| |
 Pamiętnikiem opiekuje się Doo!
93. Wyprawa po Kamień Filozoficzny.
Dodała Mary Ann Lupin Poniedziałek, 21 Listopada, 2011, 01:30
czujecie Święta? Ja już Wczoraj zrobiłam pierwszy raz w życiu angielski pudding, zobaczymy, czy będzie się go dało zjeść za miesiąc...
notka przełamana ^^ i ja też już się nie mogę doczekać Syriusza będzie fajowo... Metallum, cieszę się, że losy chłopców (czyli moja opowieść) Ci się podobają ^^
i cieszę się wgle, że tu jeszcze zaglądacie te komenty są jak balsam na... no dobra, przesadzam 
Nowa za najwcześniej osiem dni
Trzynastoletni już od dwóch tygodni Nicholas wstał od stołu. Marcowe niebo nad nim wyglądało dość pogodnie, ale było to bardzo złośliwe, zważywszy na fakt, że od piętnastu minut trwały mu eliksiry. Westchnął, czując jak owsianka ze śmietaną mdli go od środka.
-Ty wiesz co?- zagadnęła Tamara, która miała to szczęście mieć historię, więc lekkie spóźnienie nie było czymś katastrofalnym- Może będę do ciebie przyłazić zaraz po obudzeniu i skakać po tobie? Myślę, że mogłoby to pomóc ci być bardziej punktualnym.
-Nie wiem… Jakbyś po mnie skakała, to bym się chyba nie przejął.- wzruszył ramionami Nicholas- Mało rzeczy mnie ogólnie rusza… No, z wyjątkiem eliksirów… Chodź, bo mnie zabiją znowu.
Tamara parsknęła i zerwała się od stołu, popychając przed sobą młodszego kolegę. Razem pobiegli w stronę lochów (Nicholas bardziej kulał niż biegł). Nowa znajoma najstarszej latorośli Blacków popędzała go zachęcająco do szybszego przebierania nogami, co mu wcale nie przeszkadzało. W ogóle, zachowanie i całe jestestwo Tamary było zupełnie nieprzeszkadzające, a Nicholas doceniał bardzo fakt, że tyle czasu spędzała z nim, a nie ze swoją byłą paczką znajomych i wielbicieli. Odkąd razem poszli na spacer w czasie imprezy w Pokoju Wspólnym Ravenclawu, zachowywała się, jakby przyjaźnili się od zarania dziejów. Nicholas podchodził do tego z większą rezerwą w obawie przed nagłym odwidzeniem Tamary i odrzuceniem, oraz z jakby uprzejmym zdziwieniem, że ktoś wreszcie raczył się z nim zakumplować, a minęło już przecież półtora roku od jego przybycia tu!
-No, to właź!- syknęła, kopiąc go jeszcze i wepchnęła do sali- Powodzenia!
Nicholas wpadł więc, kopnięty przyjacielsko i chichoczący prosto do klasy eliksirów, a wszyscy na niego natychmiast spojrzeli, unosząc brwi. Wcale się nie przejął, że jest taki uchachany, bo ktoś kto ma kogoś bliskiego (a tym kimś była szeroko znana i lubiana Tamara Lehr), w nosie ma upokorzenia.
-Acha, no tak. Sławetny, nobliwy Black.- usłyszał już na wejściu.
-Tak, witam!- zawołał dla świętego spokoju do Snape’a, przyczajonego za jakimś różowym, śmierdzącym oparem z kotła Carmichaela. Coraz bardziej szyderczej naturze Nicholasa spodobało się, że był to szczególnie cuchnący opar. I do tego różowy. Dobrze tak tłustowłosemu gnojowi.
-Ja również… Po dwudziestu minutach raczyłeś łaskawie zajrzeć do tego nieciekawego padołu… Ile punktów pan sobie życzy, bym mu odjął?- zadrwił Snape, krztusząc się niedostrzeżenie.
-A bo ja wiem…- wzruszył ramionami Nicholas prawie radośnie, zajmując samotne miejsce z tyłu. Nie było mu już zbyt przykro, że siedzi sam- Niech pan bierze, ile chce.
Cała klasa parsknęła śmiechem z powodu beztroski w głosie Krukona. Snape uniósł brwi.
-Czy ty nie rozumiesz, leniwy ignorancie, że jestem profesorem?- zapytał już prawie zmęczonym głosem- Jestem pod wrażeniem ilości uwag, jakie ci już w życiu zwróciłem, bo mało jest takich, którzy ci dorównali w głupocie i nieprzyjmowaniu do wiadomości pewnych rzeczy… Zaskakuje mnie Black, że przy twoim ujemnym ilorazie inteligencji jesteś jeszcze w stanie zakodować, że poruszasz się do przodu, a nie na boki, dlatego chylę czoło, że tu w ogóle dotarłeś kiedykolwiek.
Klasa zaryczała śmiechem. Nicholas spąsowiał, ale nic nie powiedział. Mogą się śmiać, a Snape szydzić-i tak miło z jego strony, że jeszcze go nie wywalili za jego namową, bo sądząc po nienawiści i złości, jaką Snape do niego żywił, Nicholas go bardzo irytował. Chociaż nie do końca wiedział, jak bezpośredniość może był irytująca.
-Odejmuję ci dziś pięćdziesiąt punktów. Polecimy po standardach.- stwierdził profesor, a cała sala jęknęła- A teraz lepiej bierz się za eliksir na biegunkę z tablicy.
Eliksir na biegunkę, phi! Nicholas zapatrzył się na ciemną tablicę z lekkim podirytowaniem. Gdyby umiał wykonywać psotne, czarodziejskie sztuczki, Snape nie zdążałby z wyrobem tego dla siebie…
Westchnąwszy ciężko nad własną niedolą, wlał od razu parę śmierdzących, zawiesistych kropel śluzu gumochłona do kociołka przed sobą. Po chwili zabrał się za ścieranie pazurów hipogryfa, co nie było proste i przyjemne. Myślami wciąż krążył wokół pięćdziesięciu punktów i złości całej klasy… ale czy to pierwszy i ostatni raz? Szkoda tyko, że Cho może go już nie lubi…
Wsypał deszczem proszek i zabrał się za miętę. Jej przyjemny zapach dotarł do nozdrzy chłopca, zamyślonego nad tym, dlaczego właściwie Tamara chce się z nim przyjaźnić. Dlaczego rzuciła wszystkich swoich znajomych, kumpli i przyjaciół? Mówiła, że w jej paczce nastąpił krach, bo jedna z par się pokłóciła na amen i zerwali. Wyraźnie miała dość i odcięła się od dawnego towarzystwa, ale czy nie mogła tak zrobić kiedyś i z nim? Nicholas bał się zaangażować w przyjaźń z tą dziewczyną, no i do tego fakt, że pozostało mu jedenaście lat życia…
Wrzucił miętę, ale nie spodobały mu się kłęby czarnego, gryzącego dymu, buchającego z jego kociołka, gdy miał zamiar wrzucić składnik. Zawartość dna wydzielała potworny smród.
-Evanesco.- Snape pośpiesznie usunął wszystko, bo ludzie zaczęli ostentacyjnie kasłać, z przerażeniem zerkając na Nicholasa. I profesor na niego pozezował.
-Powiedz mi, Black.- rzekł cicho, spokojnie i wolno- Jak można być głupszym od cofniętego pierwotniaka i nie wlać wody do kociołka najsampierw?
Klasa zaryczała śmiechem. Nicholas wzruszył ramionami, nieco urażony tym pierwotniakiem, szczególnie że nie do końca się orientował, co to i czy uwaga Snape’a była bardzo krzywdząca.
-Na czym ty chcesz ważyć ten eliksir?- zadrwił Snape, bardzo rozbawiony.
Nicholas nie odpowiedział. Często zdarzało mu się zapomnieć o wodzie, a raz zapomniał nawet o podpaleniu pod kociołkiem i pół lekcji narzekał na brak reakcji ze strony płynu… Ale każdemu, a szczególnie jemu, zdarzyć się może zapomnieć. Wodę zawsze dolewał po kryjomu później, a to, że i tak klucha z tego wyszła, to życie i już…
Snape był wyraźnie rozbawiony. Niestety, nie tylko on.
-Wiesz co, powinieneś bardziej myśleć o tym, co tu i teraz.- prychnął- Rozumiem, pierwsza, wiosenna miłość… Ale myślenie o pannie Lehr nie przyszło ci chyba na dobre…
-Jemu chodzi chyba o kogoś innego!- usłyszał szydercze parsknięcie Belby’ego gdzieś z tyłu i chłopcy z jego klasy zachichotali. Nicholas zdrętwiał. Żarty żartami, ale aluzja do Cho już wcale nie była zabawna. I irytowało go, że jego największy wróg wie.
-A może to twoje upośledzenie umysłowe.- kontynuował Snape- Chociaż rozumiem, to nie twoja wina. Jak się ma takiego ojca, nie można być do końca… LUDZKIM i NORMALNYM…
Tym razem Nicholas był już czerwony. Snape uderzał w najgorsze kompleksy, najbardziej zaropiałe i delikatne rany, z lubością je kalecząc i rozrywając. Znowu nawiedziła go pełna emocji myśl o tym, że nienawidzi wprost eliksirów. I do tego cała klasa miała niezły ubaw. I Cho… Cho również się uśmiechała. Może nie ryczała jak Belby i spółka, ale się troszkę uśmiechała… Nicholas czuł się bardzo upokorzony uwagami o nowej przyjaźni, Cho, jego nieludzkim kalectwie, ojcu, cofniętym umyśle… Myślał, że to trochę niesprawiedliwe, że na nim się skupia to wszystko, ale cóż… Marzył tylko o jednym: o poczciwej, emocjonalnej rozmowie z zatroskaną Tamarą.
Sara skuliła się na łóżku. Trawiła ją duża, wiosenna gorączka. Nie pomógł nawet kawałek tortu urodzinowego mamy i wujka, którzy właśnie kończyli trzydzieści dwa lata. Dreszcze biegały sobie spokojnie po całym jej ciele, wstrząsając nią. Popatrzyła na szklankę na biurku i sięgnęła po nią za pomocą wampirycznej psychokinezy. Czuła się wycieńczona i nawet perspektywa wstania z łóżka ją powalała. Szklanka wody powoli popłynęła ku dziewięciolatce, płyn zafalował wewnątrz… ale się zatrzymała na środku. Sara nacisnęła, ale szklanka ani drgnęła, jakby coś ją powstrzymywało. Uniosła się ze zdziwieniem na chudych, upiornie bladych łokciach i wpatrzyła z irytacją w nieposłuszny przedmiot. Dopiero po chwili to dostrzegła.
Naokoło szklanki zobaczyła kontur niskiej postaci. Był eteryczny, trochę przezroczy, ale wyraźnie przypominał niskiego człowieka. I jego twarz, która w milczeniu jej się przypatrywała, trzymając szklankę. Sara zdrętwiała, czując łomotanie słabego, chorowitego permanentnie serca.
-Kim… jesteś?- spytała nie bez przerażenia faktem, że znajduje się w pokoju sama z czymś takim.
„Coś” nie odpowiedziało, za to wciąż w milczeniu i jakby oczekiwaniu wpatrywało się w Sarę. Dziewczynka przyjrzała się temu pilniej. Istota miała twarz dziecka mniej więcej w jej wieku. Ubrana w długą, białą koszulę nocną i posiadała rozpuszczone kosmyki długich włosów. To było dziecko…
Sara nie wiedziała, co ma robić. Bała się wykonać jakiś gwałtowniejszy ruch. Może ta istota mogła zmienić się w jakąś bestię? Ale z drugiej strony czekanie na to, że sobie pójdzie, wydało jej się głupie.
-Możesz mi oddać szklankę i sobie iść?- spytała Sara- Nie chcę cię tu.
Dziecko nie odpowiedziało, wciąż w milczeniu na nią patrząc. Sara troszkę się zirytowała, toteż sięgnęła po szklankę ze złością, próbując ją wyrwać. Nic to nie dało. W zasadzie gdyby nie ta szklanka, myślałaby, że jest to wytwór jej chorej wyobraźni. Sara ciągnęła w swoją, dziecko w swoją i mała panna Black nieźle się musiała nasapać. W końcu istotka łaskawie puściła, a szklanka wykonała megaszybki lot, grzmocąc Sarę w szczękę i rozlewając zawartość na rozpalone gorączką ciałko.
I wtedy się to rozległo: dziecięcy, psotny śmiech, jakby stłumiony i przewalający się, raz wyostrzając raz tłumiąc, gdzieś u stropu w ścianach. Było to mrożące krew w żyłach doświadczenie, a istotka rozpłynęła się w złotawej smudze, wykonanej jak pędzlem. Sara poczuła chłodny powiew w pokoju i nieprzyjemny zapach jakichś chemikaliów i zaniepokojenie, bowiem nie mogła zlokalizować istoty. Podbiegła tylko do otwartego okna, bo właśnie się uchyliło. Na zewnątrz panowała burzowa atmosfera. Po niebie błyskawicznie płynęły czarne chmury, wiatr porywał nagie wciąż gałęzie, a huśtawka na podwórku państwa Route skrzypiała, poruszana silnymi podmuchami. Stare liście jeszcze z jesieni fruwały w powietrzu, a istotka stała w tym chaosie na trawniku na granicy ich i nielubianego sąsiada, patrząc na Sarę wyczekująco. Dziewczynka przełknęła ślinę, bo wyczekujące, nieruchome widmo dziecka wyzwalało w niej jakiś niepokój i dziwaczny strach. Przeraziła się, zatrzasnęła okno i pobiegła do sypialni mamy i wujka, niespokojna.
-Mamuś!…
Ocknęłam się, czując piasek pod powiekami. Ktoś wyraźnie mną potrząsał i była to moja córeczka. Miała zaniepokojone spojrzenie.
-Co się dzieje?- wymamrotałam, a Remus obok mnie burknął przez sen z niezadowoleniem.
-Ktoś jest w moim pokoju…
-Że jak?!- rozbudziłam się i usiadłam na łóżku- Jak to: ktoś jest w twoim pokoju?
-Jakaś widmowa dziewczynka…
-Poczekaj.
Zostawiłam przestraszoną Sarę w pokoju i ruszyłam z napięciem do niej. W jej pokoju nie było nic szczególnego. Rozrzucona pościel, cisza i brak jakiejkolwiek obecności.
Wróciłam do sypialni, ziewając.
-Nie ma nikogo.- rzekłam- Musiało ci się przyśnić, kochanie.
-Ale jestem prawie pewna…- zmarszczyła brwi- Mogę spać u was? Troszkę się boję…
Przytuliłam się do rozgorączkowanej Sary, wdychając jej zapach. Remus obok nas westchnął i przewrócił się na drugi bok, chrapiąc zapamiętale.
-Mamuś, opowiedz mi bajkę.- poprosiła cichutko Sara- Troszkę mi straszno.
-Jaką bajkę? Znasz już na pamięć baśnie Beedle’a.
-Jakąś nową, wymyśloną…
Westchnęłam, po czym znów usłyszałam znużone westchnięcie brata.
-Posłuchaj w takim razie opowieści o chłopcu, który uciekł od okrutnych ludzi z magicznego dworu…- wymyśliłam na poczekaniu.
Nicholas zebrał wszystkie swoje manatki ze stolika nocnego. Za każdym razem spóźniał się na swoją ulubioną lekcją i ten raz nie był wyjątkiem. Zimno mu się robiło za kołnierzykiem szaty na myśl o spóźnieniu u Snape’a. I do tego dziś Tamara pobiegła na historię, więc sam musiał lecieć do lochów, bez jej przyjaznej asysty. Gdyby jeszcze po drodze nie zapomniał torby i podręczników…
Pognał szybko w dół schodami, czując niezdrowe przemieszanie śniadania. Schody w dół do salonu, potem Wieża Ravenclaw, dalej długi korytarz, jeszcze jeden, i jeszcze jeden, schodki, skrót za gobelinem, potem schody w dół, dopadnięcie do wysokiej sali z portretami i ruchomymi schodami… I tu jego sprint się skończył, bowiem schody złośliwie zmieniły bieg.
-No tak. Super!- sarknął ze złością- Szkoda, że w takiej chwili.
Z rezygnacją oparł się o ścianę korytarza na siódmym piętrze, niewiele niżej od swojego dormitorium. Żal… Znowu będzie draka na pół zamku… Nie, a może…
Nicholas pogłówkował nieco. Plan był niebezpieczny i do tego niezbyt wygodny, ale cóż. Rozglądając się, czy nikt go nie widzi, bez szemrania wpadł do siatki korytarzy na siódmym piętrze i wciąż czując się wybitnie przestępczo, wpadł do toalety męskiej. Na szczęście nikogo tam nie było, więc Nicholas ze stoickim spokojem osunął się po ścianie ostatniej kabiny. Zamknął za sobą drzwi ze złuszczoną farbą, odczuwając chłód białych, starych kafelków pod sobą. Wpatrzył się bezwiednie w zardzewiałą kratkę odpływową niedaleko siebie, dysząc ciężko. Zwiewanie z eliksirów nie było zbyt roztropne, szczególnie, że miał dwie godziny. Snape na pewno się dowie, że nie był w skrzydle szpitalnym i w ogóle to z pewnością nie miał żadnych konkretnych powodów, by, jak to mawiał, go dziś nie zaszczycić. Ale Nicholas nie miał najmniejszego zamiaru iść na lekcje. Znów musiałby wysłuchiwać jego uwag, a już miał ich dość. Nie to, żeby się nimi jakoś przejmował, ale ile można było go obrażać i poniżać? Też miał swój honor. I zdecydowanie krócej życia przed sobą, by ktoś mu jeszcze dokładał przykrości. Tamara na pewno by tego nie pochwaliła, ale jej tu nie ma, więc nie ma sprawy.
Trzynastolatek westchnął, opierając potylicę o kafelki. Powoli się uspakajał swoją decyzją. W sumie to nigdy nie wagarował. W Hogwarcie mało kto tak robił i był surowo karany, ale chłopiec nie dbał teraz o konsekwencje. Po prostu wolał oberwać szlaban, nawet u Snape’a, niż siedzieć w sali z Krukonami i słuchać ich śmiechu… Nawet z Longbottoma, innego klasowego łamagi rok niżej w Gryffindorze nikt się nie śmiał, a u niego jego właśni koledzy tak robili… Niezbyt to lojalne.
Siedział tak długo, gapiąc się w ciemny sufit. Czasem ktoś wchodził, wychodził, ale Nicholas siedział jak trusia. Dźwięki dzwonków przewalały się przez szkołę trzy razy, zanim wstał z nóg, otrzepał się i z duszą na ramieniu wymsknął się z toalety, pragnąc dotrzeć na zaklęcia jak najdalszą od lochów drogą.
***
Sarę obudził jakiś stukot. Z początku wydawało się jej, że to po prostu wujek próbuje rozpalić na dole w kominku i stuka w coś pogrzebaczem, ale potem dotarło do niej, że jest środek nocy i stukot przypominał prędzej coś drewnianego. Z obawą otworzyła oczy i potwierdziły się jej przypuszczenia.
Na środku krzesło samo przesuwało się cal za calem po drewnianej podłodze, stukając cicho. Przypominało to trochę, jakby samo szło. Sara poczuła gulę w gardle i narastające przerażenie. Krzesło stanęło i więcej się nie poruszyło. Potem zaległa cisza… ale tylko na krótko, bowiem zaraz wolno uchyliły się drzwi, skrzypiąc. Nie minęło kilkanaście sekund, gdy Sara usłyszała stukoty z korytarza, narastające wciąż, i kolejne krzesło „weszło” do pokoju. Ustawione zostało oparciem do oparcia tego drugiego. Sara obserwowała to z rosnącym przerażeniem… aż tu nagle jej własna wiosenna kołderka z patchworku zerwała się z niej mocno. Sara skuliła się w rogu łóżka, w szoku obserwując pełznącą kołdrę, która okryła krzesła, tworząc jakby namiot. Potem to usłyszała: znów stłumiony, pochodzący jakby ze ścian i stropu dziecięcy głosik. Tym razem brzmiał jak beztroskie nucenie bliżej nieokreślonej piosenki, towarzyszącej zabawie lalkami. I istotnie, z otworzonej ze skrzypieniem szafki wyleciały cztery lalki Sary (srebrnowłosa, zwiewnie ubrana wila, piękna, zła wiedźma, blada wampirzyca i arystokratyczna czarodziejka) i pozajmowały stanowiska w „namiocie”. Nucenie raptownie ustało. Chwilkę potem Sara znów dostrzegła zarys dziewczynki. Stała bliżej niż ostatnio, parę kroków przed łóżkiem i wpatrywała się w nią wyczekująco. Sarze puściły nerwy i znów wybiegła z pokoju.
-Mama!
Obudził mnie wrzask Sary. Remus obok mnie westchnął ciężko nad swoim żywotem i uniósł się na łokciach, zerkając na nią z lekką irytacją.
-Mama, znowu ją widziałam! Bawi się moimi lalkami!
-Co znowu?- zdenerwowałam się- Sara, jest trzecia nad ranem, jutro wujek ma tak ważny dzień w aptece, przełożony ma obserwować jego pracę, bo lada dzień chcą go wylać… Czy możesz nie hałasować? Co ty znowu wymyślasz?!
-Przekonasz się, jak pójdziesz ze mną!
-Nie mam zamiaru nigdzie iść.
-Ale mamo!- krzyknęła z przerażeniem- Chodź, zobacz!
Poszłam więc z nią, klnąc pod nosem. W jej pokoju stały dwa krzesła, które okrywała kołdra, parę zabawek leżało na ziemi. Sara uniosła na mnie tryumfalny wzrok.
-Czemu bawisz się zabawkami o trzeciej nad ranem?- warknęłam.
-Nie bawię się!- krzyknęła prawie- To ona!
-Jaka ona?
-Ta dziewczynka-widmo!
-Nie, Sara, dość już mam tego. Chcesz klapsa?- zdenerwowałam się- Nie ma tu żadnych dziewczynek widmo, mieszkamy w tym domu od dziesięciu lat prawie. Nikt nigdy nie widział dziewczynki-widmo. A ty powinnaś się wstydzić, że tak mnie oszukujesz i budzisz! Nie będę tolerować takiego zachowania! Wracaj do łóżka!
-Ale ja ją widziałam naprawdę!- zapłakała- Nie zostawiaj mnie tu, boję się!
-Nie możesz spać z nami, mój brat musi się wyspać!
-No to śpij ze mną!
Westchnęłam ciężko. Co ugryzło to dziecko?!
-Jutro mam pracę.- rzekłam wolnym, groźnym głosem- Nie ma mowy o jakimkolwiek spaniu. Śpij sama, ja też muszę się wyspać. Pracuję, a ty całymi dniami się bawisz. Nocami zresztą też. I posprzątaj ten bajzel, jak chcesz jutro wyjść do Stanleya.
Po czym zamknęłam za sobą drzwi, słysząc głuche wycie Sary. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, ale chciałam nauczyć to dziecko, że nie wszystko zawsze musi wyglądać tak, jakby świat klękał u jej stóp. Niestety, Sara jako najmłodsza i najbardziej chorowita, otrzymywała chyba zawsze zbyt wiele uwagi. Ale była to moja wina.
-Powodzenia na eliksirach, Nicholas!- rzuciła Tamara, machając mu i odeszła w swoją stronę. Uśmiechał się jeszcze chwilkę, obserwując jej czekoladową czuprynę, znikającą w tłumie. Po chwili rzucił zalęknione spojrzenie w stronę stołu nauczycielskiego. W zasadzie każdy z nich kręcił się przy nim po swojemu, ale Snape obserwował go twardo znad głów innych. Nicholas przełknął ślinę i wymsknął się z Wielkiej Sali. Tak, wzrok Snape’a mówił, że miał poważne kłopoty… Czas zwiewać do swojego stałego miejsca… Szybko ruszył korytarzem, rozglądając się naokoło. Wszyscy śpieszyli do swoich sal i nie zwracali uwagi na wagarowicza.
Jak na paluszkach podkradł się do swojej toalety i zamknął za sobą z ulgą drzwi. Był sam. Westchnął i ruszył w kierunku kabin, prawie wbiegając ze zdenerwowania do środka ostatniej, jego stałej.
-AAACH!
Odrzuciło go w tył ze strachu i wpadł na jakąś ścianę za nim, trzymając się za serce mocno. W toalecie stał… Snape, opierając się z drwiną o ścianę.
-Co… jak to…- wydukał jedynie.
-Witaj, Black.- uśmiechnął się Snape- Co cię sprowadza w to poczciwe miejsce na mojej lekcji?
Nicholas po raz pierwszy stwierdził, że Snape go potężnie zaskoczył i został na wdechu.
-Ja… yyy…
-Niestety, nieobecność twojej przekomicznej osoby na kilku lekcjach z rzędu było dość zauważalne przeze mnie.- kontynuował Snape tym samym spokojnym, drwiącym tonem- Nie rozumiem tylko, dlaczego udajesz się w to miejsce już trzeci tydzień z rzędu… Kłopoty, w jakie się wplątujesz, zawsze mogą być znacznie gorsze od tego, od czego próbujesz uciec… Czekam na wyjaśnienia!
Nicholas nie umiał odpowiedzieć na postawione pytanie. Pokazał za to łypnięciem spode łba Snape’owi, że to on jest wyjaśnieniem. Snape tylko parsknął przez nos szyderczo.
-Za mną.- warknął, po czym wyminął go i udał się w swoją stronę. Nicholas posłusznie podążył za Snapem, wciąż kurczowo trzymając się za serce. W końcu wpadnięcie w pozornie bezpiecznym miejscu we własny koszmar, gdzie się przed tym koszmarem uciekało, było nie lada szokiem.
Stanęli przed gabinetem Flitwicka. Nicholas zaklął pod nosem. Poczciwy, stary Flitwick.
-Witam, profesorze.- przywitał go chłodno Snape- Oto pański wychowanek.
Wepchnął Nicholasa do środka. Flitwick uniósł brwi, siedząc na stercie książek.
-O, panie Black, a cóż to znowu?- zapiszczał.
-Chciałbym, żeby panu opowiedział, co robił, dlaczego zasłużył na karę i żeby sam sobie tę karę wyznaczył.- rzekł jadowicie Snape.
-No więc…- zaczął Nicholas z krępacją- Moją winą jest to, że zacząłem uciekać z eliksirów…
Panowała cisza, więc zachęcił się do dalszego mówienia karnym głosem:
-I wkurzyłem tym Sn… to znaczy pana profesora…
Ukłonił się przesadnie, złośliwie nisko w jego stronę. Snape tylko zmrużył oczy.
-… nie poszedłem z pełnym rozmysłem na trzy bloki eliksirów pod rząd…- zakończył hardo.
-Ale dlaczego?- zmartwił się Flitwick- Czemu nie chodziłeś na zajęcia, chłopcze?
Nicholas uznał, że wyjaśnienie bardzo głupio by brzmiało przy Snapie, więc nie odparł.
-Myślę, że zasługuję na wydalenie.- rzekł wprost i dość obojętnie.
Snape poruszył się niespokojnie, podobnie jak Flitwick.
-Wydalenie?! Nic z tych rzeczy, chłopcze!- zawołał maleńki czarodziej.
-Ale dlaczego? Nie mogę zostać wydalony?- zagadnął Nicholas z nutką błagalności.
-Nie. Severusie, myślę, że może już powinieneś zając się swoją klasą. Chyba przepadną im ważne zajęcia.- zaskrzeczał dyplomatycznie wychowawca.
-Istotnie… Nie wiem tylko, czy ta banda baranów cokolwiek z tego skorzysta…
Snape wyburczał swoją opinię, po czym sobie poszedł. Nicholas popatrzył na Flitwicka pokornie.
-Uważaj, chłopcze.- ostrzegł go nauczyciel- Profesor Snape często mi na ciebie się skarżył… Nie chciałbym, byś miał jakiekolwiek problemy… Po co sobie psuć i bruździć?
-Tak, ale profesor jest taki przykry!- wyżalił się bez ogródek Nicholas- Non stop okazuje mi nienawiść!
-Mylisz się. Tak często mi na ciebie skarżył, że gdyby naprawę cię nienawidził, już dawno by cię tu nie było! A teraz idź na lekcję, panie Black. Jesteś rozsądnym chłopcem i na pewno wyciągniesz z tego jakieś dobre wnioski. Miłego dnia!
I Nicholas opuścił gabinet Flitwicka, wlokąc się w stronę lochów bez entuzjazmu. A teraz znów powtórka z rozrywki… No i jeszcze Snape zaraz mu wyznaczy karę, której on sobie nie wyznaczył… Pięknie, byleby przy ludziach nie usłyszał, że musi mu prać kalesony.
-Szumowiny…- syczał Draco swym piskliwym, delikatnym głosem, przeciskając się przez tłum ludzi.
-Co się wściekasz? Też chcą przejść.- burknął Cosmo. Miał niezbyt dobry humor, a zważywszy na fakt, że dokuczało mu ostatnio gardło (a konkretnie od czternastego kwietnia, gdy darł się przez pół godziny przez maluteńką dziurkę w szybce gotyckiego witrażyka pod stropem dormitorium, że ma już dwanaście lat i hołd najjaśniejszemu, reszto świata), wciąż chodził lekko podminowany.
-To niech nie przechodzą tędy!
-Masz rację. PRZEJŚCIE DLA CZCIGODNEGO DRACONA MALFOYA, HOŁOTO!- ryknął na całe gardło, ale szybko zachrypł i pożałował swojej reakcji.
-Weź nie rycz…
-Oj, cichaj!- zachrypiał Cosmo uroczo- Celebrę ci robię!
-Nie, nie chodzi mi o to. Bądź cicho przez chwilkę.
Draco zamilkł, jakby nadsłuchując. Cosmo zmarszczył brwi, obserwując kuzyna.
-Co tam ci w duszy gra?- zagadnął po chwili wilgotnym tonem i odcharknął uroczo flegmę.
-Słyszałeś?- podniecił się czymś Draco.
-Wiesz, wiele sygnałów dźwiękowych słyszę teraz… Stoimy w Sali Wejściowej.
-Chodzi o Pottera i jego grupę!- syknął Draco, obserwując oddalającą się w stronę wielkich, dębowych drzwi czwórkę- Mówili o czymś dziwnym…
-Wiesz co.- Cosmo popatrzył na niego z troską- Poddaj się kuracji antyobsesyjnej…
-Sam nie wiem, czemu się z tobą przyjaźnię!- prychnął Draco po tej uwadze.
-Możesz zawsze przestać i zadowolić się obecnością Crabbe’a i Goyle’a… A raczej ich cieni, wydają się bardziej bystre i kumate…
-Dobrze, ale teraz słuchaj!- Draco przybliżył się do niego, by nikt ich nie podsłuchał- Granger mówiła właśnie coś o tym, że ten wielki przygłup coś tam podejrzanego robi!…
-No to co, jego sprawa… Draco, co ty wyrabiasz?
Ruszyli razem zboczem. Draco szedł gdzieś w pośpiechu, a peleryna za nim łopotała.
-Idę na zielarstwo, a co?- zapytał niewinnie, ale nieco wojowniczo.
-No dobra, ale nigdy nie popylałeś na zielarstwo z taką miną… Dobra, co kombinujesz?
-Zamierzam mieć się na baczności…- wycedził chłopiec.
Cosmo się to nie spodobało. Na lekcji zielarstwa rzucał niespokojne spojrzenia grupce Pottera. Rzeczywiście, byli czymś przejęci i namiętnie się sprzeczali, a konkretnie Ronald i jego siostra z Granger. Coś tam było nie tak… Zastanawiał się, jak wrednym i zdradzieckim bratem będzie, jeśli nie ostrzeże siostry. Ale z drugiej strony powinien być też lojalny Draconowi. Uznał, że na razie Draco nie stanowi zagrożenia. I tak naprawdę nie wiadomo, co Hagrid kombinuje.
-Ty. Patrz. Oni lecą do Hagrida…- szepnął Draco, gdy zabrzmiał gong na lunch. Cosmo odrzucił szpadelek i obejrzał się. Faktycznie, rzucili tylko przybory… Chyba im się spieszyło.
-Co robisz?- zapytał z irytacją, doganiając skradającego się Dracona.
-Tylko sobie popatrzę… Może to coś… a zresztą, chodźmy! Zobaczmy, co tam się dzieje!
Podniecony niezdrowo Draco i Cosmo, dość sceptyczny, skradali się powoli w kierunku chatki Hagrida. W kwietniu już zaorał grządki i rosły na nich jakieś poskręcane pędy.
-Ale ubóstwo… Nawet nasz ogrodnik mieszka dostatniej!- wykrzywił się Draco.
Cosmo przemilczał tę uwagę i podkradli się na palcach do okienka. Niestety, było tak małe i tak wysoko, że nie sposób było dotrzeć do niego w dwójkę.
-Ja nie muszę patrzeć.- Cosmo przykucnął pod ścianą, Draco wspiął się na wysoki fundament chatki i wpatrzył w to, co za oknem.
-Cosmo!- szepnął z podnieceniem- Oni mają smoka!
-Że jak?!- przeraził się Cosmo i prawie zerwał z kucek- Smok w chatce Hagrida, a to ci dopiero… Założę się, że twój ogrodnik ma trzy.
-Przestań drwić! To dopiero mały smok, wykluwa się teraz… A to ci heca…
-Daj, ja też chcę popatrzeć!- zajęczał Cosmo z ziemi.
-A kto bulgotał, że to źle podglądać?!- prychnął Draco, patrząc na niego z góry, a potem znów przeniósł wzrok na szybę. Zdrętwiał- O nie, zobaczył mnie! Schowaj się, zmykam!
