrzydzenie. Odwzajemnił uczucie.
-Nie mogę uwierzyć, że już są wakacje! Zdaje mi się, jakbyśmy wczoraj lecieli na Mistrzostwa Świata w Quiddichu.- westchnęłam- Teraz jedziemy dalej, niż kiedykolwiek byłeś. Cieszysz się?
-Hmm, w sumie tak. Nigdy nie byłem za granicą, poza Nową Zelandią rok temu i tą grecką wyspą. Martwi mnie tylko, że niezbyt dużo zrozumiem z tego, co oni będą mówić.
-Nie przejmuj się. Włoski mam opanowany do perfekcji!… No prawie, nie mówiłam nim już od kilku lat, ale co tam!- wzruszyłam ramionami- Zresztą, oni trochę umieją po angielsku.
-Czemu tak dobrze znasz ten język?
-Miałam dużo do czynienia z moją przybraną rodziną z Włoch. Przypomnę ci, jakbyś zapomniał…
-Może lepiej nie?- Remus poruszył się niespokojnie- Znowu coś pogmatwam. A więc tak. Twoja ciotka, Anastasia, była przyrodnią siostrą twej matki? A jej mąż nazywa się Giuseppe.
-Tak. Nie byłam u nich od sześciu lat!- pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-No i co dalej? Ojciec tego twojego wuja ma na imię Luciano, jesteś jego pupilkiem. Twoja przyszywana ciotka ma brata…
-Nie! To jest rodzina wujka Giuseppe, nie mojej ciotki. Zupełnie inna rodzina. Nie jestem z nimi nawet powiązana genami, ale traktują mnie jako członka rodziny, kumasz?
-Ehe. W takim razie od nowa. Twój wuj ma rodzeństwo…
-Tak, starszą siostrę Maddalenę i wiele młodszego brata, Sergio. Sergio jest kawalerem, z tego co pamiętam, rzadko bywał w domu, jest nieco odosobniony. Natomiast Maddalena ma męża i dzieci.
Remus westchnął, próbując się skupić:
-Twoje wujostwo ma trójkę dzieci, ale nie pamiętam imion.
-Najstarsza jest Margherita, z tego co pamiętam, jest między nami dwa lata różnicy. Czyli jest już pełnoletnia. Zawsze była nieco wyniosła i poważna. Potem jest Caterina, moja rówieśniczka, czyli szesnastolatka. Zawsze ją najbardziej lubiłam. Pamiętam jeszcze tego malucha, Eustachio. Teraz ma jakieś jedenaście lat…
-A dzieci Maddaleny?
-Jedno, starszy ode mnie o rok Fabrizio. Nieco dziwny, zaglądał mi pod spódniczkę.
Remus parsknął.
-I co, oni kotwaszą się i gniotą wszyscy razem? W jednym budynku?
-A co to za problem?- wzruszyłam ramionami- To bardzo zgrana rodzinka.
-No to ładnie… Będzie cud, jak nikt nie zorientuje się, że jestem jakiś lewy. Mam nadzieję, że wziąłem zestaw obowiązkowy…- zerknął z obawą na kufer, po czym podszedł doń i pogrzebał trochę w idealnie uporządkowanym wnętrzu- Jest!
Wyjął kuferek z eliksirami.
-Byłoby krucho… A ty nie zapomniałaś tej swej wypasionej, oszałamiającej cud-miód kuracji?
-Weź już się nie nabijaj. Aż mnie to zdziwiło, że nasz ulubieniec postanowił być moim sponsorem…
-Taa jasne.- mruknął Remus- Już widzę, jak chętnie, z ekstatycznym uśmiechem na ustach, w podskokach galopuje do banku, by wpłacić wspaniałomyślnie pieniądze na twoją kurację… Na pewno. Pewnie to Dumbledore go do tego zmusił siłą perswazji…
-Serio?- sarknęłam, po czym założyłam ręce za głowę- Dłuży mi się ta podróż… Gdzie jesteśmy? Wciąż w Szwajcarii?
-Nie pamiętam. Chyba już we Włoszech…- Remus zerknął na zegarek- Trzynaście godzin podróży. Tyle to jeszcze nie jechałem. A wciąż nie dojechaliśmy!
-Która godzina?- jęknęłam, masując sobie kark.
-Prawie dziesiąta. Dobrze, że jesteśmy tu tylko w dwójkę, a nie, jak w trzeciej klasie… Widziałaś ten tłok?! Mogliśmy spać na siedzeniach sami, bez towarzystwa. To była chyba najmniej wygodna noc mojego życia, wyłączając przemiany i spanie z Syriuszem, gdy James ze śmiechu posikał się w moją pościel…
Wzniosłam wzrok ku górze.
-To w ogóle jest w jakimś konkretnym miejscu?- zagadnął obojętnie.
-Nie, same lasy. Niedaleko jest miasteczko, Mortara, ale rzadko tam bywamy. Szczególnie w wakacje. Wszystko jest na miejscu, bujny ogród, rzeka…
-Rzeka?- zainteresował się Remus- Kocham wodę. Jaka to rzeka? Duża, szeroka…
-Nie wiem. Jakiś nic nie znaczący dopływ rzeki Scrivia. Niezbyt głęboka, w sam raz na kąpiele… Nasz dom stoi na skarpie, pod którą ona płynie, z okien można by skakać! O ile oczywiście chcesz mieć złamany kręgosłup. Czasem jest rwąca, szczególnie w nocy. Słychać z okien jej delikatny szum…
-Super…- ucieszył się Remus- Ci twoi krewni muszą być bogaci. Willa w takim miejscu, duży ogród…
-Tak. Nawet na służbę domową ich stać. - przyznałam- Jednakże to dość stara posiadłość, sprzed wojny. Prawdziwie bogaty jest Luciano, mój przyszywany dziadek. On dzierży cały majątek, podzieli go dopiero po śmierci.
-Hmm. Służba. To brzmi mi nieco pompatycznie… Zapewne też wystawne przyjęcia…
-Nie, nic z tych rzeczy!- zaśmiałam się- W sumie jest to bardzo hermetyczna rodzina, niewiele wspólnego mająca z zewnętrznym światem, odizolowana… Wystarczy im ich towarzystwo.
Za oknami zmieniał się krajobraz. Było trochę gór, ale nie pamiętałam, czy są to Apeniny, czy Alpy. Powietrze, cudownie rześkie wpadało do naszego dusznego przedziału, robiąc nam bałagan na głowach. Trochę żałowałam, że pozbyłam się na rok moich wampirzych zdolności-mogłabym zrobić się niewidzialna i lecieć na zewnątrz, ramię w ramię z pociągiem, przynajmniej przestałoby mi się nudzić.
-Nudzę się, Remus…- jęknęłam ospale.
-A to moja wina? Nudnym ludziom się nudzi…- wyjął jakąś książkę i zagłębił się w lekturze- Poczytaj coś.
-Już czytałam! Aż mnie głowa rozbolała…
-Nie marudź, Meggie. Za oknem dzieją się naprawdę niesamowite rzeczy…
-Wiem, że tobie się podobają, bo nigdy nie widziałeś niczego poza Epping Forest, Londynem, Hogwartem, ewentualnie krajobrazów na drodze do niego. Ale ja już setki razy widziałam taki widok! Mieszkałam i nie w takich miejscach.
-A jeszcze wczoraj entuzjazm cię zatykał. Mówiłaś „Wielka podróż, ekscytująca podróż”… Czyż nie tego chciałaś?
-Ale adrenalina już zdążyła mi opaść!- Remus westchnął cierpliwie- Możesz mi poczytać na głos.
-Dzięki za łaskę…- prychnął.
Pociąg począł zwalniać po jakimś czasie. Pomyślałam, że to już tysięczna z kolei stacja, lecz wkrótce zorientowałam się, iż to koniec podróży.
-No, jesteśmy na miejscu.- byłam tak ucieszona, że ogarnął mnie dziwaczny spokój.
Wygramoliliśmy się z kuframi na betonową, porośniętą kępkami ziół i chwastów leśną stację kolejową. Pociąg począł gwizdać, puszczać kłęby pary, a ja rozejrzałam się niepewnie po peronie. Mam nadzieję, że pamiętają o naszym przyjeździe!
Jednak wkrótce spostrzegłam, że nie mam się czym przejmować.
-Mary Ann!- rozległ się tubalny okrzyk i wkrótce ku nam potoczył się olbrzymi, brzuchaty wujek Giuseppe, tradycyjnie w garniturze i z gładkim kucykiem, oraz z dwoma mężczyznami, depczącymi mu po piętach- No, chodź tu do mnie, wyściskam cię!
Wujek zgniótł mój nędzny szkielecik jednym, czułym uściskiem. Remus poruszył się niespokojnie-nie zrozumiał ni w ząb tego, co powiedział wujek. Włoch ujął moją twarz w ogromne dłonie, w jego oczkach dostrzegłam łzy szczęścia.
-Nie widziałem cię już tak dawno… Wszyscy bardzo żeśmy tęsknili! A ten młodzieniec?
Przeniósł wzrok na speszonego Remusa.
-On jest ze mną, to mój brat bliźniak. Wiesz, wuju, z mojej prawdziwej rodziny. Przepraszam, że tak bez uprzedzenia…
-Och, nic nic! Znajdziemy dla niego miejsce, bądź tego pewna! Twój brat także należy do naszej rodziny! Eee… jakie ma imię?
-Remus.- Luniaczek poruszył się niespokojnie, słysząc swoje imię.
-Remus?! Pięknie. Brat założyciela naszej pięknej stolicy!- ryknął z uciechy wujek- A poznajesz tych dwóch dżentelmenów? Widziałaś ich ostatnio z sześć lat temu!
Zza pokaźnego wuja Giuseppe wyjrzały dwie przyjazne twarze. Jednym z nich okazał się być Sergio, z o wiele poważniejszą twarzą, niż go zapamiętałam. Miał czarne włosy, jak wszyscy w rodzinie Pianta, nosił skórzaną kurtkę motocyklisty i takie spodnie. W gruncie rzeczy bardzo różnił się od swego brata. Drugiego mężczyzny nie poznałam, chociaż wydało mi się oczywiste, że znam jego twarz.
-To Fabrizio!- zawołał wujek z uciechą, widząc moją minę- Pamiętasz Fabrizio? Zawsze robił ci na złość i kradł twojego misia. Albo podwijał spódniczkę. Raz pamiętam, jak miałaś pięć lat i hasałaś nago po ogrodzie i on się zakradł i wtedy…
-Starczy, wuju…- burknął Fabrizio i spalił cegłę. Wujek i Sergio ryknęli potężną salwą niekontrolowanego śmiechu. Wuj tak się śmiał, że aż zrobił się siny. Remus zmierzył ich mocno spłoszonym spojrzeniem.
Fabrizio wyglądał na typowego siedemnastolatka. Jedna kępka lekko pofalowanych włosów zachodziła mu na oko, ubrany był w dżins. Sprawiał wrażenie znudzonego pana i władcy.
-To co, idziemy do auta? Chodźcie, czeka na was w domu dobre drugie śniadanie!
-Dawaj ten bagaż, Mary Ann…- Sergio wyciągnął rękę, wciąż krztusząc się ze śmiechu. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do niego, podając kufer. Sergio zawsze mnie fascynował.
Remus nie chciał pomocy od wuja i sam chwycił walizę. Wkrótce zgromadziliśmy się przy ukochanym Cadillacu z Ameryki. Kufry zostały załadowane do bagażnika, a ja, Remus i Fabrizio skotłowaliśmy się z tyłu.
-Tak się wszyscy ucieszą!- wrzeszczał wuj zza kierownicy- Cieszyliśmy się na twój przyjazd! Nawet nie wiesz, ile się zmieniło… Jak usłyszeliśmy o twojej matce i jej mężu. To straszne, naprawdę… Ale chociaż ty żyjesz, to się liczy! Hej, Sergio, ryczeliśmy wtedy jak bobry, nie?! O, puść głośniej, UWIELBIAM TO LIBRETTO! LA LA LA LAAAA!!!
Wuj zaryczał wraz ze śpiewakiem operowym, którego głos niósł się z radia, w Cadillacu zadudniło. Wyczułam, że Remus był autentycznie sztywny. Jazda samochodem po prostu wytrąciła go z równowagi.
Po kilkunastu minutach zajechaliśmy na kamienisty podjazd. Wysiadłam z samochodu pierwsza, chłonąc wzrokiem ukochane miejsce. To samo ogrodzenie, obrośnięte powojnikiem, ten sam stary dom, zakryty prawie całkowicie koronami śródziemnomorskich drzew, stojący na lekkim wzniesieniu. Wiedziałam, że za nim rozpościera się niesamowity widok z niskiej skarpy na rzekę w dole i jej drugi brzeg, jego lasy i pagórki…
Uśmiechnęłam się lekko do Remusa, on to odwzajemnił.
-Nie bój się. Jestem tu.- złapałam go za rękę, posyłając krzepiący uśmiech.
-Mary Ann!- ciotka Maddalena upuściła misę z praniem i podbiegła do nas najszybciej, na ile pozwoliły jej na to obfite kształty- Dziecko drogie, jak ty wyrosłaś!
-Normalka, ciociu. A to jest mój brat, Remus…- wskazałam na Remusa. Ciotka pokiwała głową z powagą kilka razy, jakby wszystko zrozumiała. Posłała mu też zachęcający uśmiech.
-A ty co tak stoisz, chłopie, jakbyś Mussoliniego zobaczył?- skarciła brata i uderzyła w jego potężne przedramię- Idź do kuchni i zagoń Bonifację do roboty!
-Swego syna poślij, babo, a nie na mnie będziesz wrzeszczeć, jak opętana!- zawołał z pasją wuj Giuseppe- Fabrizio ma zdrowe nogi, szybko się uwinie.
-No jasne, zawsze tylko „Fabrizio to, Fabrizio tamto”…- burknął chłopak, wpychając ręce do kieszeni i z wolna ruszył ku domowi. Sergio puścił mi oko i także się tam udał, rozglądając nieco niefrasobliwie po otoczeniu i pogwizdując beztrosko.
-Chodźcie, dzieci. Ach, i jeszcze jedno: twój brat mówi wyłącznie po angielsku, zgadza się?- zagadnęła- Postaramy się mówić po angielsku, ale nie wszyscy są w tym dostatecznie dobrzy…
Niektórzy praktycznie nic nie umieją! Świat się wali, dziecko drogie…
-Nie biadol!- rozległo się żachnięcie wuja- Mary Ann umie w dwóch językach. Poradzi sobie.
-Czy aby na pewno?- zmartwiła się ciocia.
Wkroczyliśmy do ciemnego korytarza, gdzie unosił się już znany mi przytulny zapach wilgoci.
-Zaraz pokażę wam wasze pokoje, tylko…
Przez cały korytarz przetoczył się dziki śmiech dziecka. Z jednego z wielu pokojów na parterze wypadło małe dziecko, zaledwie kilkuletnie. Zauważyło nas, po czym stanęło, jak wryte. Za nim wybiegła dziewczyna o czarnych kędziorkach do pasa i czarnych, ładnie zarysowanych brwiach.
-Hej!- ucieszyła się Caterina- Chiara, przywitaj się z gośćmi!
Mała, blada dziewczynka o wielkich, fioletowych sińcach pod oczami i dziwnie wydatnym czole popatrzyła na nas w nieco przerażający, wrogi sposób spod tego czoła, po czym wzięła szybki odwrót i znikła tam, skąd przyszła. Caterina westchnęła z cierpliwością.
-No tak, boi się obcych. Tak rzadko ich widuje. Mary Ann…
Rozpromieniła się i podbiegła do mnie, by przytulić mocno.
-Co to za dziecko? Tak dawno cię nie widziałam!- uśmiechnęłam się do niej promiennie.
-Ja też! Chiara to siostra Fabrizio!
-Co?! Ile ona ma lat?
-Pięć. Kiedy tu ostatnio byłaś, jeszcze jej nie było. A teraz…
-Dosyć tych pogaduszek, Caterina! Zwołaj wszystkich do salonu, będziemy jeść! Muszę pokazać gościom ich pokoje!- zniecierpliwiła się ciocia Maddalena.
-Ależ ciociu!- jęknęła Caterina, ale posłusznie udała się na obchód ich olbrzymiego domu.
-Mary Ann, ty dostaniesz, tradycyjnie wasz stary pokój, prawda? Twojemu bratu zaraz coś znajdziemy na jakimś piętrze. Już możesz odnieść tam swój bagaż, dziecko. Remus!