I zeskoczył, pędząc ku murom szkoły. Cosmo dostał prawdziwych ciarek przerażenia i zanurkował za stos jakiegoś śmierdzącego łajna. Bardzo sobie cenił tę kryjówkę, bo nikt na pewno nie zainteresuje się zerknięciem na coś takiego. Zaraz wyjrzał Hagrid i z zakłopotaną miną obserwował sprint Dracona, po czym wrócił do izby, mówiąc:
-Niedobrze, cholibka, niedobrze…
Cosmo też nie uważał, żeby było najlepiej. Ubabrał się gnojem i do tego powrót do szkoły widział mu się dość kiepsko. A Draco i jego odkrycie… Cosmo czekał na kolejny cudny tydzień przeżywania sekretów z życia celebryty Pottera. Osobiście nie widział nic dziwnego w zobaczeniu smoka w chatce ojca chrzestnego jego siostrzyczki, ale znał Dracona…
-Mają smoka!- syknął do niego kuzyn, gdy myli się po zielarstwie (i gnoju) w toalecie dwadzieścia minut potem- Prawdziwego! A niech mnie, że Hagrid nie boi się wylecieć, he!
-Szybciej, bo żem głodny!- rzucił do niego Cosmo, bardziej zainteresowany lunchem.
-Ale wiesz co? To jest to!- ucieszył się Draco złośliwie- Prawdziwy hak na całą tę bandę…
***
-Nicholas, przestań się zadręczać!
Tamara położyła mu dłoń na ramieniu. On wpatrzył się zmęczonym wzrokiem w płonący kominek z białego marmuru. Blask oblewał miłym światłem okrągły salon Ravenclawu. Nicholas uniósł głowę znad ramion i uśmiechnął się smętnie.
-Nie zadręczam się, mam eliksiry gdzieś… Szkoda tylko, że to jedyne, co mi tutaj sprawia przykrość.
-Nikt nie lubi eliksirów.- mruknęła Tamara- Snape jest po prostu przykry dla wszystkich.
-Bzdury! Mnie naprawdę nie lubi! Gdybyś widziała, co u nas się dzieje… Zawsze ja obrywam o wszystko! Fakt, nikt inny się nie spóźnia… I nie zapomina podpalić pod kociołkiem całą lekcję…
Parsknęli razem do siebie. Tamara znów pogładziła go uspakajająco po ramieniu.
-Może nie powinieneś mu dawać powodów. Postaw się, pokaż, że umiesz!- zawołała hardo.
-Ale cokolwiek bym nie zrobił… Jakbym się nawet nie spóźniał, czy pamiętał o wszystkim, to i tak nic to nie da, przecież moje umiejętności i talent do wszystkich lekcji, a zwłaszcza do eliksirów, są zupełnie mierne…
-No to zmień to!- prawie na niego krzyknęła.
-Co ci? Przecież jestem cofnięty, jak ciągle mi się powtarza…
-No, skoro tak mówisz, to chyba jest to prawda…- wzruszyła ramionami bezradnie i obojętnie. Nicholas popatrzył na nią ze zdziwieniem.
-Hej, ale ja wcale tak nie mówię, to inni mówią tak mi!
-Ale z powyższego wynika, że jesteś za. A teraz muszę iść spać, Panie Cofnięty.
I odeszła, rzucając mu wyzywając spojrzenia. Nicholas obserwował ją jeszcze jakiś czas, a potem zagapił się na kominek. Hmm, nie poprawił mu się nastrój. Tamara rozczarowała go, tak szybko się wycofując i go gasząc… ale…
Kiedy cały salon opustoszał, Nicholas flegmatycznie wyciągnął z torby książkę „Tysiąc magicznych ziół i grzybów”. Nie znosił jej, ale otworzył z niechęcią, przeglądając jej kartki. Niosły wiedzę na temat oślizłych eliksirów na biegunki i tego typu… Ale z drugiej strony, fajnie by było w razie potrzeby umieć uwarzyć takie coś.
A Tamara mówiła coś o tym, by „zmienić to”. Podszedł do kredensu domowego i wyciągnął parę składników. Po chwili przytaszczył też jeden z domowych kociołków i palnik. Wziął się za eliksir na biegunkę, ale tym razem pamiętał, by dodać na początku wodę.
Zegar wybił już północ, gdy skończył. Chociaż zawsze miał problemy ze skupieniem uwagi, tym razem była ona uczulona na wszystko podwójnie: tu zamieszać w prawo dwa razy, to pokroić, energicznie zamieszać, zmniejszyć ogień… Przypominało to gotowanie i od razu zaczęło go frapować, dlaczego eliksir pachnie teraz tak, a za chwilę inaczej… Kolorki też były niczego sobie, za to przydatność wywaru oceniał Nicholas na bardzo wysoką. Zaczęło go to nawet bawić, poczuł się jak twórca. I o pół do pierwszej z dumą zakorkował swój pierwszy w znacznej części udany eliksir.
-Mówiłem ci przed wyjściem, byś nie pędził za Potterem i jego szemranymi sprawami!- rzekł Cosmo do wściekłego Dracona. Oboje ubierali się ciepło w peleryny.
-Nie wiedziałem, że McGonagall tak na mnie zareaguje.- burknął- Chciałem jej tylko powiedzieć…
-… coś totalnie idiotycznego! Zapomniałeś, że Potter to jej wychowanek?- prychnął- Kto ma u niej przewagę i komu prędzej uwierzy? A jeszcze twoje „On ma smoka!” musiało ją utwierdzić w przekonaniu, że w ogóle mózg ci oderwał się od ścianki i oszalałeś zdrowo! Potter, i w dodatku ze smokiem, hasający radośnie po szkole…
-Ale miałem rację!- burknął Draco, gdy ruszyli w stronę drzwi- I tak fajnie, że im się oberwało, całej trójce. I odjęła im kupę punktów, ha!
-Nam również…- mruknął Cosmo- A teraz, jeśli pozwolisz, pójdę jakąś bezpieczniejszą drogą, z dala od przyczajonego Filcha…
-Tak w ogóle to po co idziesz do Lasu?- zainteresował się Draco.
-Jestem ciekaw centaurów. Pamiętasz, jak ci opowiadałem o nich? Są dość fascynujące… Muszę!
-Jesteś dziki… No, ale zmykaj, bo ten służący cię zabije…- Draco kiwnął mu i odszedł, łopocząc peleryną. Cosmo na paluszkach obrał inną drogę zastanawiając się, czy Snape znów da się złapać na czułość na wypadek, gdyby na niego wpadł. Może tym razem mokry, czuły buziak w policzek?
Podkradł się za jakąś skrzeczącą zbroję i z daleka obserwował gromadkę wychodzących z zamku: Filcha, Pottera, Rosemary, Granger, Dracona i Longbottoma. Uff, Filch jest zajęty. Szybko wybiegł z zamku, przywierając do chłodnej, kamiennej ściany. Uważając, by nikt go nie zobaczył w oknie, popędził w stronę Lasu, kierując na majowej trawie swoje kroki jak najdalej od chatki Hagrida. Po przeleceniu długiego dystansu od szkoły, skrył się w ciemnych zaroślach Zakazanego Lasu. Chyba nikt go nie widział, ale zaraz podskoczył, słysząc wycie za sobą. Zapomniał o strachu, ale teraz się on pojawił. Trudno, jak już wyszedł z dormitorium, musi pójść przed siebie…
Kluczył pomiędzy drzewami, przyświecając sobie różdżką z czarnego bzu delikatnie. Zarzucił kaptur na głowę i sunął wolno jak widmo po męczącej i nierównej ściółce Zakazanego Lasu. Gdzieś z daleka usłyszał jakieś ujadanie. Być może to pies gajowego, w końcu byli niedaleko. Cosmo postanowił uważać, ale jakoś nie przejął się przyłapaniem przez Hagrida.
Zrobił parę uważnych kroków, bowiem nagle wdepnął w jakąś srebrzystą substancję. Zmarszczył brwi i pochylił się nad kałużą srebrzystej mazi. Co to?…
Dalej widział tego coraz więcej. Poczuł niepokój. Bardzo go zafrapowało to coś, lśniące jasno w srebrzystym blasku księżyca prawie w pełni. I wtedy usłyszał jakieś szelesty z prawej i nie była to jego peleryna, szurająca po liściach. Wskoczył za drzewo, ze zdenerwowania zapominając zaklęcia gaszącego różdżkę, więc wsadził ją do kieszeni.
Cosmo wsłuchiwał się z uwagą i napięciem w to, co przemieszczało się za nim. Czyżby ktoś gdzieś szedł? Miał straszliwą ochotę wyjrzeć zza drzewa, ale coś go powstrzymało. Nie miał ochoty bawić się w szlabany tak, jak Draco, ale coś mu nie pasowało do tego, by nauczyciel chodził po Lesie…
Może to nie był… nauczyciel?
Delikatnie wyjrzał zza drzewa, czując napięcie każdego włókienka. Po liściach coś sunęło, ale nie mógł dostrzec, co to. Poza tym, wyraźnie przystanęło. Cosmo poczuł, że jedna kropelka spływa mu po czole. To coś nadsłuchiwało, może czuło się obserwowane… A może nie było normalne i niegroźne? Usłyszał jakby syk i szybko przywarł znów do drzewa, ale zrobił to tak gwałtownie, że parę gałązek z głośnym trzaskiem się przełamało. Cosmo nie czekał, aż to coś go zabije, po prostu wypruł przed siebie, jak filip z konopii. Pędził, nie czując z napięcia tego, gdzie góra, a gdzie dół. Trochę skonfundowany, wpadł na drzewo, obił boleśnie ramię o jakiś sęk i władował twarz w suche, opajęczone gałęzie. Zupełnie skołowany, stoczył się kilka stóp w dół po korzeniach i dalej pędził w nieznane… Przystanął po jakimś czasie, starając się opanować.
-Co ty tu robisz?- zapytał go ktoś.
Cosmo prawie wbiegł na koronę wielkiego, bogato ukorzenionego drzewa, pod którym stał ze strachu. Była to Vellerin, celująca w niego z łuku. Westchnął z ulgą.
-Fajny sprzęcik… Słuchaj, możesz spuścić tę strzałę? Nie jestem groźny dla otoczenia, nawet będąc Ślizgonem…
Vellerin nie spuszczała z niego strzały. Cosmo rozszerzył dziurki od nosa.
-Vellerin!- poprosił niewinnie- Jestem mega przestraszony wszystkim tu, od wilkołaków po wystające gałęzie. Czy myślisz, że zachowujesz się humanitarnie, celując w tak wystraszone stworzenie, jak ja? Jeszcze przez przypadek mi przestrzelisz lewe płuco i będzie mi przykro…
Vellerin spuściła strzałę, warcząc:
-Po co tu przyszedłeś jeszcze raz?
-O, pamiętasz mnie!- wyszczerzył się jowialnie- Czyli mamy jakiś dobry prognostyk. A tak z czystej ciekawości, to po co wozisz się po lesie z takim szpanerskim ekwipunkiem?
Vellerin nie do końca chyba zrozumiała chłopca, bo zmrużyła oczy bardzo krytycznie.
-Wy, ludzie, jesteście dziwni… Idź stąd, człowieku. Las dziś jest bardzo tajemniczy.
-A ty jako jego mieszkaniec, patriotycznie się w tym mieścisz. Ale jestem Cosmo, nie pamiętasz?
-Nie…- warknęła- Bądźże cicho! Coś słyszałam!
-O, a co takiego?- zainteresował się uprzejmie- Zdradź mi chociaż, czy mam się zacząć bać.
-Ciszej!
Nadsłuchiwała chwilkę. Coś wykwitło na jej twarzy. Powoli robiła się przerażona.
-Coś mi się tu nie podoba…
Nagle coś czarnego wysunęło się z mgły, czyniąc na niej eteryczne zakrętasy. Przystanęło. Wyglądało, jak pełznący płaszcz po ziemi, ale miało jakby „głowę”. Wyraźnie ich dostrzegło.
Cosmo poczuł takie przerażenie, jakiego nie zaznał nigdy, przenigdy dotąd. Nie wiedział, co się stało, ale ten pełznący płaszcz wyzwolił w nim potworny strach. Płaszcz jakby zasyczał coś i gwałtownie szarpnął się w ich stronę.
-Chodź! Opuść ten debilny łuk i chodu!- wrzasnął Cosmo, ciągnąc Vellerin, równie przerażoną.
Gnali razem w ciemnościach lasu bez ładu i składu.
-AAAACH!!! GŁOWA W KAPTURZE NAS GONI, NA POMOOOOC!!!- pruł się Cosmo, rad, że ten harmider usłyszy może Hagrid- NIEEE!!!
-PRZEZ CIEBIE NAS USŁYSZY, GAMONIU!- zaryczała Vellerin.
-JA TYLKO ALARMUJĘ… O W TYŁEK JEŻA!
Bo oto władowali się w siebie, zaliczając zderzenie i skotłowali dramatycznie do innego wykrotu, bardzo piaszczystego. Tam, w plątaninie odnóży, pozbierali się z ziemi, a przynajmniej chłopiec.
-Ajć!- jęknął Cosmo- Coś mnie strzyka w kręgosłupie… Dysk mi wypadł, na pewno. To musi być to.
-Auu.- syknęła Vellerin, nie mogąc pozbierać się z piachu. Cosmo popatrzył na nią w zdziwieniu.
-Ej, ty krwawisz.- zauważył nerwowo.
-No coś ty!- warknęła.
Skóra na żebrach była pęknięta, a tylna noga przekręcona pod dziwnym kątem. Cosmo ukląkł.
-Odejdź!- ostrzegła go ze złością.
-Spokojnie, chcę pomóc…
-Nie potrzebuję pomocy!
-Dobra, dobra. Poczekaj.- popatrzył na rany- Kurczę, tyle się na tym znam… Nie wiem, chyba polecę po pomoc. Hagrid kręci się teraz po lesie.
-Jasne, po prostu pójdziesz i mnie zostawisz…
-Pewnie…- burknął dla świętego spokoju- Czekaj tu i siedź cicho. To coś może wrócić.
Vellerin popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-Naprawdę tu wrócisz?- zapytała.
-Pewnie! Zrobię, co trzeba, by ci pomóc, tylko tu czekaj… Mam nadzieję, że znajdę drogę…
Wylazł z piachu, trwożnie się rozglądając, czy nie widać na horyzoncie żwawego kaptura, ale na szczęście nie było widać. Stanął na ściółce niepewnie, trzęsąc się jak osika na wietrze. Gdzie iść? Trzeba pomóc Vellerin, ale nie miał pojęcia, gdzie jest Hagrid z resztą.
Obejrzał się na wszystkie strony, myśląc gorączkowo. Nawet, jeżeli jakimś cudem uda mu się znaleźć drogę, nigdy chyba nie uda mu się tu powrócić… Co robić?
-Czekaj.- wskoczył do wykrotu i popatrzył na zmartwioną Vellerin- Sam spróbuję cię uleczyć.
-Wyglądasz mi na bardzo niedoświadczonego lekarza.- burknęła niechętnie.
-No bo…- nie mógł jej się przyznać, że nigdy nie leczył ran. Nie była to magia, jakiej ich kiedykolwiek uczyli, ale doskonale znał inkantację zaklęcia. Ile razy wujek zataszczył go do domu, ryczącego łzami jak groch, i naprawił w tym harmiderze złamanie otwarte nogi, bo Cosmo bardzo lubił się wydurniać i szukać guza, łażąc po najprzeróżniejszych, niebezpiecznych powierzchniach. Może to nie jest takie trudne- Czekaj, spróbuję…
Wyciągnął czarną, bezową różdżkę i ku zaskoczeniu Vellerin, skupiając się na własnej rance na przedramieniu i modląc, by nie zmienił jej w tylną połowę kota perskiego, mruknął:
-Ferula.
Ranka zasklepiła się, co bardzo Cosmo zaskoczyło. Co to, czyżby właśnie wykonał zaawansowany czar? Z dumą obejrzał swoją potężną różdżkę z czarnego bzu. Bardzo mu się poprawił nastrój.
-Nie przeszkadzaj sobie, cierpliwie tu poczekam…- usłyszał obrażone burknięcie.
-Już… Ostrożnie… Ferula.
Jeszcze większą radość poczuł gdy zobaczył, że Vellerin praktycznie zupełnie ozdrowiała. Rżąc cicho, wstała z ziemi i popatrzyła na niego z zaskoczeniem.
-Wyleczyłeś mnie.- rzekła.
-Mam nadzieję…
-Dziwny z ciebie człowiek…
-Ładnie mi to tak wypominać cały czas?
-Chodź.- i nie czekając na jego reakcję, uklękła- Wskakuj, zawiozę cię na skraj Lasu.
Cosmo dość zdziwiony wszedł na jej grzbiet i popędzili razem pomiędzy drzewami. Księżyc świecił jasno i zalewał plamami ich drogę i mijane pnie. Było magicznie i niezwykle.
-To oni!- zobaczył pomiędzy drzewami olbrzymią sylwetkę Hagrida- To Hagrid.
-Zostawię cię tu.- rzekła młoda dziewczyna z gatunku centaurów i zeskoczył, a raczej władował się w ciernie. Zbierając nieporadnie z ziemi, usłyszał cmoknięcie zniecierpliwionej Vellerin.
-Ludzie… Bez gracji, bez rozumu, bez skrupułów.
-Centaury…- odparł droczącym się tonem Cosmo- Bez strachu, bez litości, bez… gaci na tyłku?…
Vellerin zmrużyła duże, jasnozielone oczy, a jej kremowe ubarwienie ładnie zalśniło w świetle księżyca. Po chwili oderwała kosmyk włosów i wręczyła zaskoczonemu dwunastolatkowi.
-Masz.- rzekła niechętnie- Prosiłeś o nie.
-Dzięki! Teraz co prawda czort z nimi, już znalazłem wtedy potrzebny mi badyl… Ale zachowam je!- ścisnął mocno dłoń- Zachowam dla siebie na pamiątkę. Chyba, że pozwolisz się odwiedzić czasem…
-Uratowałeś mnie. Centaury są honorowe i nie zapominają takich rzeczy.- rzekła, uśmiechając się dumnie- Może… Na skraju Lasu co jakiś czas będę mogła z tobą porozmawiać parę chwil. Żegnaj!
I pognała w swoją stronę. Cosmo gapił się, jak zafascynowany, po czym zerknął na matowe, sztywne, grube włosy Vellerin w dłoni. Szok, dostał włosy od centaura…
Puścił się pędem za sylwetką Hagrida, by ich nie zgubić. Wypadł, zadyszany, na całą bandę plus Kieł.
-Co to ma znaczyć, cholibka, Cosmo?!- zagrzmiał Hagrid, aż ziemia zadrżała- Co ty tu, u diabła…
-To dłuższa historia, Hagridzie!- wysapał Cosmo. Wszyscy patrzyli na niego w szoku- Niezbyt mi się podoba perspektywa noclegu tu, dlatego, za twoim przyzwoleniem oczywiście, dołączę…
Hagrid gapił się na niego jeszcze długo.
-Jesteś taki sam, jak… Ech, nieważne, idziemy!
Więc poszli, wszyscy pomiędzy drzewami. Cosmo już czuł, że adrenalina mu opada.
-Mam ci tyle do powiedzenia!- szepnął do Dracona- Dostałem kosmyk włosów centaura!
-Co dostałeś?- Hagrid odwrócił się z zaciekawieniem- Kurczę, Cosmo, coś ty im nagadał?! A może te sakramenckie centaury znalazły w tobie wdzięcznego słuchacza ich głupot o gwiazdach i tak je to zszokowało, że ktokolwiek chce ich słuchać, że z wrażenia im włosy wypadły, co?!
-Nie, to dar!- zawołał głośno Cosmo.
-Pokaż mi!- poprosił Draco, wciąż jakby wymęczony. Podczas, gdy oglądał z zaciekawieniem włosy Vellerin, Rosemary podeszła bardzo blisko i syknęła z do bliźniaka z przejęciem:
-Cosmo! Harry widział Sam-Wiesz-Kogo! Ale cicho, Hagrid, Neville i Malfoy nie wiedzą!
-Co?!- przeraził się Cosmo, zerkając na Pottera z zaskoczeniem- Jak wyglądał?
-Jak zakapturzona postać.- rzekł cichutko Potter, tak, by inni nie słyszeli- Niska postać.
-Też to widziałem! Taka ochocza głowa w kapturze?!- przeraził się młody Black.
-Coś takiego… To był on. Powiedział mi to jeden centaur.- odparł młody Potter.
Cosmo trochę się obraził na fakt, że nie jest jedynym skutecznym treserem centaurów, ale teraz nie to było istotne. W ogóle zdziwił go fakt, że Potter tak swobodnie do niego mówi. Chyba Rosemary mu nagadała o nim. Nigdy przecież nie okazywał im otwartej niechęci.
Ale coś go zgnębiło… Voldemort? To w kapturze, takie niskie i jednocześnie straszne, to był Voldemort? Istota, która zasiała tyle zła? Ten, przez którą nigdy nie poznał taty? Przecież miało go nie być! Miał zginąć! Podobno odszedł, dlaczego więc lata sobie po Lesie? Nie, to kit, nie mógł być…
A może jednak? Co wtedy widział Cosmo, przed czym uciekał z Vellerin? Takie stworzenia nie żyły w lesie, to było coś obcego, innego, POTĘŻNIEJSZEGO. Cosmo o tym wiedział, bo czuł doskonale paniczny strach przed tym marnym, frunącym nisko przy ziemi płaszczem.
W szoku oddzielił się od gromadki, starając dotrzeć do szkoły bezpiecznie, z dala od kłopotów. Jeżeli Voldemort żyje, to co to oznacza? A właśnie… To chyba źle. To potwornie niedobrze!
Żył w dostatku, przynajmniej jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Przyzwyczajony do luzu… A co, jeżeli to się kiedyś zmieni i już nie będzie tak, jak dawniej? To był bardzo zły znak. Znak zmian i przełomu.
Ale… nie mógł się pozbyć niechcianej dumy, że był jednym z pierwszych, który GO zobaczył. Tego, który nie żył, a przynamniej tak głosiła opinia. Czuł się w ohydny sposób wyróżniony.
Czasem miała problemy ze snem. Chociaż do dziwnych zjawisk, zdarzających się czasem u niej w pokoju już przywykła, nie sposób się było z nimi pogodzić. Obudził ją silny podmuch wiatru.
Usiadła na łóżku, rozglądając się czujnie. Tak, istota znów przyszła do niej. Tym razem przytachała gramofon Cosmo, który był kiedyś prezentem dla mamy od ojca. Co dziwne, nie grała na nim żadna płyta, ale istota nastawiła igłę tak, by jeździła po obracającym się krążku. Wydawało to niezbyt ładne chrobotanie, ale dziecko najwyraźniej uznało to za muzykę, bowiem „tańczyło”, a konkretnie biegało w kółko na środku pokoju Sary, co wyglądało jak falująca, biało-złotawa, rozmazana smuga, tworząca poziomy okrąg. Trochę przypomniał Sarze neony, które widziała ostatnio w centrum handlowym w Basildon, gdzie zabrała ją pani Route ze Stanleyem. Rozbrzmiewało nucenie ze ścian.
Kiedy istotka zorientowała się, że Sara nie śpi i na nią patrzy, zatrzymała się i, standardowo, wyczekująco zamarła, patrząc na nią w milczeniu. Nucenie ustało. Sara westchnęła.
-Znowu?- spytała cicho- Czego chcesz? Po prostu mi powiedz, albo pokaż…
Rozległ się śmiech ze ścian, przewalający pod stropem, po czym osóbka rozmazała się i znikła. Uchyliło się ze skrzypieniem okno i Sara podbiegła do niego. Na majowej, zielonej trawce czekała na nią natrętna istota. Tym razem dziewięciolatka się nie zastanawiała, przelazła przez parapet i z lekkim strachem zeskoczyła na dół, w chłodną, ciemną noc. Nie miała zamiaru znów lecieć do mamy, by po raz kolejny dostać ochrzan o coś, co przecież było prawdziwe.
Stanęła w pewnym dystansie od widmowej dziewczynki, międląc koszulę nocną ze zdenerwowaniem.
-No to co?- zapytała wyczekująco Sara. Dziecko w odpowiedzi pomknęło jedną, ledwie widoczną smugą na parcelę obok, do nielubianego sąsiada i usiadło na drewnianej huśtawce, dawno nieużywanej. Sara zastanawiała się, po co w ogóle sąsiadowi huśtawka, jeżeli nie miał dzieci, ale trudno.
-Nie mogę tam wejść.- wyjaśniła z zakłopotaniem- To działka pana Cossy.
Dziecko wciąż na nią wyczekująco patrzyło. No dobra, pomyślała Sara, nie ma to dla mnie znaczenia, i podbiegła w ciemnościach do nieużywanej huśtawki. Dziecko siedziało na jednym ramieniu, Sara usiadła na drugim i popatrzyły na siebie.
-A więc o to chodzi, tak?- zagadnęła ze zdumieniem czarno-ruda- Chciałaś się po prostu ze mną pobawić? A więc dobrze, bawmy się!
Dziecko nie odparło, wyczekująco trwając. Sara odbiła się z krępacją od ziemi i poszybowała na ramieniu w górę, podczas gdy dziecko opadło w dół. Role się zmieniły, ale narastał radosny, dziecięcy śmiech, obijający się gdzieś echem po ogrodzie. Sara uśmiechnęła się i zrozumiała. Duszek dziecka, pragnący zabawy… Ciekawe, kim jest i skąd pochodzi?
Bawiły się na huśtawkach i w piaskownicy do białego rana. Sara wspięła się do pokoju około piątej, gdy usłyszała dzwonek roweru mleczarza, a dziewczynka zaczęła blednąć. Zasnęła z wypiekami na twarzy, zastanawiając się, czy pobawi się jeszcze w nocy z tajemniczym duchem.
Ale duszyczka nie przybyła w nocy. Sarze było troszkę smutno, ale może istota odnalazła spokój?
***
Nicholas wszedł do sali eliksirów spóźniony, jak zawsze. Tym razem postarał się wyjątkowo, by było to jedynie siedem minut.
-Brawo, Black! Normalnie bym zaklaskał… Minus pięć punktów dla was, Krukoni. A teraz siadaj.
Nicholas nic nie odpowiedział. Tak bardzo skupiał się w sobie na tym, co musi dziś zrobić, że nie chciał, by cokolwiek go rozpraszało. Pamiętał o wodzie i ogniu, postarał się też przeczytać bardzo dokładnie przepis. Postanowił się zupełnie odłączyć i jakiekolwiek kąśliwe uwagi pod jego adresem zostawały bez najmniejszej reakcji. Liczył się tylko eliksir, tym razem wywołujący biegunkę. Nicholas z niechęcią odrzucił od siebie sympatyczną myśl wlania tego do soku Snape’a. Nie mógł się rozpraszać, potem, jak już mu się uda ładnie wykonać pracę, z pewnością zwinie uncję lub dwie…
Rozległ się dzwonek. Z prawdziwym, niedowierzającym podnieceniem nabrał odrobinkę do butelki dla Snape’a, po czym wyjął jeszcze jedną, mniejszą i po kryjomu troszkę wlał. Odstawił próbkę na biurko, patrząc niewinnie na obserwującego go podejrzliwie nauczyciela, po czym przed wyjściem nie mógł się oprzeć, by dyskretnie zanurzyć palec w żółtawej mazi. Wychodząc z lochów, obserwował uświniony palec z obrzydzeniem i tak, by go nikt nie widział, ale tak bardzo nie mógł się doczekać wyników swojej pracy, że w duchu poświęcenia oblizał palec z próbki eliksiru wywołującego biegunkę. Uszedł parę kroków, z obrzydzeniem smakując efekt swojej pracy.
-O, jesteś wreszcie!- uśmiechnęła się Tamara na jego widok- Po minie widać, że wyszedłeś z…
-Poczekaj tu chwilkę.- rzucił nagle z siebie i rzucił się czym prędzej do toalety.
-Nicholas!- wrzasnęła za nim ze zdziwieniem Tamara.
W toalecie nie było mu lekko, oj nie… Ale za to z wielkim bananem wyszedł z niej i wpadł prosto na czatującą pod drzwiami Tamarę.
-O, cześć!- wyszczerzył się szeroko- Jaki piękny dziś dzień!
Tamara popatrzyła na niego mocno zdziwionym spojrzeniem.
-Nie ogarniam cię… Miałeś właśnie eliksiry, co się dzieje?
-Ech, spróbowałem właśnie próbki swojej dzisiejszej pracy na eliksirach. Robiliśmy wywar na wywołanie biegunki…
Tamara uniosła brwi tak, że znikły w pary kosmykach czekoladowych włosów.
-Zaraz… Próbowałeś próbkę swojego eliksiru na wywołanie biegunki?- popatrzyła na niego w ciężkim przerażeniu- Nicholas, nie znałam większego desperata… Boje się spytać: i jak?
-Perfekcyjnie!- wyszczerzył się- Działa, jak powinien! Działa, rozumiesz? Umiem warzyć eliksiry!
Tamara bardzo powoli zaraziła się jego szerokim, radosnym uśmiechem.
-Ciekawe, co powie Snape… Ale to było dziecinnie proste!- przeżywał- Wystarczyło się skupić! Uwielbiam eliksiry, to takie niesamowite, gdy zmieniają kolor, konsystencje, skład… To mnie kręci.
-Wariat!- parsknęła jedynie Tamara, czochrając mu brązową czuprynę i drapiąc za wilczymi uszami, gdy szli razem na lunch- Tak szybko? Jedna lekcja i już? Jeszcze zmienisz zdanie!
Nadszedł czerwiec i egzaminy. Rosemary nie byłaby zbytnio do nich przygotowana, gdyby nie Hermiona. Panna Black z niewielkim entuzjazmem podchodziła do nauki, ale mając taką przyjaciółkę, ona, Ron i Harry mogli tylko jęczeć i błagać o litość. Hermiona była bezlitosna i maglowała ich już dobrych parę tygodni. Na całe szczęście, bo wiele czynników tak rozpraszało Rosemary, że gdyby nie nacisk od strony Hermiony, w ogóle chybaby nie zdała.
Za oknem robiło się gorąco i upalnie, więc perspektywa powrotu do domu, zobaczenie mamy i wujka oraz Wandy była naprawdę kusząca, pomimo tego, że kochała Hogwart i nowych przyjaciół. Jednak nie tylko to odganiało jej myśli od skupienia przy studiowaniu konspektów Hermiony.
Myśli o Kamieniu Filozoficznym nie dawały jej spokoju. To, o czym cały czas mówił Harry, że Voldemort może nadejść ponownie… Nie mogła sobie tego wyobrazić. Bała się czegoś, o czym słyszała jedynie z trwożnych opowieści w domu i u Weasleyów.
Niestety, Harry cisnął, by wałkować ten temat. Jej on się nie podobał, bo wytrącał ją z optymistycznego przeświadczenia, że wszystko jest piękne. Ron i Hermiona jakoś lepiej umieli się uodpornić na strach przed Voldemortem i nie przeżywali tak tego. No, ale im nie zginął tata.
Gorąco, i to nie tylko na zewnątrz, zrobiło się dopiero ostatniego dnia egzaminów…
Harry, Ron, Hermiona i Rosemary pędzili co tchu i wpadł do chłodnej sali wejściowej.
-Musimy iść do Dumbledore’a- zakomenderował Harry- Hagrid powiedział temu nieznajomemu, jak przejść obok Puszka, a pod tym kapturem ukrywał się albo Snape, albo sam Voldemort… Łatwo mu poszło, jak tylko spił Hagrida. Mam nadzieję, że Dumbledore nam uwierzy. Może nam też pomóc Firenzo, jeśli tylko Zakała go nie powstrzyma. Gdzie jest gabinet Dumbledore’a?
Rosemary podrapała się po rudych lokach, główkując. No właśnie, gdzie?
-Trzeba po prostu…
-Co wy tu robicie?- ozwał się głośny głos profesor McGonagall. Cała czwórka podskoczyła.
-Chcemy się zobaczyć z profesorem Dumbledore.- odparła bez ogródek Hermiona.
-Zobaczyć się z profesorem Dumbledore? A po co?
-To tajemnica.- rzekł Harry z bardzo podejrzaną miną. Rosemary i Ron wymienili spojrzenia.
-Profesor Dumbledore opuścił szkołę dziesięć minut temu.- oznajmiła sucho- Otrzymał pilną sowę z Ministerstwa Magii i natychmiast poleciał do Londynu.
-Nie ma? JUŻ go nie ma.
-Profesor Dumbledore to bardzo znana osobistość i jego czas jest bardzo drogi.
-Ale to bardzo ważne.
-Czy mam rozumieć, Potter, że to coś, co chcecie mu powiedzieć, jest ważniejsze od Ministerstwa Magii?
-Pani profesor, to naprawdę bardzo ważne… Chodzi o Kamień Filozoficzny…
BACH! Niesione przez McGonagall księgi runęły w dół. Gapiła się na nich w szoku.
-Skąd wiesz o…- zaczęła, nie mogąc ukryć zaskoczenia.
-Pani profesor… myślę… nie, ja WIEM, że Sn… że ktoś chce wykraść Kamień. Muszę porozmawiać z profesorem Dumbledore.
Rosemary spuściła głowę, czując rodzaj wstydu i pokory. Ciekawe, jakie myśli formowały się teraz w głowie zdziwionej nauczycielki. Może podejrzewała nawet Hagrida…
-Profesor Dumbledore wraca jutro.- wypowiedziała wreszcie- Nie wiem, w jaki sposób dowiedziałeś się o Kamieniu, ale możesz być pewny, że nikt go nie może wykraść, jest zbyt dobrze strzeżony.
-Ale, pani profesor…
-Potter, ja naprawdę wiem, o czym mówię- przerwała- Na waszym miejscu poszłabym do parku i cieszyła się z pięknej pogody.