Luniaczek aż podskoczył, że tak poufale ktoś do niego podszedł.
-Chodź, pokażę ci pokój. Wprawdzie po angielsku nie umiem tak świetnie, ale może uda nam się porozumieć, co? No chodź, synku…
Chwyciła go pod ramię i zawlokła po drewnianych schodach, pokrytych dywanem na górę. Parsknęłam do siebie z jego miny i zaniosłam kufer do pokoju na samym końcu długiego korytarza, naprzeciw łazienki. Uchyliłam solidne drzwi i weszłam do ukochanego, staromodnego wnętrza, w którym zawsze spałam z mamą. Potężne meble zrobiono z dębu: dwuosobowe łoże, o kolorowej, folklorystycznej narzucie stało przy wschodniej od wejścia ścianie, biurko z krzesłem naprzeciw a olbrzymia szafa z wielkim lustrem na zachodniej, równolegle do łoża. Obejrzałam złoty, zaśniedziały żyrandol z żarówkami-nie było na nim ani jednej pajęczyny. Widać, przygotowywali się na mój przyjazd.
Kufer położyłam w nogach łóżka i jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu. Obraz z poprzedniego życia…
-Mary Ann?- Caterina wpadła do mnie z uśmiechem- Już wszyscy czekają.
Udałam się za nią do jadalni. Gdy weszłam, od razu rzucił mi się w oczy spory tłumek, panujący w pomieszczeniu. W wejściu dopadła do mnie ciocia Anastasia, skrajnie różniąca się posturą od swego potężnego męża. Była też jedyną blondynką w rodzinie. Młodsza od wujka Giuseppe o jedenaście lat, wciąż piękna i atrakcyjna. Zawsze ją lubiłam, była najspokojniejsza.
Dziadek Luciano podszedł do mnie z wielkim trudem, wspomagany przez Margheritę. Ponad siedemdziesięcioletni staruszek był już ślepy i przygłuchy, lecz popłakał się ze szczęścia, gdy przytulił mnie zgrabiałym dłońmi. Poczułam, że jednak pozostał na tym świecie jeszcze jakiś mój dziadek. Bardzo się stęskniłam za nim…
Margherita powitała mnie z umiarkowanym entuzjazmem, aczkolwiek grzecznie. Było to dla mnie normalne, ta krępa dziewczyna o czarnych, gęstych falach zawsze była bardzo powściągliwa i opanowana.
Giacinto, mąż Maddaleny zazwyczaj odnosił się do mnie uprzejmie, jednak nigdy nie okazywał mi wylewnie uczuć. I tym razem tak było. Giacinto był młodszy od swej żony o jakieś cztery lata, robiła mu się łysina na czubku głowy, był szczupły i wysoki. Zawsze czułam do niego jakąś dziwną niechęć. Może dlatego, że nie należał do rodziny genetycznie?
Eustachio, syn wujka i cioci przywitał się nieco sztywno i niechętnie, jako, że praktycznie wcale mnie nie znał.
Remus wywołał sporą sensację i deszcz pytań. W końcu zrobił się rumor i nic nie było w stanie go zagłuszyć, no, może z wyjątkiem wciąż wybuchającego tu i ówdzie rubasznego śmiechu wuja.
W końcu dało się słyszeć zachrypły wrzask:
-Cicho, ludzie szaleni! Zasiądziemy teraz do jedzenia! Bonifacjo!- to ciocia Maddalena wrzasnęła, aż domem zatrzęsło. Towarzystwo, jazgocząc beztrosko, zasiadło do stołu. Zajęłam miejsce pomiędzy Remusem a Cateriną, każdy porozsiadał się, gdzie chciał. Tylko Chiara z nieco speszoną miną wskoczyła wujkowi Giuseppe na kolana i mocno się przytuliła.
-Moje ty…- pogładził ją po czarnych, martwych włosach czule.
-Chiara, złaź z wujka. Wujek chce zjeść jak człowiek.- rzuciła niedbale ciotka Maddalena do córeczki. Tamta tylko pokręciła przecząco głową i jeszcze mocniej się przytuliła. Dostrzegłam, że Giacinto przewrócił oczyma, zanim nie zabrał się za swoją porcję mozarelli z pomidorkami.
50. Złączone dłonie Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 03 Kwietnia, 2010, 09:55
-Iiiiiii, proszę państwa, Black przechwytuje kafla przeciwnika. Pięknie, co za chwyt, ten chłopak ma talent… Tak, teraz podaje go do Lupin, ta robi wspaniały slalom pomiędzy przeciwnikami! Już pędzi do bramek, GREYSON BROŃ!!! GOOOOL!!! GOL DLA GRYFOOONÓW! Doprawdy, dziś czerwona drużyna gra rewelacyjnie! Sto dwadzieścia do zera dla Gryfonów, absolutny rekord tego sezonu!
-Oh, yeah!- wyszczerzył zębiska do mnie Syriusz, zawieszony na miotle niedaleko. Odwzajemniłam euforię podobnym uśmiechem.
-Wznawiamy grę, Krukoni do boju, jeszcze macie znikome szanse… Kafel w posiadaniu Lupin, podaje do Blacka… Znów Lupin, znów Black… Ona i Black lawirują ostro pomiędzy przeciwnikami, co za lot!…
Ja i Syriusz, dosłownie śmiejąc się z siebie i głupich, otumanionych Krukonów, lecieliśmy blisko siebie i podawaliśmy sobie co chwilę piłkę. Ogarniała mnie aż zbyt pewna siebie euforia, coś takiego, jakby nikt mi nie był w stanie przeszkodzić, czy zepsuć humoru. Widząc po minie, Syriusz czuł chyba podobnie. Przypominało mi to chwile na jego motorze-wtedy było tak samo. Ten mecz doskonale się toczy.
-A oto Bell już podlatuje ku bramkom przeciwnika, obserwując bacznie swoich. Lupin już pędzi ku niemu, już podaje mu kafla i… BELL WBIJA GOLA! Sto trzydzieści do zera dla Gryfonów!
Philip wydał z siebie radosny odgłos. Przybiłam mu piątkę, gdy tylko mijaliśmy się w locie. Chwilę potem rozległ się gwizdek: James złapał znicza.
Przez całą widownię przetoczył się gromki ryk szczęścia, aplauz i gwizdy zagłuszyły wszystko inne. Ja i mijający mnie James, wciąż kurczowo trzymający znicza, padliśmy sobie w objęcia i opadliśmy na zieloną, kwietniową trawę w uścisku. Po chwili cała drużyna zbiła się w jedną masę. Wrzeszczeliśmy, jakby Puchar był już nasz. Tak naprawdę owa radość wynikała z poczucia, że nasza drużyna tak wiele może, że tak wspaniale się zgraliśmy…
Gryfoni wygrali druzgocącą liczbą punktów: dwieście osiemdziesiąt do zera, co było prawie niemożliwe. Nie potrafiłam uwierzyć w to wszystko.
Kiedy już nieco ochłonęliśmy, ja, James i Syriusz szybko ulotniliśmy się. Zignorowałam miażdżący wzrok Lukasa i jego wściekłe myśli, gdy tylko zobaczył, z kim odchodzę i już wkrótce przebieraliśmy się. Gdy cała drużyna radośnie trajkocząc (z wyjątkiem Luke’a) opuściła przebieralnię, nasza trójka usiadła na jej drewnianych schodkach, obserwując z niemym zachwytem zamek.
-Nie no, to było wyczynowe!- ucieszył się James z mojej lewej, nie wytrzymując kilku minut ciszy. Chwilę potem zerwał się z miejsca i począł przed nami krążyć w kółko.
-James, masz robaki? Usiądź choć raz w spokoju!- parsknął Syriusz, siedzący obok mnie po prawej- Psujesz mi widok zamku!
-Tak swoją drogą, Łapo, to czegoś się nawdychał przed tym meczem? Ty też, Meggie?! Normalnie, jak was obserwowałem, to mieliście miny, jakby was napoili alkomatem! Sorry, chciałem rzec: alkoholem, jakby was napoili alkoholem…
-Dlaczego?- uniosłam brwi.
-No patrz…- James wyszczerzył się tak bardzo, że wszystkie zęby mu było widać- Jak totalne przygłupy. Coś wam się stało? Jesteście dziwnie uradowani…
Wymieniliśmy z Syriuszem rozbawione, porozumiewawcze spojrzenia. Syriusz bezwiednie kopnął deskę, która pełniła funkcję podłogi, rozmyślając nad czymś.
-No, nareszcie! Czekamy na was już kilkanaście minut na dole!- Remus i Peter wyszli zza drewnianej ściany szatni.
-Mecz był genialny!- klasnął w dłonie Peter na powitanie- Szkoda, że tak nie poszło nam ze Ślizgonami…
-No, niestety. Mogliśmy im dokopać, stać nas było na to!- przytaknął Remus, opierając się o drewnianą barierkę niedaleko krążącego Jamesa. Peter usiadł kilka stopni niżej, niż ja z Syriuszem.
-Tja. Teraz nie panoszyliby się tak! Ten durnowaty Lestrange…- fuknął James, zatrzymując się na chwilę- Napuszony pacan. Chodzi tylko z nosem na kwintę i uważa, że jest najlepszy.
-James, nie zaprzeczysz, że jest świetnym graczem!- stwierdziłam.
-No jasne!- Rogaś wyszczerzył zęby- A ty go musisz bronić, bo ostatnio często rozmawiacie, nieprawdaż? Solidarność w stadzie musi być…
-Daj spokój!- żachnęłam się- Przecież nikt nie podważy tego faktu! Dzięki temu, że Ślizgoni mają Rabastana w drużynie, są tacy niepokonani! Sam to mi powiedziałeś, gdy leżałam w szpitalu, pamiętasz?
-Ależ on nie jest jakiś nie wiadomo jaki!- obruszył się Syriusz, czymś zirytowany- Jest po prostu bardzo zwinny.
-Mam wrażenie, że z jakiegoś powodu macie do niego pretensję…- zmarszczyłam brwi.
-Tak, bo ośmiela się z tobą rozmawiać!- burknął James- To przecież parszywy gnojek!
Zaśmiałam się w głos.
-James, odbiło ci do reszty?! To chyba dobrze, że jest dla mnie taki, nie? Ja go lubię, on…
Urwałam, zastanawiając się, co wypadałoby powiedzieć po stwierdzeniu “on”.
-Ahh, i tu mamy odpowiedź, na nurtujące nas pytania!- zawołał z teatralnym romantyzmem Remus- Wielka miłość, ot co, mości panowie!
-Dobrze się czujesz, braciszku?- zadałam retoryczne pytanie, nasączone pogardą- Źle odczytałeś moje milczenie, dziecinko. Po prostu, dobrze nam się rozmawia…
-Nie, nie wzbraniaj się przed tym namiętnym uczuciem!- Remus aktorskim gestem odgiął głowę w bok, zasłaniając twarz dłonią we wdzięcznej pozie- Poczujesz smak prawdziwego uczucia! Bo kiedy tak się dzieje, gdy jeden homo sapiens kocha drugiego homo sapiens, wszystko wkoło pokrywa taka kolorowa…
-Zaraz!- przerwał Peter zdziwionym głosem- Myślałem, że jak homo kocha homo, to jest coś nie tak…
Remus urwał, bo go zatkało, James ryknął rubasznym śmiechem, a Syriusz obok mnie burknął, czymś zezłoszczony:
-Peter, ty ćwierć-inteligentny jednokomórkowcu…
Peter rzucił mu spojrzenie dziecka, któremu ktoś zabrał zabawkę.
-Ehh…- James chrząknął- Syriusz chciał powiedzieć “Peter, ty uzdolniony, wartościowy mężczyzno, którego nie ima się żadna wiedza…”! Nie odczytuj tego opacznie, Pet!
Peter zrobił nieco urażoną minę.
-Syriusz ma zły humorek…- dodał James z szyderczym uśmieszkiem.
-To proste, nie zaznał MIŁOOOŚCI!- podjął dramatycznie Remus na nowo.
Syriusz posłał mu tak wymowne spojrzenie, iż wszyscy zrozumieli, że powątpiewa poważnie w istnienie jakiegokolwiek choćby śladu organu myślącego w głowie Luniaczka.
-No, przecież mam rację. Bez miłości człowiek nie może żyć, spytaj mamy.- wyszczerzył się perfidnie Remus.
-Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen…- burknął pod nosem Łapa.
-Ty ignorancie. Bezwstydny realisto! Jak mogłeś tak go sprowadzić na ziemię!- zakrzyknął James z udawanym dramatyzmem- Każdy potrzebuje miłości, nawet taki kozak, jak ty, Łapo! Co prawda, nie zazdroszczę tej ekstremalnie cierpliwej i wyrozumiałej dziewczynie bez rozwiniętego powonienia i narządu słuchu, która zagości w twoim życiu… Kupię jej trumnę na wasz ślub, taki skromny, praktyczny prezent…
-Dzięki, że mnie tak dowartościowujesz. Póki co, szaleją za mną same puste dziuńki… Jak się ich pozbyć?!- zadał retoryczne pytanie Łapa.
-To proste: nie myj się.- zagadnął rzeczowym, poważnym tonem Rogaś- Przez tydzień. Gwarantowane masz, że nawet zaczną uciekać! A jak wytrzymasz dłużej i na skórze pojawi ci się szarawo-brunatna skorupa: bonus! I nauczycieli masz z głowy! Fajnie, nie? A jak potrzymasz jeszcze trochę, załóżmy, że nie wykorkujesz po drodze, to niewątpliwie intensywny dym, jaki za tobą się pociągnie, wnet zabije uporczywe insekty, w tym Ślizgonów! Hmm, ile radości z nieczystości…- dodał na koniec niepewnie.
-Jakby się ze mnie tak kurzyło, to miałbym chyba nieco zakłóconą widoczność. Ale to dobry pomysł, dzięki! Grunt, to być zdesperowanym…- westchnął Syriusz. Położyłam dłoń na jego kolanie, pragnąc dodać mu otuchy.
-Hej, uszy do góry!- szepnęłam uspakajająco- Idzie maj, Łapo!
Posłał mi niemrawy uśmieszek.
A maj przyniósł stres przed egzaminami, oraz duże temperatury i wspaniały zapach zbliżających się wakacji… Ale zanim egzaminy nastąpiły, uczniowie udali się po raz ostatni w tym roku do Hogsmeade. Większość wolała pozostać w zamku i uczyć się, ale spora ilość skorzystała z możliwości spędzenia soboty we wiosce.
Niezbyt interesował mnie fakt, że za dwa dni mam egzamin z transmutacji. Z czystym sumieniem ja i Lily chwyciłyśmy formularze i zbiegłyśmy na sam dół, do Filcha, zbierającego pozwolenia od rodziców.
-Jesteś pewna, że nie chcesz powtórzyć do transmutacji?- spytała Lily nieco niepewnie. Prychnęłam z pogardą.
-Naprawdę, kufel kremowego piwa dobrze nam zrobi, Liluś… Nie stresuj się tak, to tylko egzamin… Poza tym, zaraz wrócimy i zdążymy wszystko nawet z dwa razy powtórzyć!
-Niech ci będzie.- mruknęła, gdy zbiegałyśmy łagodnym zboczem ku drodze do wioski- Ale nie chcę wysłuchiwać potem twoich utyskiwań, że czegoś nie zdążyłaś, ostrzegam!
-Taa…
Leniwe, ciepłe południe odznaczało się małym, praktycznie niewielkim ruchem na uliczkach Hogsmeade. Także fakt egzaminów oznaczał mniej ludzi we wiosce. Czułam się doskonale, pomijając fakt nieprzyjemnego bólu głowy spowodowanego fotofobią.
Za zakrętem przy magicznej aptece przypomniało mi się o eliksirze na łaknienie krwi.
-Wstąpimy na chwilę? Muszę coś kupić…
-Może poczekam na zewnątrz? Tam trochę cuchnie…- mruknęła niewinnie Ruda. Westchnęłam ostentacyjnie i wstąpiłam do środka.
-Tak, kochaneczko?- zapytała dziarsko ekspedientka.
-Chciałabym prosić o średniej wielkości porcję eliksiru zwalczającego łaknienie krwi.
Kobieta spojrzała na mnie ostrożnie, po czym sięgnęła do odpowiedniej beczułki, by nalać kilka uncji płynu. Poczułam się dziwnie wyobcowana, ale moją uwagę zaraz odwróciła Lily, która za oknem rozmawiała z Lukasem. Zmarszczyłam brwi. Ciekawe, czego on chce?