I odeszła. Harry, Ron, Hermiona i Rosemary odeszli w bezpieczne miejsce, czyli do opustoszałego korytarza, jeśli nie liczyć Irytka, smarkającego w zakurzony gobelin.
-To będzie dziś w nocy.- powiedział Harry napiętym głosem, a Rosemary poczuła dziwną powagę chwili- Snape dzisiaj w nocy przejdzie przez klapę w podłodze. Wie już wszystko, co chciał wiedzieć, a teraz pozbył się Dumbledore‘a…
***
-Idziemy.- oświadczyła Hermiona.
Rosemary, skulona pomiędzy Ronem i Hermioną, obserwowała spod peleryny-niewidki uchylone drzwi do korytarza na trzecim piętrze. Przełknęła głośno ślinę. To, co czaiło się za nimi, z pewnością było znacznie straszniejsze niż egzaminy u Snape’a i trudniejsze od tego, co poznawali na lekcjach.
-Ciekawe, co nas czeka…- szepnęła.
-Nie przekonamy się, dopóki nie wejdziemy, nie?- zagadnął Ron, starając się brzmieć optymistycznie.
Harry pchnął drzwi. Stanęli oko w oko z Puszkiem. Dobrze, że ich nie widział, choć warczał.
-Co tam leży przy jego łapach?- szepnęła Hermiona.
-Wygląda, jak harfa.- mruknął Ron- Pewnie Snape ją zostawił.
-Bestia musiała się obudzić, gdy tylko przestał grać.- Harry wyciągnął jakiś flet- No, to spróbujmy…
-Auu, nie w ucho!- burknęła Rosemary, ale Puszkowi najwidoczniej to nie przeszkadzało, bo po kilku skrzekliwych dźwiękach fletu pies runął głucho na ziemię.
-Nie przestawaj grać.- ostrzegł Harry’ego Ron, a Rosemary wyśliznęła się spod peleryny, a za nią Hermiona, po czym cała czwórka doszła do klapy na palcach.
-Chyba uda się nam podnieść tę klapę, co? Chcesz iść pierwsza, Hermiono?- spytał nerwowo Ron.
-Nie, nie chcę!
-No dobra.- Ron wśliznął się jakoś pomiędzy łapami śpiącego potwora i uchylił klapę, patrząc w dół.
-Co tam widzisz?
-Nic… tu jest ciemno… nie ma jak zejść, trzeba tam wskoczyć.
-Wskoczyć?!- zachrypiała Rosemary. Skakać do ciemnej, niewiadomej dziury, gdzie coś czyha?!
-Chcesz wejść pierwszy? Jesteś pewny?- zapytał Ron Harry’ego, wskazującego na siebie, bo wciąż w ustach miał flet- Nie wiem, jak tam jest głęboko. Daj flet Hermionie, żeby się nie obudził.
Hermiona zaczęła grać na flecie, a Rosemary podskoczyła nerwowo, gdy Puszek warknął. Z rosnącą obawą obserwowała Harry’ego, który właśnie przekroczył jego łapy i znikł w klapie. Widać było tyko jego palce, na których wisiał.
-Jeśli coś mi się stanie, nie właźcie za mną. Idźcie prosto do sowiarni i wyślijcie sowę do Dumbledore’a, dobrze?- usłyszała jego głuchy głos.
-Jasne.- odparł Ron.
-Mam nadzieję, że za chwilę się zobaczymy…
Po czym jego palce znikły. Nadsłuchiwali z Ronem przy klapie jakichś znaków życia Harry’ego, a Hermiona grała za nimi na flecie. Ron miał niewyraźną minę i Rosemary przypuszczała, że ona też.
-W porządku! Miękkie lądowanie, możecie skakać!
-To teraz ja!- syknęła do Rona Rosemary, czując, że przez strach przebija się adrenalina, zaciekawienie i… ekscytacja. Ciekawe, co tam jest… O Puszku wiedzieli, ale co czeka ich dalej?
Z lekkim dyskomfortem usiadła na drewnianej krawędzi i zdecydowanie odepchnęła się rękami od podłogi. Poczuła, że spada w dół w chłodzie i wilgoci, trochę potworne… Ale wylądowała miękko, jak na wełnie. Wyczuła coś, jak włókno roślinne. Było miękkie. Trochę się zdenerwowała faktem, że jest tak ciemno, że nie ma pojęcia, jak ta roślina wygląda w ogóle i jaką rolę pełni…
-Ron, teraz ty!- krzyknęła w górę ile sił w płucach.
Ron wylądował niedaleko i odetchnął. Po chwili i Hermiona była z nimi, mówiąc:
-Musimy być bardzo głęboko pod szkołą.
-Dobrze, że to coś tu rośnie.- uśmiechnął się z ulgą Ron.
-DOBRZE? Popatrzcie na siebie!- Hermiona zerwała się na nogi i przywarła do ściany w momencie, gdy jakieś pędy owinęły jej się wokół nóg.
-Ojej!- krzyknęła ze zdziwieniem Rosemary, gdy pędy gwałtownie oplotły jej nogi. Harry i Ron już mocowali się ze swoimi. Dziewczynka w panice próbowała uwolnić i rozluźnić pędy, ale było to praktycznie niemożliwe. Ogarniało ją przerażenie osoby, której dzieje się coś śmiercionośnego.
-Nie ruszajcie się! Wiem, co to jest… to diabelskie sidła!- krzyknęła od ściany Hermiona.
-Och, jak dobrze, że wiemy, jak to się nazywa, to naprawę wielka ulga!- zadrwił Ron.
-Cicho bądź, próbuję sobie przypomnieć przeciwzaklęcie!
-No to się pospiesz, nie mogę oddychać!- wysapał Harry.
Rosemary dyszała w popłochu, bo roślina oplatała jej klatkę piersiową ciasno.
-Diabelskie sidła, diabelskie sidła… co mówiła profesor Sprout?… Że to lubi ciemność i wilgoć…
-Więc zapal coś!
-Tak… no jasne… ale tu nie ma drewna!
-CZY TY ZWARIOWAŁAŚ?- zawył Ron- JESTEŚ CZARODZIEJKĄ, CZY NIE?
-HERMIONA!- warknęła Rosemary- WYSTRZEL OGIEŃ, NA GACIE MERLINA! OGIEŃ!
-Och, tak!- Hermiona wystrzeliła z różdżki płomienie. Rosemary natychmiast poczuła ulgę i już mogła oddychać, a do zdrętwiałych kończyn dopłynęła krew. Z trudem wstała, chwiejąc się.
-Całe szczęście, że przykładałaś się do zielarstwa, Hermiono.- szepnął Harry, gdy już ruszyli dalej.
-Tak, i całe szczęście, że Harry i Rosemary nie stracili głowy w kryzysowej sytuacji… „Tu nie ma drewna”, słowo daję…
Do ich uszu dobiegły jakieś brzęki. Tajemniczy korytarz był dziwny i mroczny. Ciekawe, co teraz? Wciąż schodzili w dół, zastanawiając się głośno, co ich czeka za zakrętem, a była to jasna komnata z wysokim stropem, wypełniona latającymi, delikatnie pobrzękującymi paszkami. Były piękne.
Harry, mimo obaw o przyjazne nastawienie ptaszków, przebiegł przez komnatę odważnie. Ron, Rosemary i Hermiona powielili jego zachowanie, ale nic się nie stało. Chociaż drzwi były zamknięte.
-No i co teraz?- zapytał Ron.
-Te ptaki… przecież nie mogą tu być dla dekoracji.- powiedziała Hermiona.
-To nie ptaki…- zauważyła Rosemary niepewnie.
-To nie ptaki!- powtórzył Harry w olśnieniu- To są KLUCZE! Uskrzydlone klucze… popatrzcie uważnie. To znaczy, że… Tak! Popatrzcie! Miotły! Musimy złapać właściwy klucz!
-Ale tu są SETKI kluczy!- jęknęła Rosemary ze zrezygnowaniem.
-Musimy szukać dużego, staroświeckiego… prawdopodobnie srebrnego, jak klamka.- Ron obejrzał zamek i cała czwórka z różnym stopniem zdeterminowania i optymizmu wystrzeliła w powietrze. Rosemary czuła, że jest to bardzo skomplikowane zadanie, bo klucze były po prostu za szybkie. A złapać ten właściwy to już w ogóle zbyt wygórowane żądanie…
-To ten!- zawołał nagle Harry- Ten wielki… tam… nie, tam… z jasnoniebieskimi skrzydłami… z jednej strony pióra są powykrzywiane.
na dole dalej!!!
[ 4 komentarze ]
93 cz.2
Dodała Mary Ann Lupin Poniedziałek, 21 Listopada, 2011, 01:30
Ron z dużym brakiem gracji wyrżnął w sklepienie nieomalże. Rosemary jęknęła, bo klucz śmignął jej przy uchu i zniknął w stadzie.
-Musimy go okrążyć! Ron, ty od góry… Hermiono, trzymaj się niżej i nie pozwalaj mu zlecieć w dół, Rosemary, leć z prawej… a ja spróbuję go złapać z lewej. Dobra, TERAZ!
Naraz gwałtownie ruszyli ku kluczowi i Harry przygwoździł go do ściany jednym zgrabnym i zdecydowanym ruchem. I już mogli iść dalej.
W następnej komnacie, gdy tylko zapłonęło światło, była olbrzymia szachownica. Rosemary uniosła brwi. W szachach nie była jakimś mistrzem. Owszem, wygrywała z Sarą, Hermioną i mamą, a czasem z Harrym, ale Nicholas, Cosmo, wujek Remus, nie wspominając o Ronie, to byli nie do pokonania. Ale na szczęście jeden z nich był tu z nimi i teraz przyszła jego kolej.
-A co teraz robimy?- zapytał Harry.
-To przecież jasne, nie?- odpowiedział Ron- Musimy zagrać i wygrać drogę przez pokój.
-Ale jak?- spytała Hermiona.
-Chyba będziemy musieli łazić po szachownicy.
-Czy to są szachy czarodziejów?- zagadnęła Rosemary, starając się mówić spokojnie.
-A jakie mogłyby być w takiej szkole?- spytał Ron.
-No… Chciałam po prostu usłyszeć potwierdzenie, że oberwę w łeb czymś ciężkim, gdy mnie zbiją… Muszę się nastawić!- rzekła dość beztrosko.
Ron pokręcił głową, ale dość nerwowo rzucił okiem na sytuację, po czym spytał jakiejś figury:
-Czy mamy… eee… przyłączyć się do was, żeby przejść na drugą stronę?
Czarny rycerz skinął głową. Ron obrócił się do nich i rzekł:
-Zaraz, niech pomyślę… Wydaje mi się, że musimy zastąpić trzy czarne figury… Słuchajcie, nie obraźcie się, ale nie jesteście najlepsi w szachach…
-Dobra, nie obrażamy się. Po prostu nam powiedz, co mamy robić.- rzekł Harry.
-No więc tak… Harry, zajmij miejsce tego gońca, Rosemary zastąpi drugiego, a ty Hermiono, stań na miejscu tej wieży.
-A ty?- zapytała Rosemary.
-Ja będę skoczkiem.
Stanęli na polach i zaczęła się gra. Ron był rewelacyjny, doskonale prowadził olbrzymie figury, ale w Rosemary narastał lęk. Co będzie, gdy zostaną na planszy sami? Co prawda Ron dwoił się i troił, by oszczędzić przyjaciół, a Rosemary mu ufała, ale jednak denerwowało ją to troszkę.
-Tak…- powiedział cicho w końcu- Jest tylko jedno wyjście… muszę dać się zabić.
-NIE!- krzyknęli Harry, Rosemary i Hermiona.
-To są szachy! Trzeba ponosić ofiary! Zrobię ruch o jedno pole do przodu, ona mnie zbije… a ty, Harry, będziesz mógł zamatować ich króla!
-Ale…
-Chcesz powstrzymać Snape’a czy nie?
-Ron…
-Słuchaj, jeśli się nie pospieszysz, on może wykraść Kamień! Gotów? Idę tutaj… a jak wygracie, nie marudźcie, tylko…
Nie zdążył skończyć zdania, bo właśnie biała królowa trzepnęła go mocno i zwlokła z szachownicy. Był nieprzytomny. Rosemary poczuła, jak drętwieją jej końce palców. W tym czasie Harry pokonał białego króla i wygrali przejście.
-Słuchajcie, idźcie dalej sami.- poprosiła Rosemary, zerkając na Rona z niepokojem.
Harry i Hermiona popatrzyli na nią pytająco.
-Musimy iść dalej, Ron nas prosił, byśmy nie marudzili.- przypomniał jej Harry.
-Tak, ale… Ktoś musi przy nim zostać. Wiecie, przyjaźnimy się prawie od urodzenia…- jęknęła ruda panna Black- A Hermiona jest zdecydowanie za mądra, by marnować jej wiedzę w dalszej drodze, tak więc… zostanę i zaopiekuję się Ronem. Może uda nam się wrócić i sprowadzić pomoc, jakby coś…
-Dobra! Życz nam powodzenia.- mruknął ponuro Harry i zniknęli za drzwiami, o które poświęcił się Ron. Rosemary podbiegła do niego i opadła na pobrudzoną resztkami figur szachownicę. Wciąż oddychał, więc troszkę jej ulżyło.
-Ron, żyjesz? Ocknij się, nie jestem Hermioną, nie pamiętam zaklęć!- syknęła- Ron, proszę!
Potrząsnęła nim zdrowo. Jedna brew jakby drgnęła, ale mogło być to drgnięcie cienia. Rosemary westchnęła i usiadła obok, czując się beznadziejnie. Za tymi drzwiami Harry i Hermiona przybliżają się do najgorszego zła… A to jedynie jedenastoletni czarodzieje (no dobrze, Hermiona miała dwanaście i do tego większą wiedzę, niż pozostała trójka razem wzięta). Co będzie, gdy przyjdzie im stanąć oko w oko z Voldemortem?
-Rosie?- zapytał słabo Ron. Rosemary podskoczyła, bo Ron zachrypiał akurat wtedy, gdy zaczęła czuć jakiś dyskomfort, spowodowany samotnością, ciszą i miejscem, w którym byli.
-Ron! Jak… jak się czujesz?- zagadnęła. Z głowy ciekła mu krew.
-Jak po jakimś zaklęciu oszałamiającym…- wymamrotał- Szumi mi w uszach…
-Nie ruszaj się, zaraz coś wykombinuję… Ech, przydałaby się… Hermiona?!
Bo oto jej przyjaciółka wypadła z komnaty z powrotem. Podeszła do nich z zatroskaną miną.
-Och, Ron, wszystko w porządku?- pisnęła.
-Taa, pewnie, tylko sobie tak leżę i wypoczywam…- burknął, krzywiąc się.
-Ferula! Już lepiej?- zapytała Hermiona- Pomóż mi, Rosemary!
-Ferula…- rzekła rudowłosa, celując różaną różdżką w głowę Rona, ale ten wrzasnął z bólu.
-Nie, nie tak, musisz…
-Błagam, Hermiono!- zajęczał Ron- Potem, błagam… Ty to zrób, jeśli umiesz!
Trochę to trwało, ale Hermionie się w końcu udało. Postanowili szybko wracać.
-Co się właściwie stało, czemu wróciłaś?- zagadnęła Rosemary, gdy biegli korytarzem do diabelskich sideł. Hermiona odgarnęła burzę brązowych włosów z twarzy.
-Doszliśmy do komnaty z eliksirami… Niestety, drzwi do następnych bronił ogień, a jeden z eliksirów pozwalał iść dalej. Tyle, że… tam było go za mało dla dwóch osób.
-Sprytne… ale co teraz?
Zerknęli w trójkę na klapę, wysoko nad nimi.
-Jest jakieś zaklęcie, które nas tam podrzuci… Ascentio, chyba tak!- klasnęła w dłonie Hermiona.
-No to w drogę. Musimy pomóc Harry’emu.- ponaglił je Ron- Sam się tam zmaga…
-Ja pierwsza.- rzekła Rosemary- Po wyskoczeniu z klapy Puszek pewnie zostanie na wdechu, że tak nagle wystrzeliłam z ziemi… Postaram się szybko capnąć harfę Snape’a i utoruję wam drogę.
-Dobra myśl. Ale uważaj!
Rosemary wystrzeliła w górę. Biały kwadracik przybliżył się gwałtownie, i…
Jak z procy, przeleciała przez klapę, uderzając prawie o strop korytarza. Upadła ciężko i boleśnie na posadzkę, dosłownie parę cali od łapy Puszka. Czując na sobie jego zeźlone spojrzenie i narastające warknięcie, rozejrzała się szybko za małą harfą i podczołgała do niej. Puszek zaczął szczekać, ale nie zdążył jej oderwać głowy, jak z pewnością zamierzał, bo zaczęła szarpać byle jak struny harfy.
-Już, droga wolna!- zawołała w ciemny otwór.
Najpierw do korytarza wystrzeliła Hermiona, kilka chwil za nią Ron. Rzucili się do drzwi i wybiegli szybko na opuszczony korytarz. Było jakoś dziwnie, znaleźć się tu znowu, po takiej eskapadzie…
Wpadli prosto na Dumbledore’a i już otwierali usta, by się gęsto tłumaczyć, gdy on rzucił:
-Harry już tam jest, tak?
Zaległa cisza, ale Ron pokiwał głową z powagą. Dumbledore ich wyminął i tyle go widzieli.
-I co teraz robimy?- zagadnęła Rosemary z rezygnacją- Wracamy do dormitorium?
-Nie wiem, jak wy, ale ja nie potrafię spokojnie wracać do Wieży.- jęknęła Hermiona- Kiedy tylko pomyślę o tym, co dzieje się pod szkołą z Harrym…
-Na pewno sobie poradzi.- mruknął Ron- To Harry Potter, zapomniałaś?
-Tak, ale… dopiero ma jedenaście lat! Oby Dumbledore zdążył na czas!
-Oby…- przytaknęła Rosemary- Ale my stąd idźmy, bo Filch też zdąży i nas ukarzą. Chodźmy do domu i poczekajmy na rozwój wydarzeń…
***
-Wcale nie!- zaśmiała się Rosemary, wzdrygając głową wyposażoną w dwie, zawadiackie, rude kitki z loków na bokach- Hermiona wychodziła z siebie. Jęczała cały czas, a Ron ją ofukiwał, ale założę się, że martwił się jeszcze bardziej. Ja natomiast wcale, wiedziałam, że z tego wyjdziesz. Już raz, kiedyś…
-Akurat!- parsknął Harry- Ale sam nie wiem, przez chwilę myślałem, że już umieram… Weź!
Podetknął jej pod nos jedną z chyba dwudziestu paczek Fasolek Wszystkich Smaków. Spoczywały przy jego łóżku, ale Harry zarzekał się, że nie zje wszystkiego (co Ron skrzętnie wykorzystywał).
Siedzieli w dwójkę w skrzydle szpitalnym. Od wydarzeń z Kamieniem minęły cztery dni i Harry wyszedł z tego cało, chociaż obudził się dopiero wczoraj. Odwiedzali go z Ronem i Hermioną, ale tym razem Rosemary przyszła sama, bo akurat miała na to ochotę. Poza tym, nie chciała przerywać Ronowi i Hermionie kolejnej partii szachów (teraz wydawały się dziecinnie łatwe i banalne). Od Harry’ego dowiedzieli się, że to nie Snape był tym, który miał wykraść Kamień dla Voldemorta. Był to Quirrell, co wszystkich zszokowało. Rosemary się jednak ucieszyła-nie powiedziała innym, że Snape to ojciec chrzestny jej bliźniaka i bliski przyjaciel mamy. Cała opowieść Harry’ego o tym, co działo się na dole, była bardzo emocjonująca. I do tego fakt, że Voldemort nie wróci…
-Cieszę się, wiesz?- uśmiechnęła się Rosemary- Zapobiegliśmy czemuś straszliwemu.
-Tak…- Harry oparł zmęczoną, ale zadowoloną głowę o poduszkę- Jakby Voldemort wrócił…
-Jak on wyglądał?
-Nie wiem, siedział na głowie Quirrella!- zaśmiał się czarnowłosy okularnik- Przypominał węża.
-Ueeech!- Rosemary wzdrygnęła się- To przebija zdecydowanie mojego brata i jego uszy.
Harry tylko parsknął, ale zaległa przyjemna, miła cisza. Rosemary sięgnęła w zamyśleniu po jakąś oprawioną w skórę księgę, leżącą na szafce nocnej przyjaciela.
-Co czytasz? Czy to Hermiona męczy cię jakąś lekturą uzupełniającą?- zagadnęła.
-Nie, otwórz…- zachęcił ją cicho.
Był to album na zdjęcia. Rosemary od razu poznała rodziców Harry’ego. W końcu gapiła się na ich zdjęcie dobrych parę lat. Przeglądała z uśmiechem strony albumu, aż w końcu…
-To moi rodzice!- objaśniła z dumą, pokazując jedno ze zdjęć. Harry ze zdziwieniem wziął od niej album. Zdjęcie przedstawiało Potterów w dniu ślubu, ale obok nich stała dwójka ludzi, cieszących się razem z nimi, i też ubranych w piękne, odświętne szaty… Mama i tata. Rosemary usiadła obok Harry’ego tak, by widzieć zdjęcie z nim. Doznała lekkiego wstrząsu. Mama i tata, razem. Nigdy ich nie widziała razem, ale stwierdziła, że dziwnie pasowali do siebie jak ulał… Mama była taka piękna i… inna, jakby szczęśliwsza, a tato… Tak, był bardzo przystojny, podobny do niej i identyczny jak Cosmo. Para młodych, szczęśliwych, pięknych ludzi… Jakie to zdjęcie było fałszywe…
-Twoi rodzice znali moich?- zdziwił się Harry.
-Może nie wiesz, ale nasi rodzice byli najlepszymi przyjaciółmi.- uśmiechnęła się Rosemary- Mam nawet twoje zdjęcia w domu! A do tego moi rodzice są twoimi rodzicami chrzestnymi, natomiast twój tato był moim. Podobno nasi ojcowie byli nierozłączni w szkole.
Harry był tym ewidentnie wstrząśnięty. Popatrzył na Rosemary w szoku.
-Czemu nic mi nie mówiłaś?- wybąkał w końcu.
-Nie wiedziałam, jak zareagujesz…- powiedziała przepraszającym głosem- Przepraszam.
Harry nie odezwał się, lecz wpatrzył w album, myśląc zawzięcie.
-Jeżeli twoja mama jest moją chrzestną, to co ja robię jeszcze u Dursleyów?- spytał z namysłem.
-Słyszałam, że walczyła o adopcję twojej osoby, ale jej nie pozwolono… Szkoda, wyobrażasz sobie jakby było super, gdybyśmy dorastali razem od tylu lat?- uśmiechnęła się Rosemary- Gralibyśmy z Weasleyami w quiddich w ich ogrodzie i w ogóle… Szkoda, mama bardzo by się tobą opiekowała.
-Szkoda. Muszę się męczyć z tym prosiakiem Dudziaczkiem.- burknął Harry, patrząc wciąż na zdjęcie ślubne, na którym stała czwórka przyjaciół… Szczęśliwi, cieszący się sobą nawzajem, nierozłączni ludzie… Za parę lat miała żyć jedynie drobna kobieta o zielonych oczach i czarno-rudych lokach, uśmiechająca się zawadiacko u boku zakochanego w niej męża… Później cierpiąca i samotna.
Rosemary otarła dyskretnie łzy i pomyślała tylko „Byłbyś ze mnie dumny, tatusiu!”
Wszystko było już zapakowane. Koszyk z miauczącym Włóczykijem stał sobie spokojnie na siedzeniu obok Cosmo, a sam właściciel kota głaskał go i przytulał do siebie, wciśnięty w kąt i wpatrzony w znikający za zakrętem Hogwart. Już tęsknił do tej szkoły. Chociaż wciąż bolał go fakt, że jest w Slytherinie i nie potrafił się z tym pogodzić, jednak było w tym zamku coś, co uwielbiał.
-Szkoda tylko, że nie wygraliśmy Pucharu.- westchnął do kolegów.
-Szkoda?!- pisnął wysoko Draco- Wygraliśmy, tylko gdyby nie pewne pupilki…
Jad w głosie jasnowłosego i na twarzach całej trójki utwierdziły małego Blacka w przekonaniu, że wciąż jego ślizgońscy kumple nie mogą przeboleć przegranej. On bardziej nie mógł przeboleć, że nie dane mu było wiwatować przy czerwono-złotym stole. A to, czy Ślizgoni zdobyli Puchar czy nie, to już wszystko jedno…
-Bez sensu, parę dodanych punktów i już! Po Pucharze!- warczał Draco.
-W sumie zasłużył…- mruknął Cosmo.
-Phi!- prychnął Draco, ale nie znalazł bardziej wartościowego argumentu przeciw, niż- Święty Potter!
Syczał tak zjadliwie jeszcze jakiś czas:
-I ta Granger i Weasley i…- zerknął z ukosa na Cosmo.
-Mojej siostry nie tykać.- burknął chłopiec pod nosem, tarmosząc Włóczykija.
-No dobra. Weasley jest zdrajcą i biedakiem, ale najgorsza jest ta Granger… Taka wywyższona pod niebiosa… A zwykła z niej szlama.
-Co z niej?- zainteresował się Cosmo, obserwując kuzyna ze zdziwieniem.
-Szlama, nie słyszałeś takiego słowa?- prychnął Draco- Oznacza osobę od Mugoli, bo ma szlamowatą krew!
Crabbe i Goyle zachichotali złowrogo.
-Szlamy bym wyrąbał z budy.- warknął Vincent- Kiedyś to zrobimy, hę?
-Poczekajcie!- uśmiechnął się złowrogo Draco- Może już wkrótce…
-Czy czujesz się na siłach ze swoją potęgą maga rozwalić na kawałeczki wszystkie szlamy?- zapytał Cosmo drwiąco.
-Nie ja… Ale rozmawiałem z ojcem i powiedział, że…- Draco się zawahał- No, nic mi nie obiecywał… Ale uchylił rąbka domysłów, że może… DA SIĘ przywrócić stan rzeczy z dawnych lat.
-E, nie masz chyba na myśli terroru tego Voldemorta?- skrzywił się kwaśno Cosmo.
-CIII!!!- syknął Draco- Czarnego Pana, jeśli już! I ciszej!
-No dobra, Czarnego Pana…
-Tak, o to chodzi, ale poczekaj! Tata mi mówił, że było lepiej.
-A mi mówili, że było źle.- naburmuszył się Cosmo- Ojciec mi zginął… A rzyć z tym twoim Czarnym Panem i rozwalaniem szlam! Do kitu, nie bawi mnie to, serio!
-Mów, jak uważasz.- mruknął Draco taktownie- Ja myślę, że świat bez szlam będzie lepszy. I… selekcja nadejdzie. Zobaczysz. Prędzej, niż myślisz.
-Srutu-tutu, majtki z drutu.- parsknął nonszalancko czarnowłosy dwunastolatek. Ale poczuł wielki niepokój. Przypomniał sobie zakapturzone widmo w Lesie i niedowierzanie, że Voldemort może wrócić. Zgadzało się to z tym, co właśnie usłyszał. Ojciec Dracona (a znając Dracona, to był to mężczyzna o bardzo konkretnych i wiarygodnych informacjach, jeśli chodzi o czarną magię) dał do zrozumienia, że to możliwe, by powrócił ON… Coś się tu kroi niepokojącego…
[ 17 komentarze ]
92. Najskrytsze pragnienie
Dodała Mary Ann Lupin Sobota, 05 Listopada, 2011, 14:18
Mam nadzieję, że uda mi się dodawać notki co osiem dni, bo w tym tempie to daleko nie zajadę.
Czyli następna nie wcześniej, jak trzynastego ^^
-Wiesz, to już nie te czasy… Jak to dobrze, że możemy wyruszyć do Rumunii i nie martwić się o nasze dzieci, pozostawione w Hogwarcie, daleko od nas!
Molly machnęła różdżką i sterta prześcieradeł złożyła się i zgrabnie ułożyła w kufrze.
-Nie rozumiem, kochanie, jak możesz brać tyle zbędnych rzeczy…- Artur poprawił brązową, wyświechtaną tiarę i jego długi nos zawisł cal nad naprawianym zegarem- Przecież Charlie…
-Co: Charlie?- żachnęła się Molly- A jak nie ma tam dostatecznie dużo pościeli? Arturze, na zimne trzeba dmuchać, w końcu Charlie mieszka sam! Przecież nie musi mieć tyle…
-Ma, nie wyobrażam go sobie śpiącego na jednym prześcieradle pół życia, zwłaszcza po tym, jak dostał od ciebie pięć kompletów pościeli na urodziny kilka dni temu…
Molly popatrzyła na mnie, szukając poparcia, ale zanim zdążyłam zająć jakieś stanowisko w tej sprawie, poczułam dłoń brata na ramieniu. Uniosłam głowę na stojącego Remusa.
-Grunt, że możemy spokojnie wyruszyć.- uśmiechnął się Remus ze zmęczeniem- Ale biedne dzieci… Szkoda mi ich trochę, chociaż z tego, co mi niekiedy opowiadał… Syriusz… święta w Hogwarcie mogą być wspaniałe.
-No, nie będzie im się nudzić.- jakby pocieszała samą siebie Molly- Ron i Rosemary świetnie się rozumieją i zaopiekują się, co najważniejsze, tym biedactwem Harrym.
Przełknęłam ślinę i poczułam gulę w gardle. Gdyby nie wyjazd z Weasleyami do Rumunii do Charliego, z pewnością poprosiłabym Rosemary, by zaprosiła Harry’ego do nas. Co to byłyby za święta! Można by mu tyle opowiedzieć, otoczyć go miłością i odnaleźć w nim straconych przyjaciół… Syriusz na pewno byłby na mnie zły, gdyby się dowiedział, że zaniedbałam tak bardzo naszego syna chrzestnego. Ale kiedyś Harry mnie pozna, z pewnością… Obiecuję, Lily. I tobie też, Rogasiu.
-Dobrze, że Andromeda zgodziła się przyjąć do siebie Sarę i Cosmo.- mruknęłam, bawiąc się różaną różdżką- Nie wyobrażam sobie tego biedaka w lochach samego…
-A czemu wszyscy nie pojadą do Tonksów?- zapytał Artur znad zegara, w momencie, gdy wahadło ze złością uderzyło go w skroń, wrzeszcząc: „ACH, TY BRUTALU!”.
-Bo Rosemary z jakiegoś powodu wolała zostać z przyjaciółmi w szkole.- Remus począł krążyć spokojnym krokiem po kuchni. Obserwowałam z uwagą jego nienaturalne zmarszczki i siwiznę, jakiej się nabawił w dzień straty wszystkich Huncwotów. Miał prawie trzydzieści dwa lata i tak już wyglądał- Tajemnicze… A Nicholas powiedział, że to jedyna szansa, by zamieszkać w dormitorium zupełnie sam i kręcić się po nim po swojemu. Typowe…
-Jak tam Nicholas?- zapytała zatroskana Molly, okrywając pokrowcem fotel.
Ja i Remus spuściliśmy wzrok. Wciąż starałam się zapomnieć o klątwie mojego syna. Byłam nią przerażona, ale nawet nie starałam się sobie uświadamiać tego wszystkiego. Nicholas miał umrzeć i to za nędzne dwanaście lat… Ta wiadomość nie zmieniła go od razu, ale teraz widziałam, że pisał mniej listów, za to bardziej chłodnych i z opowieści bliźniaków wiedziałam, że już w ogóle się wyalienował. Jakby odcinał wszystkie relacje, by nie ranić.
-To okropne.- Molly podeszła i przytuliła mnie do swych obfitych kształtów- Nie mogę powiedzieć, żebyś nie płakała, bo to nic nie da… Drugi syn, co za los… Oszalałabym…
-No właśnie.- ogarnął mnie pusty śmiech- Ja już chyba to zrobiłam, bardzo dawno temu.
Nicholas zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu wpatruje się w ciemnoniebieski baldachim delikatnego, smukłego łóżka, w którym leżał. Cisza kłuła w uszy.
Westchnąwszy, usiadł na posłaniu i rozejrzał się bez entuzjazmu naokoło. Święty spokój i samotność… Nikogo tu nie było, a w Wieży Ravenclawu też był praktycznie sam. Oczywiście, zostało parę osób, niestety, nie było wśród nich drobnej, czarnowłosej Chinki… Więc Nicholas niezbyt wiedział, co ze sobą zrobić.
Położył się znów, odnotowując brak chęci na cokolwiek. Miał problemy z oddychaniem, a coś ściskało go w mostku. Nie wiedział, co mu jest, ale przypuszczał, że miało to dużo wspólnego z tym, co działo się przed miesiącem. I do tego mama i wujek wyjeżdżali na święta i będzie musiał siedzieć tu sam… A tak się cieszył na wyjazd do domu! Stęsknił się za wszystkim i wszystkimi, a tu kolejne rozczarowanie. Teraz tylko leżał w samotności i ciszy, skazany na swoje myśli. Było mu dobrze w samotności, zawsze, ale coś w nim prosiło go o znalezienie kogoś, choćby jednej osoby, która w takich chwilach mogłaby po prostu siedzieć w ciszy przy nim.
Stanął przed dużym lustrem, uważnie i nie bez niechęci obserwując swoje odbicie. Za nieco ponad miesiąc miał skończyć trzynaście lat… Kolejny stopień, przybliżający go do śmierci, a było ich jeszcze tylko jedenaście. Przeczesał niedbale rozrzucone, proste, brązowe włosy i doszedł do wniosku, że potrzebuje nowej piżamy, bo ta robi się przykrótka. Nie przejął się tym zbytnio. Życie w ogóle wydało mu się mniej absorbujące i istotne od jesieni. I tak wiedział, kiedy je zakończy.
-Witaj, młody!
Tamara i jej dwójka znajomych, jedni z ośmiu Krukonów, którzy pozostali na święta w szkole, właśnie minęła go w olbrzymim, okrągłym salonie, do którego zszedł po ogarnięciu się. Kiwnął jej głową nieco nieprzytomnie, obserwując chudą, krótko ściętą okularnicę z przyjaciółmi, a wszyscy ryczeli ze śmiechu i zdawali się zachwyceni perspektywą dzisiejszej wyżerki. Nicholas zaczął zastanawiać się, co ona takiego robi, że wszyscy ją lubią, ale właśnie i do niego dotarło, że dzisiaj będzie jadł, jadł i jadł… A to była niewątpliwie jedna z najbardziej sensownych czynności życiowych Nicholasa. Powlókł się za czternastolatką i jej znajomymi na śniadanie. Miał umierać za jedenaście lat, ale w gruncie rzeczy do tego momentu zdoła przynajmniej troszkę się rozkoszować jedzeniem.
W Wielkiej Sali było magicznie, chociaż niezbyt tłoczno. Strop pokazywał dziś białe niebo, z którego prószył śnieżek. Nicholas się ucieszył. Może uda mu się nakłonić Rosemary, jedyne rodzeństwo w szkole, na coroczne lepienie bałwana.
Nalał śmietany do gęstego przysmaku, jakim była owsianka, ale nie rozkoszował się nią tak, jak kiedyś. Pomyślał z goryczą o tym, jak mama i wujek będą się pysznie bawić w Rumunii. Nawet Cosmo i Sara lepiej zniosą święta, w towarzystwie Tonksów. Cosmo na pewno znów będzie się czerwienił na widok starszej osiem lat kuzynki Nimfadory, w Sarę ciocia Andromeda powtłacza te wszystkie pyszności… Owszem, tu też jedzenie było super, ale zjedzenie kawałka puddingu przed kominkiem na sofie, obserwując choinkę byłoby zabawniejsze, niż samotne męczenie owsianki.
Popatrzył ponuro na rude loki jedenastoletniej siostry przy stole Gryfonów. Siedziała w otoczeniu Rona i Harry’ego Pottera, a niedaleko wydurniali się bliźniacy, na których Rosemary patrzyła krzywo.
Nicholas westchnął i pozbierał swe kulawe kończyny, po czym bez słowa dosiadł się do siostry. Poczuł obcą samotniczej naturze, ale dziwnie ciepłą chęć pobycia z Rosemary.
-Nick, co tu robisz?- Rosemary rozszerzyła zielone, lekko skośne oczy. Wszyscy popatrzyli na niego.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko do siostry.
-To jest Nicholas, mój starszy brat. To ten z Ravenclawu.- objaśniła Harry’emu- A to Harry.
-Wiem.- rzekli naraz Harry i Nicholas i podali sobie ręce. Harry wydał się Nicholasowi dość miły.
-Pomyślałem sobie, że moglibyśmy pójść i pobawić się razem na śniegu.- zaproponował siostrze.
Fred i George siedzący nieopodal ryknęli śmiechem.
-Co, Nick, nie uważasz, że jesteś za stary na zabawę w śniegu z siostrą?- zapytał któryś.
-Nie, szczególnie, że wy sami też się w nim bawicie.- rozszerzył oczy Nicholas.
-Ale my to co innego…- zauważył z rzeczową miną Fred- Matka zawsze powtarza, że szczególne z nas przypadki. Ciekawe, co miała na myśli…
-Och, uciszcie się, nie mogę spokojnie przeczytać jednego artykułu!- oznajmił Percy z lewej.
Podczas, gdy w ciszy i milczeniu Fred i George dawali sobie znaki, jak niepostrzeżenie wywalić Percy’emu na głowę miskę stojącej przed nimi jajecznicy (Fred nie zrozumiał, przez co George z pasją i zaangażowaniem próbował dawać mu znaki, że jest idiotą, za to Percy zrozumiał doskonale, bo odszedł, węsząc niebezpieczeństwo), Rosemary mruknęła:
-Myślę, że to dobry pomysł. A Harry i Ron mogą się przyłączyć, prawda?
-Pewnie.- uśmiechnął się Nicholas, czując, że jego humor powoli wraca. Ostatnio był jak przypływy i odpływy, chłopiec nigdy nie wiedział, jak będzie się miewał za pięć minut. Wyrok śmierci, brak jakichkolwiek radości w życiu (poza jedzeniem), odrzucenie, kalectwo. I do tego Cho, ignorująca go.
A jednak, pomyślał, idąc na błonia z młodszymi Gryfonami, coś ciągle przywraca mi dobry humor. Jakaś niewysłowiona myśl, kolor, przebłysk. Coś, co mówi: „Nie łam się. Będzie dobrze.”
Rosemary przewróciła się na drugi bok i wpatrywała w plamę księżycowego światła na ścianie. Nicolas Flamel… Kim u licha był? W Hogwarcie było tyle ksiąg i działów, a nawet nie wiadomo było, od czego zacząć szukanie. Hermiona prosiła ją przed wyjazdem o przypilnowanie chłopców i wspólne szukanie, ale dała też jej pomysł, który zupełnie nie pasował do mądrej Gryfonki…
Szukaj w dziale Ksiąg Zakazanych.
Rosemary uniosła się na łokciach i odrzuciła pudełko po czekoladowej żabie, którą zjadła przed snem. Posadzka była zimna i nieprzyjemna, toteż włożyła swoje balerinki, by nie wzbudzać hałasów.
W Pokoju Wspólnym tlił się jeszcze ogienek na kominku, ale niewiele go zostało. Cichutko wyszła.
-Dziecko, gdzie ty idziesz? Jest środek nocy…- ziewnęła Gruba Dama.
Rosemary tylko poprosiła ją o bycie cicho i potruchtała w kierunki biblioteki, odczuwając najmniejszy szmer i hałas jako coś potwornie przerażającego. Zdrętwiała, gdy dostrzegła na końcu jednego z korytarzy ciepły blask lampy, coraz intensywniej tańczący na ścianie. Filch idzie.
Skryła się szybko za gobelinem, starając się nie kichnąć, gdy sapiący woźny mijał jej położenie. Szedł w stronę przeciwną, a więc jakiś uśmiech losu. Wymknęła się zza gobelinu i potruchtała przy ścianie, bardziej obawiając się szybkiej i sprytnej, pojawiającej się znienacka Norris, niż artretycznego Filcha.
-Dział Ksiąg Zakazanych…- przeczytała trzęsącym się szeptem, gdy wpełzła do biblioteki. Była sama, ukryta bezpiecznie w labiryncie wysokich półek… Która mogła odpowiedzieć na jej pytanie?
Zaczęła wodzić palcem po grzbietach, ale nic jej nie mówiły poza tym, że niektóre mogły pamiętać założycieli szkoły. Czuła ciarki na plecach i nerwowo odwracała się za siebie co jakiś czas.
Nagle usłyszała coś, co sprawiło że podskoczyła parę cali nad posadzką, mianowicie mrożący krew w żyłach wrzask. Odjęła ręce od grzbietów przekonana, że to ona spowodowała. Dalej rozległ się brzęk tłuczonego szkła i sapanie Filcha od wejścia. Rosemary coś zaświtało w głowie: „To nie ja. Ktoś jeszcze nie śpi.”. Na razie trzeba było się stąd zmywać…
Przywarła płasko do ściany za jedną z półek tak, by mijający ją woźny jej nie dostrzegł. Gdy już odszedł potuptała na palcach ku wyjściu, wytrzeszczając oczy w ciemnościach.
Wpadła da coś ciepłego i twardego. Przystanęła, skonfundowana.
-Właź!- usłyszała syk, potem jakiś ruch i oto stała przykryta przedziwnym płaszczem Harry’ego, a jego właściciel dyszał z emocji obok. Bez słowa puścili się pędem przez korytarz i wylądowali nie wiadomo gdzie. Harry i Rosemary popatrzyli na siebie w milczeniu, nie wiedząc, gdzie dalej.
-Polecił mi pan, panie profesorze, żebym natychmiast pana powiadomił, jeśli ktoś będzie chodził nocą po zamku, a ktoś właśnie był w bibliotece… w dziale Ksiąg Zakazanych.
Podskoczyli oboje, bo głos Filcha zabrzmiał dość niespodziewanie. Wydawało się, że go zgubili!
-W dziale Ksiąg Zakazanych? No, daleko nie uciekł, zaraz go złapiemy.
-Snape…- pisnęła Rosemary do odrętwiałego Harry’ego. Ten natomiast zaczął się cofać, ciągnąc ją za sobą do jakichś drzwi, które na szczęście były otwarte. Wśliznęli się do środka z ulgą, ale Rosemary wpierw rozejrzała się po klasie, czy nie czai się tam jakiś kolejny trójgłowy pies lub inne paskudztwo.
Oparli się o ścianę, dysząc z ulgą. Filch i Snape poszli gdzieś dalej.
-Niewiele brakło… Coś ty tam robił?- szepnęła do Harry’ego.
-Szukałem czegoś o Flamelu.- odparł cicho Harry.
-To tak jak ja.- odgarnęła rude loczki z twarzy i rozejrzała się- Patrz. Jakie piękne lustro.
Podeszli do niego oboje. Rosemary z zafascynowaniem oglądała złote ramy i napis w przedziwnym języku. Wymsknęła się spod peleryny i stanęła z boku zwierciadła, patrząc na złote zdobienia.
-Rosemary!- syknął Harry.
-Co?- spytała flegmatycznie, ale stwierdziła ze zdziwieniem, że jej przyjaciel miał zszokowany, przerażony głos. Obróciła się do niewidzialnego Harry’ego, który pewnie wciąż stal przed lustrem.
Nie odparł.
-Co?- spytała natarczywiej, ale Harry wciąż milczał.
-Mamo?- usłyszała jego szept po chwili- Tato?
-Że co? Harry, wszystko gra? Gdzie jesteś?- zaniepokoiła się jedenastolatka.
Długo nie odpowiadał.
-Rosemary…- usłyszała jego przejęty głos- Tu są moi rodzice. Cała moja rodzina!
-Gdzie?
-W lustrze… Stoją za mną…
-Zdejmij pelerynę, czuję się głupio…- poprosiła z zaniepokojeniem i obawą o zdrowie chłopca.
Ściągnął niedbale płaszcz i zauważyła, że stał bardzo blisko tafli, jakby próbując ją przeniknąć.
-Popatrz! Moi rodzice!
Rosemary podeszła bez przekonania przed lustro ciekawa, czemu Harry tak się zachowuje.
-Widzę tylko mnie i ciebie.- wzruszyła ramionami.
-Czekaj, odsunę się. Może ty też zobaczysz swoją rodzinę?
Stała ze sceptycznym wyrazem twarzy przed taflą zwierciadła. Panowała wyczekująca cisza. A potem… Wysoka, szczupła, ciemna postać jakby wynurzyła się z nicości za nią. Rosemary otworzyła szeroko zielone oczy. Ktoś podszedł do niej, uśmiechnięty od ucha do ucha i poczochrał jej włosy.
Widziała ojca pierwszy raz w życiu. Był młody, miał może ledwo przekroczoną trzydziestkę. Czarne jak smoła włosy rozrzuciły się niedbale po czole i jego okolicach, stalowoszare oczy zmrużył od dołu, co nadało im wyraz bystrego rozbawienia. I był niesamowicie przystojny.
-Tata…- szepnęła w szoku.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, szczerząc białe zęby, potem jednak ten uśmiech stał się smutniejszy, gdy objął ją ramieniem. I stali tak razem, tata obejmujący własną córeczkę, której nigdy nie poznał, lecz za to szczęśliwy i spokojny. Rosemary wykonała ruch w bok, by wtulić się w jego ubranie, lecz natrafiła na pustkę. I wtedy to do niej dotarło. Jego nie ma. ON NIE ŻYJE.
Coś eksplodowało w sercu jedenastolatki. Nieznane, rozpaczliwe i zabijające pragnienie, gdy to, co było na wyciągnięcie ręki, okazało się niemożliwe do osiągnięcia. Dzieliła ich tylko i aż tafla lustra.
-Tatuś…- zapomniała, że Harry stoi niedaleko i bacznie jej się przygląda w milczeniu. Przykleiła się do zwierciadła, błagając na wszystko, by pozwolono jej przejść na drugą stronę. Tata stał za nią, po raz pierwszy tak blisko i taki był nieosiągalny…
Nie mogła uwierzyć, że czubki palców nie przenikają tafli jak wody. Nie potrafiła ogarnąć tego, że stoi tam jej ojciec, a ona nawet nie może go przytulić. Dotrzeć do niego. To było koszmarne, gorsze, niż nieokreślona, bezosobowa tęsknota, jaką do tej pory w życiu do taty żywiła. Był nieosiągalny.
-Daj mi też popatrzeć…- poprosił Harry. Rosemary po chwili usłuchała, a potem, gdy Harry z tym samym głodem wtapiał się w spojrzenie rodziców, usiadła przy ścianie i rozpłakała się jak nigdy.
***
Cosmo wyskoczył na zimną ziemię z powozu niedbale i odgarnął włosy. Draco zrobił to samo za nim, z tym że z większą gracją. Otrzepali szaty Hogwartu, a Draco wciąż się krzywił:
-Śmierdzące powozy. To dla plebsu, nie dla nas… No, znowu do budy…
-Ja tam się stęskniłem!- wyszczerzył zęby Cosmo i popatrzył na wieżyczki zamku, majaczące nad koronami gołych drzew.
-Spędziłeś święta u mojej ciotki, prawda?- zagadnął Draco, gdy szli rozmiękłym zboczem- Tej, co została przez nas wydziedziczona za małżeństwo z Mugolem.
-Moja chrzestna, Andromeda, jest w porządku.- objaśnił Cosmo z chłodem- I Nimfadorę lubię…
Zaczerwienił się. Draco, widząc to, parsknął szyderczo.
Cosmo znowu poczuł ukłucie żalu i goryczy, gdy minęła ich spora grupka odzianych w czerwono-żółte szaliki. Do tej pory nie mógł przeboleć, że nie jest w Gryffindorze. Ciekawe, jak siostra…
-Się masz, Rosie.- rzucił niedbale, gdy on i Draco minęli trójkę Gryfonów, czekających na Granger w hallu. Draco prychnął, wymienił z Weasleyem i Potterem wrogie spojrzenia i powiedział:
-Przywitaj się z siostrą. Idę do Wielkiej Sali coś zjeść. Ja, W PRZECIWIEŃSTWIE DO NIEKTÓRYCH, nie miałem dawno okazji, by jeść to śmieciowe, szkolne jedzenie.
Ron prychnął coś w stylu: „Udław się wątróbką, Malfoy”, ale najwyraźniej do Dracona to nie dotarło. Może specjalnie, bo niedaleko stała McGonagall, pilnując porządku.
-Jak tam święta?- spytał Cosmo, czując się dość głupio w towarzystwie chłopców, których powinien uważać za największych wrogów- Na pewno były pyszne.
-No, żarcie było ekstra, nie Ron?- wyszczerzyła się jego bliźniaczka, a potem wypaliła- Widziałam tatę, Cosmo.
-Że jak?- zdziwił się, unosząc brwi- O czym ty mówisz?
-W jednej z klas było dziwne zwierciadło i w nim zobaczyłam tatę.- uśmiechnęła się smutno- Harry też widział rodziców, a Ron…
-Stop!- burknął rudy chłopiec, czerwieniejąc- Zabraniam ci odkrywania moich marzeń wrogowi!
-Nawet by mnie to nie interesowało. Myślisz, że nie mam nic do roboty!- odwarknął Cosmo.
-No więc, wiesz, jaki był cudowny, nasz tata?- zawołała szybko i Cosmo zauważył dziwne błyski w jej oczach i niezdrowe podniecenie- Oczu nie mogłam oderwać… Jakbym się zakochała…
-Wiem, jak wyglądał…- rzekł wolno Cosmo, patrząc gdzieś w przestrzeń- Tonksowie pokazywali mi zdjęcia… Dziwne tylko, że mama i wujek je zawsze kryli i nie wisi ani jedno jego zdjęcie w domu… Sara powiedziała, że są zamknięte na klucz w kredensie… To tak, jakby się wstydzili.
-Dlaczego mama nigdy nie pokazała mi zdjęcia taty?- miauknęła Rosemary- Nie rozumiem…
-Dobra, muszę lecieć, bo Draco się zapewne niecierpliwi.- rzucił Cosmo, ignorując Rona, który burczał coś o służalczości panom i Rosemary, która zaczęła się z nim prawie bić w obronie brata.
-Jesteś już.- oznajmił Draco znudzonym tonem- Matka dała mi na drogę pudło z trifle, zrobionym przez Zgredka. Możemy w salonie zjeść, zamiast tu karmić się tym… Co ci jest?
-Nie, nic.- Cosmo westchnął- Myślę nad tym wszystkim…
Draco zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Cosmo całą drogę do salonu gryzł się tym, co mówiła Rosemary. Widziała tatę w lustrze. Gdzie ono jest? Czemu ona?
Weszli do Pokoju Wspólnego Slytherinu i zajęli jedną ze skórzanych kanap. Panowało zielone, gazowe oświetlenie, płonął leniwie ogień, a wkoło kręciło się mnóstwo ludzi, rozprawiających o świętach i ich atrakcjach. Cosmo właśnie bezwiednie obserwował koleżanki z klasy: Pansy, Millicentę i Dafne, które komentowały z radością okropną cerze Padmy Patil, gdy Draco przyniósł pudło z deserem i opadł na sofę nonszalancko.
-Widziałeś Vincenta i Gregory’ego?- zapytał Cosmo, nie patrząc na towarzysza.
-Nie, gdzieś tam się plączą.- oznajmił Draco lekceważąco- Zastanawiam się, czy w ogóle do nich dotarło, że już się skończyły ferie i czas wracać… Goyle mógłby zapomnieć. Chcesz?
Trifle okazało się trochę roztłamszone, więc łatwiej było bezceremonialnie nabierać na widelec ciapkę z biszkopta, dżemu, kremu, owoców i bitej śmietany. Przyjemnie się siedziało z Draconem przed kominkiem na wygodnej sofie, raz po raz nurkując widelcem w słodkim trifle. Cosmo zapomniał na chwilkę o dręczącej go wizji ojca w jednym ze zwierciadeł szkolnych.
-Panie profesorze…- Draco skłonił grzecznie głowę przed Snapem, który właśnie ich minął, by pouzupełniać zapasy składników w domowym kredensie- Może się pan poczęstuje?
Podsunął, chyba tylko ironicznie, duże pudło z rozpaćkanym trifle Snape’owi pod nos. Ten pozezował troszkę bez emocji na wątpliwej urody deser i powiedział cicho:
-Nie, chłopcy, smacznego.
-Jak święta, profesorze?- zagadnął przyjacielsko Cosmo- Tu pewnie była uczta…
-Istotnie, nie mogłem narzekać…- uśmiechnął się łagodnie Snape- Poza tym, że trzeba było ganiać w nocy po korytarzach jakiegoś wścibskiego uczniaka, który znów pomyślał, że zasady nie obowiązują tak wybitnych jednostek, jak on…
-Czyżby Potter?- uniósł brwi Draco, jakby trochę ożywiony perspektywą ciekawej rozmowy.
-Przypuszczam, że to on. Niestety, nie złapaliśmy go.- wykrzywił wargi, po czym rzucił groźnie- A ty, Black, opatul się jakimś swetrem. Jest styczeń, a siedzisz w samej koszulce!
I oddalił się do kredensu. Czarna peleryna wzdymała się za nim. Draco i Cosmo wymienili spojrzenia.
-Potter chodził po korytarzach, coś takiego…- mruknął Draco.
-To nie musiał być on.- zauważył Cosmo, próbując nadziać na widelec duży kawałek gruszki z kompotu, która apetycznie wystawała zza masy kremu w pudle Dracona- Nie ma dowodów.
-Założę się o mój spadek, że to był on.- warknął ze złością platynowowłosy- Tylko on mógł biegać po szkole bez zastanawiania się nad konsekwencjami! Święty, nietykalny Potter!
-Nie, jest po prostu odważny.- westchnął ze znużeniem Cosmo.
-Daj spokój!
-Powaga! Jest w Gryffindorze, czyż nie?- odgarnął czarne kosmyki z włosów.
-Nie, to nie to! Jemu się wydaje, że jest taki cudowny, że nikt go nie ruszy!- zirytował się Draco.
-To odwaga.- pokręcił głową Cosmo- Ja też bym mógł chodzić nocą po korytarzach, a nie wydaje mi się, żebym był nietykalny, a już na pewno nie jestem święty!
-Nie chodziłbyś. Bałbyś się.- parsknął szyderczo Draco- My, Ślizgoni, nie lubimy ryzyka. Własna skóra jest cenna, jak wężowa skóra… Zawsze ojciec powtarza mi to powiedzonko.
-Chodziłbym i na pewno bym się nie bał!
-A zakład, że nie?
-Zgoda, o ile?
-Może być pięć galeonów.- wzruszył ramionami Draco niedbale- Mamy ich góry.
-Dobra.- zacisnął zęby Cosmo, zdając sobie sprawę, że on nie ma ani jednego- Filch nie jest zły…
-Filch nie.- uśmiechnął się złowróżbnie Draco- Ale zwierzęta w lesie tak…
-No co ty, chcesz, żebym się fatygował beztrosko do lasu?!- zawołał Cosmo.
-Ciszej!- syknął Draco i ściszył głos- Jak chcesz okazać odwagę, pójdź do Zakazanego Lasu.
-Dobra!- warknął ze złością Cosmo, nadziewając bestialsko ostatnią malinę w morzu bitej śmietany.
Rosemary leżała sobie spokojnie na łóżku, gapiąc się bezmyślnie w baldachim. Było jej bardzo ciężko. Twarz taty, którą zapamiętała w każdym szczególe, prześladowała ją wszędzie. Nie mogła wyłączyć tęsknoty, cokolwiek się nie działo. Po prostu ją zaraził swoim brakiem.
Wciąż i wciąż nie potrafiła się pogodzić z myślą, że innym się udało. Dostali od losu coś, co było oczywiste i dziwne by było z pewnością, gdyby nie dostali: oboje rodziców…
-Rosemary, już wiem!- Hermiona nagle wbiegła do dormitorium, podniecona i zadyszana z jakiegoś powodu- Znaleźliśmy Flamela!
Rudowłosa uniosła się niechętnie na łokciach, obserwując koleżankę. Co ją to interesowało? Co Hermiona mogła wiedzieć o tym, co teraz się z nią dzieje?
Ale uniosła się z posłania bez narzekania i podeszła do Hermiony, która właśnie wyszperała olbrzymią księgę ze stosu chyba ze stu podobnych, które piętrzyły się niedaleko jej łóżka.
-Chodź, biegniemy!- rzuciła z podnieceniem i obydwie wybrały się na dół, chociaż Rosemary bez entuzjazmu Hermiony. Siedzieli już tam Harry i Ron nad szachami.
-Nie przyszło mi na myśl, żeby zajrzeć tutaj! Wypożyczyłam to z biblioteki kilka tygodni temu, żeby się rozerwać jakąś lekką lekturą.
-Lekką?- zdziwił się Ron.
-Siedź cicho.- burknęła i zaczęła przeglądać z przejęciem księgę- Wiedziałam! WIEDZIAŁAM!
-Czy możemy się już odezwać?- spytał niewinnie Ron.
-Nicolas Flamel jest jedynym znanym twórcą Kamienia Filozoficznego!- rzekła z przejęciem.
-Czego?- rzucili naraz Harry, Ron i Rosemary.
-No nie… Czy wy nic nie czytacie? Patrzcie… przeczytajcie, o, tu.
Rosemary, Harry i Ron pochylili się ku sobie, by razem przeczytać ustęp w „lekkiej książce” Hermiony. Rosemary nie za wiele widziała przez łokieć Rona, a w dodatku nie był tym nieziemsko zainteresowana, co ją zdziwiło dość mocno. Ogólny sens tekstu do niej dotarł dość pobieżnie.
-Rozumiecie? Ten pies musi strzec Kamienia Filozoficznego, odkrytego przez Flamela! Założę się, że poprosił Dumbledore’a, żeby się zaopiekował Kamieniem, bo przecież są przyjaciółmi, a Flamel wiedział, że ktoś tego skarbu szuka, i właśnie dlatego Dumbledore kazał Hagridowi zabrać go z podziemi Gringotta!
-Kamień, który wytwarza złoto i czyni nieśmiertelnym!- szepnął Harry- Nic dziwnego, że Snape chce go mieć.
-I nic dziwnego, że nie mogliśmy znaleźć Flamela we „Współczesnych osiągnięciach czarodziejstwa”- mruknął Ron- Nie bardzo jest współczesny, skoro ma sześćset sześćdziesiąt pięć lat, prawda? Kurczę, chciałbym mieć taki Kamień… Wreszcie byłoby mnie stać na wszystko… A ty co byś zrobił, Harry?
-Uwolniłbym się najszybciej od Dursleyów. Kupił własne mieszkanie.- wzruszył ramionami Harry.
-Tak myślałem… A ty, Hermiono?
-Nie wiem… Może spróbowałabym zdobyć dzieła, których nie da się kupić w księgarniach?
-Tu też niewiele się myliłem… A ty, Rosemary?
-Nie wiem. Nie mam pojęcia, co można dostać za pieniądze i mogłoby mnie ucieszyć. Nic takiego nie ma.- mruknęła rudowłosa dziewczynka i wstała, czując się bez nastroju do czegokolwiek. Przyjaciele popatrzyli na nią z troską i nie naciskali. Ojca nie da się kupić, nawet za jakieś Kamienie Filozofów.
Cosmo spał w najlepsze, gdy ktoś nim potrząsnął.
-So się dzije?- spytał bardzo zaspanym tonem i polizał zaschłe wargi.
-Ponoć miałeś iść do Lasu.- usłyszał szept kuzyna- Obiecałeś mi już dwa tygodnie temu. Zakład!
-Ja? Miałem… do Lasu?- Cosmo starał się zrozumieć sposób myślenia Dracona.
-No! Powiedziałeś wieczorem, że idziesz do Lasu dziś w nocy!
-No tak… Taa… Czekaj…
Zwlekł się z łóżka, obolały. Głowa ciążyła mu niebezpiecznie, ale ustał w miejscu.
-Draco, jest pierwsza nad ranem!- jęknął- Litości!
Jego kumpel, zamiast ją okazać, zarzucił na czarnowłosego pelerynę. Cosmo jęknął bardziej przekonująco, bez skutku i został wypchnięty z dormitorium. Ziewnął potężnie, zastanawiając się, czy jest na tyle zdesperowany, by położyć się na skórzanej sofie. Nie był, więc ruszył w stronę wyjścia.
Dopiero gdy zatrzasnęło się za nim, poczuł strach, którego się nie spodziewał. Sam, jeden, na korytarzu, za rogiem może czai się żądny krwi Filch…
Przełknął ślinę ściśniętym przełykiem i ruszył cichymi, ciemnymi lochami. Rozległ się za nim jakiś charkot. Cosmo podskoczył, czując serce nieomalże w ustach, ale to tylko Krwawy Baron, kaszlący pod ścianą w swój koronkowy mankiet i nie zwracający na ucznia uwagi. Odetchnął, rugając się w duszy za taki dziecinny strach.
-Jak chcesz być aurorem, udowodnij to!- szepnął do siebie hardo i wznowił wędrówkę.
Nigdy nie chodził w nocy po szkole. Było niesamowicie. Ciemno i cicho, ale przez opuszczone korytarze niosły się podejrzane, dziwne dźwięki niewiadomego pochodzenia.
Cosmo bez przeszkód dobrnął do wielkich, dębowych wrót, prowadzących poza teren zamku. Od razu pożałował zakładu z Draconem, gdy wylazł na zimną, styczniową noc. Niebo najwyraźniej było bezchmurne, bo gwiazdy wyglądały jak diamentowy, ostry proch. Śniegu nie było, toteż jedenastolatek szybko potruchtał przez błonia, ślizgając się na okrytej rosą trawie. Opatulił się mocniej, dysząc z emocji i wysiłku. W pewnym momencie już przy Lesie nie wyrobił i pośliznął się z jękliwym piskiem, wtaczając do ciemnej głuszy. Wstał szybko, rozglądając się. W Lesie było tak fatalnie ciemno, że zatęsknił za światłem.
-Lumos.- szepnął, błagając różdżkę z czarnego bzu o jakąś reakcję- Skupić się…
Ale ku jego uciesze zapłonął jej koniec. Uradowało go to bardziej, niż się spodziewał. Czary! Umiał robić czary, które pomogą mu we wszystkich przygodach jak ta, a nie tylko na durnych lekcjach.
Ukrył różdżkę tak, by nikt z zamku jej nie widział i wszedł do Lasu głębiej. Było cicho i mroźnie, pachniało mokrą ściółką, a gołe gałęzie dodawały niesamowitości, rysując kontury na tle gwiazd.
Miał wrażenie, że coś go obserwuje i nie mógł powstrzymać nerwowych ruchów za siebie. To było denerwujące. W ciemności przed nim zaświeciły jakieś żółte ślepia, a Cosmo tak się przejął, że upuścił różdżkę, krztusząc się śliną. Była to jedynie sowa.
W miarę zapuszczania się głębiej robiło mu się zimno i do tego ogarniały go fale ciarek. Musi tylko wejść na tyle głęboko w Las, by znaleźć niezbity dowód na obecność tu. Nie miał pięciu galeonów…
-Kto tu jest?!- warknął tuż za nim jakiś natarczywy głos tak nagle, że serce mu przystanęło. A kiedy już zaczęło walić trzy razy szybciej, czmychnął przed siebie, jak stał. Pędził, potykając się o korzenie i wystające elementy runa leśnego, ale interesowało go wyłącznie to, by się szybciutko oddalić.
Nie zauważył głębokiego wykrotu przed nim, więc, tracąc ze zdumieniem grunt pod nogami, wkotłował się do dołu, troszkę rozmiękczonego i zabłoconego. Szybko odzyskał sprawność siebie i wgramolił się pod jakieś wystające korzenie, tworzące w dole jamę. Skulił się w niej i popiskiwał, czując wielki żal do siebie i Dracona za takie głupie pożytkowanie czasu w nocy. Zamiast spać…
-Ach!- pisnął wysoko ze strachem, gdy jakaś wysoka, dziwna postać wskoczyła do wykrotu i zobaczyła go. Jej kontury były bardzo dziwne…
Stał przed nim stwór o wyglądzie człowieka, lecz nogach konia. Obserwował go ze szczerym zdumieniem, tak jak i Cosmo obserwował jego. Miał długie, zmierzwione włosy i olbrzymie oczy.
Panowała cisza, gdy oboje mierzyli się nieufnymi spojrzeniami. Cosmo powoli wygramolił się z jamy i otrzepał, obserwując kątem oka stworzenie. Nie ruszało się, wlepiając w niego zdziwiony wzrok.
-Jestem Cosmo, a ty?- zapytał, czując, że strach ustępuje miejsce zaciekawieniu.
Nie odezwało się, nieufnie na niego łypiąc. Zauważył, że jest bardzo młode. Może w jego wieku?
-Zrozumiałeś w ogóle? Umiesz mówić?- zagadnął znów.
Zwierzę, ku jego przerażeniu zarżało i stanęło dęba, okazując wściekłość.
-Pewnie, że umiem!- warknął cienki, delikatny głosik- Myślisz, człowieku, że jesteś ode mnie lepszy?
-Niezupełnie to miałem na myśli.- wyjaśnił cierpliwie- Wiesz, nie odpowiedziałeś, chciałem…
-Jestem samiczką!- warknęła istota- A ty wtargnąłeś na nasz teren! Mój ojciec był zły i każe cię zabić!
-Ojej…- mruknął Cosmo, wcale nie czując już strachu- To on mnie uraczył takim cudnym warknięciem od tyłu znienacka, co wykopało mnie aż tu?
-I dobrze, cały jesteś uświniony!- parsknęła szyderczo „samiczka”- Wyglądasz głupio.
-Zawsze tak wyglądam.- wzruszył ramionami Cosmo, rozluźniając się tym, że zwierzę jest, sądząc po słowach, mentalnie na jego etapie rozwoju. Poczuł przewagę- Kim jesteś… samiczko?
-Mam na imię Vellerin, człowieku, jeśli już musisz wiedzieć!
-Nie muszę, ale chcę. I nie jestem człowiekiem. To znaczy jestem, ale nie do końca mnie zadowala to, że mi to wypominasz. To nie moja wina i mam na imię Cosmo!- zakończył buńczucznie.
Vellerin wytrzeszczyła na niego swoje olbrzymie oczy, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo nad nimi zamajaczyła potężna figura kolejnego zwierza. Była olbrzymia.
-Vellerin!- warknął- Zadajesz się z człowiekiem?!
Cosmo poczuł, że strach powraca. Musiał go zwalczyć.
-Nie, to bardziej ja zadaję się z nią…- rzekł tłumaczącym głosem- Chce mnie… pan… zabić?
Zwierzę stało jeszcze chwilę w milczeniu.
-Nie krzywdzimy źrebaków.- rzekł w końcu, ale takim tonem, że bez wątpienia chętnie by złamał zasadę- Nic tu po tobie, człowieku. Wracaj, skąd przyszedłeś. Tam twoje miejsce.
-Jestem dość bezbronny, mogę liczyć na pomoc?- zapytał potulnie Cosmo.
-Że co?!
-Błagam! Jestem tylko źrebakiem!- poczuł, że musi oddać jakby hołd stworzeniu. Pokazać, że jest zdany na łaskę i siłę tych dziwnych zwierząt.
-Vellerin, zajmij się nim.- rzucił w końcu niechętnie ciemnowłosy stwór i odgalopował.