Zaledwie wyszłam z apteki, Lukas zwrócił się ku mnie. Posłałam mu niezbyt przychylne spojrzenie, toteż wykrzywił twarz, obrócił się na pięcie i odszedł.
-Ech, znowu ma jakieś pretensje…- wytłumaczyła Lily- Coś chciał od ciebie.
-No nie, chyba się nigdy nie odczepi!- przeczesałam czarno-rude loczki palcami ze zniecierpliwieniem- O co mu chodzi?! Czy ja jestem jakaś cudownie piękna?!
-No wiesz, nie powiedziałabym, żebyś była brzydka…- rzekła wymijająco- Masz interesującą urodę. Poza tym, nie miej do niego pretensji, tak to już jest na tym świecie. Może, jakbyś sobie kogoś znalazła, to by przestał…
Zawiesiła głos sugestywnie, po czym zerknęła na mnie z szyderczym uśmieszkiem.
-Jak tam Syriusz?
-To aluzja?- mruknęłam, unosząc ironicznie brew.
-Oj, przestań się boczyć! Po prostu się pytam, ostatnio często was razem widuję…
-Lubię go.- wzruszyłam ramionami- Chyba nawet za bardzo…
Lily wydała z siebie odgłos pomiędzy okrzykiem tryumfu, a błogim westchnięciem.
-Lily!- fuknęłam z wyrzutem i zatrzymałam się, zaplatając ręce na piersiach- Wykluczone! To nie jest tak, jak myślisz, że jest… To znaczy… Jeżeli już o tym mowa… Tak w ogóle… Syriusz jest tylko… Syriusz ma…
-No już, pozbieraj się z gleby!- zarechotała mściwie- Widzę, że wprawiłam cię w niezły zamęt. To chyba mówi samo za siebie…
-Przestań! Nie ma mowy! Syriusz jest dla mnie…
-No, jaki? Dalej, kotku, nie krępuj się!
Niedaleko nas przystanęli Huncwoci, wszyscy czterej. Rozdziawiłam buzię z zakłopotania. James, Remus i Peter dusili się ze śmiechu, a Syriusz wyszczerzył białe kły, wspierając dłonie na ubranych w skórę biodrach. Chrząknęłam wymownie, zdając sobie sprawę, że od dłuższego czasu nas słuchali.
-No, jeżeli masz mówić o mnie, powiedz mi to prosto w twarz!- zawołał entuzjastycznie.
-Nie! Chciałbyś!- zmrużyłam oczy.
-Jakbyś zgadła! Chciałbym usłyszeć, co masz o mnie do powiedzenia.
Zaległa dziwna cisza, w czasie której wpatrywaliśmy się w siebie wyczekująco. Huncwoci i Lily porozrzucali swe spojrzenia po otoczeniu z zakłopotaniem, przynajmniej prawie wszyscy.
-Chciałam ci powiedzieć, Lily, że Syriusz jest dla mnie jak przyjaciel. Koniec podniecającej nowiny!- zawołałam przekornie. Huncwoci zgodnie ryknęli śmiechem, poza Syriuszem, który udał zmartwionego, marszcząc brodę w podkówkę.
-Czyli mnie już nie kochasz?!- chlipnął teatralnie, a wszystkich to bardzo ucieszyło.
-Jesteś okropny!- burknęłam i obróciłam się na pięcie, czując na policzkach rumieńce wstydu i zakłopotania. Rzuciłam się pędem przed siebie, ignorując ryczącą ze śmiechu piątkę za mną po czym wpadłam do Trzech Mioteł, by napić się wytęsknionego kremowego piwa i mając nadzieję, że zaraz nieco ochłonę po tej sytuacji.
Rosmerta zerknęła na mnie ze zdziwieniem, gdy tylko dostrzegła moją zaróżowioną z emocji twarz, ale bez zbędnych pytań podała mi butelkę piwa. Usiadłam sama przy jednym ze stolików, czując zirytowanie. No nie, wypadło zupełnie inaczej, niż miało! Syriusza lubię, owszem, może nawet za bardzo, ale nie w tym sensie! Nie podoba mi się, oj nie! Chyba nie…
Potrzasnęłam głową, jak pies, który otrzepuje się z wody. Już sama nie wiem, co czarne, a co białe. Syriusz jest wyjątkowy i w ogóle, to nie pozostawia żadnych wątpliwości. Czyżby miał być kimś więcej? Przecież to nonsens, nigdy tak na niego nie patrzyłam! Co prawda, od pewnego czasu widziałam w nim kogoś zupełnie innego niż reszta, ale bez przesady! To nie musi oznaczać od razu nie wiadomo czego!
-Bzdury!- syknęłam do siebie.
-Co bzdury?- usłyszałam pretensjonalny głos nade mną. Rabastan Lestrange zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem. W ręku trzymał chyba Ognistą Whisky.
-Nic, nic!- zaśmiałam się z zakłopotaniem- Mam na myśli instytucję egzaminów! Eee…
-Hmm, racja!- postawił kufel naprzeciw mnie i usiadł.
-Gdyby nie egzaminy, mielibyśmy masę wolnego…- dokończyłam ostrożnie.
-Zgadzam się z tobą w stu procentach!- oznajmił nieco wyniośle, gładząc swój niedbały zarost- Przez owutemy nie mam nawet kiedy polatać na miotle, a przecież one mi się nie przydadzą na nic!
-Nie?- zdziwiłam się. Posłał mi badawcze spojrzenie.
-No, zależy gdzie trafię.- rzekł wymijająco- Poza tym, jestem tak bogaty, że nie muszę pracować!
-No tak, racja.- przyznałam- Ja muszę pracować... Ale mnie to nie przeraża!- dodałam szybko, widząc jego pytający wzrok. Upił trochę whisky, wpatrując się w brudne okno. Przypominał mi teraz młodszą kopię Patricka Wildera, choć nie tak przystojną. Wpatrzyłam się bezwiednie w jego półprofil, nie dostrzegając, że zerknął na mnie. Przejechał smukłą dłonią długie, ciemne włosy, uśmiechając się do mnie.
-Co?- zagadnął.
-Nic.- speszyłam się, karcąc w duchu za tracenie świadomości. Wyczułam bijące od niego pozytywne rozbawienie i jakiś spokój. Coś go musiało odprężyć, ciekawe tylko, co?
-Długo przyjaźnisz się z Severusem?- zagadnął.
-Już ze dwa lata.- odparłam po krótkim zastanowieniu.- A co?
-Zawsze bardzo pozytywnie cię opisywał, byłem ciekaw, czy miał rację.- wzruszył ramionami niby od niechcenia- Tamtą szl… mugolkę… także. Tak samo Gregor. Zapewne jesteś bardzo interesująca, jeżeli przykułaś jego uwagę…- znów upił whisky, wlepiając we mnie swój badawczy wzrok. Zastanowiłam się nad jego słowami. Lukas, Gregor… Można się nabawić arogancji i narcyzmu, he he.
-Na pewno Gregor coś sobie ubzdurał.- pospieszyłam z wyjaśnieniem.
-Wątpię. Ale bardzo mnie intrygujesz. Wiesz, Gregor nie jest zbyt hmm… no, żadna dziewczyna jeszcze nie zaprzątała jego myśli. Po prostu próbuję to rozgryźć. Próbuję ciebie rozgryźć.
Spuściłam wzrok na butelkę. Rabastan chyba to opacznie odebrał, bo zaraz zawołał:
-Nie, nie czuj się skrępowana! Nie próbuję cię stawiać w niezręcznej sytuacji. Po prostu mnie zastanawiasz, to wszystko.
-W porządku.- uśmiechnęłam się- Nie krępujesz mnie. Ja zwyczajnie nie rozumiem Gregory’ego. Pomagałam mu w szpitalu, opiekowałam się nim. To wszystko, nic więcej…
-No widzisz i tu masz odpowiedź!- Rabastan uśmiechnął się lekko- Czy wyobrażasz sobie, żeby on opiekował się, tak dla przykładu, Gryfonem? To go właśnie zafascynowało: że jesteś opiekuńcza, że traktujesz go inaczej, mimo, iż to wróg.
Uniosłam brwi. Rabastan przyglądał mi się chwilę z badawczym zaintrygowaniem, po czym dopił zawartość kufla i wstał.
-Na razie, Meggie!
Obserwowałam ze zdziwieniem jego smukłą sylwetkę, spowitą w raczej mroczny ubiór, dopóki nie wyszedł z pubu.
-Nazwał mnie Meggie!- stwierdziłam do siebie szeptem. Z zaskoczeniem odkryłam, że ta poufałość wcale mnie nie obraziła, wręcz przeciwnie.
Na zewnątrz poraziło mnie słońce i z cichym jękiem, posyłając tęskne myśli ku ciemnemu wnętrzu Trzech Mioteł, swe kroki skierowałam ku błoniom Hogwartu.
-Meg!- z Miodowego Królestwa wypadła właśnie Lily, machając mi. Posłałam jej pogardliwe spojrzenie ciężko obrażonej i dalej szłam w swoją stronę. Trochę mnie goniła, dopóki zza węgła jednego z domów nie wynurzył się Severus z Nottem i Rabastanem. Wyglądali, jakby o czymś zawzięcie przed chwilą dyskutowali. Posłałam im zdziwione, ostrożne spojrzenie. Sev uśmiechnął się z zakłopotaniem, Rabastan podobnie, natomiast Nott coś warknął i odszedł w kierunku wioski. Wpatrzyli się w niego z niepokojem.
-Meg, idziesz do szkoły?- zagadnął Severus, gdy już otrząsnął się z letargu.
-Tak, miałam zamiar się pouczyć do transmutacji…- wzruszyłam ramionami.
-Świetnie, pouczymy się razem. Chyba, że Lily…
-Nie, możemy pouczyć się razem, Sev!- ucieszyłam się- Chodź!
-Idziesz, Rabastan? Może pouczysz się z nami do owutemów?- zagadnął Sev na odchodnym. Ślizgon jedynie kiwnął głową i razem, w trójkę, udaliśmy się do zamku, by spędzić razem resztkę soboty na nauce.
Niedziela także nie zapowiadała się lepiej, już po śniadaniu ja i Severus ściągaliśmy ze wszystkich możliwych miejsc księgi z dziedziny transmutacji i zaklęć. Głowa bardzo mnie bolała, ale wolałam się nie skarżyć. Wiedziałam, że niewiele pozostało do końca. Severus chyba czuł podobnie. Razem wertowaliśmy woluminy w poszukiwaniu wiedzy, rozkoszując się myślą, że do końca pozostał jedynie ostatni ciężki tydzień…
-Mary Ann, czujesz? To ostatnie egzaminy w Hogwarcie! Więcej już nie będzie, tylko owutemy…- Severus sięgnął po księgę zaklęć i przewertował ją jeszcze raz od końca. Robił to po raz kolejny w ciągu pięciu godzin, które upłynęły od śniadania.
-Taa… Szybko zleciało.- westchnęłam.
Naraz obróciliśmy głowy w kierunku korytarza, skąd dochodziły podejrzane odgłosy. Wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia.
-Dobra, pójdę zerknąć, o co chodzi.- mruknęłam i podeszłam szybkim krokiem pod same drzwi biblioteki.
Na korytarzu zgromadził się mały tłum uczniów, obserwujący jakąś scenę z podnieceniem. W większości byli to Gryfoni, którzy krzyczeli coś, nieźle się przy tym bawiąc.
-Przepraszam, och, przepraszam…- przepchnęłam się przez tłum gapiów, by dotrzeć do centrum sprawy, zaciekawiona, co się dzieje.
Rabastan Lestrange leżał na ziemi krzyżem, z ust wypłynęło trochę krwi. Nad nim, w optymalnej odległości stał Syriusz Black, celował weń różdżką i uśmiechał się mściwie. Pod ścianą dostrzegłam Jamesa i Petera, zaśmiewających się do rozpuku ze Ślizgona.
-Te, Lestrange, jużeś się chyba należał…- warknął Łapa i uniósł różdżkę.
-Stop.
Złapałam go za nadgarstek w ostatnim momencie. Jego pytający wzrok omiótł moją twarz.
-Zostaw go.- poprosiłam. Syriuszowi stężała twarz.
-Ale przecież to gnój!- zerknął na Rabastana z obrzydzeniem.
-Ale go zostaw.- nacisnęłam.
-Daj spokój, to Ślizgon! To chyba zrozumiałe, nie?- lekko oswobodził dłoń z mojego uścisku i z jego różdżki wystrzelił niebieski promień. Chybił, obok ofiary w podłodze pojawiło się płytkie wgłębienie.
-Syriuszu, PROSZĘ!- rzekłam natarczywie. Syriusz cmoknął ze zniecierpliwieniem i przybrał zblazowaną pozę. Wsparł ręce na biodrach.
-Radziłbym ci nie litować się nad takimi bezwartościowymi…
-On NIE JEST bezwartościowy, rozumiesz?- zapytałam, czując wzbierającą złość.
Syriusz uśmiechnął się złośliwie.
-Och, jeżeli uraziłem twoje uczucia…- skłonił się teatralnie- Z góry wybacz.
Zmarszczyłam się ze złością.
-JEGO przeproś!- wskazałam na Rabastana. Syriusz wydał jęk obrzydzenia.
-Chyba najpierw zdechnę… Nie zadaję się z takimi śmieciami.
-Jesteś tak przekonany o własnej wartości, że mnie mdli!- warknęłam- Zawsze tak było…
Black spojrzał na mnie wrogo.
-Powinieneś mieć lepsze rozeznanie w rzeczywistości.- zmierzyłam go od stóp do głów pogardliwym spojrzeniem.
-Masz coś do mnie?!- zaplótł ręce na piersi.
-Owszem, jest wiele takich rzeczy…
-Proszę bardzo, chętnie posłucham!
-Jasne… Wolałabym, zamiast mówić o tobie, usłyszeć, DLACZEGO sławetny, boski Syriusz Black RACZYŁ zaatakować bezbronnego Ślizgona!
-Nie musisz tego wiedzieć!- warknął.
-Och, no tak!- zawołałam z ironią- Zapomniałam, że doskonały pan Black NIE ŻYCZY SOBIE by zwykli śmiertelnicy zgłębiali sekrety jego świątobliwej główki!
-Ale jesteś miła!- rzekł zjadliwie- Po prostu, może miałem powód! Chyba mam prawo?
-Wiesz co?- zmrużyłam oczy- Nie pogrążaj się…
-No nie!- zaśmiał się jak wariat- Nie wierzę własnym uszom! Czy ty zdajesz sobie sprawę, dziecinko…
-Nie mów tak do mnie.- warknęłam ostrzegawczo.
-Mówię, jak mi się podoba, dziecinko!
-NIE MÓW TAK DO MNIE!- wrzasnęłam.
-Opanuj się trochę!- krzyknął ze złością- I lepiej idź się pouczyć, z pewnością to pożyteczne, kotku…
Wymierzył w Rabastana Zaklęcie Swobodnego Zwisu.
-BLACK!- opuścił różdżkę, gdy dostrzegł koniec mojej przy swym lewym policzku.
-Zgłupiałaś do reszty?!- wrzasnął, zaskoczony.
-Sam zgłupiałeś! NATYCHMIAST go wypuścisz!
-No no, tylko mi nie mów, co mam robić!
-Proszę, jakie to typowe!- zaśmiałam się z sarkazmem- Wysil się na oryginalniejszy tekst… O co ci chodzi?! Wściekasz się na niego, bo… Bo ze mną rozmawiał?! Bo spędzam z nim czas?!
Blackowi twarz poczerwieniała z wściekłości.
-O czym ty bredzisz?!- dostrzegłam w jego oczach jakiś strach. Roześmiałam się ze złośliwym, tryumfem.
-Hmm, jakie to oczywiste… Rabastan to niezła konkurencja dla szacownego panicza Blacka…
-Ja… może mam coś… Jesteś nienormalna…!- zaplątał się we własny język.
-SAM JESTEŚ NIENORMALNY! Atakujesz go bezpodstawnie!
-Oczywiście, teraz dobrotliwa panna Lupin postanowiła wszystkich nawracać na słuszną drogę miłości i pokoju… Weź już się zamknij, dobra?! Nie mam ochoty słuchać twych prawych morałów!
-Ty jesteś jakimś totalnym idiotą!!!- zawołałam z niedowierzaniem- Gadam z imbecylem!
-Przestań!!!- ryknął- Po prostu się zamknij, dobra?!
-NIE MÓW TAK DO MNIE, BLACK!
-MOGĘ MÓWIĆ, CO CHCĘ, DZIECKO!
-POWTÓRZ TO, KRETYNIE!!! SPRÓBUJ POWIEDZIEĆ TAK JESZCZE RAZ, A…
-A CO?!- ryknął śmiechem. Był tak wściekły, że aż się chwiał- NIC MI NIE ZROBISZ, DZIECKO!!! MAM GŁĘBOKO GDZIEŚ TWOJE ZAKICHANE GROŹBY!!!
-UWAŻAJ, BO ZARAZ PRZEGNIESZ!!!- pobielałam ze złości. Miałam ochotę go rozerwać na strzępy. Z różdżki wystrzeliły czerwone iskry.
-I CO Z TEGO?! NIE ROZŚMIESZAJ MNIE, KOTKU!!!- łzy wściekłości zwilżyły jego oczy.
-ACULEUS!!!
Fioletowy promień ugodził go prosto w policzek. Black zawył i złapał się za twarz. Zacisnęłam mocno dłoń na mojej różdżce.
Przez tłum gapiących się na scenę uczniów przebiegały szmery. Nie patrzyłam w tamtą stronę.
Black wyprostował się i odjął rękę od buzi. Na policzku miał wyraźną, czerwoną pręgę po Zaklęciu Żądlącym. Byłam tak wściekła, że miałam ochotę jeszcze nią w niego uderzyć. Nogi trzęsły się pode mną z furii. Waza, stojąca nieopodal, poszła w drobny mak.
Black wpatrywał się we mnie z wściekłością i, jednocześnie, niedowierzaniem. Był siny na twarzy, jego zaszklone łzami oczy z dziką furią mnie obserwowały.
-Nienawidzę cię!- wycedziłam z goryczą- NIENAWIDZĘ!
-Mogę ci powiedzieć dokładnie to samo!- warknął szeptem.
-Przepuśćcie mnie, no! Black, Lupin! Co to ma znaczyć?!- Castor Black przepruł się przez tłum szepczących uczniaków- Aha, wdajemy się w pojedynki na środku korytarza?! Lestrange, a co tobie?- pochylił się nad Rabastanem. Skorzystałam ze sposobności i przeniosłam wzrok z powrotem na Blacka.
-Nie odzywaj się do mnie do końca życia. Nie mam zamiaru NIGDY WIĘCEJ z tobą rozmawiać!- warknęłam. Black mierzył mnie nienawistnym spojrzeniem.
-Są na to inne sposoby…- mruknął złowrogo po chwili. Zmarszczyłam się gniewnie, bo nie zrozumiałam tego debila ani trochę. Uśmiechnął się tylko z przerażającym, morderczym tryumfem i po prostu odszedł, łapiąc się za policzek. Obserwowałam chwilę jego plecy i trawiłam niespotykaną nienawiść, jaka opanowała moje serce. Nie cierpię go! Rozwaliłabym go z miejsca jakimś skutecznym urokiem…
Zacisnęłam mocno różdżkę w dłoni, prawie ją miażdżąc. Jego ostatnie słowa wydały mi się przez chwilę dziwnie złowrogie, jednakże szybko wróciła mi jedynie wściekłość i oślepiająca nienawiść do Blacka. Nie, on NIGDY się nie zmieni, choćby nie wiem co. Tym razem już wiem, że to koniec. Nie mam zamiaru więcej z nim rozmawiać. Ile już razy przysporzył mi takich nerwów?! Nie, więcej tak już nie będzie, odtąd nie będę się do niego nawet zbliżać. Kretyn!…
-Black, wracaj tu!- zagrzmiał za mną profesor- Rozejść się. ROZEJŚC SIĘ, mówię do was, idioci, no!… Syriuszu…- uśmiechnął się z lubością, gdy ten stanął przed nim, wlepiając w niego zbuntowane spojrzenie- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że za bójki na korytarzu grozi szlaban?
-A za coś nie grozi?!- brzmiała przekorna odpowiedź.
-Zamknij się, baranie, i słuchaj, co mówię. Masz SZLABAN, złotko.
-A to niespodzianka…- burknął sarkastycznie pod nosem.
-Lupin, ty zresztą też. RAZEM, zrozumiano?- no pięknie, już lepiej nie mógł wymyśleć…
Zaczęliśmy gwałtownie protestować.
-Cisza. Bez dyskusji. Razem stawicie się na niego po swych egzaminach, na początku czerwca. Jeszcze ustalę termin. Miłego dnia!- uśmiechnął się zjadliwie i odszedł. Minęłam Blacka z furią i wpadłam do biblioteki, do Severusa.
-Co jest?- zdziwił się.
-Black…- wycedziłam jedynie.
-Który?- zapytał niewinnie Sev. Pokrótce streściłam mu przebieg kłótni.
-Już ci dawno mówiłem, że to kretyn. Powinnaś trzymać się od niego z daleka…- wzruszył ramionami i odłożył notatki na temat zaklęć niewerbalnych na bok.
Nie odpowiedziałam, sięgając po nie. Świetnie, teraz przez Blacka nie będę mogła się skupić na nauce! Wprost cudownie!…
Następnego dnia po śniadaniu wszyscy uczniowie szóstej klasy (w tym Lily i Remus), którzy zdawali historię magii, udali się do sali lekcyjnej. Reszta wróciła do dormitorium, powtarzać do transmutacji, egzaminu datowanego na popołudnie.
Wciąż wytrącona z równowagi wczorajszą kłótnią, samotnie weszłam przez dziurę w portrecie, jak na złość wpadając natychmiast na trójkę Huncwotów: skonsternowanego Jamesa, otępiałego Petera i zblazowanego Blacka, który jednak błyskawicznie zrobił wściekłą minę na mój widok.
-Hej, Meggie!- zakrzyknął za mną James- My chcielibyśmy pogadać…
Obróciłam się ku niemu z politowaniem.
-Taa, jasne… A konkretnie w jakiej sprawie?- uniosłam brew.
-Eyuhm…- wydukał jedynie James, zerkając z ukosa na niewzruszonego Blacka. Wszystko wydało mi się jasne, James po prostu chce nas pogodzić. Nie trzeba umieć czytać w myślach, by ta konkluzja do mnie dotarła.
-Daruj sobie, Rogaś!- uśmiechnęłam się złośliwie i pokręciłam głową. Black łypnął na mnie spode łba.
-Nie wtrącaj się, James!- warknął- Nie prosiłem cię o to!
-Widzisz? I już masz odpowiedź, James!- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
-Ależ wy jesteście nienormalni!- James złapał się za głowę- Przecież tak się lubicie! Nie psujcie tego, co budowaliście od kilku miesięcy! Syriuszu, przeproś Meggie, no…
-Z hipogryfa żeś zleciał?!- obruszył się Black- Nie będę nikogo przepraszał!
-Łudziłeś się jeszcze, James?- pokręciłam głową- NIEKTÓRYM po prostu woda sodowa uderzyła do głowy i nie potrafią przyznać, że nie są nieskazitelni, jak się powszechnie przyjęło…
-Woda sodowa?…- zapytał James, marszcząc brwi- Nie ważne… Syriuszu! Przeproś ją, zanim nie będzie za późno!- posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. Black ryknął wariackim śmiechem.
-Na co?! Myślisz, że to mnie interesuje, czy będzie za późno?! Ciekawe, na co, chciałbym to wiedzieć! Nie będę przepraszał kogoś, kogo nie znoszę!- posłał mi nienawistne spojrzenie.
Tym razem to ja się zaśmiałam.
-Nie, wiesz co James? Mamy dziś egzamin z transmutacji, więc pozwól, że sobie pójdę, zamiast tracić czas na niedojrzałych idiotów…
-Meg!- James zawołał za mną ostrzegawczo, ale nawet się nie odwróciłam.
W dormitorium usiadłam skrzyżnie na posłaniu z księgą od transmutacji na kolanach, starając się skupić umysł na powtarzaniu. Wściekłe oczy Blacka obijały się o ścianki mojego mózgu i za nic nie mogłam się ich pozbyć. Nie potrafiłam wymazać z pamięci jego nienawiści. James miał rację: wczoraj runęło coś, co budowaliśmy od wakacji. Ale może i dobrze, przekonałam się, że nie można ufać Blackowi, iż muszę go omijać szerokim łukiem.
Westchnęłam z irytacją, stwierdzając, że już się niczego nie nauczę, odrzuciłam książkę i rzuciłam się do tyłu na plecy, zakładając dłonie za głowę. Wlepiłam zirytowany wzrok w baldachim. Ale ten moment w lesie…
Szybko się zerwałam, by uwolnić się od tego wspomnienia. Nie będę go niczym wybielać! Żaden sympatyczny moment nie może przesłonić mi prawdy…
-O Meg!- Lily po pewnym czasie wkroczyła do dormitorium- Co się dzieje? Jesteś jakaś rozsierdzona…
-O tą awanturę z wczoraj!- warknęłam i osunęłam się po kolumience łóżka na podłogę. Lily podeszła, po czym usiadła obok, obejmując mnie ramieniem.
-Nie przejmuj się tym tak! Wkrótce z pewnością się pogodzicie i nie będzie sprawy!
-Taa!... I mówi mi to osoba, która nie odzywa się do przyjaciela od roku… Pocieszające.
Lily spełzł uśmiech z twarzy.
-Zresztą, kto mówił, że chcę się z nim pogodzić?!- ciągnęłam- Irytuje mnie jedynie fakt, że nie potrafię się skupić na nauce przez tą złość!
-Może cię przepytam? Wysilisz nieco mózgownicę, zapomnisz o Syriuszu…
-Nawet nie wymawiaj jego imienia!- ofuknęłam ją- Od dziś jest tabu.
-Od dziś jest na cenzurze.- uśmiechnęła się z rozbawieniem Lily.
-Ehe, najlepiej by było, gdyby go całego ocenzurowali, szczególnie twarz…
Na szczęście egzaminy i adrenalina kazały mi się skupić na moich przedmiotach owutemowych, nie na Blacku. Po transmutacji przyszedł wtorek i zaklęcia z wróżbiarstwem. Następnie eliksiry, oraz zielarstwo, na które nie musiałam iść. Za to Lily owszem, toteż to popołudnie spędziłyśmy na zewnątrz, gdy tylko zakończyła egzamin.
-Wiesz, tak dawno nie rozmawiałyśmy…- Lily uwiesiła się mojego ramienia, po czym z wolna ruszyłyśmy ku jezioru. Majowy, wieczorny powiew wiatru przyniósł zapachy lata. Słońce nisko zawisło nad horyzontem, oświetlając płynnym złotem całe błonia i wydłużając cienie. Na wschodzie, naprzeciw zachodzącego słońca zawisły ciężkie, granatowe chmury, nieomalże czarne, tworząc ze złocistym światłem niesamowity kontrast.
-Będzie burza…- westchnęła Lily- Pierwsza burza tego roku.
Przytaknęłam do siebie z wolna.
Zajęłyśmy zazwyczaj obsadzone Huncwotami tereny pod dębem i oparłyśmy plecy o ciepłą korę, w milczeniu obserwując ciemniejące na wschodzie niebo.
-I co? Zapomniałaś już o Syr… eee, twoim problemie?
-Zapomniałam!- burknęłam- Dzięki za przypomnienie, Lily!
-Aha. Przepraszam! Ja po prostu martwię się…
-Martwisz?- zdziwiłam się- Czym?
-Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć… To tajemnica. I proszę, nie czytaj w moich myślach!
-Tajemnica?
-Tak, moja i Syriusza. Powiedział mi to, gdy się rozstaliśmy. Prosił, bym nikomu nie mówiła.
Westchnęłam z rezygnacją.
-Obiecaj mi, że gdy on cię przeprosi, przyjmiesz to!- wypaliła nagle Ruda, pesząc się.
-Cóż, na przeprosiny się raczej nie zapowiada w najbliższym czasie. On jest wyjątkowo pewny siebie, zawsze tak było…- mruknęłam, nawijając trawkę na palec.
-Ale bardzo chciałby dojść z tobą do porozumienia!
-Nie zauważyłam. Lily, możemy zmienić temat?! Ty naprawdę tak lubisz to wałkować? Jak dla mnie wszystko w tym temacie jest już jasne i uważam go za zamknięty.- prychnęłam. Lily przymknęła się, spuszczając głowę.
-Może i masz rację… Też nie lubię rozmawiać o takich rzeczach.- przyznała z lekką ulgą.
Głośno zaburczało jej w brzuchu. Roześmiałam się razem z nią, czując dziwną lekkość serca.
-Chyba zrobiłam się głodna. Idziemy na kolację?
Wydałam z siebie odgłos, który natychmiast zakomunikował Lily, że na dworze jest zbyt pięknie, by iść do dusznej Wielkiej Sali w tak przyziemnych celach. Westchnęła.
-Dobra, wygrałaś! Przyniosę nam tosty, chcesz?- zaoferowała.
-Świetnie!- ucieszyłam się- Dla mnie możesz dostarczyć z sześć, zgoda? Oraz dwie babeczki.- zarechotałam mściwie, a Lily westchnęła.
-Nie za mało? Może jeszcze szampana pani dostarczyć?- sarknęła.
-No, jakbyś mogła…- wzruszyłam ramionami z rozbawieniem, opierając głowę na korze.
-Super, Lily-transportowiec. Na drugi raz ty się pofatygujesz, leniu!- parsknęła, wymierzając mi cios w bok, po czym pobiegła w kierunku zamku. Z zadowoleniem, które nawet mnie zaskoczyło, stwierdziłam, że doskonale czuję się zupełnie sama. Niestety, nie długo dane mi było smakować samotności i milczenia, bowiem wkrótce po odejściu ktoś usadowił się obok mnie, opierając plecy o korę jak ja.
-Lubisz samotność.- było to bardziej stwierdzenie, ale Rabastan uniósł brwi, jakby czegoś oczekiwał.
-Tak.- przytaknęłam po krótkim czasie- Tak, jak ty.
-Masz rację. Wolę siedzieć sam.
-Zapewne więc ci przeszkadzam, nie?- zapytałam go. Gwałtownie pokręcił głową.
-Nie, bardzo lubię twoje towarzystwo. Ono mnie odpręża.- uśmiechnął się przyjaźnie.
Posłałam mu zdumione spojrzenie. Po chwili moje wargi rozciągnęły się w odwzajemnionym uśmiechu porozumienia. Stwierdziłam sama w sobie, że Rabastan ma zbyt intensywny wzrok.
-Tylko tak mówisz…- spuściłam głowę, zirytowana tym dziwacznym spostrzeżeniem- Ja jestem chyba wyjątkowo irytująca. Ze wszystkimi się kłócę, wszyscy mają mnie dość...
Miałam tu na myśli oczywiście Blacka, ale nie sprecyzowałam tego.
-Cóż, ja tak nie myślę. Bardzo lubię z tobą przebywać. Chyba nawet za bardzo…- chrząknął, także spuszczając wzrok na kolana. Zerknęłam na niego z ukosa ze zdziwieniem.
-Dlatego tak sobie pomyślałem…- znów przeniósł na mnie nieco wytworny, arogancki wzrok, który już miał w genach- Moglibyśmy być razem. Jako para.
Żołądek podjechał mi pod samo gardło, potem opadł z wolna. Rozchyliłam jedynie usta, jednocześnie uśmiechając się z niedowierzaniem.
-Jeżeli oczywiście chcesz…- przeczesał swe długie do ramion czarne włosy ze zdenerwowaniem.
-Ależ Rabastanie! Przecież ty już odchodzisz z Hogwartu, no nie?- zdziwiłam się.
-Nie robi mi to różnicy. Związki na odległość też mają sens. A potem, jak skończysz szkołę…- urwał swą myśl, zawieszając głos wymownie.
-Ale…- zaśmiałam się- Przecież to szaleństwo! Ja jestem Gryfonką, ty Ślizgonem…
-No i co z tego?- wzruszył ramionami, uśmiechając się do mnie zachęcająco. Parsknęłam i pokręciłam głową z rozbawieniem.
-Znamy się ledwo miesiąc…
-To dostatecznie długo, by stwierdzić, że mi się podobasz! To co? Chcesz?- wyczekujący wzrok wwiercał się w moje zakłopotane oczy. Zamyśliłam się, jednak odpowiedź sama pchała się na usta i już po chwili mruknęłam z delikatnym uśmiechem:
-No dobra. Chcę.