Vellerin spojrzała na niego niechętnie i oboje wydostali się z wykrotu. W milczeniu ruszyli ku zamkowi. Cosmo czuł galopującą ciekawość. Takie dziwne zwierzęta!
-Jak nazywa się twój gatunek, Vellerin?- zapytał wciąż skromnym tonem.
-Centaury, człowieku.- rzekła piskliwie takim tonem, jakby był co najmniej idiotą.
-Ach, centaury… Racja… Czemu tak się na mnie gniewasz? To chyba nieładnie, szczególnie na mnie.
Popatrzyła na niego w szczerym zdumieniu. Cosmo wepchnął ręce w kieszenie.
-Czemu akurat na ciebie mam się nie gniewać?- warknęła.
-Być może jestem jedynym żyjącym człowiekiem, który chce z tobą rozmawiać.- oznajmił chytrym tonem- Taka okazja… Nieczęsto można rozmawiać z najprawdziwszym człowiekiem gdy ma się zad konia, nie?
-Jeżeli inni ludzie też są tak głupi jak ty, dziwię się, że nie gumochłony rządzą światem.
-Gumochłony też…- zauważył- Mam kolegów, którzy niewiele się różnią od gumochłonów. Wygląd, ujemny iloraz inteligencji, sposób poruszania, ślinienie się, wszystkożerność…
Tym razem Vellerin z trudem utrzymała powagę. Dobrnęli na skraj Lasu.
-Czy mogłabyś mi dać kosmyk swoich włosów?- spytał bez ogródek.
-Że jak?!- wrzasnęła nieomalże.
-Proszę!
A to by było, pomyślał Cosmo, gdybym przyniósł Draconowi kosmyk włosów centaura!
-Wy, ludzie, jesteście naprawdę rasą niższą, jak mi zawsze mówiono!- prychnęła i odgalopowała.
Cosmo westchnął i patrzył za dziewczynką-centaurem. Szkoda. Centaury były fascynujące…
Musiał się zadowolić byle mokrym kijkiem jako dowodem. Podążył więc do szkoły z powrotem, ściskając kijek mocno w zgrubiałych z zimna dłoniach. Wśliznął się niepostrzeżenie do Sali Wejściowej…
-Black!
Jęknął i odwrócił się potulnie. Stał tam jego ojciec chrzestny, mierząc go od stóp do głów bezemocjonalnym spojrzeniem czarnych oczu.
-To… To…- wykrztusił Cosmo, czując, że mokry badyl w dłoni bardzo rzuca się w oczy.
-Co robiłeś na błoniach?! Wiesz, która godzina?!- warknął Snape.
-Ja tylko chciałem…
-Powinienem cię ukarać.- zauważył opiekun Slytherinu- Po co ci ten kij?
-On… Jest…- Cosmo poczuł, że zbiera mu się na potężny wybuch płaczu. Tak niewiele brakowało! Wyszedł z głuszy, ubabrany błotem z jamy, przeżył eskapadę do Lasu, uratowany przez centaury, a jego własny ojciec chrzestny złapał go w drodze powrotnej. I zaraz go ukarze, a jeszcze nie był karany… Trzeba rozmydlić sprawę i wyjść z opałów…
Cosmo zawył potężnym, spazmatycznym płaczem, ile sił w płucach.
Snape patrzył na niego z konsternacją.
-No dobrze, w porządku, żyjesz… Marsz do łóżka.
Ale Cosmo ryczał dalej. Lubił się tak zachowywać, by wzbudzać ogólne współczucie i czułość. Ciekawe, czy Snape to kupi…
Wciąż kwiląc, podszedł do ojca chrzestnego i wtulił się w jego czarne szaty. Snape’a zagipsowało, a Cosmo dzielnie wył dalej, krztusząc się w duchu ze śmiechu.
-Dobrze, dobrze…- rzekł skatowany Snape- W porządku, chłopcze, nic się nie dzieje…
Niewprawnie poklepał go po czarnych włosach po chwili, po czym spróbował odkleić chrześniaka od siebie. Objął go ramieniem i chyba postanowił odprowadzić.
-Przepraszam.- chlipnął Cosmo- Chyba zasmarkałem panu szatę… Ma pan wszędzie smarki…
Snape, z jakiegoś powodu jakby zbledł i zblazował.
-O smarkach już się nasłuchałem.- burknął- Nawiasem mówiąc, twój ojciec… Coś jeszcze?
-Mój ojciec?- Cosmo ryknął jeszcze większym płaczem- Nie mam taaaatyyyy!!!
-CIIISZEJ! Ja też nie miałem!- rzucił jakby w desperacji Snape, stając przed wejściem do Pokoju.
-Nie miał pan?- otworzył szerzej załzawione, orzechowe oczy Cosmo- W ogóle?
-W ogóle. Był pijakiem.- Snape zachowywał się trochę, jakby zmuszono go do pocieszania jedenastoletniego dzieciaka siłą- A teraz do łóżka, Cosmo!
-Aaaleee móóóój był doooobry!!!- zawył dziko, a z oczu trysnęły fontanny.
-Niewątpliwie…
-Nooooo! Niech mnie pan przytuli…- chlipnął cichutko i znów mocno przytulił się do szat Snape’a, pozbawiająć go tchu i do końca walcząc o udobruchanie siłą nauczyciela.
Usłyszał ciężkie westchnięcie i Snape po chwili topornie objął go jednym ramieniem dla świętego spokoju.
-Czemu nie mówię do pana wujku?- spytał nagle Cosmo stłumionym o szaty głosem.
-Bo jestem profesorem i myślę, że wzbudziłoby to salwy śmiechu w sali.- rzekł cicho.
-Ale jak nie jesteśmy w klasie? Tak, jak teraz?- uniósł na Snape’a najbardziej niewinny wzrok orzechowych, załzawionych oczu, na jaki go było stać.
-Tak jak teraz… Dobra, mów mi, jak ci się podoba.- warknął Snape, ale widać było, że nie jest zły- A teraz idź do łóżka, bo jest zdecydowanie za późno. I nie łaź po korytarzu więcej!
-Dziękuję!- wtulił się jeszcze raz do zesztywniałego Snape’a i wszedł do Pokoju Wspólnego, nie wierząc, że ominął karę. Gdy drzwi się za nim zamknęły, otarł łzy, syknął tryumfalne „Yesss! Oh, yeah!”, przy jednoczesnym wykonaniu tańca pawiana i odszedł spokojnie do sypialni, wymachując kijem na wszystkie strony.
Nicholas lubił samotnie spacerować. Zdał sobie sprawę, że ma już prawie cały czas zachrypnięty głos, tak rzadko go używał. Ale to nic, znacznie lepiej było mu kluczyć pomiędzy drzewami na skraju Zakazanego Lasu w ciszy i milczeniu, niż kotwasić się z innymi Krukonami na stadionie, gdzie właśnie trwał mecz. Nicholas lubił mecze quiddicha, ale nie w takim tłumie.
Gdy już porządnie zmarzł na styczniowym, ale nie lodowatym powietrzu, postanowił wrócić. Ruszył więc po mokrych kamieniach stromym, trawiastym zboczem, które nie wyglądało zachęcająco: roztopiony śnieg rozmiękczył szare, długie pasma trawy i kłębów ziół, które w nieładzie kładły się na ziemi niczym włosy topielca.
W Wielkiej Sali przeszedł niechcący przez Krwawego Barona, co bardziej oburzyło Barona niż jego samego, po czym usiadł grzecznie do stołu, nakładając sobie ciepły strudel jabłkowy. Nikogo nie było, dzięki Bogu, ale chłopiec przypuszczał, że długo nie nacieszy się brakiem jazgotu. Istotnie, zaraz partiami powlewali się do sali uczniowie, jazgocząc, jazgocząc i to do potęgi nie wiadomo której. Ślizgoni i Puchoni mieli ponure miny, ale Krukoni i Gryfoni tryskali szczęściem, co utwierdziło Nicholasa w przekonaniu, że mecz przegrali Puchoni, co dawało niebieskiej i czerwonej drużynie szanse na zwycięstwo Pucharu. No, chyba że Ślizgoni nadgonią to i oni mogą wygrać.
-Hej, Nicholas, dzisiaj jest impreza u nas w salonie!- oznajmiła Tamara, mijając z przyjaciółkami siedzącego Nicholasa- Byłoby miło, jakbyś był, bo wszyscy Krukoni świętują wynik meczu! Organizujemy z naszą paczką naprawdę coś ekstra, a chłopaki pójdą do kuchni po słodycze!
Nicholas uniósł obojętny wzrok znad strudla na rozentuzjazmowaną Tamarę i jej różowe z emocji policzki. Przełknął flegmatycznie kęs i uśmiechnął się kwaśno:
-Nie, dzięki. Nie muszę iść na takie coś. Miłej zabawy.
Entuzjazm Tamary prawie zgasł. Za to wzięła się pod boki i popatrzyła nań taksująco.
-Wiesz co, jestem rozczarowana. Nie uważasz, że dobrze by ci zrobiło, jakbyś przestał się tak odcinać od ludzi? Specjalnie cię zaprosiłam, by zintegrować twój ciężki przypadek z ogółem…
-Nie muszę być integrowany z ogółem.
Tamara westchnęła z rezygnacją i patrzyła jeszcze chwilę wyczekująco na Nicholasa.
-Jak chcesz.- burknęła- Ale jakbyś zmienił zdanie…
-W porządku.- zbył ją szybko Nicholas nieprzytomnie i niedbale, obserwując zarumienioną Cho, wchodzącą właśnie do sali z Mariettą. Czuł, że Tamara jeszcze chwilkę nad nim stała, ale odeszła.
-Cześć, Cho.- rzucił do Chinki, ale właśnie Belby podetknął jej nogę dla żartu, więc cała jej rozchichotana uwaga skupiła się na nim. Nicholas zrobił się czerwony i zmarkotniał, szczególnie, że Marietta usłyszała go i teraz mówiła coś do Chang z drwiną. Chłopiec nie zwrócił na to uwagi, tylko wyszedł, ignorując spojrzenie czarnowłosej, skierowane w jego stronę. Zaczął się denerwować, że może zauważyła rumieniec wstydu na jego bladej zazwyczaj cerze. Nie chciałby, za nic, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, jakie uczucia żywi do Cho. On sam nie wiedział. Przecież nie był zakochany, to takie głupie i dziewczyńskie! A coś sprawiało, że przykuwała jego wzrok…
To głupie, rzucił sobie, kuląc się z książką od astronomii w pustej, nieużywanej klasie w pobliżu Wieży Ravenclawu. W salonie panowała ta cała beznadziejna impreza, zjazd i zlot tłumów śmiejących się ludzi. Ale Nicholasowi wcale nie było żal tego, że musi czytać nie w wygodnej sofie, lecz gdzie indziej. Cały Hogwart, wyjąwszy towarzystwo, był cudowny, toteż skulił się przytulnie, notabene w wygasłym, okopconym palenisku kominka w tej sali. Poczuł, że na tak niewielkiej powierzchni będzie mu wygodnie i miło, chociaż rozważał przez moment pójście do Hagrida. Gajowy był w porządku, jeden z niewielu. Ale chłopiec chciał teraz być sam i nie słuchać głosu ludzkiego…
-A, tu jesteś. Widziałam, że wchodziłeś do tej klasy…
Nicholas z niejakim udręczeniem uniósł głowę znad książki o astronomii. Do komnaty wśliznęła się Tamara Lehr, zamykając za sobą cicho drzwi. Popatrzyła na niego wyczekująco, unosząc brwi.
-Eee… Czemu siedzisz w kominku?- spytała ze szczerym zdumieniem.
-Bo mi wygodnie.- odparł krótko Nicholas, wracając do lektury. Był wytrącony z równowagi jeszcze jedną oznaką tego, że Cho ma go głęboko gdzieś i nie miał zamiaru z nikim dzielić czasu wolnego.
-Szukałam cię, bo chciałabym, żebyś poszedł do salonu, gdzie są wszyscy.- nacisnęła Tamara.
Nicholas westchnął i popatrzył na nią. Przeczesała chłopięcą, czekoladową grzywę niedbale. Czyżby w jej oczach czaiła się troska?
-Czemu mnie chcesz wrzucić do tego tłumu?- spytał- Nie widzisz, że nie pasuję do czegoś takiego? Wolę być sam i, uwierz mi, dobrze mi z tym, naprawdę. Nie muszę iść na tę imprezę.
-Odpowiem ci tylko tyle, że zawsze mi było ciebie żal.- rzekła po dłuższym przyglądaniu się- Chciałabym cię tylko jakoś zaklimatyzować, bo zawsze chodzisz taki smutny i ciągle jesteś sam…
-Nie, dziękuję. Nienawidzę wzbudzać troski i współczucia.
-Ale wzbudzasz, dlatego pójdziesz na przyjęcie. Ja je organizowałam, między innymi.
-Nie chcę.
Starsza koleżanka podeszła bliżej i stanęła nad nim jak kat. Nicholas mimowolnie jęknął.
-Idziesz na nasze przyjęcie.- oznajmiła ze złością.
-Nie chcę!
-Idziesz, bez dyskusji! Wyłaź z tego kominka!
Z nadzwyczajną, jak na taką chudą i drobną osobę siłą, wyciągnęła z zapałem Nicholasa z paleniska za ramię tak, że aż się zatoczył na kamiennej posadzce. Chłopak tak się zdziwił, że zapomniał protestować, zamiast tego zaniósł się kaszlem, bo wzbiły się obłoczki czarnej sadzy, w której był ubabrany. Tamara pociągnęła go bez pardonu ku górze, więc po chwili stał na nogach.
-Widzisz mnie w tej okopconej szacie i mordzie, jak wchodzę na to twoje święte przyjęcie?- warknął, czując złość, a zdarzało mu się to niezmiernie rzadko.
-Życie.- skomentowała okrutnie- Chodź, idziemy.
Pociągnęła go za rękaw mocno. Żeby Cho tak się starała… Ta myśl rozsierdziła go jeszcze bardziej.
-Nigdzie nie idę!- zdenerwował się.
-Ależ idziesz, młody szczylu.- skomentowała bezlitośnie Tamara.
-Daj mi spokój! Puść!
Wyrwał rękaw i popatrzył na nią z wściekłością. Tamara za to obserwowała go spokojnie zza prostokątnych okularów. Jej szczupła buzia nie wyrażała emocji poza znużeniem.
-O co ci chodzi!?- zawołał ze złością- Nie rozumiem… Miałem wolny czas poświęcić czytaniu i niech mnie wszyscy zignorują, a ty chcesz mnie ciągać po jakichś zbiegowiskach ludzkich! Nienawidzę czegoś takiego! Tak bardzo chcesz mi popsuć dzień?! Nudzi ci się, czy jak?!
Tamara obserwowała go zupełnie bez emocji. Po chwili rozszerzyła wąskie usta.
-Chciałam ci pomóc.- rzekła cichym głosem- Najwyraźniej wolisz tkwić w tym stanie, w który sam się wpędzasz i z którego nikt cię nie wyciągnie, bo jesteś tak głupi, że uderzasz pomocną dłoń. Miłej lektury, jeżeli wieczne osamotnienie ci odpowiada. Przepraszam za zaoferowanie swego towarzystwa.
I wyszła z sali z obojętną miną. Nicholas stał jeszcze chwilkę i patrzył przed siebie, czując się dość głupio. To fakt, był tego dnia wyjątkowo jak na siebie zły, ale biedna, Bogu ducha winna Tamara była taka w porządku… Też jako jedna z niewielu i dopiero teraz to dostrzegł. Przełamał się i wybiegł.
-Tamara!- kulał szybko, widząc jej oddalającą się sylwetkę- Tamara, czekaj, proszę!
Dopadł do niej i kiwnął, czując w duchu, że będzie tego żałował i to bardzo.
-Dobrze, w porządku, przepraszam…- rzekł- Nie chciałem się wyżyć na tobie… Mogę iść na… to…
Jęknął, zanim się zdołał powstrzymać. Nie umiał pokazać starszej koleżance, że mu się to podoba. Ale Tamara roześmiała się, widząc jego reakcję.
-No dobra, widzę, że wyraźnie ci to nie pasuje.- uśmiechnęła się, kręcąc głową- Oj, młody, ty się chyba nigdy nie dostosujesz… Przyjęcia nie są złe, nie rozumiem tego…
Kiwnęła do chłopaków, którzy stali w wejściu do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Machali do niej, by się pospieszyła, bo brakuje jej towarzystwa w środku. Nicholas posmutniał, zdając sobie z tego sprawę. Na Tamarę ktoś czekał, jej BRAKOWAŁO… A kto czekał na niego? Może miała rację?
-No, to chodźmy…- mruknął, uśmiechając się smutno. Nie podobało mu się to mimo wszystko.
-No, to chodźmy…- parsknęła czternastolatka i popchnęła go w drugą stronę. Zdziwił się nieco.
-Tamara, nie idziesz?- zawołał jeden z jej kolegów ze zdziwieniem- Chodź, czekamy z kremowym!
-Bawicie się dobrze!- odkrzyknęła z uśmiechem- Dzisiaj nie udzielam się towarzysko!
-No co ty!- jęknął jeden z nich- Gdzie cię niesie?!
-Bawcie się dobrze, na razie!
-Czemu nie idziemy na imprezę?- zdziwił si Nicholas- Gdzie mnie ciągniesz?
-Nie chciałeś iść do tłumu, to pójdziemy na błonia. Tam jest spokój i cisza.
-Ale… Twoja impreza… Czekają na ciebie!- młody Black wcale nie chciał, żeby rezygnowała z czegoś takiego- Przecież chciałaś, no to idźmy… Głupio mi teraz, zawracajmy.
-Jesteś niemożliwy!- parsknęła, zatrzymując się- Zdecyduj się, młody! Szczerze, gdzie chcesz iść?
-Na błonia, ale…
-No, to idziemy. Raz się beze mnie obejdą. Przecież cała ich tam kupa, jak wiesz. Raz dotrzymam towarzystwa samotnikowi!- zaśmiała się i znów odniósł wrażenie, że jest „kolorowa”.
Ale i Nicholasowi zrobiło się bardzo miło. Ktoś zrezygnował dla niego z całego tłumu „fajnych ludzi”. Dla takiego fajtłapy, kaleki i outsidera. Śmiejąc się i ciesząc obecnością życiodajnej Tamary Lehr, szedł pewnie przez korytarze szkoły. I w nosie miał, że jest cały obciachowo okopcony.
-Witaj, Severusie.
-Witaj, Mary Ann.
-Coś takiego, ale się zmieniłeś.
-A ty ani trochę.
Staliśmy naprzeciw i pochłanialiśmy się podejrzliwymi spojrzeniami jakby zza szklanej szyby. Nie widziałam Severusa na oczy odkąd przyszedł kilkanaście lat temu do Wiązowego Dworu z prośbą o przebaczenie za wydanie Potterów. A i od szkoły widziałam go wyjątkowo rzadko: raz spotkałam się z nim w Kotle, a wcześniej uciekłam sprzed ołtarza. Więcej spotkań nie pamiętałam. Severus zmienił się na twarzy, bo wciąż ubierał się w długie, czarne peleryny. Miał martwe oczy, nie mogę tego inaczej nazwać, i surową, gorzką twarz. Ale włosów dalej nie umył… Aż trudno uwierzyć, że był moim przyjacielem, bo stał się jak obcy.
-Miło, że zechciałeś się spotkać ze mną w tę niedzielę.- przerwałam milczenie.
-Usiądźmy.- zaproponował spokojnie, więc zajęliśmy cichy, odizolowany stolik w kącie Kotła. Panowała dziwna, spokojna cisza, ale nie było mi głupio.
-Jak sobie radzisz?- zapytałam.
-Jakoś idzie.- wykrzywił wargi Sev.
-Słyszałam, bardzo wyraźnie, że mój najstarszy syn…
Severus zwęził oczy.
-… cóż, sprawiacie sobie nawzajem problemy…- zakończyłam dyplomatycznie.
-Trochę mi przykro, ze względu na ciebie, że pan Black jest tak przeze mnie tępiony.- rzekł cicho- Ale musiałaś zauważyć, że bywa… irytujący, w swojej bezpośredniej naturze.
-Nicholas zawsze taki był.- stwierdziłam sucho- Nazbyt spokojny i obojętny. Jako dziecko nigdy nie sprawiał kłopotów, podczas gdy resztę trzeba było mieć nieustannie na oku, bo nie była samodzielna. Nie rozumiem tylko, czemu tak się na niego zawziąłeś. Przecież nie przypomina Syriusza! To Cosmo jest jego wierną kopią, nie Nicholas.
-Ale Cosmo jest moim synem chrzestnym i Ślizgonem.- zauważył Severus- Patrzenie na niego nie należy do najprzyjemniejszych doznań, podobnie jak na małego Pottera, ale staram się opiekować twoim młodszym synem.
-Jaki jest Harry?- zapytałam cicho, bawiąc się kosmykami włosów.
Dziwny skurcz przebiegł przez twarz Seva. Westchnął nieznacznie.
-Ech, taki sam, jak ojciec. Arogancki i pyszny, łamiący zasady… Sam pofatygował się na dorosłego trolla górskiego z bandą dzieciaków, między innymi twoją córką!
-Tak myślałam…- rozmarzyłam się- O trollu słyszałam. Nie irytuj się, przecież to Gryfoni!
-Do Gryfonów, jak zauważyłaś, nie mam zbytniego sentymentu!- warknął- Zwłaszcza do Pottera i jego bandy… Zachowują się podejrzanie, jakby węszyli i uważali się za kogoś lepszego niż zwykli uczniowie… Nie podoba mi się to, a brawurowa natura Pottera…
-Daj spokój, węszyć? Za czym mieliby ci węszyć? Mówisz, jak Moody.- parsknęłam.
Severus zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, jakby oceniając moją zdolność kodowania.
-Wiesz, Meg, Albusa coś niepokoi.- rzekł Sev bardzo cicho- Pamiętasz informację o włamanie do Gringotta na początku roku?
Kiwnęłam głową, zaniepokojona jego powagą na twarzy. Co się znowu dzieje?
-Nie powinienem ci tego mówić, ale w skrytce był potężny artefakt magiczny. Jego posiadanie daje praktycznie nieśmiertelność. Przed próbą kradzieży został przeniesiony do Hogwartu i zabezpieczony przez każdego z nas w potężny sposób. Ale ktoś próbował go wykraść… Pytanie, kto? Komu na tym zależy, by stać się nieśmiertelnym?
-Nie mam pojęcia.- szepnęłam, czując obawy- Nie wiem, kto…
-Ktoś, kto niespodziewanie utracił moc i życie.- rzekł prawie niesłyszalnie Severus.
Ścisnęłam kufel Ognistej, trzymany przeze mnie. Obawiałam się takiej odpowiedzi.
-Przecież Albus mówił, że nie umarł.- uniósł w ponurym tryumfie brew- Dzieją się dziwne rzeczy… Najpierw włamanie, ale w szkole artefakt też nie jest bezpieczny. Troll górski w lochach nie jest przypadkiem. Kiedy szkoła szalała w chaosie… To takie proste, nie uważasz? Nie tylko to…
-Ale kto? Nie wyobrażam sobie, żeby Sam-Wiesz-Kto biegał sobie po szkole!- odczułam gulę w gardle- Ktoś mu pomaga, czy działa sam? Ale nawet nie ma ciała, by utrzymać różdżkę!
-Może przecież posłużyć się nieswoim ciałem… Mam pewne podejrzenia co do nowego nauczyciela obrony przed czarną magią. Jest bardzo młody i przerażony, ale jest w nim coś dziwnego i niebezpiecznie tajemniczego… Mary Ann, ja prawie wiem, że z nim coś nie gra!
-To powiedz to Dumbledore’owi.- zaproponowałam- On powinien się na to uczulić.
-Nie, już mnie zbył.- pokręcił głową Severus- W Noc Duchów nie biegłem z innymi ganiać za trollami, lecz poszedłem się przekonać, czy artefakt jest bezpieczny. I wyobraź sobie, że spotkałem Quirrella niedaleko! Udał bardzo przerażonego trollem, dziwne tylko, że zawsze powtarzał, że się nimi pasjonuje… To jego zakres zainteresowań… Podczas meczu quiddicha dwa miesiące temu nowa miotła Pottera zachowywała się, jak zaklęta. Ktoś go zaatakował, próbował zabić. Kto w szkole mógłby czynić tak niebezpieczne i trudne czary? Chyba tylko dorosły, czyli nauczyciel. Jestem prawie przekonany, że był to Quirrell!
-Ktoś atakował Harry’ego?- przeraziłam się.
-Taa… Postanowiłem pokrzyżować mu plany i starałem się odczarować miotłę, żeby Potter z niej nie zleciał… Ale wybuchł pożar i chaos na trybunach, więc i tak na jedno wyszło, Potter się z tego wykaraskał… Ktoś go wyraźnie nie lubi, stanowi oczywiste zagrożenie.
Spuścił wzrok na swój trunek. Ja popatrzyłam na jego chude, blade palce. Przerażało mnie to, co powiedział. Czyżby Voldemort gdzieś tam wydobywał się na powierzchnię?
-I mówisz, że Harry, moja córka i ich przyjaciele coś knują?- zapytałam- Węszą?
-Tak.- warknął- Ma się wrażenie, że nie zadowala ich rola przeciętnych uczniów… Ktoś chodził po dziale Ksiąg Zakazanych w ferie, kiedy w szkole siedziało dziesięć procent uczniów, wśród nich Potter… Kto inny mógłby szperać po księgach?
-Ale nie masz pewności.- zauważyłam- Nie złapałeś dowodu.
-O ile pamiętasz, Meg, jego ojciec też lubił w tajemniczy sposób znikać…- zwęził oczy.
Zmarszczyłam brwi, ale po chwili to do mnie dotarło. Peleryna-niewidka Jamesa! Tylko, że Dumbledore wziął ją… A może oddał?
-Zaniepokoiłeś mnie tym, Severusie.- rzekłam spokojnie po chwili- To wszystko wydaje się tak… Myślałam, że śmierć Jamesa i Lily oraz zabranie mi ukochanego nie było daremne… Teraz widzę, jak okrutnie się myliłam…
Zakryłam twarz dłońmi, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Całe moje życie zniszczone tylko po to, by usłyszeć, że daremno… To oczywiście nie musi oznaczać zagrożenia, Voldemort jest niczym w porównaniu do tego, kim był dawniej. Ale pewne okoliczności mogą mu pomóc, a wtedy…
Ciarki mnie przeszły, lecz poczułam, że Severus ujął moją dłoń pocieszająco. Popatrzyłam w jego czarne oczy i przeszyły mnie wspomnienia i emocje z dawnych lat. Już nie było szyby.
-Miej oko na moje dzieci, proszę.- uśmiechnęłam się blado- Zwłaszcza na Nicholasa. On… jest bardzo chory, nieuleczalnie… Niewątpliwie i jego wkrótce stracę…
Cień współczucia i smutku przeszył wyraz twarzy Severusa.
-I na Harry’ego… On i jego przyjaciele chyba nie wiedzą, z kim zadzierają…
-Postaram się, Meggie.- uśmiechnął się samymi wargami, jak to przystało na człowieka, który przeszedł w życiu piekło. Rozumiałam to, pewnie też tak się uśmiechałam.
Wstaliśmy i przytuliliśmy się mocno, odczuwając ulgę z powodu bliskości przyjaciela.
***
Rosemary wypuściła Ataraksję przez okno sowiarni. Jej ciemna sowa, która nosiła imię po stanie psychicznym, w którym człowiekowi nic do szczęścia nie brakuje, wzbiła się w powietrze i odleciała za korony drzew w ośnieżonym Zakazanym Lesie. Luty przyniósł nowe opady śniegu.
Kiedy Ataraksja znikła z pola widzenia, Rosemary uśmiechnęła się i popatrzyła w prawo na chłopca, który w tym samym momencie przy sąsiednim oknie wypuszczał swoją sowę- Hedwigę- by poszybowała znacznie bliżej, czyli do chatki ich dobrego przyjaciela, Hagrida. Harry popatrzył na rudowłosą pannę Black i odwzajemnił uśmiech.
-Wciąż nie możesz ich zapomnieć?- spytała cicho i delikatnie, opierając się o ścianę ramię w ramię z Harrym. Czarnowłosy okularnik westchnął i wlepił wzrok w czubki adidasów.
-Wolałbym wysyłać Hedwigę do nich… Żyć normalnie, jak każdy inny, nie na łasce Dursleyów. Czy to normalne, Rosemary, że widziałem mamę i tatę pierwszy raz w życiu miesiąc temu?
Rosemary nie umiała odpowiedzieć na pytanie chłopca, za to położyła mu rękę na ramieniu. Uśmiechnął się smutno z wdzięcznością.
-Jak widziałeś, ja też nie mam normalnej rodziny… Brakuje mi taty, a razem z tobą też widziałam go pierwszy raz w życiu. Odszedł tak dawno, że tego nie pamiętam…
-Nie mówiłaś nam tego. Nie wiedziałem, że nie masz taty. Co się z nim stało?- spytał ostrożnie Harry.
-Zginął w walce z Sam-Wiesz-Kim… Podobno blisko śmierci twoich rodziców.
-Może się znali?- uniósł brwi Harry, trochę się rozchmurzając- Twoi rodzice i moi. Tak mało wiem…
Rosemary po chwili kiwnęła głową potakująco. Nie chciała mu jeszcze mówić, że znali się perfekcyjnie, a rodzicami chrzestnymi jej przyjaciela byli jej rodzice. Nie wiedziała, jak Harry by zareagował, w końcu znali się ledwo pół roku. Będzie jeszcze okazja.
-Niby miałam normalny dom… Rodzeństwo i mamę, a mój wujek pełni rolę taty.- podjęła znowu- Ale to nie to samo. Nigdy nie będzie to to samo.
-Przynajmniej nie musiałaś pół życia spędzić w komórce pod schodami.- burknął Harry, ale Rosemary parsknęła, więc i jemu się to udzieliło- No co, Dursleyowie zawsze mnie tam zamykali!
-Wiem, ale to brzmi tak głupio i śmiesznie!
-Nie widziałem w tym nic śmiesznego…
-Nie, dość głupie jest to, że nikt nie wiedział na czele z tobą, że mógłbyś ich pozamieniać w omszałe kupy łajna! Wyobraziłam sobie ich minę, gdyby wiedzieli, na co się narażali całe życie.
Harry też parsknął, jakby rozluźniony.
-Wuj Vernon… Wąsata, omszała kupa łajna…- mruknął, jakby z rozmarzeniem.
Rosemary ryknęła śmiechem i poklepała przyjaciela po ramieniu.
-Chodź, Harry. Ron i Hermiona na pewno już wstali i będą źli, że nie czekaliśmy na nich w salonie.
Razem, żartując z nieznanych Rosemary Dursleyów, podążyli w dół po kamiennych stopniach. Rudowłosa dziewczynka dobrze się czuła z Harrym, ale zastanawiało ją tak wiele rzeczy, tak wiele pytań i niedopowiedzeń chodziło jej po głowie od ferii. Czemu Snape próbuje wykraść Kamień? I ta twarz ojca, stale łażąca jej po głowie…
[ 14 komentarze ]
91. Nieodwracalny wyrok
Dodała Mary Ann Lupin Piątek, 21 Października, 2011, 23:05
moja najdłuższa notka. Przełamałam, na dole dalszy ciąg.
Mam nadzieję, że zakońćzenie zostawi, wbrew wszystkiemum, pozytywne emocje.
A jeśli chodzi o Cosmo... Czytajcie dalej 
Nicholas ocknął się po dość twardym śnie. Rzadko kiedy wysypiał się w tej szkole, ale tego dnia było inaczej i czuł determinację do zaczęcia na nowo. Koledzy z domu rozprawiali w najlepsze o wakacjach, wszyscy opaleni i rozwrzeszczani. Paul zaokrąglił się jeszcze bardziej.
-Priscilla, kocham cię!!!- pruł się przez okno Eddie piskliwym głosem, by dziewczyny z dormitorium Krukonek mogły usłyszeć- Wyjdź za mnie!!! Wyglądasz cudownie w tych nowych włosach!!!
Nicholas niezauważalnie wytrzeszczył oczy, dziwiąc się, jak można być tak bezpośredni. Swą drogą, za sukces uznał, że kojarzy już wszystkie pięć koleżanek z dormitorium dziewczyn. Jedną kojarzył szczególnie… W trakcie wakacji niewiele myślał o Cho, ale teraz, gdy zobaczył ją na uczcie… Co prawda, nie zmieniła się jakoś wybitnie, ale troszkę jednak inaczej wyglądała. Poza nią kojarzył jej wszystkie rozchichotane, przygłupawe koleżanki: kędzierzawą, chudą Mariettę, opaloną i drobną blondynkę o kręconych włosach i imieniu Priscilla, Królową Rozchichotańców, czyli brązowowłosą i żywą Natalie oraz Kendrę, która według wszystkich miała boskie włosy, a według samego Nicholasa, przypominały wełnę izolacyjną, po której ktoś skakał, tyle że były czarne jak smoła. Kendra była szczytem osoby, którą można by określić jako przygłup i Nicholas zastanawiał się, co ona tu robi.
Nicholas zignorował Eddiego, który wrzasnął coś do niego w stylu „chodź i przyłącz się do nas!”, gdy cała trójeczka stała przy oknie i wrzeszczała do dziewczyn. Po części dlatego, że Marcus Belby zdzielił Carmichaela i spytał bez ogródek, czy „zgłupiałeś, wrzeszcząc tak do tego łamagi?!”. Gdyby nie to, może i by się przyłączył wbrew swemu charakterowi do kolegów. Na pewno zyskałby w oczach Cho i może uznałaby go za zabawnego, chociaż takie coś nie leżało w jego naturze.
Westchnął, gdy wszedł do Wielkiej Sali. Cho niezbyt wiele do niego mówiła od czasu nieszczęsnego projektu, za który dostali zero punktów. Owszem, kiwała grzecznie głową na jego widok, ale nie podeszła i nie porozmawiała z nim, jak mu minęły wakacje…
Czując lekkie uczucie zawodu i brak apetytu, przeżuwał wolno owsiane ciastko, których stosy piętrzyły się przed nim. Obserwował bezwiednie stół Slytherinu. Siedział tam, zielony na twarzy jak jego wstążeczki na szacie, Cosmo. Wyglądał na skrajnie podłamanego, obserwując kolegów z domu. Nicholas pokręcił głową do samego siebie. Wciąż do niego nie dotarło, co ten dzieciak robi w Domu Węża. Jak to się w ogóle mogło stać?! Chociaż, po głębszym zastanowieniu… Do Slytherinu, poza wszami i mendami, trafiali ludzie, których można by opisać jako inteligentnych, lecz na swój własny, sprytny sposób. Cosmo taki był. Tylko brakowało mu doprowadzającej do szału wredności. Jeszcze.
Siedział obok niego jakiś blondwłosy chłopiec o bardzo delikatnych rysach i szczupłej buzi. Mówił coś z wyrazem twarzy wszechwiedzącego, a Cosmo lekko unosił jeden kącik górnej wargi i rozszerzał dziurkę od nosa po tej samej stronie, co skutkowało tym, że wyglądał, jakby się czegoś brzydził. Robił to tak, że wszyscy poza platynowowłosym widzieli jego niesmak i niektórzy się dobrze bawili.
Nicholas zerknął na drugą stronę Wielkiej Sali. Siedziała tam jego siostra, rozmawiając z ożywieniem z Ronaldem i tym Harrym, synem jego matki chrzestnej. Ona natomiast wyglądała na zadowoloną.
-Cześć, Nicholas!- usłyszał cieniutki głosik, gdy Cho i jej koleżanki go mijały.
-Czeee…- udało mu się tylko wydobyć z siebie, po czym udał, że kolejne ciastko go zaabsorbowało. Nad ich stosem dostrzegł nieprzyjazną twarz Marcusa. Widać nadszedł, gdy obserwował Rosemary.
-Cześć, Nick!- Eddie opadł na ławę obok niego- Dzięki za zajęcie tacy z owsianymi.
Podczas, gdy chłopcy oskubywali stos, Nicholas zerknął na Cho. Nie patrzyła w jego stronę.
-To masło w oczach…- zaszydził Marcus.
-Masło w oczach?- zdumiał się Nicholas- Widziałeś kiedyś człowieka, który chodziłby z masłem w oczach? To chyba dość skomplikowane…
-A widziałeś kiedyś kogoś NORMALNEGO, kto miałby uszy wilka, zamiast normalnych?- odciął się Belby, gdy Eddie i Paul parsknęli okruchami ze śmiechu.
-Nie, ale na odmóżdżonego przygłupa patrzę teraz.- warknął Nicholas, mając już dość. Miało być tak pięknie! Czemu się do niego doczepili, czego chcą?! Jeszcze Eddiego w miarę lubił, Paula tolerował, ale nie mógł znieść, że Belby wciąż mu dopiekał. Wstał, po czym obojętnym, nierównym krokiem kulawych kończyn udał się w swoją stronę-na eliksiry, najwspanialszy z wspaniałych zajęć.
Nie sądził, żeby Snape zmienił choćby w najmniejszym stopniu stosunek do niego. Bardziej go frapowało, co z Cosmo. Z jego osobą Snape może mieć problem-wychowanek i syn chrzestny, czyli idealny materiał na ulubieńca, ale to podobieństwo do ojca i to, że to jego syn…
Zarechotał mściwie. Biedny Snape, zagwozdka…
Eliksiry mieli w tym roku z Gryfonami. Stało ich tam paru. No, to przynajmniej nie Ślizgoni.
-Co tam u ciebie słychać?- zapytała Cho, znienacka wynurzająca się z ciemnego kąta.
-Hmm, nie dzieje się nic niezwykłego. Nie wiem, co powiedzieć.- wzruszył ramionami Nicholas, odnotowując z żalem pewne znużenie w głosie Cho- Gdzie zgubiłaś koleżanki?
-Poszły po rzeczy.- wzruszyła ramionami.
Zaległa przykra, napięta cisza. Nicholas bardzo żałował, że nie umie być jak Eddie i wrzasnąć teraz „Kocham cię Cho, wyjdź za mnie!!!”, wyczarowując zamaszystym ruchem ręki jakieś zielsko swoją wiązową różdżką i wręczając jej z szelmowskim uśmieszkiem. Oczywiście, nie uważał, że kocha Cho, ale to byłoby na pewno bardzo wzruszające.
-A ty, gdzie byłaś na wakacjach?- zapytał nieśmiało.
-W Chinach u rodziny taty…- wzruszyła ramionami- Zawsze tam jeżdżę. A ty?
-Ja?- Nicholas poczuł gorycz- Nigdzie. Ja nigdy nigdzie nie jeżdżę.
-Czemu?- Cho wyglądała na zainteresowaną.
-Bo… mama i wujek muszą utrzymywać dom i dużo pracują. Do tego straciłem młodszego brata w katastrofie, gdy miałem prawie dziesięć lat (przez to te nogi). Mama odtąd nie chce nas nigdzie puszczać i wysyłać… Wiesz, boi się…- nie wiedział, czemu jej się zwierza.
-Ojejku…- wytrzeszczyła oczy- Straciłeś brata i przez to… ojejku…
-Odcięło mi nogi i zabiło mojego brata… ale nie chcę o tym mówić…
-Rozumiem.- szepnęła- To okrutne… Twoi rodzice chyba…
-Mama.- rzekła twardo Nicholas- Nie mam ojca. Nigdy nie miałem.
Cho patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy. Dostrzegł w jej oczach coś niesamowicie fascynującego. To… współczucie?
-Jak tam, Łamago?- usłyszał z prawej i westchnął. Najwyraźniej Belby i spółka skończyli już się posilać i przyleźli pod salę eliksirów- Uuu… Widzę, że dopadłeś nieszczęsną? Cho, jak to znosisz?
Cho tylko się zarumieniła, ale nic nie powiedziała.
-Czy mógłbyś z łaski swej przestać?- zapytał Nicholas ze złością- Nie rozumiem, o co ci chodzi… Nudzi ci się? A może leczysz swoje kompleksy? To, że jesteś idiotą? Zostaw mnie w spokoju!
-Zostaw mnie w spokoju!- zapiszczał Belby wysoko, naśladując Nicholasa.
-Przestań!- pisnęła niemrawo Cho, czerwieniejąc jeszcze bardziej.
Dwunastolatki pod salą eliksirów zagwizdały. Gryfoni przyglądali im się z zainteresowaniem. Jeden z nich, McLaggen, najwyraźniej świetnie się bawił.
-Jesteś obleśny, stary!- oznajmił rozbawiony Belby- Taki odrażający stwór nie może lubić dziewczyn!
-A kogo, chłopaków? Jak na ciebie patrzę, mogę najwyżej polubić wnętrze kibla.
-Zabawny jesteś, Black.
-A ty jakiś nienormalny!- młody Black miał tak dość, że rozpaczliwie potrzebował znaleźć słaby punkt. Był tylko jeden, o którym powszechnie wiadomo, że boli- Czy twoja matka jest gejem albo jakimś zwierzęciem? Myślę, że pochodzisz z czegoś skrzywionego i sam jesteś niedorozwinięty.
Belby wyciągnął różdżkę, Nicholas sięgnął po swoją.
-Rictusempra!- ryknął Belby, zanim Nicholas zdążył wyciągnąć wiązowy patyk. Skoczył na swoich kulawych nogach w bok w ostatniej chwili, gdy zaklęcie wyrzeźbiło stożek w podłodze lochów. Wpadł z impetem na jakąś kamienną wazę, rozbijając ją i boleśnie raniąc się w żebra. Zabrakło mu tchu, ból go zamroczył, gdy zmieszał się bezwładnie z okruchami po wazie.
-Black!- syknął ktoś- Co ty wyrabiasz!?
Nawet nie miał siły się unieść, bo bolało go potwornie z boku.
-Czemu zaatakowałeś tę wazę? To ważny przedmiot. Tłumacz się.- syknął Snape nad nim.
-Nie ja zaatakowałem wazę, tylko Marcus zaatakował mnie!- wycedził Nicholas, słaniając się z bólu.
-Łżesz! Belby, atakowałeś go?- zapytał Snape.
Marcus pokręcił głową przecząco z niewinną minką.
-Ale to prawda!- krzyknął Nicholas.
-Widzisz, żeby trzymał różdżkę?
-Bo zdążył schować!
-DOŚĆ! Nie dość, że rozwalasz rzeczy swym niezrównoważonym ciałem, to oczerniasz kolegów, a sam wyciągnąłeś różdżkę! Pojedynkowanie się jest nielegalne! Masz szlaban!- wycedził Snape.
Nicholas bardzo chciał, by bok przestał bo tak boleć. I chciał też, żeby Cho coś powiedziała.
-Ale to nie prawda, Belby naprawdę zaatakował pierwszy.- powiedział ktoś.
Niestety, nie była to Cho, lecz Katie Bell.
Snape popatrzył na nią ponuro i uniósł brwi.
-Black i tak się prosi o szlaban, od zawsze. MA TO WE KRWI, prawda, chłopcze? Black, zbieraj się. Nikt nad tobą nie będzie załamywał rąk.
Pomimo rozrywającego bólu Nicholas wstał i wszedł za innymi do sali, której nienawidził.
Cosmo obudził potworny ziąb. Okręcił się mocniej kocem, ale wciąż trząsł się z zimna. Przeklęte lochy!… A w domku mama pewnie paliła w kominku.
Brak okien w dormitorium go przygnębiał. Owszem, był „okna”: malutkie, wąziutkie, gotyckie, zakryte w zupełności mętną, zieloną szybką, gdzieś tam przy stropie. Cosmo nawet nie wiedział, co za nimi jest. Jego całe nowe lokum, włącznie z Pokojem Wspólnym bazowało na oświetleniu sztucznym.
Ściany sypialni były jak całe lochy, z ciemnoszarego kamienia, często okrywały je zielone gobeliny, głównie z wyobrażeniami węża, którego łuski lśniły srebrem.
Meble były bardzo ciężkie i wręcz olbrzymie, z jakiegoś bardzo ciemnego drewna. Łóżka miały baldachimy, narzuty i zasłony z ciemnozielonej, wyszywanej tkaniny, a do każdego dodano trzy drewniane schodki, tak wysokie były. Podobało mu się to jednak. Dorastał w otoczeniu tanich mebelków z domu handlowego w Basildon, gdzie nigdy nie dostałby takiego łoża ze schodkami. Może gdzieś tam, w jakimś wiktoriańskim domu, kosztującym fortunę. I atmosferka też nie była najgorsza, chociaż otaczały go przedziwne, przerażające indywidua. Na pewno nie miał do czynienia z ludźmi ich pokroju do tej pory, ale, o dziwo, nie został jakoś wykluczony. Był jednym z nich.
W dormitorium chłopców mieszkało ich siedmiu. I wszyscy chłopcy przekonani byli niezmiernie o swej wyższości. Cosmo aż się dziwił, z kim przyszło mu mieszkać przez siedem lat. Nie rozumiał, skąd się bierze taka chęć rozwarstwienia i pokazania wyższości.
-To dlatego, że jesteśmy lepsi i już. Mamy lepszą krew. To jak jakość jedzenia, co nie?- wytłumaczył mu cierpliwie Draco Malfoy, gdy pierwszego dnia szli do sali historii magii.
-Nie, nie ogarniam tego.- naburmuszył się Cosmo- Jak można się z tym obnosić?
-No, można! I trzeba. To duma z tego, że takim się urodziłeś.
-Ojej, jaki jestem dumny!- parsknął Cosmo, odgarniając czarną grzywkę włosów- Dokonałem czegoś niewiarygodnego: urodziłem się! Szaaacuuun!
-Słuchaj, jak ty się znalazłeś w Slytherinie?- pokręcił głową Draco- Ale jeszcze cię sprostuję!
Draco Malfoy fascynował Cosmo. Od razu zobaczył, że jest inny i nie chodzi o odrębność od jego kolegów, bo wśród nich raczej się nie wyróżniał. Draco był inny w porównaniu do chłopców, z którymi Cosmo do tej pory się stykał. Całe życie, w zasadzie. Zwykli Mugole, narwani, brudnawi Weasleyowie, bracia, którzy byli jacy byli, od zawsze. A Draco był inny. Pasował mu do tych wnętrz lochów. Miał drobną, szczupłą budowę arystokratycznego paniczyka, platynowe wręcz włosy i płynne, delikatne ruchy. Nie było w nim nic z brudnego Weasleya. On był… zamkowy. I do tego wiedział wszystko o świecie, do którego należał i Cosmo, ale został odcięty. Nawet się dowiedział od swojego nowego kolegi, że są kuzynami, bo ich dziadkowie byli rodzeństwem. No, chociaż wciąż chodził lekko wstrząśnięty decyzją Tiary, przynajmniej miał już towarzystwo, nie jak Nicholas. A chodzenie z nowo poznanym kuzynem po szkole, którą już kochał, należało do przyjemnych. Nawet, jeżeli głównym tematem było jeżdżenie po „świętym Potterze”.
Cosmo zwlókł się z łoża zgrabnie i zerknął z frustracją na okno, zakryte zielonkawą szybką.
-Oczywiście, pogoda jest dość niejasna, proszę państwa…- burknął.
Draco popatrzył na niego swoim specyficznym wzrokiem znad kołdry, marszcząc brwi usilnie.
-Nie wiem, kurczę blade, jaka dziś pogoda! Czy zakładać podkoszulek…- objaśnił czarnowłosy.
-Też problem!- prychnął delikatnie Draco.
-Fakt, mogłem mieć twój i czekać, jak pierwszego dnia ty, aż skrzat domowy złoży u wezgłowia całe moje odzienie!
-Nie śmiej się ze mnie.- naburmuszył się jego kuzyn- Matka nie ostrzegła mnie, że tu nikt mi nie pomoże w ubieraniu i porannej toalecie… Powinni pozwalać przywozić skrzaty domowe! Ale dzisiaj załóż podkoszulek, idziemy na błonia, bo, nareszcie, jest czwartek!
-Lekcja latania!- sapnął z uciechą Cosmo i wskoczył na łóżko, by dać upust radości.
-E! Ciszej!- stęknął z głębi Gregory Goyle swym tępawym głosem.
Cosmo nie przejął się ospałym kolegą i z ukontentowaniem wyrżnął czubkiem głowy w ciemnozielony baldachim, aż ten się wybrzuszył. Trochę go zamroczyło i przysiadł ze zdumieniem na posłaniu. Nogi dyndały z olbrzymiego posłania, lodowate od temperatury.
Gdy już chłopcy się ogarnęli, ruszyli zaspanym korowodem do Wielkiej Sali. Panował tu wielki tłum. Cosmo nie bez pewnego ubolewania zerknął na stół Gryfonów. To okrutne… Jego siostra wcinała coś towarzystwie Pottera i Rona, rzucając nieprzyjazne spojrzenia nawijającej cały czas coś tej przemądrzałej Granger, z której niemiłosiernie nabijał się Draco i jego wszystkie koleżanki Ślizgonki.
Wszystko bardzo fajnie i pięknie, ale jakże cudownie by było, gdyby mógł siedzieć tam z Rosie… Prawdę mówiąc, nie miał szansy rozmawiać z nią od jakichś dwóch tygodni i poczuł, że ich bliźniacza więź jest bardzo cenna i kochana. Tęsknił, ale czuł pewien rodzaj nieprzyjemnej zazdrości i zdenerwowania, że to właśnie JĄ Tiara Przydziału umieściła w JEGO wymarzonym domu.
On, Draco, Vincent Crabbe i Gregory Goyle ruszyli wolno wzdłuż stołów.
-… to znaczy, że o czymś się zapomniało.- mówił Longbottom w momencie, gdy Draco, przechodząc obok, niespodziewanie wyrwał mu jakąś szklaną, czerwoną kulkę. Cosmo zdrętwiał, łapiąc napięty wzrok siostry, podczas gdy Ron i Harry Potter zerwali się, by rzucić na Dracona.
-Co tu się dzieje?- profesor McGonagall wkroczyła właśnie do akcji.
-Malfoy zabrał mi przypominajkę, pani profesor.- pisnął Longbottom.
-Chciałem tylko zobaczyć.- Draco zmrużył szare oczy, po czym odszedł.
-Chodźcie, chłopaki.- rzucił Cosmo do Vincenta i Gregory’ego, po czym, pospieszył za Draconem.
-Rozmaślony skarżypyta.- prychnął cicho Draco- Ciekawe, po co temu fajtłapie przypominajka? I tak nie ma mózgu, nic mu już nie pomoże… Profesorze!
-Witaj, Draco!- to Snape, który właśnie wychodził z Wielkiej Sali. Zerknął po całej czwórce. W tym ułamku sekundy, kiedy obserwował Cosmo, ten poczuł niemiły skurcz gdzieś z tyłu głowy. Podobno Snape nie znosił jego ojca… Cosmo dużo już się nasłuchał, że wygląda prawie kropka w kropkę jak tata. Czy to było powodem, dla którego Snape ignorował prawie całkowicie jego osobę? Nie dokuczał mu, bo był Ślizgonem i jego chrześniakiem, ale wylewny i rozmowny też nie był…
Usiedli przy stole, gdzie Cosmo bez entuzjazmu zaczął męczyć owsiankę. Jedzenie było wyborne, ale wciąż czuł gorzki posmak żółci, od dwóch tygodni. Nie mógł zdzierżyć, że jest w Slytherinie. Przecież to było oczywiste, że pójdzie do Gryffindoru! Zawsze wydawało mu się, że tam pasowałby najlepiej… Ciekawe, czemu poszedł do Slytherinu…
-Draco, czy ktoś z mojej rodziny był w Slytherinie?- zaczepił kuzyna, gdy szli na zaklęcia.
-Jeszcze pytasz!- prychnął Draco- Ty nic nie wiesz? Blackowie, wszyscy, byli w Slytherinie! No, jak się zdarzył jakiś wyjątek, to go pewnie wydziedziczyli, ale nie wiem…
-Wszyscy, bez wyjątku?- jęknął prawie Cosmo.
-Bez wyjątku.
Cosmo gryzł się tym przez wszystkie lekcje, do wyjścia na błonia. Albo ojciec był czarną owcą w rodzinie, albo mama i wujek kłamali, że był w Gryffindorze… Swoją drogą, to z jakiej rodziny on pochodził! Wszyscy parę pokoleń wstecz w Slytherinie… Szkoda, że nic nie wiedział wcześniej!
Na błoniach było słonecznie, ale trochę zimno, bo wiał wietrzyk. Ślizgoni w liczbie dziesięciu i Gryfoni, których było dziewięciu i właśnie nadeszli, stanęli grzecznie w dwóch wrogich obozach, elektryzując się spojrzeniami. Cosmo nie robił tego, rzecz jasna. Obserwował Gryfonów, swoich niedoszłych ziomków i za wszelką cenę starał się pokazać wzrokiem, że nie ma złych zamiarów.
-Na co czekacie? Niech każdy stanie przy miotle! No dalej, nie ociągać się!
Była to pani Hooch, która właśnie nadeszła. Stanęli obok kilkunastu mioteł, leżących równo na soczyście zielonej trawce.
-Nareszcie coś normalnego w tej budzie!- usłyszał obok siebie syknięcie Dracona- Zapisuję się do drużyny, a ty? Najszybciej jak się da. I powiem staremu, że chcę Nimbusa 2000.
-W życiu ci nie pozwolą.- odszepnął Cosmo, stając obok jakiejś starej, nędznej miotły- Nie wolno.
-Mnie zawsze wolno, drogi kuzynie.- syknął Draco, mrużąc oczy.
-Wyciągnąć prawą rękę nad miotłą!- usłyszał gdzieś panią Hooch- I powiedzieć „Do mnie!”.
-Do mnie!- rozkazał Cosmo nonszalancko i miotła natychmiast usłuchała. Dziwne, pomyślał, jak grałem z Weasleyami w quiddicha, wystarczyło ją po prostu podnieść z piachu. Miotła Draco również podskoczyła do niego posłusznie. Dwaj chłopcy wymienili uśmieszki samozadowolenia.
-Patrz na Longbottoma!…- prychnął cicho Draco.
Rzeczywiście, mały grubas nie radził sobie za dobrze. Zresztą, nie tylko on. Cosmo uniósł brwi.
-Czemu tak mało usłuchało?- zdziwił się na głos, ale pani Hooch podeszła właśnie do nich, więc Draco nie mógł odpowiedzieć. Bezceremonialnie przesunęła rękę Cosmo na chłodnej, wysłużonej rączce, mrucząc „To wyżej… Teraz prawidłowo”, a potem trochę poprzekomarzała się z Draconem, który, wyraźnie naburmuszony, nie do końca chyba akceptował to, że go skrytykowała. W każdym razie, gdy odeszła, Draco mruczał coś w stylu:
-Chyba mierny z niej nauczyciel, jeżeli mówi takie bzdury… Wiem, że dobrze trzymam…
-Może powinieneś jej posłuchać, w końcu to mistrzyni…- zasugerował niepewnie Cosmo, zdziwiony, jak można być takim aroganckim i pewnym swego za wszelką cenę.
-Coś ty, latam od tak dawna, że nie pamiętam!- prychnął Draco- Matka zawsze powtarzała, że powinni odkryć we mnie talent… A ta Hooch nie umie się poznać, najwyraźniej… Patrz na fajtłapę!
Bo oto Longbottom wystrzelił niespodzianie do góry po prostej, a twarz miał tak bladą, że nawet Draco wydał się młodemu Blackowi przy nim stałym bywalcem południowych plaż. Potem zleciał z paru dziesięciu stóp i łupnął głucho o ziemię. Wszyscy obserwowali, przerażeni, jak pani Hooch podbiega do Longbottoma i kuca przy nim. Niektórzy ludzie oglądali swoje miotły z obawą.
Cosmo starał się nie uśmiechać nieco głupawo na widok miny grubaska i tego, co syczał Draco.
-Zabieram tego chłopca do skrzydła szpitalnego.- oznajmiła oschle nauczycielka, gdy wstała- Niech nikt nie waży się ruszyć z miejsca, zanim nie wrócę! Wystarczy, że któreś z was dotknie miotły, a wyleci z Hogwartu, zanim zdąży wypowiedzieć „quiddich”. No, chodź, kochaneczku.
Odeszli oboje. Cała gromada Ślizgonów i Gryfonów stała bezradnie na trawniku, obserwując dwie oddalające się osoby. Draco obok Cosmo nagle ryknął głośnym śmiechem:
-Widzieliście jego twarz? Jak kawał białej plasteliny!
Reszta Ślizgonów zawtórowała Draco, Cosmo uśmiechnął się nonszalancko. Żart może nie był najwyższych lotów, ale niezbyt niezgodny z prawdą. Gryfoni patrzyli na nich z odrazą.
-Zamknij się, Malfoy.- rzekła jedna z Gryfonek.
-Co, bronisz Longbottoma?- zapytała drwiącym tonem Pansy- Nigdy bym nie pomyślała, Parvati, że lubisz takie małe, tłuste, rozmazane maluchy.
-Zobaczcie!- Draco podbiegł i podniósł szklaną kulkę, którą najwyraźniej zgubił Longbottom- To ta głupia zabawka, którą mu przysłała babcia.
-Daj popatrzeć!- Cosmo, bardzo zaintrygowany, wyciągnął rękę, by obejrzeć przedmiot.
-Oddaj to, Malfoy.
Ręka z przypominajką, która wędrowała do wyciągniętej ręki Cosmo, znieruchomiała. Harry Potter przyglądał się z lodowatym wzrokiem Draco. Zaległa cisza. Cosmo uniósł brwi.
-Chyba ją tutaj gdzieś zostawię, żeby Longbottom mógł ją znaleźć… Na przykład… na drzewie.
-Oddaj ją!
-Draco, co ty…- zaczął Cosmo ze zdziwieniem, bo jego kolega wskoczył na miotłę i odleciał do góry. Jak można być takim ryzykantem, pomyślał Cosmo, zszokowany. Chociaż, z drugiej strony, nikt by Dracona nie wywalił. W końcu, sądząc po opowiadaniach, jego ojciec mógł wszystko.
-No, Potter, weź ją sobie!- usłyszeli jego piskliwy głosik.
-Nie!- wcięła się Granger, gdy Potter zaczął wybierać się na górę- Pani Hooch mówiła, żebyśmy się nie ruszali z miejsca… Wszyscy będziemy mieli przez ciebie kłopoty!
Ale ten wystrzelił jak korek w powietrze. Draco mina zrzedła.
-A niech mnie!…- skomentował zszokowany Ron, wszyscy wydawali odgłosy podziwu. Cosmo obserwował z napięciem rozgrywaną akcję, czując entuzjazm i napięcie.
Nagle Potter zaatakował Dracona, wystrzelając do przodu. Draco zrobił wiraż, Potter zawrócił.
-Kurczę!- krzyknął Ron- Skąd on tak umie?! Mówił ci kiedykolwiek?
-Nic, cały czas powtarzał, że nigdy nie dosiadał miotły!- odkrzyknęła Rosemary, klaszcząc radośnie.
-Nie ma tu twoich goryli, Malfoy, nikt cię nie obroni! Zaraz skręcisz kark!- krzyknął Potter.
Cosmo właśnie zaczął się zastanawiać, czy on też zalicza się do goryli Dracona, gdy ten wrzasnął:
-Więc złap ją, jeśli potrafisz!- i cisnął przypominajkę gdzieś w przestrzeń.
Cosmo od razu skojarzył się quiddich i szukanie znicza. Ale łapanie takich drobnych przedmiotów wymaga dużego ćwiczenia… Prawda?
Po pięciu sekundach zamknął wreszcie buzię, którą uchylił, gdy Potter bez najmniejszego problemu złapał kulkę w powietrzu. Ron głośno zagwizdał, gdy ten gładko wylądował na trawie.
-HARRY POTTER!
Wszyscy, jak na komendę się odwrócili. Stało tam najgorsze, co mogło być: McGonagall. Była biała.
-Jeszcze nigdy… póki jestem w Hogwarcie…- Cosmo pierwszy raz ją taką widział i zerknął na stojącego pewnie na ziemi Dracona- Jak śmiałeś… mogłeś sobie skręcić kark…
Gryfoni rzucili się do tłumaczenia, ale nauczycielka nie chciała o niczym słyszeć. Wróciła do zamku, za nią powlókł się Potter. Reszta też ruszyła z powrotem, bo dobiegł do nich dźwięk dzwonka. Ron rzucał im przez ramię wściekłe spojrzenia, Rosemary mu wtórowała.
-Hehe, i koniec sławnego Pottera i jego kultu!- zaszydził Draco, bardzo z siebie zadowolony.
-Swoją drogą to nieźle lata…- wtrącił bez entuzjazmu Cosmo.
-Nieźle lata?! Może ty też wstąpisz do jego fanklubu?!
-Wybacz, to taka luźna uwaga była…
-Chłopaki, zgłodniałem!- wydukał grubym głosem Gregory.
-Przecież idziemy na lunch!- zauważył Cosmo- Gregory, orientuj się!
W Wielkiej Sali, jak zwykle, panował miły rozgardiasz. Draco był bardzo z siebie zadowolony.
-Udało mi się usunąć Pottera, a nie minęły nawet dwa tygodnie!- parsknął, nakładając sobie kopiastą porcję potrawki z podrobów jagnięcych- Chcesz troszkę?
-Nie…- Cosmo zmarkotniał- Chciałem sobie polatać… Do kitu, wszystko przez ciebie i Pottera!
-Cosmo, nie psuj mojego tryumfu!- zganił go Draco- Zresztą, Longbottoma obwiniaj, to on rozwalił nam całą lekcję latania! Jego też można by usunąć! Napuśćmy na niego smoka, zasika się na śmierć!
Gregory i Vincent uznali to za świetny żarcik.
-Ja bym wyciepał wszystkie czerwono-złote mendy!- burknął Vincent, ordynarnie wysuwając szczękę.
-Ale mojej siostry proszę nie tykać!- ostrzegł Cosmo z nonszalanckim uśmiechem.
Draco tylko z lojalności powstrzymał się od komentarza, po czym syknął z zadowoleniem:
-Patrzcie, wraca nasza upadła gwiazda… Ciekawe jak to jest, jeść posiłek w tej budzie ze świadomością, że zaraz na zawsze ją się opuści… Mam ochotę go spytać, a wy?
Vincent i Gregory zarechotali głupkowato. Cosmo zrobił skwaszoną minę. Miał troszkę dość, że cała uwaga jego i nowych kolegów musi się skupiać na uprzykrzaniu Gryfonom życia.
Wstali i cała czwórka bardzo pewnych siebie Ślizgonów podeszła do trójki Gryfonów. Draco zaczął:
-Co, zjadłeś już swój ostatni obiadek, Potter? O której masz pociąg powrotny do świata Mugoli?
-Widzę, że teraz, na ziemi i w towarzystwie swoich małych koleżków, wróciła ci odwaga.
Słowa Pottera musiały wjechać Draconowi na ambicję, bowiem popatrzył nań lodowatym spojrzeniem szarych oczu. Vincent i Gregory zaciskali pięści. Natomiast Cosmo przyglądał się siostrze. Patrzyła na niego trochę jak na zdrajcę i głupio mu się zrobiło, do tego poczuł złość.
-Mogę w każdej chwili sam się z tobą zmierzyć.- szepnął Draco z wściekłością- Dziś w nocy, jeśli chcesz. Pojedynek czarodziejów. Tylko różdżki, bez kontaktu. Co jest? Nigdy nie słyszałeś o pojedynku czarodziejów?
-Pewnie, że słyszał.- zawołał Ron- Ja jestem jego sekundantem, a kto jest twoim?
-Cosmo.- oświadczył Draco bez zastanowienia.
Cosmo napowietrzył się, zdezorientowany, po czym podrapał po czole, zakrywanym przez czarne kosmyki z zakłopotaniem. Ech, miał być sekundantem Dracona w walce przeciw dwóm Gryfonom, z którego żaden mu nie podpadł, oboje mieli być jego ziomkami, jednego i drugiego znał od urodzenia.
-O północy, pasuje wam? Spotkamy się w Izbie Pamięci, zawsze jest otwarta.
Po czym Draco skinął na Cosmo, a ten, razem z resztą chłopaków, poszedł za nim.
-No nie wiem, Draco… To już była przesada!- syknął- Ja mam być sekundantem, jak nawet mojej bezowej różdżki trzymać nie umiem? Do tego wałęsanie się po szkole w nocy… I co ty mu zrobisz, jak jedyne, co ćwiczyliśmy, to jakieś głupie zaklęcie zamieniające zapałkę w igłę!
-Ech, drogi kuzynie, jesteś zbyt uczciwy.- oznajmił Draco z wyższością- Naprawdę sądziłeś, że mam zamiar ryzykować jak idiota i bić się z Potterem?
-To co zrobisz?- zapytał go, gdy schodzili w czwórkę schodami do zimnych lochów.
-Dam wskazówkę odpowiednim ludziom, by wyruszyli o północy do Izby…
-A jak Potter tam nie pójdzie?
-Pójdzie. Jest na to zbyt dumny. Swoją drogą, to ciekawe, czemu go nie wywalili… Nie podoba mi się to… Wężowy Pocałunek!
Ściana się otworzyła, ukazując ich Pokój Wspólny. Cosmo zawahał się. Może powinien ostrzec Rosemary, albo, z lojalności do Draco, chociaż dać przypadkową aluzję, żeby nie szli tam?
-Idziesz, Cosmo?- spytał Draco, stojąc już na bogatym dywanie w Pokoju. Cosmo wszedł.
Rosemary cichcem, ubrana jedynie w bardzo luźną, zwykłą, białą koszulkę, która pełniła rolę koszuli nocnej, zeszła na dół do salonu na paluszkach. Był oświetlony słabym blaskiem dogasającego kominka, a Harry i Ron powinni już tam czekać…
-Ech, co za pech…- szepnęła do siebie, widząc trzecią sylwetkę, należącą z pewnością do tej przemądrzałej, okropnej Granger. Jej wszystkowiedzący głos oznajmił:
-Już chciałam powiedzieć twojemu bratu, Percy’emu, jest prefektem i na pewno by was powstrzymał.
Rosemary stanęła w polu widzenia, patrząc na Hermionę Granger z odrazą.
-Musisz wszystko psuć?- warknęła młoda panna Black.
-To wy wszystko popsujecie!- rzekła z wyrzutem Hermiona- Stracimy przez was masę punktów!
-Idziemy!- oznajmił Ron i cała trójka ruszyła do dziury w portrecie, by wyjść na cichy korytarz. Rosemary czuła dreszczyk emocji, którego nie znała. Wymieniła z Harrym napięte spojrzenia.
-Myślicie tylko o sobie, może byście pomyśleli o Gryffindorze… nie chcę, żeby Slytherin zdobył Puchar Domów, a przez was stracimy wszystkie punkty, które zdobyłam u McGonagall za zaklęcia świetlne…- nadawała im do ucha Granger. Rosemary miała ochotę ją trzepnąć na odlew.
-Zjeżdżaj.- warknęła ze znużeniem, próbując skupić wzrok w ciemności.
-Dobra, ale pamiętajcie, że was ostrzegłam, po prostu przypomnijcie sobie o tym, jak będziecie jutro siedzieć w pociągu…- syczała dalej- Naprawdę, jesteście tacy… No i co mam teraz zrobić?
Patrzyła na pusty obraz, bo Gruba Dama sobie gdzieś poszła. Rosemary ogarnął niepokój.