Rabastan roześmiał się szczerze z radości, po czym wstał i podał mi rękę, bym też to zrobiła.
-Chodź no tu, Meggie…- przytulił mnie do siebie mocno. Poczułam się dziwacznie zakłopotana, ale w sercu, które dziko łomotało, narósł jakiś spokój i szczęście. Jeszcze nie zdążyłam otrząsnąć się z szoku, jaki mnie trafił. To po prostu nierealne…
Gdy wreszcie się od siebie odsunęliśmy, Rabastan złapał mocno moją dłoń i razem udaliśmy się na długi spacer po błoniach, osnutych ciemnozłotymi smugami…
Ekhym... Za tydzień nowy odcinek. Możliwe, że coś się opóźni-muszę dużo przemyśleć. Pa!
49. W cieniu i w słońcu... Dodała Mary Ann Lupin Środa, 24 Marca, 2010, 00:00
No nareszcie! Strona znów ma z sobą problemy, więc notka dopiero dziś się pojawia. Następną dodam za dwa tygodnie w sobotę, o ile znowu coś się nie schrzani.
Syrciu! Z okazji urodzin życzę Ci, aby Twe życie pełne było mile zaskakujących chwil, pełne szczęścia u boku najbliższych, oraz momentów, których nigdy nie zapomnisz. Bądź odporna na przykre chwile i przykrych ludzi, którzy te chwile powodują i nie daj się przewrócić losowi. Życzę Ci weny i cierpliwości, by Twe opowiadania były jeszcze lepsze, niż są, chociaż już teraz są rewelacyjne. Tą notkę dedykuję oczywiście Tobie. Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu fakt, iż pełno w niej Psiej Gwiazdeczki ...
-Ale gdzie idziemy?!- zawołał za mną James, gdy tylko wybiegliśmy z Pokoju Wspólnego.
-Jeszcze nie wiem…- wymamrotałam pod nosem do siebie, ale szłam najszybciej, jak mogłam. W końcu przystanęłam na środku korytarza, kilka pięter nad salą Wejściową. Panował mrok i cisza.
-Może uciekniemy do Hogsmeade?- zasugerował Rogaś, a ja zamyśliłam się.
-Nie, wolałabym udać się do dyrektora.
-No nie wiem. Będziesz robić taki raban w nocy? Poza tym, nie znamy hasła…
-James!- zniecierpliwiłam się- Jeżeli ktoś ma nam pomóc, to wyłącznie Dumbledore!
-Racja!- przytaknął Remus. W milczącym kręgu zerkaliśmy po sobie z wyczekiwaniem.
-Dobra!- James poddał się- Jak chceta. Myślałem też o pelerynie. Ale w takim razie chodźmy do dyra.
-James, ty i Peter powinniście wracać. Ta sprawa was nie dotyczy, tylko ściągniecie na siebie zagrożenie.- stwierdziłam, po czym dodałam błagalnie- Proszę. To są przecież wampiry!
-Nie opuszczę kumpli w potrzebie!- zadeklarował Rogaś- Nie zmusisz mnie do tego.
Westchnęłam ostentacyjnie.
-Syriuszu!- zwróciłam się do Łapy wiedząc, że on jeden potrafi rozmawiać z upartym Jamesem- Wytłumacz mu to! Musimy się śpieszyć, oni mogą nas napaść!
-Cóż, jeżeli chce z nami iść, to przecież go nie zmuszę do powrotu!- uśmiechnął się z politowaniem.
-Peter!- poprosił Remus- Wróć do dormitorium!
-Ale…- Peter posłał tęskne spojrzenie kumplom- Wolałbym nie…
-No no no…- wszyscy podskoczyliśmy, jak oparzeni, gdy do naszej piątki dołączył szósty zawodnik- Chyba pójdziecie ze mną…- wyszczerzył białe zęby.
-Panie Black!- jęknęłam- Proszę… To bardzo pilne! Musimy się widzieć z…
-Och, obawiam się, że to będzie musiało poczekać!- Castor Black uśmiechnął się mściwie- Póki co, zapraszam tradycyjnie do mojego gabinetu…
-Słuchaj!- warknął Syriusz. Wszyscy przenieśli na niego zdumiony wzrok- Mam głęboko gdzieś twoje szlabany! Idziemy do dyrektora, koniec kropka!
Twarz stężała panu Black. Po chwili uśmiechnął się filuternie i wyciągnął zza pazuchy różdżkę, którą wycelował w naszą grupkę.
-Chyba teraz wyrażam się jasno, nie? Z a m n ą…- wyśpiewał słodko, kładąc akcent na ostatni zwrot.
Syriusz zgrzytnął zębami, po czym ruszyliśmy gęsiego ku gabinetowi ze spuszczonymi głowami. Ciarki biegały po moich plecach, gdy zdałam sobie sprawę, że za każdym rogiem potencjonalnie może się coś czaić. Tracimy tylko cenny czas na idiotyzmy, a wampirom mogło się znudzić czekanie na mnie i teraz zapewne same się tu pofatygują…
Oddalaliśmy się coraz bardziej od gabinetu, w którym czekało ocalenie, a zagłębialiśmy się w lochy. Jeszcze bardziej mnie to zaniepokoiło.
-No więc tak.- zaczął Black, gdy tylko rozwalił się za swym biurkiem, pod którym kiedyś schowałam się jako kot i obserwowałam, jak profesor męczy Syriusza. To wydawało się być tak dawno…
Nasza piątka stanęła przed blatem w rządku. James niespokojnie podrygiwał, Remus wlepił w Blacka nieme błaganie o litość, Syriusz ze zbuntowaną miną wpatrywał się we własne niezasznurowane glany, które udało mu się zarzucić na górze, a Peter spocił się ze zdenerwowania i rzucał oczkami na prawo i lewo.
-Ech, wy niepoprawne dzieciuchy…- pokręcił głową, najwyraźniej rozkoszując się sytuacją- Zero jakiegokolwiek myślenia. Nie przyszło wam do głowy, wodogłowe bachory, że ja ZAWSZE złapie takich bezmyślnych uczniaków, jak wy?! Nie, najwyraźniej nie… Ale może i dobrze, to przecież WASZ problem, nie MÓJ. Może następnym razem pomyślicie dwa razy, kretyni, jeżeli w ogóle macie czym, oczywiście…
-Jeżeli próbuje nas pan sprowokować do dania nam szlabanu za kolokwializmy, to może sobie pan darować.- prychnął Syriusz z wyższością- Mamy ważniejsze sprawy, niż pańskie zakichane problemy z samym sobą, które wyładowuje pan na uczniach i kretyńskie bzdury, które pan wygaduje.
Wymieniliśmy przerażone spojrzenia. Black podszedł do Syriusza wolno, po czym uderzył go w policzek otwartą dłonią.
-Uważaj na słowa, dzieciaku…- wycedził, po czym znów opadł na krzesło- Wydawało wam się, że jesteście nieuchwytni, hę? Mnie tak łatwo nie wkręcicie w te żałosne, infantylne gierki! O nie, tym razem to nie uj…
TRZASK!
Szkło w smukłym oknie wysoko pod stropem rozprysło się w drobny mak. Przez okno wleciała jakaś kolorowa smuga, z rozpędu zatrzymując się dopiero pod naprzeciwległą ścianą.
Jonasz omiótł wzrokiem całą komnatę. Z przerażeniem gwałtownie obróciłam głowę ku Blackowi. Siedział za biurkiem, dosłownie sztywny z szoku.
-Mary…- powiedział Jonasz, ironiczne przeciągając moje imię- Miałaś ich zwabić, a nie ratować!
-Co to ma znaczyć?!- wykrztusił Castor Black. Jonasz zignorował go.
Posłałam wampirowi wrogie spojrzenie.
-Powinnaś lepiej kontrolować myśli. Nawet, gdy odchodzisz ode mnie na ledwo kilka kroków…
Zamarłam. Rzeczywiście, za szybko zaczęłam planować, byłam jeszcze zbyt blisko wampirów…
Stanęłam przed Syriuszem, komunikując, że nie dam go tak łatwo zabić. Jonasz roześmiał się.
-A więc Marina miała rację, ty naprawdę pamiętałaś Psią Gwiazdę. Ale nie ma to teraz znaczenia, ciebie też mogę zabić, wciąż jesteś człowiekiem…
Ciarki mnie przeszły. Przeraził mnie fakt, że mogłabym być takim stworem, że ktoś mógłby mnie tak trwale okaleczyć… Nie, to niemożliwe, nie dojdzie do tego.
Jonasz rzucił się nagle ku mnie i Syriuszowi. Błyskawicznie chwyciłam go za ramiona i odtoczyliśmy się razem w bok. Jonasz wleciał prosto na Castora Blacka za biurkiem i obaj skotłowali się na ziemie.
-SZYBKO! REMUS, SYRIUSZ!- krzyknęłam i złapałam obu za ręce, po czym rzuciłam się ku drzwiom. Otwarłam je kopniakiem i już mknęłam korytarzem, a za mną przebierali z najwyższym trudem chłopcy. Czułam straszne napięcie mięśni i połówka Huncwotów już zaczęła mi ciążyć, jak dwa worki kartofli. Jednak wiedziałam, że za nami pędzi nieśmiertelna, krwiożercza, niewiarygodnie szybka bestia. Nie mogę się poddać, zatrzymać…
Jednak wkrótce okazało się, że nadludzki pęd nie wystarcza, by udźwignąć taki ciężar. Zatrzymałam się, ramiona nie wytrzymały.
-Świetnie i co teraz?!- przeraził się Remus- A jak James i Peter zostali zaatakowani?! Tamtego dziada mi nie szkoda, nawet bym się nieco ucieszył, jakby tak…
Zamilkł, zerkając przepraszająco na Syriusza.
-Nie martw się!- wyszczerzył zęby Łapa- Też ubóstwiam wuja nad wszystko!
-Nie, on pobiegł za nami…- szepnęłam- Słyszę go, jak się zbliża… Nie pobiegnę dalej. Co teraz…
Ogarnęła mnie z wolna rozpacz.
-Wiem!- zakrzyknął cicho Syriusz- Remusa chyba zdołasz udźwignąć, nie? Weź go i schowaj.
-To nic nie da. Poza tym, nie zostawię cię samego!
-Nie, poczekaj!- zniecierpliwił się- Potem wrócisz po mnie i mnie też tam schowasz. Zanim on nas wykryje, zdołasz dotrzeć do jakiegoś nauczyciela, lub nawet do dyrektora! Leć, nie ma czasu!
-Syriuszu!- jęknęłam, przerażona.
-IDŹ! Mnie nic nie będzie, idę do Sali Wejściowej. Tam mnie znajdziesz!- uśmiechnął się, by dodać mi otuchy i już go nie było.
Chwyciłam dłoń Remusa i szybko pobiegłam przed siebie. Mimo niezwykle szybkiego biegu czułam, że tracę każdą sekundę, że to wszystko jest za wolne.
Wpadliśmy do jakiejś niewielkiej komnaty z pojedynczym biurkiem i pustą szafką, na której stał jedynie globus księżyca.
-Tu cię zostawię. A teraz muszę lecieć po Syriusza…- rzuciłam na odchodnym do Remusa, który stanął sparaliżowany na środku.
Wypadłam z korytarzyków na pierwszym piętrze i w pełnym biegu wskoczyłam na balustradę schodów w Sali Wejściowej, po czym zeskoczyłam z niej na sam dół, oszczędzając sobie bieganiny po marmurowych schodach. Stanęłam na środku, po chwili podbiegł do mnie Łapa, który do tej pory czaił się gdzieś w cieniu jednej ze zbroi. Otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak natychmiast coś zwaliło go z nóg, z rozpędu pojechał po posadzce i legł na ziemi pod ścianą, jęcząc z bólu.
-Psia Gwiazdo…- ktoś zaśmiał się perliście, złowrogo.
Pod stropem zawisła w bezruchu Diana.
-Co za spotkanie… Czekałam na nie długo.
-O czym ty mówisz?- stęknął Syriusz, podnosząc się z ziemi- Kim jesteś?
-Żoną tego, któregoś zabił!- wycedziła- Ale dziś to JA cię zabiję, pomszczę Wiktora…
-Ja?! Nikogo nie zabijałem!!!- wrzasnął zdumiony Syriusz.
-NIE KŁAM!!!- ryknęła kobieta- Kto spowodował jego śmierć, jak nie ty?!
-Nie miałem zamiaru nikogo zabijać! Jeżeli o to ci chodzi, to ratowałem moją przyjaciółkę przed twoim uwielbionym mężusiem, który…
-DOŚĆ! GIŃ, GŁUPCZE!
Diana błyskawicznie podleciała do Syriusza. Zanim jednak to zrobiła, dopadłam do niej pierwsza i chwyciłam za ramiona, przybliżając moją twarz do jej.
-Zostaw go.- wycedziłam. Wyrwała się i cofnęła nieco.
-HA! Wiedziałam, że do niczego nam się nie przydasz, dziewucho!- wrzasnęła- A teraz zejdź mi z drogi, muszę zabić tego chłopca.
-Tylko spróbuj go tknąć!- zawołałam wojowniczo. Diana wydała okrzyk nieosiągniętego jeszcze tryumfu, po czym rzuciła się na mnie, pazury wpijając głęboko w moją szyję. Poczęłam tracić dech, wzbiłyśmy się w powietrze, walcząc zaciekle wysoko pod stropem. Diana dusiła mnie mocno, ja złapałam jej długie włosy przy cebulkach i odchyliłam głowę do tyłu. Zawyła z bólu.
-NIE ZA WŁOSY, SZMATO!
Wymierzyła mi kopa w brzuch, po czym puściła. Opadłam na ziemię, boleśnie obijając ciało o posadzkę.
-Mary Ann!- krzyknął Syriusz z przerażeniem, po czym przylgnął płasko do ściany plecami, z niemym przerażeniem wpatrując się w wampirzycę. Diana z wolna do niego podlatywała w pionowej postawie, święcie przekonana, że mnie pokonała. Gdy tylko przelatywała nisko nade mną, chwyciłam jej kostkę. Wydała krótki okrzyk zdziwienia i zwaliła się na posadzkę z kretesem. Wzbiłam się w powietrze, korzystając ze sposobności.
-AUU!!!- jęknęłam, bowiem Diana nagle boleśnie uderzyła mnie w piszczel, gdy wzbijałam się ku górze. Opadłam na posadzkę słaniając się z bólu. Kobieta podniosła się, zaśmiewając złowrogo do utraty tchu.
TRACH! Z lewej strony ugodził w moją głowę dzban z pobliskiego stolika, rozwalając się. Prawie zwalił mnie z nóg, a na pewno zamroczył, jednak postanowiłam pokonać wroga podobną bronią. Stolik za moimi plecami, na którym stała kiedyś waza, podleciał ku Dianie, godząc w czoło kantem. Zawyła z bólu, chwilę potem pełna zbroja uderzyła z rozpędu we mnie, w locie przyjmując poziomą pozycję. Oberwałam prosto w brzuch i metal zwalił mnie swym ciężarem na podłogę, gdzie ległam płasko na plecach, przygwożdżona ciężką zbroją. Uniosłam się z trudem na łokciach i kazałam zza kupy metalu drugiej zbroi uderzyć w Dianę. Kobieta skoczyła w ostatnim momencie na ścianę, wykonała jakieś salto i odskoczyła w prawo, lądując na ugiętych nogach i podpierając się podłogi rękoma. Zasyczała tryumfalnie i podleciała ku mnie, po czym zawisła nade mną podobnie, jak ja wcześniej nad Syriuszem. Już wiedziałam, że nie jestem w stanie pokonać nieśmiertelnej wampirzycy.
-A teraz zginiesz, złotko!- wyśpiewała i zacisnęła długie dłonie na mojej szyi. Brakło mi tchu, płuca poczęły się dławić brakiem tlenu…
-Auu!- zawyła i opadła na mnie. Potem coś uniosło ją ku górze i odrzuciło w bok. Był to Syriusz.
-Najpierw spróbuj jej coś zrobić!- warknął.
-Incarcerus!- rozległo się. Usłyszałam zdumiony krzyk Diany, a potem:
-Mobiliarbus!- zbroja uniosła się ze mnie i odleciała w bok, po czy z potężnym zgrzytem opadła pod jedną ze ścian. Syriusz szybko chwycił mnie w objęcia i podniósł.