-To już twój problem. My musimy iść, bo się spóźnimy.- oznajmił Ron.
-Chodźcie, chłopaki.- syknęła Rosemary i popchnęła czarnowłosego kolegę do przodu.
-Idę z wami.- pisnęła Granger.
-Nie idziesz!- nacisnął ze złością Ron.
-A co, myślicie, że będę tak stała i czekała na Filcha? Jak nas wszystkich złapie, to powiem prawdę, że próbowałam was zatrzymać, a wy to możecie potwierdzić.
-No nie, jesteś naprawdę bezczelna…- powiedział Ron niedowierzającym głosem. Rosemary prychnęła, ale Harry syknął czujnie:
-Zamknijcie się, oboje! Coś słyszałem.
Serce Rosemary zamarło, gdy usłyszała sapanie. Było potworne i najgorsze, że nie widziała, co to.
-Pani Norris?- zaryzykował Ron, ale to nie była pani Norris, tylko Neville, skulony pod ścianą.
-Jak to dobrze, że mnie znaleźliście!- jęknął w najlepsze donośnym głosem- Siedzę tu już od kilku godzin, zapomniałem nowego hasła i nie mogę wrócić do łóżka.
-Neville, mów ciszej, dobra?- poprosiła Rosemary- Hasło brzmi „Świński ryj”, ale i tak by ci nie pomogło, bo Gruba Dama dokądś sobie poszła.
-Jak tam twoja ręka?- spytał Harry.
-W porządku. Pani Pomfrey nastawiła mi ją w ciągu minuty.
-Dobra… ale słuchaj, Neville, musimy coś załatwić, zobaczymy się później…
-Nie zostawiajcie mnie!- pisnął- Nie zostanę tu sam… Krwawy Baron przechodził już dwa razy.
Harry, Ron i Rosemary wymienili wściekłe, bolejące spojrzenia. Rosemary czuła, że to bez sensu, bo ani Neville, ani tym bardziej Hermiona Granger, nie byli najlepszym towarzystwem na taką eskapadę.
Przekomarzając się, ruszyli całą przestraszoną piątką przed siebie, opustoszałymi korytarzami. Ciekawe, jak Cosmo sprawi się w roli sekundanta… Swoją drogą wciąż nie mogła uwierzyć, że jej brat wpadł w towarzystwo takiego marginesu. Czuła się zdezorientowana decyzją Tiary.
W Izbie Pamięci nie było jeszcze nikogo. Przycupnęli zatem gdzieś pod ścianą, z napięciem obserwując wejścia, ale Malfoy i Cosmo nie nadchodzili. Wreszcie coś usłyszeli.
-Rozejrzyj się, moja kochana, mogą siedzieć gdzieś w ciemnym kącie.
Rosemary zdrętwiała. To był Filch! I wiedział, że tu są. Malfoy ich wsypał! Harry kiwnął na resztę i na palcach wymsknęli się w kierunku drzwi. Rosemary nie mogła oddychać z napięcia.
-Muszą tu gdzieś być! Pewno się ukrywają.- rozległo się za nimi skrzeczenie.
-Tędy!- szepnął Harry i ruszyli bardzo długą galerią ze zbrojami. Serce młodej panny Black kołatało gdzieś w gardle, ściskając je. Nie zdążą przejść całej galerii, Filch ich w końcu zobaczy…
Nagle poczuła nerwowy ruch z tyłu, a potem potworny, aż żałosny łoskot. To Neville i Harry, którzy wpadli na zbroję, bo mały Neville nie wyrobił psychicznie. Rosemary i Ron popatrzyli po sobie.
-BIEGIEM!- ryknął bez ogródek Harry i wszyscy się rzucili przed siebie w panice. Młody Potter prowadził ich tam, gdzie pewnie sam nie wiedział, ale wszyscy hardo pędzili za nim, byle dalej.
W końcu znaleźli się w miejscu im już znanym, przy pracowni zaklęć. Odetchnęli troszkę.
-Chyba go zgubiliśmy…- wysapał Harry.
-Mówiłam… mówiłam… mówiłam…- powtarzała Granger cierpiętniczym tonem.
-Musimy jakoś wrócić do naszej wieży.- zakomenderował Ron- A im szybciej, tym lepiej.
-Malfoy zrobił z ciebie balona. Chyba to do ciebie dotarło, co? W ogóle nie miał zamiaru pojedynkować się z tobą… Filch wiedział, że coś ma być w Izbie Pamięci… To Malfoy musiał dać mu cynk.
-To chyba jasne, nie?- prychnęła Rosemary- Każdy się zorientował, nie trzeba być geniuszem!
Granger popatrzyła na nią spode łba, wciąż dysząc ciężko.
Ruszyli więc ostrożnie w stronę Wieży Gryffindoru…
Rozległ się szczęk klamki i Rosemary jęknęła, bowiem Irytek wyleciał z sali i bardzo się ucieszył.
-Zamknij się, Irytku… naprawdę…- poprosiła Rosemary- Przez ciebie wylecimy ze szkoły.
-Spacerujemy sobie po nocy, co? Tiu-tiu-tiu, maluchy, nie wolno, nie… Niegrzeczne maluszki, złapią was za uszki.
-Tylko wtedy, jak nas wydasz. Irytku, prosimy…
-Powinienem powiedzieć Filchowi. Sami wiecie, że to dla waszego dobra.
-Zjeżdżaj!- warknął nagle Ron z prawej.
-UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ!- zaryczał nagle Irytek bez emocji i żadnego ostrzeżenia- UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ I SĄ NA KORYTARZU PRZY PRACOWNI ZAKLĘĆ!
Mieli jednomyślną reakcję, po prostu podbiegli całą gromadą do drzwi na końcu, lecz były zamknięte.
-To już koniec! Jesteśmy ugotowani! To koniec!- rozpaczał Ron.
-Och, odejdźcie, szybko!- krzyknęła Hermiona i wyrwała Harry’emu różdżkę- Alohomora!
Rosemary niechętnie przyznała, że dziękuje losowi za obecność tej dziewczynki, gdy wpadli bezceremonialnie do środka. Harry, Ron i Hermiona przyłożyli uszy do słuchania, a Neville oparł się o ścianę, przeżywając katusze psychiczne. Natomiast Rosemary zamarła.
Przed nimi, w korytarzu, leżał olbrzymi, trójgłowy pies. Właśnie się podniósł, bo drzemał w najlepsze. Szok nie pozwolił Rosemary nawet pisnąć słówka. Tylko stała i patrzyła.
-On myśli, że drzwi są zamknięte.- usłyszała, jak przez mgłę Harry’ego- Chyba nam się uda… odczep się, Neville! No CO?
Zaległa cisza za Rosemary i zrozumiała, że do każdego z nich dotarło. Pies zaczął głucho warczeć.
Wypadli w bezładzie na korytarz, a spotkanie oko w oko z Filchem wydało się im pewnie przyjemne. Pędzili przed siebie, nie dbając o nic, bo to, co zobaczyli, przeraziło ich na amen.
-A gdzie wy, na miłość boską, byliście?- zaskrzeczała Gruba Dama.
-Nieważne… świński ryj, świński ryj…- sapał Harry.
Rosemary z ulgą przywitała wnętrze salonu, bo od katastrofy tej nocy dzieliło ją niewiele.
-Co oni sobie myślą, trzymając coś takiego w szkole? W ciasnym korytarzu? Ten pies potrzebuje jakiegoś wybiegu.- przeżywał Ron, gdy trochę ochłonęli i się uspokoili.
-Nie macie oczu? Nie widzieliście, na czym on stał?- warknęła Hermiona Granger.
-Może na podłodze?- zadrwił Harry- Nie patrzyłem mu na łapy, byłem zajęty jego głowami.
-Nie, nie na podłodze. Stał na jakiejś klapie. Najwyraźniej czegoś pilnuje.
Rosemary i Ron wymienili zdziwione spojrzenia. Czegoś pilnuje?
Kochana mamo!
W Hogwarcie nie zmieniło się wiele. Moi koledzy są opaleni i rozwrzeszczani po wakacjach jeszcze bardziej. Ich stosunek do mnie nie zmienił się również, z jednym z nich, tym idiotą Belbym, się pobiłem ostatnio… mam szlaban, tak Cię chciałem uprzedzić…
Jest ładna, słoneczna pogoda. Spędzam dużo czasu na błoniach, obserwując Hagrida i rozmawiając z nim, gdy ścina krzewy przy cieplarniach. Dowiaduję się kupy interesujących rzeczy z jego życia i pracy ze zwierzętami. Zaczyna mi się tu podobać, a Hagrid wcale nie wyśmiał mojego marzenia o stworzeniu roweru, który by latał! Już drugi, po panu Weasleyu. Tylko Wy się śmiejecie… A Hagrid pokazał mi coś niesamowitego: motocykl, który lata! Trzyma go pod kocem w swoim składziku przy chatce. Ma coś takiego! Nie chciał tylko gadać, skąd… Czyli… mogę dostać rower? Byle składak, BŁAGAM NA KOLANACH!!!
Cosmo coś się przytrafiło zdumiewającego! Ale nie napiszę Ci co-on sam pewnie to zrobi.
Nicholas.
P.S.: Mamy nowego nauczyciela od obrony i bardzo jedzie od niego czosnkiem!
Uśmiechnęłam się z rozrzewnieniem. Latający motocykl… Czy to był ten motocykl mojego męża? Chyba ten sam-tej okropnej nocy poleciał na miejsce motocyklem i Hagrid zabrał na nim Harry’ego w bezpieczne miejsce. Nie chciał powiedzieć, skąd go ma… No tak, gdyby Nicholas dowiedział się, że to motocykl jego znienawidzonego ojca…
Otworzyłam drugi z trzech listów. Ten był od Cosmo.
Droga mamo!
Nie uwierzysz, to okropne! Dostałem się do Slytherinu!!! I co teraz?
Jestem przerażony. To z jednej strony dobrze, nikt mnie nie przerobi na budyniową masę na korytarzu, bo najgorszy element szkolny to moje ziomki. Ale to potworne! Jest tak zimno, a to dopiero wrzesień! I ciemno i w ogóle. Mam dość tego gadania o czystości krwi. Jak to się w ogóle mogło stać, nie ogarniam tego! No, ale Snape’a mam z głowy. Gapi się na mnie dziwnie… Jeszcze nie zdążyłem z nim porozmawiać jako z moim ojcem chrzestnym i opiekunem domu poza tą krótką chwilą rok temu na Pokątnej. I chyba nie chcę, nie.
Ludzie mnie śmieszą, są tacy męczący z tymi nudnawymi manierami! Zakumplowałem się z jednym z takich egzemplarzy-Draco Malfoyem. On twierdzi, że jesteśmy kuzynami. Zabawne, nie wiedziałem że w naszej rodzinie są takie osoby. W ogóle to mało wiem na swój temat i to wyłącznie Wasza wina! Poza tym kumpluję się z jego sługami, Vincentem Crabbem i Gregorym Goylem. To głupki, jakich mało, ale Draco bez nich wygląda dość… mizernie i bezbronnie. To prawdziwy arystokrata!
Draco jest w porządku, lubię go, choć wkurza mnie jak wszyscy diabli. Ciągle nabija się z Gryfonów z naszej klasy, szczególnie z Rona, tego Pottera, takiej kujonki od Mugoli i fajtłapy Longbottoma. Mojej siostry jeszcze nie tknął i dobrze!… A jak się zdenerwował, gdy Potter przez niego (oczywiście, niespecjalnie) został najmłodszym szukającym stulecia!
Będę na bieżąco Ci o wszystkim donosił. Jestem zdruzgotany, ale tu jest czadzik!!!
Cosmo Remus Black (hi hi!…)
Parsknęłam, ale natychmiast spoważniałam. Slytherin?! Geny Blacków się odzywają. Byłam w szoku. Myślałam, że Ravenclaw, Gryffindor… ale, Boże, nie Slytherin! I tak tym nasiąkł, że już podpisać się jak człowiek nie umie… Fakt, Cosmo praktycznie nic nie wiedział, z jakiej rodziny przyszło mu przyjść na ten świat. Coś innego mnie jednak zmartwiło: zaprzyjaźnił się z dzieckiem Malfoya, jak mniemam. I do tego Crabbe’a i Goyle’a. Tego ostatniego wspominałam dobrze. Kiedyś mu się podobałam i to on mi pomógł, gdy Bellatriks mnie torturowała, ale obecność dwóch pozostałych, a zwłaszcza Malfoya, była niepokojąca. Nie zapomniałam błędu, jaki popełnił Severus przed laty, kumplując się z kolegami z domu. Skończyło się to zdruzgotaniem jego życia i zabójstwem Potterów…
He he, nie dość, że Cosmo jest kropka w kropkę prawie jak Syriusz, to jeszcze trafił do Slytherinu, pod skrzydła swego ojca chrzestnego… Coś mi się wydaje, że Severus będzie miał twardy orzech od zgryzienia pod względem emocjonalnym. Nie może Cosmo napastować, jako że to Ślizgon i jego syn chrzestny, ale to syn Syriusza i do tego tak podobny… Nienawiść i wspomnienia ożyją. Przebiegłam wzrokiem resztę listu. Fajtłapa Neville? Zrobiło mi się żal tego chłopca, ale zanim się na tym skupiłam, uwagę przykuł najmłodszy szukający stulecia… Syn Lily i Jamesa już był szukającym?
-Byłbyś dumny, Rogaś…- szepnęłam, czując szczypanie w oczy i wyciągnęłam ostatni list.
Mamusiu!
Tu jest cudownie! Bardzo mi się podoba! Nigdy nie byłam w takim skupisku ludzi, gwaru i hałasu. Lekcje są ciekawe, ale nie chce mi się uczyć. A może powinnam się zainteresować?
Trafiłam do Gryffindoru, jak przypuszczałam. A wiesz, że Cosmo jest w Slytherinie?! Przeraża mnie to, szczególnie, że zadaje się z takimi mendami, że głowa odpada! Ten cały Malfoy… Raz nas nieźle władował, plątaliśmy się w piątkę po szkole w nocy (ja, Ron, Harry, Neville Longbottom i Panna Przemądrzała), bo myśleliśmy, że Harry i on będą się pojedynkować, ale się nie stawił, gumochłon. Na szczęście Filch nas nie złapał, ale za to wpadliśmy na jakiegoś trójgłowego psa w zakazanym korytarzu! Ta szkoła jest dzika! Żeby takie zwierzęta po korytarzach upychać… Chociaż Panna Przemądrzała mówiła, że on czegoś tam pilnuje. Panna Przemądrzała nazywa się tak naprawdę Hermiona Granger. To Mugolka i wariatka: przeczytała wszystkie książki i zna je na pamięć, wyobrażasz to sobie?!
Nie jestem alienem jak Nick, zadaję się z Ronem standardowo i Harrym Potterem, bo Harry i Ron się bardzo zakumplowali. Myślę, że Ron podziwia Harry’ego i mu zazdrości. Nie powiedziałam mu, że dużo nas łączy: jego tato to mój ojciec chrzestny, a Ty jesteś jego matką chrzestną, oraz, że nasi rodzice byli najlepszymi przyjaciółmi. Za mało go znam, by wyjawiać te sekrety, ale kiedyś mu powiem, bo bardzo Harry’ego lubię. Myślę, że się zaprzyjaźnimy! A nauczyciel od obrony cuchnie, tyle Ci powiem.
Twoja stęskniona i zachwycona Rosemary!
-Tak, jak myślałam. Dzieci Jamesa i Syriusza muszą się przyjaźnić.- uśmiechnęłam się do siebie- Szkoda tylko, że Lily i James nie doczekali tego momentu…
***
Wielka Sala wyglądała olśniewająco. Rosemary dostawała zawsze na Noc Duchów od wujka paczkę słodyczy, a mama piekła dyniowe ciasto, ale to, jak w Hogwarcie obchodzono ten dzień, nie mieściło się w słowach. Nigdy nie widziała czegoś podobnego. Latające dynie ze świecami w środku, pyszne jedzenie, złota zastawa i sklepienie, po którym przetaczała się burza, oświetlając wszystko błyskami.
Trochę głupio jej było, gdy patrzyła na Rona, wsuwającego piąty czy szósty z kolei kawałek ciasta z melasą, podczas gdy on spowodował, że Hermiona Granger zalewała się łzami w toalecie. Usłyszała to od Parvati i Lavender. Nie lubiła Hermiony (no bo kto ją lubił?), ale nikomu nie życzyła, żeby omijała go taka uczta, bo ktoś to zepsuł…
-Może powinieneś ją przeprosić?- zapytała Rosemary Rona, patrząc na Harry’ego i szukając poparcia.
Ron popatrzył na nią spod grzywki wzrokiem, który mówił, żeby dała mu spokój, ale troszkę zmarkotniał, gdy sięgał po siódmy kawał ciasta i westchnął nieznacznie.
Drzwi rozwarły się z hukiem, do środka wpadł profesor Quirrell i dopadł do stołu nauczycielskiego.
-Troll… w lochach… uznałem, że powinien pan wiedzie.- wysapał.
Rosemary zakrztusiła się połykanym puddingiem orzechowym i wymieniła przestraszone spojrzenie z Harrym, siedzącym naprzeciw. Wybuchła panika, pierwszoroczni pokrzykiwali coś w przerażeniu, a nawet ci, którzy nie do końca wiedzieli, co oznacza troll w zamku, wyglądali na mocno zaniepokojonych poruszeniem ogółu. Nie wszyscy jednak byli tak samo wystraszeni, bo Fred i George Weasleyowie ryczeli i piszczeli najgłośniej ze wszystkich, tyle, że dla zabawy i przekory.
-Ale jesteście głupi.- burknęła Rosemary, na co Fred zaryczał bardziej, wywalając gały na wierzch.
Czerwone petardy dyrektora uspokoiły ogół. Zagrzmiał:
-Prefekci! Natychmiast zaprowadzić swoje domy do dormitoriów!
-Za mną! Pierwszoroczni, trzymać się razem! Nie musicie bać się trolli, jeśli będziecie wypełniać moje polecenia! Teraz trzymać się tuż za mną. Przejście, najpierw wychodzą pierwszoroczni! Przepraszam, jestem prefektem!- darł się Percy, wkładając w to całą swą pasję.
Ruszyli w zbitej, przerażonej grupce schodami. Rosemary czuła napięcie i strach o braci.
-Jak troll mógł się tu dostać?- zagadnął Harry.
-Mnie nie pytaj, trolle to naprawdę głupie stwory. Może Irytek wpuścił go dla draki.- mruknął Ron.
-Ale troll? W zamku? Skądś musiał się wziąć…- zastanawiała się Rosemary.
Harry nagle złapał ich za rękawy i raptownie się zatrzymał.
-Pomyślałem sobie o… Hermionie.- mruknął ostrożnie.
-Że co?
-Ona nic nie wie o trollu.
Ron i Rosemary wymienili znaczące spojrzenia. Tak, tylko tego brakowało, żeby teraz jej szukać…
-No dobra…- burknął Ron- Ale lepiej, niech Percy nas nie zauważy.
Szybko czmychnęli w grupkę Puchonów i oddalili się, by pobiec długim korytarzem. Rosemary czuła pulsowanie adrenaliny w uszach. To było bardzo emocjonujące, nawet jeśli straszne.
-Percy!- syknął Ron i pociągnął do siebie Rosemary i Harry’ego i skryli się za kamiennym gryfem.
-Co on robi?- zdziwił się Harry, bo to był Snape, śpieszący gdzieś- Dlaczego nie jest w lochach razem z innymi nauczycielami?
-Żebym to ja wiedział.- wzruszył ramionami Ron, po czym ruszyli za nim cicho.
-Słuchajcie, on idzie na trzecie piętro.- szepnął Harry z zaskoczeniem.
Rosemary zmarszczyła brwi, ale Ron uciszył dalsze dysputy ruchem ręki, szepcząc:
-Czujecie coś?
-Ale smród…- zakrztusiła się Rosemary- Jak odór zgniłych jajek… Co to?
Ale głuche warczenie, które zaraz się rozległo, podpowiedziało jej, co to. Potężne, wstrząsające szybkami w oknach kroki rozlegały się coraz bliżej i głośniej. Ron bez słowa wskazał na coś, co szło w ich stronę na końcu korytarza.
Młoda panna Black schwyciła, oszołomiona, swoich towarzyszy za szaty i przylgnęli do ściany w cieniu, nie ważąc się pisnąć ni słowa. Troll był olbrzymi, skórzasty, wyposażony w maczugę i śmierdział tak, że łzy szkliły oczy. Ona, Harry i Ron dosłownie zamarli, gapiąc się na stwora.
Na szczęście ich nie zauważył, za to zajrzał do pomieszczenia niedaleko. Po chwili zastanowienia tępym móżdżkiem wlazł do środka. Rosemary wypuściła nerwowo troszkę powietrza z płuc.
-Klucz jest w zamku.- usłyszała obok przytępiony głos Harry’ego- Możemy go zamknąć.
-Dobry pomysł.- odpowiedział Ron zdenerwowanym tonem.
Rosemary poczuła niepokój, że troll nagle okaże jakieś wyjątkowe ożywienie i wypadnie na nich z toalety, rycząc wściekle i młócąc powietrze maczugą, gdy przysunęli się do drzwi. Tak blisko…
-Dobra!- syknął Harry po szybkiej akcji, gdy przekręcił błyskawicznie drzwi.
Rosemary poczuła podniecenie. Ale sprytnie!… Ciekawe, może skapnie im za to parę punktów.
-Chodźcie, musimy donieść nauczycielom, że zamknęliśmy bestię!- zakomenderowała, dumna.
Ruszyli, zadowoleni z siebie, w celu znalezienia grupy nauczycieli, ale…
Wysoki, przerażony pisk dochodził z zamkniętego pokoju. To nie mógł być, oczywiście, troll…
-Och, nie…- jęknął Ron. Rosemary poczuła strużki potu na plecach.
-To była łazienka dziewczyn!- przeraził się Harry.
-Hermiona!- wydusili z siebie jednocześnie i popatrzyli niechętnie na zamkniętego trolla. Bez zastanowienia dopadli do drzwi, Harry je otworzył i z impetem wlecieli do środka.
-Trzeba go skołować!- powiedział Harry, ale Rosemary wpatrywała się jak urzeczona w Hermionę, która przywarła do ściany naprzeciw drzwi. Bardzo jej się zrobiło nagle przykro. Chwyciła z zapałem jeden z kranów i poszła za przykładem chłopców, ciskając przedmiot w ścianę. Troll usłyszał hałas.
-Hej, ciastomózgi!- wrzasnął Ron. Rosemary nawet parsknęła, bo, pomimo strachu, czuła ekscytację.
Harry wykorzystał nieuwagę trolla, gdy ten zwrócił się ku Ronowi, po czym podbiegł do Hermiony i próbował ją pociągnąć za sobą do wyjścia. Rosemary cisnęła jeden z kranów prosto w łeb stwora, czując jakąś mściwą satysfakcję. Troll ryknął, rozwścieczony i ruszył w jej stronę po drugim kranie.
Harry nagle podbiegł do niego i wskoczył mu na plecy. Rosemary i Ron zamarli.
-Ueee…- powiedziała rudowłosa, bo namierzyła długą różdżkę Harry’ego, sterczącą bezczelnie w jednej z dziurek u nosa, co zresztą spowodowało, że troll wył z bólu. Hermiona osunęła się po ścianie w dół, Rosemary odskoczyła gwałtownie, gdy maczuga świsnęła niebezpiecznie przy jej biodrze, Harry ledwo się trzymał… I wtedy Ron wyciągnął różdżkę i wrzasnął bezmyślnie:
-Wingardium Leviosa!
Maczuga wyrwała się trollowi z ręki, balansując chwilkę w powietrzu nad nim, po czym opadła, zdzieliwszy go potężnie, aż usłyszeli chrupnięcie. Troll runął jak długi, aż zatrzęsły się lustra.
Zamarli, tylko Harry wstał, dysząc ciężko. Rosemary wlepiała wzrok w trolla.
-Czy on… umarł?- spytała Hermiona nieśmiało.
-Chyba nie. Chyba tylko został znokautowany.- rzekł Harry.
Rosemary dyszała ciężko. Przez grubą jak wełna warstwę strachu dobiła się do niej nielogiczna, irracjonalna myśl: „Podoba mi się tu… Nigdy nie przeżywałam takich rzeczy…”. Obserwowała z obawą trolla, gdy Harry wyciągnął oblepioną glutem różdżkę, ale stwór się nie obudził. Pokonali go, mając ledwo jedenaście lat.
Nicholas zebrał z półki książkę o tytule „Czary dla świrów z pasją” i wyszedł z biblioteki, rzucając nieprzytomne spojrzenie pani Pince, śledzącej jego ruchy podejrzliwe.
Korytarze Hogwartu opustoszały przyjemnie w tę jedną noc, kiedy wszyscy świętowali Noc Duchów. Nie chciało mu się iść na ucztę, chociaż miał zamiar podwędzić pod koniec troszkę słodyczy, by zachomikować je pod obluzowaną deską pod łóżkiem tak, żeby Paul nie zeżarł mu zapasów. Teraz liczyła się dla niego jedynie książka, którą trzymał. Może w niej będzie coś o zaczarowaniu pojazdów.
BACH!
Poczuł ostre uderzenie w czoło i metaliczny ścisk w podniebieniu, bo ktoś na niego wpadł.
-Przepraszam!- usłyszał zniecierpliwiony, dziewczęcy głos- Śpieszy mi się!
Uniósł głowę, masując skroń energicznie. Zobaczył dziewczynę swojego wzrostu, patrzącą nań dziwnie. Kojarzył, że pałętała się czasem po Pokoju Wspólnym. Była z pewnością od niego starsza, miała prostokątne okulary, szczupłą buzię, trójkątne kolczyki w uszach, bardzo drobną budowę i czekoladowe włosy ścięte na chłopca.
-Torujesz drogę.- oznajmiła zdecydowanym, zdenerwowanym, lekko pogardliwym głosem.
-Nie, ty się po prostu zatrzymałaś i niewygodnie ci mnie ominąć.- rzekł, jak zwykle wytrzeszczając zdumione, szare oczy. Było to dla niego logiczne.
Nieznajoma ściągnęła wąskie wargi niecierpliwie i wsparła dłonie na biodrach, przekrzywiając głowę.
-Idź, przecież ci nie bronię…- mruknął Nicholas, spuszczając wzrok na trzymaną książkę.
-BLACK!
-O nie…- burknął i obrócił głowę w stronę, skąd dobiegł go okrutny głos, doskonale znany.
Snape stał na korytarzu, przyglądając mu się badawczo. Miał zakrwawioną nogawkę.
-Co ty tu robisz?- wysyczał Snape. Był wściekły.
-Stoję.- odparł niewinnie Nicholas.
-Stoisz. Hmm. Inteligentna czynność, Black.- zadrwił Snape. Robił się bledszy.
-Przypuszczalnie tak. Przecież pan również stoi.
Usłyszał parsknięcie dziewczyny. Cała irytacja jej przeszła i wyglądało na to, że obserwuje go z rozbawieniem i podziwem. Za to Snape na pewno nie bawił się dobrze.
-Nawet nie będę cię ostrzegał, Black, czym grozi taka żałosna arogancja. I tylko tak mało inteligentne osoby, jak panna Lehr mogą się z tego cieszyć. Może nie dotarło do twej arystokratycznej, ważnej osobistości, iż po szkole grasował właśnie troll i wszyscy uczniowie, zarówno ci zwykli śmiertelnicy jak i wybitne jednostki twego pokroju, poproszeni zostali z pewną nieśmiałością o udanie się do…
-Troll w szkole?- wychrypiał Nicholas. Snape zacisnął mocno wargi, bo mu przerwał.
-Tak. Quirrell przyleciał na uczcie i nam to ogłosił.- mruknęła dziewczyna o nazwisku Lehr.
-To co my tu jeszcze robimy?- zdziwił się Nicholas, wytrzeszczając na nią oczy.
-Brawo, Black.- wycedził z rozbawieniem Snape- Błysnąłeś inteligencją i ogarnięciem, jakiego się po tobie nie spodziewałem. Szkoda, że za późno. Już poradziliśmy sobie z trollem…
-O!- ucieszył się na to Nicholas, po czym wskazał ranę Snape‘a- A to oznacza, że troll pokonany? Super! To musiała być ciężka walka!
Uśmiechnął się do Snape’a niby beztrosko i pokiwał głową na potwierdzenie słów. W duchu cieszył się jak niewiadomo co, że to akurat Snape oberwał takie paskudztwo od poczciwego trolla.
Snape zacisnął wargi i zbielał. Nicholas zastanawiał się, co takiego obraźliwego powiedział.
-Wiesz co, Black?- wycedził- Żal mi ciebie i twojego ujemnego wręcz ilorazu inteligencji. Owszem, ku twej radości ogłoszę, iż troll został pokonany… co nie tłumaczy, czemu załamałeś zakaz i wyszedłeś z domu podczas gdy inni nadstawiali za ciebie karku. Czy wiesz, idioto, co mogło się stać?
Nie, żeby mnie to martwiło, ale pan Filch miałby wiele sprzątania, gdybyś się rozmazał na posadzce.
-Grunt, że się nie stało.- wzruszył ramionami Nicholas, ucinając dramatyczny monolog Snape’a- Pan Filch najwyraźniej nie będzie musiał dziś szorować posadzki.
-Chyba tylko ze względu na twoją matkę jeszcze nie dopuściłem do tego, by cię wylali.- warknął Snape po dłuższym przyglądaniu mu się- A teraz marsz do dormitorium, oboje!
-Ale ja poszłam ostrzec kolegę przed…- zaczęła dziewczyna.
-MARSZ DO DORMITORIUM! TROLL JUŻ SOBIE POSZEDŁ!!!
Tak więc Nicholas i nieznajoma, westchnąwszy, ruszyli ramię w ramię do dormitorium. Panowała dziwna cisza, gdy oboje przemierzali ciemny korytarz i w duchu urągali Snape’owi.
-Swoją drogą to musisz mieć niezły tupet, żeby tak mu odpowiadać.- rzekła nagle z ukrywanym podziwem dziewczyna- Albo dużą, nieświadomą głupotę.
-Nie, ja po prostu mówię to, co myślę.- mruknął Nicholas- Zawsze tak robię. Nie lubię obłudy.
-To trochę nieokrzesane. Ale całkiem zabawne. Jeszcze nie widziałam Snape’a, który by się zmieszał i widocznie czuł oburzony zachowaniem ucznia.
Zerknęła na Nicholasa z zaintrygowaniem z ukosa. W brązowych oczach czaiło się rozbawienie.
-Tak w ogóle to jestem Tamara Lehr.- wyciągnęła swobodnie rękę.
-Nicholas Black.- uścisnął ją, trochę zdziwiony.
-Wiem. Znany jesteś wśród Krukonów, głównie ze względu na odmienność.
-Wiem. Zdążyłem zauważyć.- mruknął do trzymanej książki.
-Ale jesteś inny, niż myślałam.- skonkludowała bez krępacji- No to na razie, muszę teraz skoczyć do biblioteki i jednak pójść do kolegi, jak obiecałam. Jakiś kulawy Snape mnie nie zatrzyma.
I uśmiechnęła się wąskimi wargami zawadiacko, po czym potruchtała z powrotem. Nicholas obserwował jej chudą osobę i krótkie, czekoladowe włosy. Coś takiego!… Kolejny niespodziewany akt sympatii, tym razem starszej koleżanki. Hmm, czyżby branie tego wszystkiego na dystans było lepsze i skuteczniejsze, niż przejmowanie każdym dupkiem, na czele z Belbym?
Wzruszył ramionami i wrócił do dormitorium, zaczytując się w książce i ciesząc w duchu, że Snape nie dał mu za coś szlabanu. Chyba druga klasa jednak będzie lepsza…
-Młody, co ty wyczyniasz?!
Rosemary nareszcie go wyczaiła, wyglądając zza węgła. Szedł sam, bez tej hołoty, dzięki Bogu.
-Co ty wyrabiasz?- zdziwił się Cosmo, gdy chwyciła go z przodu za szatę i potrząsnęła nim.
-Czemu się zadajesz z tym gnojkiem Malfoyem i jego świtą?- oburzyła się Rosemary.
-Bo jestem z nimi w Slytherinie?- odparł pytaniem Cosmo.
Rosemary ręce opadły i patrzyła na brata z ubolewaniem. On miał nieco zbuntowany wzrok.
-Dawno nie rozmawialiśmy…- zaczęła trochę kulawo- Wciąż nie mogę pojąć, jak się tam znalazłeś… Wytrzymujesz jakoś? Jak ci tam jest? Nikt się nie rzuca?
-W porządku.- wzruszył ramionami Cosmo- Już przywykłem przez dwa miesiące… Ale wciąż mi troszkę żal… Rosemary, ja miałem iść do Gryffindoru! Nie wiem, dlaczego… To musi być pomyłka!
Rosemary obserwowała go nieco zbolałym wzrokiem. Bardzo jej było żal, że Cosmo nie jest z nią w domu, w końcu był jej najbliższy na świecie, cokolwiek by kto nie mówił. Rozumieli się prawie bez słów. Ale zostali rozdzieleni i to w dodatku tak skrajnie!
-Ale musisz zadawać się z Malfoyem i resztą?- spytała- Przecież oni są okropni… My nienawidzimy Malfoya, cała nasza czwórka.
-Możliwe. Ja Dracona lubię. Wiedziałaś, że to nasz kuzyn? Doprawdy, czasem mnie szlag trafia, ale przecież już się z nim zakumplowałem i nie mam ochoty tego zmieniać.