Niedaleko stał Dumbledore we własnej osobie, za nim kulił się Peter. Diana leżała nieopodal, związana magicznymi sznurami. Odetchnęłam z ulgą.
-Puść mnie, starcze!- wycedziła- Mam pewną sprawę do załatwienia!
-Oj, nie wątpię!- zagadnął pogodnie, lecz z pewną irytacją w głosie- Próbujesz zabić mojego ucznia, który ośmielił się uderzyć twego męża w Zakazanym Lesie tak, że ten nie ocknął się na czas i światło słoneczne go uśmierciło. Niestety, nie mogę dopuścić do twojej obecności tu dłużej. Zechcesz sama opuścić to miejsce?
-ZOSTAW MNIE! WEŹ TE ZAPLUTE LINY I MNIE WYPUŚĆ!- wrzasnęła, rzucając jak epileptyk.
-Czyli, jak mniemam, nie masz zamiaru zawiesić swego postanowienia?
-GŁUCHY JESTEŚ, STARCZE?!
-Słuchaj, kobieto.- rzekł łagodnie, ignorując jej wrzaski- Zastanów się. Pan Black nie chciał nikogo zabijać, zrobił to w obronie swej przyjaciółki. Czy to naprawdę takie przestępstwo? Gdyby twój mąż nie zaatakował panny Lupin, w ogóle by do tego nie doszło!
-ZAMKNIJ SIĘ!!! MUSZĘ GO ZABIĆ!
-To twoja ostatnia szansa i moja ostatnia prośba…- mruknął ostrzegawczo- Nie chcę zrobić tego, co zaraz nastąpi…
-ZAMKNIJ SIĘ!!! GŁUPI STARUCH!
Dumbledore westchnął głośno, po czym machnął różdżką ku drzwiom. Z ciężkim zgrzytem rozwarły się na oścież, ukazując błonia. Słońce, pięknie grzejące, oświetlało świat. Nie potrafiłam wyjść z podziwu, jakie jest piękne. Okrągłe, ciepłe. Ostatnio wcale go nie widziałam…
Długi promień wschodzącego, ciepłego słońca rozlał się smugą po całej Sali Wejściowej, oświetlając moją osobę z wciąż obejmującym mnie lekko Syriuszem oraz słaniającą się na ziemi Dianę. Dumbledore z Peterem pozostali w cieniu.
-SŁOŃCE!- wrzasnęła dziko Diana. Po raz pierwszy dostrzegłam u niej skrajne przedrażnienie- WEŹDZIE MNIE STĄD!!! NIEEEE!!!
Poczęła się jakby roztapiać. Uchodził z niej potężny dym.
-NIEEEEEEEEEE!!!- ryknęła, miotając swym topniejącym ciałem po całej plamie słońca. Wkrótce pozostała tam jedynie garstka popiołu. Odetchnęłam z ulgą.
-Dzięki!- szepnął z wdzięcznością Syriusz.
-Przecież to nie moja zasługa! Gdyby nie ty…- uśmiechnęłam się lekko do niego.
-Panno Lupin, widzę, że wróciłaś!- zawołał pogodnie dyrektor.
-Nie teraz, panie dyrektorze!- zawołałam- Muszę biec do brata, bo kisi się w jakiejś salce…
Szybko rzuciłam się ku pierwszemu piętru. Po kilku chwilach wpadłam do niewielkiego gabinetu, gdzie zostawiłam Remusa.
-Remus, już…
Zamarłam. Nad zakrwawionym Remusem, który przywarł przerażony do ściany, unosił się Jonasz. Gwałtownie obrócił głowę w moją stronę i zasyczał.
-No to mamy gościa, wilkołaku. Może popatrzy, jak cię ukatrupiam…- wycedził. Rzucił Remusem o ścianę, ten, jęcząc z bólu, upadł na kolana. Po chwili powstał na trzęsące się nogi. Warknęłam ze złością.
Szafka z globusem zawirowała i poleciała w stronę Jonasza. W ostatnim momencie odleciał, a szafka ugodziła Remusa w głowę. Mój brat stęknął i osunął się po ścianie.
-Pięknie, Mary!- zaśmiał się złośliwie Jonasz. Zmarszczyłam gniewnie brwi. Zmaterializował się kilkanaście cali przede mną, wciąż się uśmiechając w bardzo niesympatyczny sposób.
-Pozwól, że zakończę sprawę z wilkołakiem. Takie brudne szczeniaki trzeba wybić…- podleciał do Remusa i już pochylał się, by zabić mojego brata.
To się stało w ułamku sekundy, zanim zdołałam pomyśleć, co robię. Podleciałam do niego najszybciej, jak mogłam i zasłoniłam Remusa własnym ciałem.
-Nie tkniesz go…- warknęłam ostrzegawczo- Odejdź.
Jonasz roześmiał się w głos, po czym przyciągnął mnie do siebie, ku mojemu zaskoczeniu.
-Najpierw zatem skończę z tobą…- wyszeptał i zbliżył w ciągu sekundy twarz do mojej szyi.
Poczułam straszliwy ból, już mi znajomy.
-Nie!…- jęknęłam błagalnie, szamocząc się w objęciach Jonasza. Czułam, że krew wypływa tak szybko, z każdym tchnieniem kończę mój krótki żywot. Każde uderzenie serca było słabsze, niż poprzednie. Kręciło mi się w głowie, wszystko czerniało. To chyba dobrze, że umrę za Remusa…
Straciłam całkowicie dech. Poczułam jedynie, że ramiona Jonasza mnie puściły, że jakby w zwolnionym tempie opadam na dół, na ciało mojego nieprzytomnego brata. Głowa wygięła mi się do tyłu w niekontrolowanym tiku, czułam potworny, niewyobrażalny ból w sercu i mózgu. Krzyczałam, myśląc, że przestanie boleć, że zagłuszę go. Ciało bezwiednie wykręcało się na różne możliwe strony. Nie myślałam o niczym, tylko o cierpieniu. Pragnę umrzeć…
Drzwi się rozwarły, stanął w nich ktoś o jasnych włosach. Z jakimś rozmazanym krzykiem rzucił się ku wampirowi. A potem wszystko znikło…
***
Ocknęłam się, nie czując nieomal nic. Wpatrywałam się w jakiś zielony baldachim, który doskonale znałam, tylko skąd? Tego już nie potrafiłam skojarzyć.
Usiadłam na posłaniu i od razu wiedziałam, gdzie jestem: we własnym pokoju, w domu. Tylko czemu…
Na fotelu przy zgaszonym kominku siedziała mama.
-Mamo!- zawołałam z radością. Odwróciła ku mnie twarz i od razu wiedziałam, że coś nie gra. Miała całą zapłakaną buzię, wyglądała, jakby nie spała od wielu dni.
-Córeczko!- jęknęła płaczliwie i podbiegła ku mnie, przytuliwszy mocno.
-Mamo, nie płacz! Przecież żyję!- zawołałam- Wszystko już się skończyło!
Mama zmierzyła mnie smutnym wzrokiem. Uśmiech powoli spełzł mi z twarzy. Przypominała bowiem z miny moją mugolską mamę, kiedy dowiedziała się o raku swojej mamy. Nie spodobało mi się to porównanie.
-Mamo, czy wszystko jest w porządku?- szepnęłam, bojąc się odpowiedzi. Mama spuściła głowę.
-Będziesz taka na stałe.- wyszeptała w końcu.
-Czyli jaka?- zapytałam, przeczuwając ripostę.
-Będziesz wampirem. Do końca życia…
Co?! Żołądek podjechał mi do gardła. Będę wampirem… Bestią, pragnącą krwi niewinnych…
Mama wstała i szybko odeszła.
-Przyniosę ci coś do jedzenia, jeżeli w ogóle potrzebujesz…
Jeżeli w ogóle potrzebujesz… Po tym sformułowaniu zakryłam twarz rękoma. Nie, to jest niemożliwe. Przecież wszyscy się ode mnie odwrócą! Wampiry pragną krwi non stop, każdy będzie się czuł zagrożony…
Poczułam, że nawet nie potrafię płakać. To jest zwyczajnie niedorzeczne! Ja nie mogę być wampirem, to już za dużo dla moich rodziców, mają w domu jedną bestię…
-Cieszę się, że żyjesz…
Florian zmaterializował się na środku pokoju. Uśmiechnął się smutno.
-Szkoda tylko, że tak to się skończyło…
-Florian?- podeszłam do niego- Co tu robisz?
-Jak to, prosiłaś mnie o pomoc, a ja przybyłem!- spuścił wzrok- To ja zatrzymałem Jonasza przed zjedzeniem twojego brata żywcem… Szkoda, że nie wpadłem tam minutę wcześniej.
Spojrzał na mnie smutno.
-Co z Jonaszem?- zapytałam. Zmarszczył brwi.
-Cóż, Jonasz nie żyje. Byłem zmuszony go pokonać po tym, jak próbował mnie zabić. Nie przejmuj się, my nigdy się nie kochaliśmy tak naprawdę. Co innego matka…- twarz drgnęła mu konwulsyjnie.
-Przykro mi.- szepnęłam. Uśmiechnął się blado.
-Widocznie tak musiało być. Teraz Marina odleci, bo ma własne sprawy…
-A co będzie z tobą?- szepnęłam.
-Może rozpocznę gdzieś nowe życie, ko wie…- jego twarz rozjaśnił cień pięknej przyszłości, która teraz stanęła przed nim otworem. Nie miał wyjścia, musiał zacząć od nowa.
-Mam nadzieję, że odwdzięczyłem się wystarczająco za dotrzymywanie mi towarzystwa. Dziękuję ci za wszystko…- szepnął- I nie przejmuj się wampiryzmem. Nie daj się depresji! Bardzo cię polubiłem. Jeżeli naprawdę kochasz Psią Gwiazdę…- spuścił wzrok- Bądźcie razem szczęśliwi…
-Ale…- zaczęłam, usiłując wytłumaczyć mu, że Syriusza kocham inaczej, niż myśli. Zaniechałam tego i tylko uśmiechnęłam się smutno.
-Żegnaj, Mary!- położył mi rękę na ramieniu.
-Żegnaj, Florianie!- podeszłam bliżej i cmoknęłam go w policzek, a potem w czoło. Po chwili jego twarz rozjaśnił prawdziwy, niespotykany dotąd uśmiech. Podbiegł do okna, wyskoczył przez nie i już go nie było. Odszedł…
-Tu masz trochę ziemniaków…- usłyszałam za sobą. Mama wkroczyła do pokoju niosąc miskę tłuczonych kartofli- A to przyszło, gdy spałaś…
Wyciągnęła zza pazuchy list i mi go wręczyła.
-Czemu jestem w domu?- szepnęłam nieśmiało, jakby mama była obca.
-Przecież już dawno kwiecień! Są ferie wielkanocne, Mary Ann… Smacznego.
Wyszła z powrotem. Westchnęłam i otworzyłam kopertę.
„Droga Panno Lupin!
Mam nadzieję, że czujesz się dobrze, jak na obecny stan. Myślę, iż muszę wyjaśnić Ci parę spraw.
Prawdopodobnie, według uzdrowicieli ze Szpitala św. Munga, pozostaniesz do śmierci wampirem. Jeżeli chodzi o kwestię Twej edukacji w szkole, nie pozostawia żadnych wątpliwości, bez obaw możesz wracać do Hogwartu. Będziesz chyba musiała brać jakieś środki, by zapobiec łaknieniu krwi.
Wampiryzm nie musi być dla Ciebie tragedią. Wilkołaki, wbrew pozorom, są o wiele gorzej akceptowane przez społeczeństwo. Zapamiętaj, że nikt w szkole nie ma prawa negować Twej przynależności do społeczności szkolnej i ogółu czarodziejów.
Odkryłem, dlaczego przed przeniesieniem Cię do świata wampirów miałaś tak liczne zmiany. Następuje to czasem, gdy wampir zostanie zabity lub straci przytomność w trakcie wysysania krwi. Być może to, o czym myśli, może przenieść się na ofiarę. W Twoim przypadku przybierałaś cechy wyglądu podobne do żony tamtego wampira. Zapewne już dawno się tego domyśliłaś.
Cóż, wyrażam nadzieję, że Twoje ferie wielkanocne przebiegną spokojnie i wbrew wszystkiemu, co Cię spotkało, uwierzysz na nowo w przyjaźń i miłość.
Z poważaniem Albus Dumbledore.
PS.: Zapamiętaj, Twa nieśmiertelność nie zwalnia Cię z obowiązku czujnego obserwowania wydarzeń w kraju. Wampiry nie tylko może zabić słońce, ale także stosowne Zaklęcie Niewybaczalne…”
Zmięłam list w dłoniach bezwiednie. Z ciężkim westchnięciem opadłam na łóżko. Tak bardzo bałam się wampiryzmu… Teraz nie mogę normalnie funkcjonować, to oczywiste. Połowa ludzi, których znałam, NIGDY już nie będzie się czuła dobrze w moim towarzystwie. To tak, jakby kogoś ze śmiertelną, zaraźliwą chorobą wprowadzić do grona osób, które wiedzą o jej przypadłości…
W zamyśleniu zerknęłam raz jeszcze na list. „…by zapobiec łaknieniu krwi.”. No, pięknie to brzmi, nie ma co! Lepiej być nie mogło…
„Wilkołaki, wbrew pozorom, są o wiele gorzej akceptowane przez społeczeństwo.”. Super. Czyli dyrektor próbuje mnie jakoś pocieszyć… Niezbyt mu to wyszło. Mógłby równie dobrze napisać „Tak, tak, Mary Ann, nie płacz! Masz przekichane, ale nie martw się! Są tacy, co mają jeszcze gorzej, na przykład Remus!” Taa…
„Zapamiętaj, że nikt w szkole nie ma prawa negować Twej przynależności do społeczności szkolnej i ogółu czarodziejów.” Aha, czyli już z góry zakłada, że coś takiego może mieć miejsce. W sumie ma rację. Też tak sądzę. Wątpię, żeby Ślizgoni podzielali współczucie dyrektora i na pewno boleśnie mi to dadzą odczuć…
A co będzie z moimi dziećmi? Też będą wampirami?! Oby nie…
Wzdrygnęłam się, czując pustkę. Wszystko przez Blacka! Gdyby wysłuchał naszych próśb, gdyby nie był taki wredny i złośliwy, dotarlibyśmy na czas do Dumbledore’a i powiadomilibyśmy go wszystkim. Nie musiałabym walczyć z Dianą, zostawiać samego Remusa, nie nadziałabym się na Jonasza, nie zostałabym wampirzycą…
Łzy potoczyły się po moim policzku. Coś mi się nasunęło. „My i tak cię kochamy!”. No tak, kochany James! On się ode mnie nie odwróci! Jednak gdy o tym pomyślałam, jakiś głosik szepnął mi do ucha:
„Ale gdy to powiedział, byłaś tylko niewidzialna. Teraz jesteś krwiożerczą bestią, niebezpieczną dla wszystkich. I każdy, nawet ty, doskonale o tym wie.”
Wybuchłam płaczem i rzuciłam się na łóżko. To koniec. Kariery, przyjaźni, szczęścia. Jestem skalana niebezpieczną, niepożądaną chorobą… Nawet mama szybko uciekła z pokoju, to oczywiste, że się mnie boi. Chciałabym uciec tam, gdzie nikt nie wie o mojej przypadłości. Gdzie jestem taka, jak inni.
Od razu nasunęli mi się mugole. Tyle, że ja nie należę do ich świata! Ale należałam…
-Wujek Giuseppe!- nasunęło mi się nagle- Zapomniałam!
Podbiegłam do biurka i wyciągnęłam karteczkę z adresem rodziny Pianta. Na śmierć zapomniałam, że mam im wysłać list!
„Drogi wujku, dotrę do was 7 lipca pociągiem. Tam, gdzie zwykle. Miejmy nadzieję, że się zgadzacie, bo nie możecie mi wysłać listu-poczta nie dociera do mnie. Mary Ann.”
Chyba się nie pogniewają, pomyślałam, w końcu wujek zawsze powtarzał, że mogę wpadać, kiedy chcę z mamą.
Ciesząc się, że mogę zająć głowę czymś innym, niż mój wampiryzm, zarzuciłam na siebie ciepły golf i wypadłam z sypialni. Potem zeszłam przez klapę w podłodze w dół po schodach do biblioteki. Odchyliłam regał i pobiegłam do hallu, by na najbliższe paręnaście minut opuścić dom.
Kluczyłam pomiędzy odżywającymi drzewkami i w końcu dotarłam do uliczki.
Rozległ się odgłos silnika, rósł z każdą chwilą. Po jakimś czasie zza węgła wyjechał motocykl i z hukiem się przede mną zatrzymał. A na nim siedział…
-Syriusz?!- zatkało mnie- Co ty tu robisz?!
-O, hej!- ucieszył się, odrzucając grzywę czarnych włosów- Cóż za znamienne spotkanie… Jechałem do was, by zobaczyć, co z tobą…
Zeskoczył z maszyny, wcześniej ją wyłączając i podszedł do mnie. W oczach dostrzegłam troskę. Cały był ubrany w czarną skórę.
-I jak?- szepnął, gdy już przystanął. Odwróciłam wzrok, czując do siebie obrzydzenie. Po prostu, nie byłam godna rozmawiać z niewinnym człowiekiem. Z drugiej strony budził się we mnie jakiś niepokojący, nieznany mi apetyt, gdy zmierzyłam go niechętnym spojrzeniem…
-Co jest?- zagadnął. Nie odparłam, więc westchnął- Przecież wiem, co jest grane, jasne? I myślisz, że to cokolwiek zmienia? Że boję się ciebie?!- prychnął- Wciąż jesteś dla mnie tą samą Mary Ann z rudo-czarnymi loczkami i melancholijną, złośliwą naturą…- zarechotał mściwie.
-No dzięki!- moją twarz rozjaśnił niemrawy uśmiech- Myślałam, że nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać… A Remus siedzi w naszej komórce, zamknięty na cztery spusty, bez niego czuję się taka obca we własnym domu!- poskarżyłam się. Syriusz z powagą pokiwał głową wyrozumiale.
-Zawsze już będziesz wampirem?- spytał nieśmiało.
-Tak. Chyba, że ktoś miotnie we mnie Avadą, bo słońce mogę znieść, jak widzisz…
-Hmm.- skomentował Syriusz- Poświęciłaś się dla Remusa. Pewnie nie żałujesz.
-Nie, widocznie tak miało być.- mruknęłam, spuszczając głowę- Nie żałuję, że ocaliłam w ten sposób brata. Zapłaciłam odpowiednio wysoką cenę.- przeniosłam z powrotem wzrok na Czarnego- Ale boję się! Odrzucenia, separacji od normalnych…
Syriusz zaśmiał się.
-Jakby ktoś stroił fochy, to Huncwoci nauczą go szacunku do ciebie!- wyłamał niebezpiecznie palce, po czym poklepał bezwiednie siedzenie motocyklu.
-Skąd go masz?- zaciekawiłam się.
-Wujek Alphard zostawił mi trochę kasy w Gringotcie. Co ja mówię, kupę kasy! I sobie sprawiłem taki o sprzęt… Spełniło się moje marzenie życia!- popatrzył tak tęsknym, cielęcym, wielbiącym wzrokiem na swój pojazd, jakby motocykl co najmniej uratował ludzkość przed zagładą.
-Pamiętam, że jak miałam dwanaście-trzynaście lat, to kręcili mnie motocykliści!- parsknęłam, gdy to sobie uświadomiłam. Łapa chrząknął ostentacyjnie- Wygląda nieźle… Zawsze marzyłam, żeby jeden z takich chłopaków wziął mnie na przejażdżkę swym sprzętem.
Syriusz uniósł brwi i kącik ust.
-To co, może się przejdziemy? I tak masz jakąś sprawę do załatwienia w mieście… - wskazał na trzymany przeze mnie list- A więc, na pocztę!
Roześmiałam się szczerze, zapominając o smutku i przygnębieniu.
Łapa wskoczył na swój ukochany motocykl i gestem zaprosił mnie ku sobie. Opadłam na skórzane siedzenie za Czarnym, czując, że serce stało się bardzo lekkie.
-Tylko trzymaj się mnie mocno!- zawołał, więc ujęłam go ramionami w pasie najmocniej, jak mogłam. Jakoś nie uśmiechała mi się wizja mnie samej zlatującej z pojazdu i lądującej na tyłku na środku ulicy Londynu, pełnego samochodów.
-JUHUUU!!!- wrzasnął Syriusz radośnie, gdy motocykl zaryczał głośno, po czym ruszył ku Londynowi.
Pęd ciepłego, kwietniowego powietrza chlasnął mnie w twarz. Loki falowały za mną, a włosy Syriusza łaskotały mnie w nos, pozostawiając w nim jego charakterystyczny zapach.
Mijaliśmy pola i zagajniki, a ja czułam się autentycznie wolna. Mimo potwornej dziury w sercu, pomimo strachu o przyszłość i akceptację, poczułam wolność i szczęście…
***
Wielkanoc dobiegła końca i trzeba było wracać do szkoły. Trochę trudno mi było uwierzyć, że ludzie nie zaczną zaraz o mnie rozmawiać, jak tylko przekroczę próg Hogwartu.
Westchnęłam, gdy spakowałam wszystko do kufra, na szczycie kładąc eliksir, który miał powstrzymać łaknienie krwi. Mój wzrok padł na niewielką kolekcję płyt winylowych, które kupował mi Syriusz, ilekroć docieraliśmy na jego motorze do Londynu. Poza czterema płytami Beatlesów, na gzymsie stała płyta Pink Floyd. Wiedziałam, że będę musiała obyć się bez ukochanej muzyki przez kilka miesięcy.
Rozległo się pukanie.
-Mogę?- nieśmiały głosik Remusa, który wsunął się niepostrzeżenie przez uchylone drzwi wywołał u mnie mimowolny uśmieszek. Kiwnęłam jedynie, po czym usiadłam na własnym kufrze, wskazując bratu pufkę przy toaletce. Zamiast tego dosiadł się do mnie. Wlepił we mnie uważne, zasmucone spojrzenie. Nie widziałam go, odkąd Jonasz mnie pogryzł.
-Nie przejmuj się.- szepnęłam niezbyt przekonywująco do własnych kolan, mrugając intensywnie- Jakoś to wszystko się zniesie…
-Meggie…- objął mnie czule jednym ramieniem. Oparłam skroń o jego policzek- Meggie, dziękuję. Nie musiałaś poświęcać swego życia w zamian za moje…
-Musiałam, Remusie. Chyba też byś tak zrobił. Poza tym, ty już dźwigasz swe brzemię. Za bardzo cię kocham, by obarczać cię jeszcze jednym powodem, by ludzie cię nienawidzili…
-Przecież teraz ciebie będą nienawidzić!- żachnął się z jakąś rozpaczą w głosie.
-Trudno. Myślę, że tak już miało być…
-REMUS! MARY ANN!- głos taty wyrwał nas w jakiś dziwny, brutalny sposób z tej przykrej chwili. Wymieniliśmy smutne uśmiechy i szybko zeszliśmy do salonu, taszcząc cały swój dobytek.
-No już, jedziemy na peron, dzieci!- zadecydował ojciec- Rea, ty zostajesz, nie? Ugotujesz obiad?- dodał nieco błagalnie.
-Dobra…- burknęła mama, wycierając ręce o fartuch- No, chodźcie, dzieci! I znów was nie będzie!
-Do wakacji szybko zleci! Zostały nieco ponad dwa miesiące…- zauważył Remus.
-Tak… A ja zawsze tęsknię… Chociaż, może to i dobrze, że Mary Ann wraca do szkoły!- rzekła apodyktycznym tonem, mierząc mnie od stóp do głów nieprzychylnym spojrzeniem- W końcu przestanie nadstawiać karku i wałęsać się po okolicy na motorze z Syriuszem co popołudnie!
-Mamo!- zawołałam ze złością, a Remus zarechotał mściwie- Przynajmniej se znalazłam jakieś twórcze zajęcie, a nie non stop przesiadywanie w czterech ścianach!
-Przy krowach byś mi lepiej pomogła!- zaskrzeczała- A nie ryzykowała życiem na jakiejś głupiej, mugolskiej zabawce! I w ogóle nie jadłaś kolacji!
-Nie prawda!- zaprzeczyłam gwałtownie- Robiliśmy z Syriuszem pikniki, a jak byliśmy w Londynie, to szliśmy do barów…
-I żarliście te fast foody?! No pięknie! Pogratulować! Daleko nie zajedziesz na takiej diecie, moja droga!
-Super. Też cię kocham!- cmoknęłam ją dwa razy, zanim zdołała dokończyć wywód na temat szkodliwości mugolskiego jedzenia, po czym dopadłam do kominka pierwsza.
-Londyn, Dziurawy Kocioł!- zawołałam i już wirowałam w zielonym popiele.
Chwilę potem wypadłam na posadzkę słynnego portalu pomiędzy światem mugoli i czarodziejów. Wciąż odpychając od siebie myśl, jak bardzo irytuje mnie ostatnimi czasy mama, odsunęłam się od paleniska. Chwilę potem przyszło mi do głowy, że może zrobiła się taka upierdliwa, odkąd stałam się wampirem. Rodzicielska nadopiekuńczość…
***
Zapach świeżutkiej trawy drażnił mnie w bardzo przyjemny sposób. Z nosem blisko ziemi zaczaiłam się, by powąchać mrowisko. Zapiekło w śluzówkę nosa niesympatycznie i kilkoro mieszkańców wlazło na mnie. Dobra, czas zwiewać…
Przebierałam łapkami po nie do końca obudzonej ziemi. Słońce grzało delikatnie, chyląc się ku zachodowi. Była pierwsza ciepła sobota tego roku.
Kwietniowy wiatr zderzył się ze mną, ale tylko przyspieszyłam. Czuć było, że wiosna rozwija skrzydła, natura budzi się z odrętwienia i smutku, wszystko się odnawia i wygląda teraz wbrew pozorom zupełnie inaczej…
Przystanęłam pod dębem i poczęłam z nudów ostrzyć pazury na jego chropowatej korze. Zignorowałam pokusę pożarcia pełzającego po niej robaka i nagle rzuciłam się sprintem przed siebie.
BUCH! Zza drzewa wpadł na mnie z biegu rozpędzony obiekt. Miauknęłam, bo zabolało i zjeżyłam się. Zwierze, piszcząc, przekoziołkowało kilka razy przez siebie samego, po czym legło nieopodal plecami do mnie w siadzie. Po chwili obróciło pysk w moją stronę ze zdziwieniem.
Pies zawrócił ku mnie i przekomicznie przekrzywił głowę w prawo, stawiając uszy. Potem szczeknął radośnie, machając entuzjastycznie ogonem i podbiegł blisko. Skuliłam się nieufnie. Jakiś dziwny…
Pies wywiesił język i począł czule i bardzo sumiennie lizać mój pyszczek. Prychnęłam głucho, po czym odtoczyłam się na bok i przemieniłam w człowieka.
-Syriuszu!- zawołałam z oburzeniem i otarłam mokrą twarz rękawem. Na łokciu drugiej ręki się opierałam o ziemię.
Tuż obok mnie czarny pies skulił się i przemienił w Łapę. Syriusz zaśmiewał się w głos, pokładając na ziemi. Miał niewątpliwie doskonały humor. Kącik mych ust powędrował w górę.
-Takie to zabawne?- pokręciłam głową z politowaniem– To było wstrętne!
Wyszczerzył zęby, niesamowicie z siebie zadowolony.
-Ciesz się, że w pyszczek!- zarechotał- Mogłem z drugiej…
Rozdziawiłam buzię, rozbawiona, jednocześnie nie wierząc własnym uszom.
-Jesteś obleśny!- zawołałam ze śmiechem i wymierzyłam mu cios w ramię.
-Ja?!- udał oburzenie, wykonując ruch obronny przeciw memu atakowi- Przecież ja tylko mówię, jak zachowują się normalne psy! Im jest obojętne, czy pyszczek, czy…
-Mniejsza. Nie lubię śliny psów…
Syriusz westchnął ostentacyjnie i łypnął na mnie swym lewym okiem z rozbawieniem.
-Typowe…
-Zresztą.- mruknęłam po namyśle, po czym wstałam i otrzepałam się z ziemi- Psów też nie lubię!
Wytknęłam mu zadziornie język.
-Pa!
Uśmiech spełzł z twarzy Syriusza.
-Nie?- zmartwił się i zrobił teatralnie smutną, błagalną minę. Parsknęłam do siebie, po czym ruszyłam w głąb lasu do ruin, zostawiając Syriusza leżącego na ziemi. Uwielbiałam to miejsce, zawsze…
Kluczyłam z wolna między zaroślami. Przez ich liście, jeszcze nie do końca rozwinięte, prześwitywało światło, kładąc się długim cieniem w leśnej ciszy. Zachodziło słońce, roztaczając ciemnozłoty blask, który igrał na pniach i wśród gałęzi. Delikatny zapach lasu wypełnił moje nozdrza. Tak pachniała zielona, spokojna wiosna, gdy zbliżał się zmierzch…
Usiadłam z namaszczeniem na zwietrzałym parapecie i chłonęłam całą sobą przyrodę. Dosłownie czułam, jak pod ziemią rusza się każde stworzonko, jak życie z każdą sekundą rozwija skrzydła…
-„When I get to the bottom I go back to the top of the slide, where I stop and I turn and I go for a ride, till I get to the bottom AND I SEE YOU AGAAAAIN, YEAH YEAH YEAAAH!!!”- rozległo się zza muru. Chwilę potem smukła sylwetka w rozchełstanej, pseudo-białej koszuli, krawacie na nadgarstku i nieco workowatych spodniach oparła się o mur nonszalancko. Syriusz zmierzył mnie bystrym spojrzeniem, mrużąc oczy w charakterystyczny sposób.
-Słuchasz Beatlesów?- zdziwiłam się.
Uniósł brwi tak, że wyglądał, jakby się martwił.
-„Do you, don't you want me to love you?”- po czym, zamiast tradycyjnie, zająć parapet obok, wepchnął się przy mnie.
-Chyba nie umrzesz, gdy ścisnę się obok ciebie?- zagadnął pogodnie.
-No nie wiem… Czuję, że zarazisz mnie jakimś rzadkim świństwem…- mruknęłam z rozbawieniem i wróciłam do analizowania wyglądu klonu, rosnącego naprzeciw. Jego listki miały jasnozielony kolor, dzięki słońcu… Panowała idealna cisza.
-EJ!- parsknęłam nagle- Możesz mnie oświecić, co ty robisz?
-Ja?- Syriusz udał niewiniątko- A co miałbym robić? Siedzę sobie jeno grzecznie…
-No już mi nie wstawiaj kitów, że przed chwilą nie dźgnąłeś mnie palcem wskazującym prosto w bok!
-Hej! Jak możesz mi zarzucać wyrabianie takich rzeczy?! Masz mnie za dziecko?!- Łapa zaplótł ręce na piersi i wycelował nos w niebo.
-Cóż… Miło, że się wreszcie zorientowałeś!
-No dzięki!- burknął- A nawet jeśli cię dźgnąłem, to co? Chciałem, byś nie skupiała się na drzewie!
Pokręciłam głową z rozbawieniem.
-Syriuszu!- potrząsnęłam lekko jego ramieniem. Zero reakcji. Obrócił tylko głowę w przeciwną stronę. Roześmiałam się. Ten to potrafi grać obrażonego!
-Panie Black! Proszę uniżenie o uwagę!- nie podziałało. Prychnął tylko coś do siebie.
-Łapuś…- poprosiłam czule na modłę Jamesa po czym poczochrałam mu włosy delikatnie- Już się nie bocz tak, no…
-Mmm…- rozległo się tylko zza jego pleców- Nie przeszkadzaj sobie…
-Chyba ci tu za wygodnie jednak!- zawołałam i odjęłam dłoń od jego głowy. Obrócił się ku mnie z boleścią na twarzy.
-Jak mogłaś to przerwać?! Weź zrób tak jeszcze raz!- poprosił. Uniosłam brwi- Tak wiem, mam ładnie poprosić, taa? Typowe…
Po czym pochylił się i cmoknął mnie w policzek.
-Wystarczy?- szepnął, rozbawiony.
-Ech, myślę, że aż za dużo tego dobrego…- burknęłam i wytarłam policzek ostentacyjnie, na złość Syriuszowi. Ten jednak przybrał już ostrzegawczy wyraz twarzy, zwiastujący ciężką obrazę majestatu, toteż szybko wróciłam do robienia mu jeszcze większego artystycznego nieładu na łepetynce, by przypadkiem nie zachciało mu się narzekać. Chyba go tym udobruchałam, bo nic nie powiedział. Zamiast tego westchnął, obrócił się do mnie plecami i położył głowę na moim podołku, po czym zamknął oczy. Stwierdziłam nagle, że wcale mi to nie przeszkadza. Jak nigdy!
-Tak na marginesie.- zagadnęłam- Masz tak doskonały humor, ciekawe, czemu…
-To dziwne?- mruknął, nie otwierając oczu.
-No… Coś ci dolega?- uśmiechnęłam się do siebie.
Uchylił jedno oko i wpatrzył się we mnie z rozbawieniem.
-Taa…- pokiwał z powagą głową- Już od dawna…
Zaległa cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i szumem liści. Chłodny, kwietniowy wietrzyk poderwał moje loki.
-All you need is love…- zanucił po kilku chwilach milczenia Łapa leniwie. Delikatny uśmiech rozciągnął moje wargi i przyłączyłam się do niego cichym głosem. Gdy skończyliśmy nucić, wymieniliśmy pełne porozumienia, rozpromienione uśmiechy. Nie wiedzieć czemu, czułam się doskonale, niezwykle lekko…
-Nareszcie, upragniony odpoczynek. Jestem taki spracowany!- jęknął Syriusz teatralnie.
-Taa, rzeczywiście. A co, jeśli można wiedzieć, tak cię męczy i wyczerpuje?
Syriusz otworzył oczy i posłał mi nieco urażone, ale również zadziorne spojrzenie.
-Jak to? Wstać trzeba rano, potem taszczyć tą potworną torbę, w której są aż DWA podręczniki, rozumiesz to?! Makabra… Nie do zniesienia. I te potwornie męczące posiłki… Przeżuwanie wyczerpuje niesamowicie, nie wspomniawszy o podnoszeniu do ust widelca! Ale nie wiesz, co jest najgorsze, co mnie totalnie wyniszcza, czego nie mogę znieść, a gdy już ustaje, czuje się wreszcie wolny i nieskrępowany. To myślenie…
Roześmiałam się, Syriusz zawtórował mi pod nosem.
-I te tabuny dziewczyn, co mi się pod stopami przewalają…
-Hej!- poczułam się nieco urażona- No wiesz, ja też jestem dziewczyną…
Przestałam czochrać mu włosy i odwróciłam wzrok.
-Mary Ann!- zaśmiał się i podniósł głowę z mojego podołka. Przysunął się bliżej i chwycił mnie za ramiona dłońmi- Przecież ty jesteś zupełnie kimś innym!
-Nie mów tak…- westchnęłam- Nie jestem. Jestem taka sama. Wydaje ci się.
-Co ty opowiadasz?! Tak myślisz? Jesteś diametralnie inna! Dla mnie…
Z wolna obróciłam głowę ku niemu i niepewnie spojrzałam w szare, świecące intensywnie oczy. Syriusz przyglądał mi się uważnie, jego wzrok biegał po całej mojej twarzy, dopóki nie spoczął na oczach. Wystająca łagodnie grdyka pojechała po długiej szyi do góry.
-Dla mnie…- powtórzył znacząco, o wiele ciszej, niż przed chwilą i uśmiechnął się delikatnie. Odwzajemniłam po chwili nieśmiałym uśmiechem wdzięczności. Kotek, mruczący do tej pory zawzięcie, przeszedł samego siebie w stopniu nasilenia i głośności wydawanego odgłosu. Zdawać by się mogło, że twarz Syriusza nieco urosła w moich oczach…
-Och, no wiedziałem, że tu mam was szukać, no!...- James wypadł z zarośli- Wy wiecie, że jutro nie robię treningu?! Chyba już to mówiłem Lukasowi i Caradocowi, ale nie wiem, czy wam…
-Nie, James, nie mówiłeś!- warknął ze złością Syriusz, puszczając mnie. Zerknęłam na niego ze zdziwieniem; na policzkach oblał się mocnym rumieńcem. Zaskoczyło mnie to nieco, bo nigdy się nie rumienił. A jeśli nawet, to przez jego śniadą cerę nic nie było widać.
-Ooo…- James chyba skumał, że coś jest nie tak- Hmm… no, tego ehh… No więc tak… Hmm, taa… Ja już chyba ten-tego…
-No to ten-tego spływaj…- burknął Łapa- Ech, a zresztą!... Wracamy, głodny jestem…
Po czym zerwał się i szybko ruszył ku majaczącym na horyzoncie wieżom, wpychając ręce głęboko do kieszeni i nie odwracając ku nam głowy. Stanęłam obok czerwonego ze wstydu Jamesa.
-Co ja mu zrobiłem?- zadał nieśmiałe pytanie James- Speszyłem go czymś, ale nie wiem, czym…
Uśmiechnęłam się do Jamesa wyrozumiale i położyłam dłoń na jego ramieniu.
-Nie przejmuj się. Syriusz jest chimeryczny, miewa takie huśtawki… Cóż robić! Przeproś go i porozmawiaj z nim, na pewno wszystko się wyjaśni…
-Ja nie wiem!...- razem, ramię w ramię wspinaliśmy się ku zamkowi- Patrz go, co za kozak, tak szybko się ulotnił…
Nie podchwyciłam uwagi, mrugając usilnie i wstrząsając lekko głową. Za nic bowiem nie mogłam zapomnieć wyrazu twarzy Syriusza, jego oczy, nawet gdy zamknęłam swoje, wpatrywały się we mnie, jakby chciały odkryć najbardziej oddalone zakamarki mojej duszy…
Kwiecień oznaczał dla wielu z nas również pilną naukę do egzaminów. Na szczęście, sumy mieliśmy za sobą, przed nami pojawiła się perspektywa ostatnich egzaminów w szkole. Zostaną wyłącznie owutemy. Jak ten czas leci…
Myślałam usilnie nad całym moim życiem, gdy swe niespieszne kroki kierowałam ku bibliotece, jak co wieczór.
Przeprowadzki z miejsca na miejsce, aż wreszcie upragniony dom-Hogwart, pełen tajemnic, zagmatwany. Nawet kurz wydawał się tu pachnieć wiekami, każdy kąt miał swoją historię. A oprócz mnie były tysiące uczniów ze wszystkich pokoleń, którzy czuli do Hogwartu to samo, co ja. Czy łatwo będzie mi go opuścić? Szczerze mówiąc, to nie wyobrażam sobie życia bez tego miejsca.
Tu poznałam wszystkich przyjaciół, doświadczyłam przygód, zakochałam się dwa razy, poznałam magię, poczułam się ważna i po raz pierwszy przykuwałam uwagę chłopców…
Każda z bliskich mi osób przeszła długą drogę od początków naszej znajomości, bym ich postrzegała tak, jak widzę obecnie.
Od samego początku Jamesa lubiłam najbardziej. Musiałam przeżyć do niego silne uczucie, które teraz wydało mi się zwyczajnie śmieszne, by poczuć, jak bardzo go kocham. Przyjacielską miłością, rzecz jasna. Wiedziałam, że bez Jamesa moje życie byłoby takie puste i szare. Zbyt… rzadkie.
Syriusz? Hmm, nic dodać, nic ująć. Od obojętności, przez dziką nienawiść, liczne sprzeczki i depresje relacji po niewiarygodne porozumienie i swego rodzaju braterską miłość, przywiązanie i oddanie. Aż trudno było mi uwierzyć, gdy przypomniałam sobie tamtą noc-pierwszy szlaban i poczucie silnej do niego niechęci.
Lily-z początku wielka przyjaciółka, potem przeze mnie odrzucona, teraz często nie rozmawiamy, odkąd nasza grupka z Severusem się rozpadła. Było mi przykro, ale nie mogłam znieść obecności Lily bez Severusa. Nie mogłam znieść poczucia, że mnie jest dane z nią rozmawiać, a jemu już nie…
I wreszcie sam Severus. Z początku mnie nie znosił, potem zaakceptował, a potem… No właśnie, później poczułam, że jest mi niezwykle bliski. Bliższy, niż ktokolwiek inny…
-„Akumulacja asteroidów w dziejach ludzkości”…- mruknęłam do siebie, wodząc palcem po grzbietach starych ksiąg- „Io. Księżyc owiany tajemnicą”…
-Cześć, Meg!- niski, tępy głos oderwał mnie od poszukiwań- Co tu robisz?
Westchnęłam cierpliwie i wysiliłam się na uśmiech.
-Szukam czegoś z astronomii. Muszę się pouczyć do egzaminów. A ty, Gregor?
-Ja też się muszę pouczyć.- wydukał- Możemy pouczyć się razem!
-Taa, myślę, że to całkiem dobry pomysł…- rzekłam stwierdziwszy, że mi to specjalnie nie wadzi.
-Chodź do naszego stolika!- złapał mnie za rękę zbyt mocno i łopatologicznie pociągnął za sobą. Gdy tylko tam podeszliśmy, już mnie cofnęło.
-Nie zjedzą cię!- zarechotał Gregor.
Przy stoliku bowiem siedziała grupka Ślizgonów. Na widok Severusa się ucieszyłam, gorzej z resztą.
Po lewej stronie Seva siedział Nott, przewracając małymi oczkami na wszystkie strony. Obok Notta dostrzegłam Mulcibera, Ślizgona, który kiedyś podobno prawie obrał ze skóry jedną dziewczynę. Po prawej stronie Seva rozwalił się jakiś Ślizgon, którego widziałam w drużynie quiddicha na meczach z innymi domami. Chyba nazywał się Lestrange. Obok stało puste miejsce, tak, jak obok Mulcibera.
-Mary Ann!- ucieszył się Severus. Reszta łypnęła na mnie spode łba. Gregor rozwalił się na pustym miejscu obok Mulcibera, zagarniając dla siebie jakąś książkę ze stosu.
-Usiądź!- poprosił Severus. Goyle posłał kumplom wymowne, wściekłe spojrzenie. Opadłam na krzesło obok Lestrange’a- I jak? Żyjesz jeszcze?
-Staram się…- mruknęłam. Lestrange parsknął.
-To ty jesteś tą dziewczyną, co ją wampir pogryzł?- zagadnął podejrzliwie Mulciber, mrużąc oczy.
-Tak, to ja.- spuściłam wzrok. No tak, teraz się zacznie…
-Naprawdę?- Lestrange przekręcił się ku mnie z zaintrygowaniem- I pijesz ludzką krew? Super!
-Ehe…- odpowiedziałam jedyną przychodzącą mi na myśl dość dobrze wyartykułowaną odpowiedź.
-Co ty, zgłupiałeś?! Wywaliliby ją za picie ludzkiej krwi!- parsknął Severus.
-Te, nie mądruj się, Snape. Nie jestem taki ciemny!- zarechotał.
-A wyglądasz, jakbyś był!- rzucił Gregor zza ciężkiego woluminu. Lestrange prychnął.
Przyjrzałam się każdemu z osobna. Mulciber miał twarz buldoga i krótko ścięte włosy. Był raczej krępy i nie wyglądał na typa intelektualisty. Nott był drobny i nie przypominał szesnastolatka. Długie blond włosy zawiązał w kucyk. Po Lestrange’u od razu było widać, że śpi na pieniądzach. Poza tym miał ciemne, dlugie włosy i niedbały zarost.
-Uważaj, nie prowokuj go! Jeszcze gotowy cię sprać!- ostrzegł go Nott z uśmieszkiem.
-Co ty gadasz, Nott?! Jeszcze koleżanka Goyle’a pomyśli, że jestem jakimś tyranem, który tłucze własnych kumpli!- uniósł brwi Lestrange, po czym począł się zabawiać podpalaniem zmiętych kartek pergaminu- A wolałbym, żeby poznała mnie od innej strony…
-To jakaś aluzja, Lestrange?- parsknął ohydnie Mulciber. Lestrange cisnął w niego kulką pergaminu, trafiając prosto w oko.
-Ale masz cela!- warknął Mulciber.
-W końcu to najlepszy ścigający!- zawołał Nott- Wszystkie gole wbija! Dzięki niemu nasza drużyna nareszcie zdobędzie Puchar, no nie?
-Noo! Ciągle kradli nam go ci Gryfoni…- burknął Mulciber.
-Cóż, widocznie byliśmy lepsi!- orzekłam chłodno, czując narastający gniew.
-Czas przeszły, słusznie…- zasyczał Mulciber, posyłając mi mściwie spojrzenie. Odpłaciłam mu tym samym.
-Sezon jeszcze nie dobiegł końca. Różne rzecz mogą się zdarzyć!- warknęłam z irytacją- Zbytnia pewność siebie może zgubić niejednego, skarbie…
-No nareszcie się znalazł ktoś, kto podziela moje zdanie! Od miesięcy wmawiam to mojemu bratu…- westchnął Lestrange, irytująco przeciągając sylaby- Miło, że to zauważyłaś…
-A co takiego robi twój brat?- spytałam go z zaintrygowaniem. Być może ma to związek z Voldemortem…
-Ech, nawija o zaproponowaniu małżeństwa Bellatriks Black… Wiesz, ona jest czystej krwi. Musimy połączyć majątek z innym bogatym szlachcicem. To się nazywa…
-Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi…- wtrąciłam.
-Dokładnie!- Lestrange kiwnął głową z ukrywanym podziwem, że wiem takie rzeczy.
-A czyż ona nie miała być z Crabbe’em?- zapytałam, bo przypomniała mi się przepowiednia Trelawney. Lestrange zmarszczył brwi, zaskoczony. Uśmiechnął się z politowaniem.
-Co, wierzysz tej starusze?- zaśmiał się- Nie, jej przepowiednie się NIGDY nie sprawdzają. No, chyba że ktoś już razem jest ze sobą…
-Nie, nie wierzę…- przypomniało mi się, że według Kasandry będę żoną Syriusza. Pff…
-No, to w porządku. A tak w ogóle, to jestem Rabastan.- wyciągnął do mnie rękę, w oczach dostrzegłam jednak chłód i jakąś niechęć.
-Mary Ann.
-Taa, wiem. Jesteś ścigającą z wrogiego obozu. Już się nasłuchałem od kapitana, jak bardzo jesteś niebezpieczna…- rzekł, ściszając głos.
-Ja?- zdziwiłam się mocno.
Kiwnął głową nonszalancko. Mimo, że rozmawialiśmy na różne tematy jakieś następne piętnaście minut, Rabastan wydał mi się jakiś nieprzyjemny i odpychający. Taki pretensjonalny.
-Któraż to godzina!- wydał zduszony okrzyk pod koniec- Już szósta wieczór. Co za niesprawiedliwość-piękne, kwietniowe wieczory musimy spędzać na nauce do idiotycznych egzaminów, które na nic nam się nie zdadzą!
-Ty się nie uczysz, tylko rozmawiasz z Meg!- burknął Gregor, lekko czerwony ze złości. Chyba go irytowało, że całą uwagę skupiłam na Rabastanie, nie na nim.
-Masz rację, późno już…- skwitowałam, czując, że muszę ich zostawić. Wstałam, chwytając książkę o podwójnych gwiazdach i rzucając krótkie „Cześć!” Sevowi, Rabastanowi i Gregorowi, opuściłam bibliotekę, ruszając długim korytarzem, po którym biegły pasma złotego, zachodzącego słońca.
Westchnęłam do siebie z jakąś ulgą. Cieszę się, że nie mam fotofobii, jak większość wampirów, że mogę obserwować, jak każdego dnia słońce budzi się do życia, jak rozwesela każdego… Sam widok takich pasm zachodzącego słońca, rozciągniętych po podłodze i ścianach napawa człowieka takim szczęściem i spokojem, słodką tęsknotą…
-A panna Lupin, jak zwykle, odosobniona!- rozległo się za mną i obok mnie znikąd pojawił się Syriusz, idąc ramię w ramię ze mną i wpychając ręce głęboko w kieszenie. Posłał mi zadziorny uśmiech.
-Przeszkadza ci to?- parsknęłam- Wiesz, mogę wrócić do biblioteki i wynająć bodygarda w osobie Gregora Goyle’a do towarzystwa, na pewno chętnie na to pójdzie…
-Ej, spoko!- zerknął na mnie z ukosa, uśmiechając się ciepło i uspakajająco- Przecież ja tu jestem…
Chwycił mnie mocno za dłoń, posłaliśmy sobie porozumiewawcze, radosne uśmiechy i tak ruszyliśmy ku naszej Wieży Gryffindora...