Rosemary patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie widział, co to za towarzycho? Z kim się zadaje? Czy nie przyjdzie moment, że będzie musiał wybrać? To niebezpieczne, takie balansowanie…
-Cosmo, nie chcę cię traktować jak wroga. Jesteś mi najbliższy. Ale mijają dopiero dwa miesiące, a już stoimy po dwóch różnych stronach obozu.- ostrzegła- Mamy ledwo jedenaście lat i nie umiemy nic. Ale co będzie robił Malfoy, kiedy dotrze do czarnej magii, nie pomyślałeś o tym? A jak mnie zaatakuje? Już teraz Harry i Hermiona, którzy ciebie nie znają, a nawet Ron, patrzą na ciebie jako na jednego z nich. Nie podoba mi się to… Zobaczysz…
-Co zobaczę? Przecież nie mam wyjścia! W przeciwieństwie do niektórych ja trafiłem do domu gnojków i z tymi gnojkami będę siedział przez siedem najbliższych lat!- zirytował się jej brat- Nie mam wyjścia, muszę się jakoś dostosować! Przecież nikogo nie zaatakuję, znasz mnie. Ale z drugiej strony bez przesady, Draco ma po prostu takie poglądy i to okazuje, nie robi nic złego…
Rosemary westchnęła. Doprawdy, chłopcy rzeczywiście nie dojrzewali zbyt szybko. Miała wrażenie, że rozmawia z kimś ślepym i głuchym, ale nie mogła nic zrobić. Jej plan przeciągnięcia Cosmo na ich stronę spalił na panewce. Pozostawało go tylko ostrzec, co też puścił mimo uszu.
-No nic…- westchnęła- Ale pamiętaj, że cię ostrzegałam. Przekraczasz granicę dużym palcem.
-Będzie dobrze. Nie martw się, siostra. Mam swój rozum.
Pomachała bratu, nie do końca zadowolona i ruszyła do salonu Gryfonów.
Cosmo odwrócił się od sylwetki starszej parę chwil siostry, która znikła za rogiem. Gdyby przypadkowy przechodzień nie wiedział, że są bliźniakami, mógłby się zdziwić, że Ślizgon rozmawia z Gryfonką. Ale rudowłosa, zielonooka Rosemary była jego siostrą i Cosmo bardzo to odpowiadało. Poczuł, że poukładał wszystko tak, jak należy.
Zaczęło być zimno, w końcu nadszedł już listopad. Ponury gwizd powietrza na zewnątrz zmusiły Cosmo do ruszenia w stronę lochów. Tak go to jakoś pocieszyło: w lochach zawsze było ciemno, niezależnie od tego, jak było poza nimi. Mętne oświetlenie dawało przytulny efekt, tak, jak obite skórą sofy w Pokoju Wspólnym i ciepły kominek… Może i dobrze, że nie ma tam okien i nie widać ołowianoszarych chmur i ponurej aury jesieni.
Cosmo schodził ze schodków i dużo rozmyślał nad tym, jak bardzo polubił lochy, gdy wtem…
-Nicholas!- szepnął z napięciem, rozszerzając buzię.
Na środku korytarza leżał bezwładnie ktoś, kto bez wątpienia był jego bratem. W końcu nikt inny nie miał takich uszu. Cosmo podbiegł do niego w napięciu. Nicholas, blady i nieprzytomny, musiał upaść na dywanie podczas poruszania się po lochach. Jego szata malowniczo rozrzuciła się naokoło niego, z torby, wciąż na ramieniu, wystawały grzbiety bezwładnych ksiąg…
Cosmo rzucił się pędem, jakiego prawie nigdy nie podjął. Biegł i biegł przed siebie, by zdążyć do…
BACH! Wpadł na kogoś wysokiego i czarnego, jak noc.
-Panie profesorze!- wydyszał- Właśnie do pana biegłem… Potrzebuję pana pomocy!
-Co się stało, Black?- spytał dość opiekuńczym tonem Snape.
-Proszę ze mną… Nicholas… leży na środku korytarza… Nie wiem, co mu jest…
-Prowadź!- syknął bez zbędnych ceregieli jego ojciec chrzestny.
Cosmo szybko potruchtał z powrotem. Przy Nicholasie zebrał się już mały tłumek, w większości złożony ze Ślizgonów, co rozsierdziło irracjonalnie Cosmo.
-Rozejść się!- warknął Snape i kucnął przy nieprzytomnym Nicholasie. Zaczął go doglądać i stukał różdżką w jego skroń, mrucząc jakieś zaklęcia. Cosmo biło serce, jak oszalałe. Co się znowu dzieje…
-Black, leć do dyrektora.- zarządził Snape- O tej godzinie pewnie je kolację w Wielkiej Sali. Jeżeli go nie znajdziesz, poszukaj profesor McGonagall lub opiekuna Ravenclawu, profesora Flitwicka.
Cosmo puścił się biegiem korytarzem, czując przerażenie. Jeżeli Snape prosił go o coś takiego, to sprawa z pewnością była poważna… Na pewno sam potrafiłby sobie poradzić z omdleniem…
Dopadł do stołu nauczycielskiego, ignorując gapiów, którzy obserwowali jego sprint, jedząc kolację. Zatrzymał się, dysząc, przed profesorem, który właśnie opowiadał dowcip McGonagall.
-Panie profesorze…- wydyszał Cosmo- Mój brat… w lochach… profesor Snape pana wzywa…
Dumbledore spoważniał i wstał…
[ 1 komentarz ]
91. Nieodwracalny wyrok cd
Dodała Mary Ann Lupin Piątek, 21 Października, 2011, 23:03
Wstałam z krzesła. Byłam już wyczerpana oglądaniem w stresie i rozpaczy po raz milion pięćset sto dziewięćset któryś białych korytarzy szpitala Świętego Munga.
Z salki wyszedł do mnie uzdrowiciel, Marius Ford, zajmujący się wielokrotnie Nicholasem, bo jego przypadek był szczególny. Marius miał nietęgą minę.
-Co się dzieje?- spytałam z niepokojem- Co jest mojemu synowi? Czy to ma związek z jego przekleństwem? Proszę powiedzieć, że tylko zasłabł…
Uzdrowiciel pokręcił głową. Jego twarz mówiła mi, że nie jest dobrze…
-Tak, to klątwa pani synka.- rzekł po chwili głosem, jakby ktoś umarł- Jego dziwny atak we wczesnym dzieciństwie, uszy wilka i zamiana w to zwierzę w nocy, wypadek sprzed kilku lat. I to zasłabnięcie… Już wystawiłem diagnozę.
Milczał, a ja bałam się go ciągnąć za język. Coś w jego oczach mówiło: „Nie chcesz tego wiedzieć…”. Przełknęłam ślinę.
-Rozszyfrowałem znaczenie słów, które mi pani przypomniała, pani Black. Nareszcie wszystko rozumiemy, ale nie wiem, czy to dobrze… Lupus, pierwsze słowo, widoczne już było po narodzinach. Odnosi się też do późniejszych deformacji-uszu i wilka w nocy-i kolejnego słowa-Deformitas. Deformitas natomiast odnosi się również do kulejących nóg syna, a to z kolei ma związek z Dolor-bólem. Fizycznym i psychicznym. Dolor, czyli ból związany z wypadkiem zapoczątkował przedostatnie słowo w ciągu tej klątwy-Molestia. Oznacza ono cierpienie. Syn zdeterminowany jest przez cierpienie, psychiczne i fizyczne.
-A ostatnie sformułowanie?- zapytałam, przerażona tym, co może kończyć ten pochód.
Uzdrowiciel nie odparł od razu, mierząc mnie dziwnym spojrzeniem.
-Syn w dwunaste urodziny zaczął przechodzić przemiany, prawda?- rzekł ostrożnie- Stał się półczłowiekiem, więc przypuszczam, że ostatnie słowo uruchomi się w jego dwudzieste czwarte urodziny, czyli za drugie tyle…
-Ale Mors Violenta…- zapytałam z nienazwanym lękiem- Co oznacza?…
-Śmierć w mękach.- rzekł pan Ford bez ogródek i spuścił wzrok.
Nicholas obserwował nieruchomo jakąś plamkę na suficie. Była czarna, jakby wypalona. Musiała już tam tkwić dość długo. Widziała niejedną tragedię i radość, przypuszczalnie.
Wypuścił głośno powietrze przez nos, jeżdżąc ręką po czole pod grzywką prostych, brązowych włosów, spadających beztrosko na spoconą skórę. Oddychało mu się dość ciężko, jakby ktoś siedział na jego zapadłej klatce piersiowej. Czuł włókienka białej, płóciennej koszuli i bezwyrazowej kołdry.
Dwunastolatek bez zainteresowania wodził wzrokiem po stropie salki. Był zupełnie sam, panowała dziwna, samotnicza cisza. Spuścił smutny, melancholijny wzrok na pręt szpitalnego łóżka.
Drzwi delikatnie się uchyliły. Nicholas z napięciem obserwował białą, delikatną dłoń, jadącą z roztrzęsieniem po powierzchni drzwi. Do salki zajrzała mama. Miała bardzo… specyficzny wyraz twarzy. Pobladła jakby pod licznymi piegami, kilka czarno-rudych loczków sterczało dziwnie na głowie, jakby nerwowo czesała palcami głowę. Uśmiechnęła się nieśmiało, ale soczyście zielone oczy pozostały szeroko rozwarte i zaszklone, jakby w przerażeniu i szoku. Nicholas nie odwzajemnił sztucznego uśmiechu. Nie chciał robić mamie złudzeń. Nie lubił złudzeń i oszukiwania.
-Nicholas, kochanie…- wyrzuciła z siebie, mrugając- Jak się czujesz, maleństwo?
Nicholas wciąż obserwował mamę uważnie, jak zwykle szeroko rozszerzonymi, czujnymi oczami.
-Nie wiem.- wzruszył ramionami- Czuję się… nie umiem powiedzieć…
Mama podeszła i usiadła na jego łóżku. Nicholas nie wiedział, jak się zachować. Wcale nie chciał płakać, wyć. Dlatego, że nie chciał jeszcze dobijać mamy. On musiał być dzielny, by jej było lżej. Zresztą, nie czuł potrzeby rozpaczania. Chyba po prostu do niego jeszcze nic nie dotarło.
-Co powiedział?- spytał ostrożnie. Teraz tylko musi mamie powiedzieć, że wie. Będzie ciężko.
Mama skupiła wzrok na czymś w przestrzeni. Miała problemy z wypowiedzeniem czegokolwiek. Oczy niebezpiecznie się szkliły, blade ręce drżały.
-On mówił, że… Nie ma zagrożenia, to znaczy wrócisz do szkoły…- wymamrotała nieprzytomnie.
-Mamo. Ja wiem. Słyszałem waszą rozmowę.- rzekł Nicholas dziwnie suchym głosem.
Otworzyła jeszcze szerzej oczy, nie do końca jakby sprawiając wrażenie osoby kojarzącej rzeczywistość. Szklenie oczu się nasiliło.
-Wiesz, że…- zaczęła ochryple.
-Tak. Przepraszam. Wyjrzałem, czy nie idziesz.- wytłumaczył się kulawo- Słyszałem.
Zaległa czarna cisza. Nie patrzył na mamę, ona nie patrzyła na niego. Nicholas to zrozumiał, nareszcie. Pozostało mu tylko dwanaście lat życia. Co czuł? Nie wiedział. Jakaś jego część rozpaczała nad utratą najwyższej wartości. Może czekało go coś niewiarygodnego, później? Życie było takie piękne, można było patrzeć na bezcenne niebo nocą, kropelki rosy na listku koniczyny, czuć jesienny wiatr, porywający smętnie liście… To okrutne, że ktoś zadecydował za niego… Ale z drugiej strony… Może i lepiej? Wie, że nie musi się męczyć. Co by mogło mu się przytrafić pozytywnego? Z jego uszami i problemami chyba nic. W żadnej sensownej pracy by go nie chcieli, żadna ładna i szanująca się dziewczyna nie chodziłaby z takim chłopakiem. Cho też nie…
Nicholas poczuł gorzką satysfakcję i jednocześnie rzewny żal, który niebezpiecznie szczypał w oczy.
-Mamo, nie smuć się.- poprosił- Dla mnie to nie jest tragedia. Ważne, że teraz tu z tobą jestem.
Chwycił ją za drżącą, delikatną rękę. Mama zaczęła się trząść konwulsyjnie, po czym osunęła się na jego białe, bezosobowe prześcieradło, łkając spazmatycznie.
-Dwanaście lat to tak dużo!- próbował ją przekonać Nicholas- Jeszcze długo! Nie płacz, proszę!
Nie posłuchała. Tonęła w okropnym żalu. Nicholas też poczuł łzy, ale z jej powodu. Po prostu nienawidził, gdy mama tak potwornie cierpiała. Ta kobieta, która tak dużo zniosła i mimo to wciąż żyła… Teraz nie mógł patrzeć na jej skrajną rozpacz. Poczuł się winny i zakłopotany.
-Przepraszam!- krzyknął, próbując przekrzyczeć jej szloch- Nie chciałem, żebyś tak przeze mnie płakała… Nie powinienem się w ogóle urodzić…- bąknął na koniec. Zawsze tak myślał.
-Co ty mówisz, dziecko!?- mama podniosła na niego zapłakane spojrzenie. Miała szaleństwo w oczach- Co ty mówisz!? Jesteś całym moim światem! I stracę cały świat za dwanaście marnych lat! To jak mrugnięcie okiem, nie rozumiesz, dziecko!?
Nicholas nic nie powiedział, obserwując bezradnie kurczącą się przed nim, ukochaną kobietę.
Cosmo oderwał wzrok od dłoni. Siedział, skulony, w gabinecie jego opiekuna domu. Był zupełnie sam, ale kazali mu siedzieć tu, jeżeli chce się dowiedzieć, co z bratem, znalezionym przed ponad godziną na korytarzu. Kulił się na zwykłym, drewnianym stołeczku, wpatrzony w dziwne słoje na półce. Było mu niedobrze i bez obserwowania ich. Był przerażony perspektywą straty brata.
-Black.- Snape wysunął się jak cień przez drzwi. Cosmo popatrzył na niego wielkimi, orzechowymi oczyma, Snape utkwił w nim czarny, bezwyrazowy wzrok. Panowała cisza, bardzo długa.
-Nie widzę sensu, żebyś tu siedział.- szepnął spokojnie Snape po jej upływie- Idź do dormitorium.
-Chciałbym wiedzieć, co z moim bratem…- szepnął Cosmo.
-Na razie do szkoły nie przyszła żadna zdatna informacja.- rzekł powoli Snape, podchodząc do biurka i przerzucając jakieś papiery- Obawiam się, że możesz tu jeszcze siedzieć długo, Black.
Cosmo nie poruszył się, wciąż kuląc na krześle i obserwując Snape’a badawczo. Ten zatrzymał szperanie w papierach i popatrzył na niego uważnie.
-Black…- rzekł jakby wolniej- Powiedz mi, chłopcze, co ja mam z tobą zrobić?
-W sensie…?- Cosmo uniósł brwi. Nie wiedział, czy Snape mówi o „teraz”, czy o „w ogóle”.
-Nigdy bym nie przypuszczał, że…- Snape przemieścił się szybko i zwinnie, po czym stanął blisko stołeczka z Cosmo, obserwując go nieruchomo z góry- Że syn… takiego człowieka… będzie pod moją egidą… Zapewne wiesz, że jestem również twoim ojcem chrzestnym?
-Tak.- rzekł trochę hardo Cosmo i wstał- Wiem, że pan profesor nie lubił taty i że jestem do niego podobny… No…- trochę się speszył, bojąc się, że zostanie złajany.
Snape przyglądał mu się zagadkowo bardzo, bardzo długo. Cosmo nie spuszczał swych orzechowych oczu z jego czarnych, zastanawiając się, nad czym profesor główkuje.
-Sam fakt, że trafiłeś do mojego domu… No, Black…- szepnął jego ojciec chrzestny- To pokazuje, że może jesteś nieco inny… Tak czy inaczej.- dodał głośniej i jakby trochę obcesowo, podchodząc do biurka- Zapewne zauważyłeś, że nie mam w zwyczaju… prześladować moich wychowanków, a tym bardziej jedynego syna chrzestnego… Gdybyś miał problem i potrzebował mojej pomocy…
Snape opadł na stołek i zaczął coś zapisywać czarnym, kruczym piórem. To dość chłodne i oficjalne zachęcenie na koniec utwierdziło Cosmo w przekonaniu, że oto zyskał sobie z największego postrachu szkoły potężnego sojusznika. Ta myśl go trochę rozluźniła i usiadł na stołku, oczekując.
-Black.- rzucił Snape po chwili znad pergaminu, nie odrywając wzorku od pracy- Nie wyganiam cię, ale będziesz tu jeszcze siedział bardzo długo. Lepiej zrobisz, jak pójdziesz i zjesz coś po tym wszystkim, a potem pójdziesz do łóżka. Zauważyłeś, że nie jest tu za ciepło.
Cosmo niechętnie wstał i powlókł się tam, gdzie mu kazał ojciec chrzestny. Ich świeżo utkana więź nie mogła być narażona zerwaniem przez jego nieposłuszeństwo i nieufność.
Całe to epizodyczne zdarzenie okazało się kluczowe w dalszym życiu. Nagły zwrot akcji, chyba ostatni tak ostry w jego krótkim, marnym życiu.
Wrócił, rzecz jasna, do szkoły. Nie chciał żyć inaczej, nawet z przeświadczeniem, że pozostało mu tylko dwanaście lat życia. Tyle samo, ile przeżył do tej pory.
Ale mimo to… ogarniała go dziwna melancholia, gdy tak siedział samotnie na dziedzińcu zamku. Zbliżał się grudzień, a to miało związek z brakiem chętnych do spacerów po dziedzińcu. Może i dobrze, że się z nikim nie przyjaźnił. Nikogo nie zrani odejściem w niezrozumiały sposób. Nikogo, poza rodziną. Miał tylko nadzieję, że ktoś się zaopiekuje Chandrą. O ile ona nie odejdzie wcześniej.
-Kogo to widzę? Preferujesz samotne spacery listopadowym popołudniem?
Nicholas niechętnie obrócił wzrok od obserwowanego nieprzytomnie liścia, który właśnie spłynął pod jego stopy. Tamara Lehr, stojąca parę kroków od niego, miała nienaturalnie wesołe oblicze. Ubrana była w zgrabny płaszczyk i aż nieprzyzwoicie wesoła i zaróżowiona od zimna, co nie pasowało do kontekstu i wydało się Nicholasowi jakieś niewłaściwe. Popatrzył troszkę spode łba.
-Chyba ci przeszkodziłam, oj. Dziś masz dziwnie przymglone spojrzenie.- przekrzywiła głowę.
-Ech, to nic…- wzruszył ramionami Nicholas, oplatając ramieniem arkadę- Co tu robisz?
-Poszłam na samotniczy spacer.
-Nie kojarzę za dobrze, ale ty chyba jesteś z tych, co to otaczani są towarzystwem.- uniósł brwi. Miał po prostu wrażenie, że ktoś za wszelką cenę próbuje mu przerwać tę chwilę refleksji.
-Ja też czasem muszę pobyć sama.- przeczesała krótkie, brązowe włosy- W mojej paczce nastąpiło lekkie załamanie, mała kłótnia… Wkurzyłam się i już! Muszę od nich odpocząć.
-To ci nie będę przeszkadzał.- Nicholas bardzo się postarał, by zabrzmiało to neutralnie.
Znów przekrzywiła głowę. Nie patrzył już na nią. Bardzo chciał być sam. Przecież zawsze był.
-Rozumiem, że chcesz pobyć sam… Ale wygląda na to, że coś cię trapi… Jeżeli to jakiś wielki problem, to może powinieneś się wyżalić? Mogłoby ci ulżyć i do tego można coś zaradzić…
-Nie, dziękuję.- uniósł dość zdziwiony wzrok- Przecież cię nie znam.
Patrzyła na niego dość uważnie. Po chwili westchnęła i usiadła na arkadzie nieopodal.
-Wybacz. Ja już taka jestem. Chcę pomóc. Taką mam naturę.- oczy za okularami patrzyły gdzieś daleko. Brzmiało to jakoś kojąco i Nicholas nagle poczuł, że nie chciałby, żeby sobie szła.
-Powiem ci tylko, że coś bardzo zatruwa mi życie. Nic z tym nie da się zrobić. Potrzebowałbym jedynie jakiegoś podniesienia na duchu.
Tamara obserwowała go znad kolorowego szalika. W ogóle cała była jakaś kolorowa, jednak nie o ubraniu mowa. Nicholas uniósł brwi, czekając na reakcję.
-Ile masz lat?- spytała wreszcie rzeczowo.
-Dwanaście, zaledwie.- zachrypiał Nicholas ponuro.
-Dziwne. Jesteś jakby starszy…
Wytrzeszczył stalowoszare oczy w szczerym zdumieniu. Pierwsze słyszał.
-Nie, nie o to mi chodzi.- zaśmiała się- Straszny z ciebie dzieciuch i to widać, ale miałam na myśli zachowanie i inność… Nie widziałam, żebyś biegał i wrzeszczał z kolegami. A przecież jesteś dzieciakiem i w sumie powinieneś mieć jakoś więcej… niedojrzałości.
-Nie biegam, bo nie mam z kim.- burknął- Ludzie mnie nie lubią. Jestem zindywidualizowany.
-Widzisz, może to i dobrze? Indywidualiści różnią się od mas, bo idą swoją ścieżką. Dobrze im ze sobą i są samowystarczalni. To chyba znaczy, że siebie lubią, prawda? To bardzo komfortowe. Zawsze zazdrościłam takim ludziom tego, że mogą być sami. Znaczy, że są ciekawi, bo nie potrzebują innych, ciekawszych ludzi. Sami tacy są. I do tego zawsze mają ciekawe życie.
-Najpierw to życie muszą mieć…- burknął Nicholas.
-Co?
-Nic… Niektórzy żyją przecież krótko, więc nie zawsze mają ciekawe życie.
-Racja.- zastanowiła się i rozpromieniła- Ale nie liczy się ilość, tylko jakość!
Nicholas uniósł na nią wzrok. Tamara popatrzyła na niego znacząco.
-Myślisz, że krótkie, ale świetne życie, jest lepsze niż normalne?- spytał z namysłem.
-Pewnie! Zawsze lubię cieszyć się z drobnostek!- uśmiechnęła się delikatnie wąskimi wargami- To daje mi wiele jednostek szczęścia na wypadek, jakbym miała zaraz umrzeć w tragiczny sposób. Ludzi to chyba przyciąga, bo lubią ze mną przebywać, zauważyłam. Może powinieneś podobnie?
-A ile ty masz lat?- uniósł brwi Nicholas po dłuższym przyglądaniu się koleżance.
-Czternaście, od miesiąca. Ale jestem w trzeciej klasie.- wzruszyła ramionami.
-Bardzo to dojrzałe… I piękne!- zamyślił się Nicholas i rzekł do siebie- Coś w tym jest…
-Dzięki!- uśmiechnęła się zawadiacko- Ech, już zmarzłam, a ty? Właśnie podają obiad, może pobiegniemy i napijemy się czekolady w Wielkiej Sali? Tak na początek, to na pewno jedna z tych drobnych przyjemności, z których się cieszę! Gorąca czekolada po listopadowym spacerze!
Nicholas uśmiechnął się delikatnie i z wielką radością zgodził. Czekolada…
Pobiegł z Tamarą do Wielkiej Sali, po raz pierwszy nie czując wstydu, że kuleje. I po raz pierwszy, chociaż niechętnie przyznał sobie, że nie żałuje, że to nie niezbyt wesoła Cho mu przeszkodziła.
Siedziałam przy kuchennym stole bez życia. Sekundy wlekły się tak, jak zwykle. Tykanie zegara było zawsze takie samo, od tylu dni i miesięcy…
Remusa nie było, o niczym nie wiedział, siedząc w komórce. W domu była tylko Sara, bawiąca się z Zezolkiem gdzieś na górze.
Nie mogłam rozluźnić uścisku w brzuchu. To było potworne, okrutne… Na próżno go nosiłam pod sercem, na próżno urodziłam z takim trudem… Po co przeżyliśmy z Syriuszem tak wiele przerażających, zatrważających chwil, gdy, na przykład, przestał oddychać w wieku dziesięciu miesięcy? Kochałam wszystkie swoje dzieci, ale Nicholas był pierwszy, najbardziej rozpieszczany i pogodny… Kiedyś byłam tylko ja, Nicholas i Syriusz, oraz Wiązowy Dwór, sprawy Zakonu i ciemne chmury nad nami… A teraz dowiedziałam się, że to wszystko było na próżno… Ciekawe, co by powiedział Syriusz, gdyby dowiedział się, jak pilnuję jego dzieci… Już jedno straciło życie, drugie prawie również, a teraz o jednym się dowiedziałam, że zostało mu tylko tyle, ile już przeżył… Nędzne dwanaście lat…
Nie potrafiłam sobie uzmysłowić, jak będę się czuła za dwanaście lat, widząc umierającego na coś Nicholasa i nie mogąc mu pomóc, tylko dlatego, że jakiś czarodziej, któremu nic nie zrobił, rzucił na niego klątwę… Nie wiedziałam, co będę czuła, gdy ten dwudziestoczteroletni chłopak, któremu życie się zaczęło, będzie umierał… Wiedziałam, że będąc wampirem, przeżyję wszystkich moich bliskich, ale nigdy bym nie przypuszczała, że będzie to tak bolesne… Nicholas miał umrzeć w otoczeniu wnuków, grubo potem, nie za parę chwil!
Do kuchni wleciała sowa. Nie poruszyłam się, wlepiając martwy, załzawiony wzrok w ziemię. Dopiero po chwili uniosłam głowę powoli, żeby się przekonać, czy to Chandra, czy Ataraksja. Nie była to ani jedna, ani druga, lecz szkolna, zwykła sowa.
Mary Ann!
Rozważałem Twoją prośbę w związku z nietraktowaniem starszego pana Blacka jak worka nawozu. Będzie to dość trudne dla mnie, niestety, ale o tym możemy porozmawiać, prawda? Nadal chciałbym się z Tobą spotkać, bo nie widzieliśmy się całe wieki. Ostatni raz chyba w Twoim domu, gdy przyszedłem rozmawiać o wydaniu Lily Czarnemu Panu. To przecież było kilkanaście lat temu…
Owszem, rozmawiałem już z moim chrześniakiem. Ty zapewne chciałabyś, bym go otoczył opieką, szczególnie, że jest moim podopiecznym. Przyznaję, że trudno mi było na niego patrzeć, bo podobieństwo do… PEWNYCH GENÓW… jest u tego chłopca bardzo duże. Postawiłaś mi nie lada wyzwanie! Nie ukrywam tego, o czym doskonale wiesz: nienawidziłem Twego męża i nienawidzę wciąż za to, co robił, ale również i za to, że ją zdradził... Patrzenie na Cosmo Blacka jest dla mnie bardzo skomplikowane i wywołuje reminiscencje. Postaram się jednak zaopiekować chłopcem. To sprytne dziecko.
Mam nadzieję, że rzeczywiście wkrótce się spotkamy. Napisz mi, kiedy i gdzie.
Patrzyłam na list chwilkę, marszcząc bezwiednie brwi. O tym, że Cosmo był bardzo podobny do Syriusza, wiedziałam. Ale tak wiele osób, które znały mojego męża dużo wcześniej niż ja, czyli już w dzieciństwie, twardo to powtarzało, a to była dla mnie nadzieja, że zobaczę jeszcze twarz, za którą tak tęskniłam na żywo. W rysach własnego syna…
Chwyciłam mruczące wybrzuszenie pod swetrem. Mruczał i miauczał mój platynowy kotek już dobre dziesięć lat, dokładnie dziesięć. I to każdego dnia. Dziesięć okropnych, pustych lat, zarówno dla mnie jak i Syriusza. Nie wiedziałam, czy żyje. Z początku zdawało mi się, że tak, bo kotek mruczał. Ale… może miał właściwość mruczenia nawet wtedy, gdy właściciel już nie żył? Tego nie wiedziałam, ale dopadła mnie nagle rozbrajająca tęsknota, której nie doświadczyłam od bardzo wielu lat. Przysłoniła ją też śmierć synka, problemy z domem i pracą i wyjazd dzieci do szkoły, ale teraz tęsknota uderzyła z podwójną mocą. I najgorsze było to, że nie miałam ni krztyny nadziei na zobaczenie męża jeszcze kiedykolwiek. Gdyby tu był, z pewnością by mnie przytulił i powiedział, że „będzie dobrze, kotek”. Ale go nie było.
[ 4 komentarze ]
90. Niefortunnie rozdzieleni
Dodała Mary Ann Lupin Wtorek, 11 Października, 2011, 08:00
Sorry, że co dwa tygodnie. Postaram się co tydzień, albo chociaż co osiem dni. A na Wasze pamy też wkrótce się wybiorę, mam nadzieję, że już około soboty i wszystko skomciuję.
Miłej lektury! I mam nadziję, że za jakiś tydzień nowa się pojawi ^^
Nuciłam sobie z ukontentowaniem stary, dobry przebój Presleya, „Don’t be cruel”, strzygąc krzew przy podjeździe i tak nieużywanym przez nas.
Świeciło ładne słońce, bo całkiem niedawno rozpoczęły się wreszcie wakacje. Cieszyłam się, że Nicholas jest już w domu i, co więcej, wygląda nieco lepiej, niż widziałam ostatnio, w maju, gdy odwiedziłam Hogwart z powodu jego ucieczki. Widocznie poprawił mu się humor z powodu tego, że był tu z nami, nie w szkole. Martwiłam się o to, że zawsze będzie wyalienowany, ale Remus pocieszał mnie, iż później, gdy już będzie starszy, mogą go polubić za to, jaki jest. Pewnie znajdzie się ktoś, kto doceni jego odmienność.
Zastanawiało mnie także to, iż we wrześniu z domu zniknie nie tylko Nicholas, ale i bliźniaki. To będzie niezwykle rozrzewniające.
Na Vange było dziś wyjątkowo upalnie. Aż szkoda mi się zrobiło dzieci, bo kisiły się w domu, ale do tej nieco pory denerwował mnie ten stan rzeczy, gdy są poza domem. Niestety, duże wydatki, jakie szykowały się na Pokątnej w tym roku uniemożliwiły mi zaproponowanie wyjazdu, chyba pierwszego, odkąd mieszkaliśmy w Basildon. Ciągle obiecywałam sobie, że gdzieś zabierzemy z Remusem rodzinę, ale co roku plan spalał na panewce, a pojechać też raczej nie miały gdzie. Nicholas, sądząc z jego opowieści, nie miał nawet jednej osoby, z którą mógłby korespondować, odwiedzać ją czy umawiać się na Pokątnej. Zrobiło mi się go żal, gdy przypomniałam sobie Seva i Lily, a także Huncwotów.
-Niech pani uważa!- warknął „ulubiony” sąsiad obok, użerający się z kosiarką na swym nieskazitelnym trawniku- Ścina pani ten żałosny krzak na moją trawę!
Wyprostowałam się, odgarnęłam loczki ze spoconego czoła i wytrzeszczyłam oczy.
-Jeżeli ścinam krzew, to logiczne jest, że opadają resztki.- wyjaśniłam spokojnie i cierpliwie- Logiczne jest również, że opadają pod miejscem gdzie je ścięłam.
-No dobra, tylko bez takich! Pozbiera pani potem te farfocle!
-Słucham?!
-To, co pani słyszała. Już wystarczająco dużo szkody robią pani żałosne dzieci, ganiając się po moim trawniczku.
Wsparłam ręce na biodrach, mając ochotę uciąć mu sekatorem ten czerwony nochal.
-Moje żałosne dzieci nie tykają pana świętego i czystego jak łza trawniczka!- warknęłam- A pańskie farfocle może pan sam pozbierać i wsadzić sobie…
-Mamo! Mamy pomysł!
Z domu wypadły wszystkie moje latorośle. Obróciłam się do sąsiada i szepnęłam zjadliwie:
-… do czerwonej, tłustej gęby. Żegnam! Co chcieliście?
Obróciłam się do dzieci, obserwując je uważnie i ignorując sąsiada, któremu z przejęcia udało się uruchomić kosiarkę, by znów pomęczyć anielski trawnik.
-Chcieliśmy pojechać nad rzekę. Możemy? Jest tak gorąco!- jęknęła Rosemary.
-Nad rzekę?- skrzywiłam się- To może być niebezpieczne.
-Mamo! Błagam! Nick ma dwanaście lat, ja z Cosmo jedenaście, Sara osiem, prawie dziewięć… Przecież jesteśmy duzi, no!
-Nie jesteście duzi.- westchnęłam- Ja mam trzydzieści jeden i co? Dla mnie wasz wiek jest wprost śmieszny! Nawet nie umiecie porządnie czarować, a Nick ma do tego zakaz.
-Ależ my umieramy z gorąca!- jęknęła Sara.
Popatrzyłam na moje sfrustrowane dzieci i stwierdziłam, że mają absolutną rację.
-No dobrze…- przyznałam niechętnie- Ale wracacie równo za trzy godziny! Jak nie wrócicie punkt druga, nie puszczę was nigdy więcej samych!
Podskoczyły radośnie, obcałowując moje policzki.
Sara odkleiła się od policzka mamy i podskoczyła radośnie.
-Czekajcie, przed drogą napijecie się trochę wody, bo potem będzie chciało wam się pić!
Mama zagarnęła cieszące się dzieci do domu, a Sara z podskakującym rodzeństwem wlała się do kuchni. Siedział tam już wujek, ze spokojem czytając jakąś księgę.
-Wujku, mama pozwoliła nam iść nad rzekę!- pochwaliła się z dumą Sara od progu.
Wujek uniósł brwi i popatrzył ze zdziwieniem na mamę.
-No, nareszcie jakieś postępy!- skomentował- Tyle, że tu nie ma rzeki.
Cała czwórka oklapła nagle. Cosmo uderzył się w czoło i zawołał:
-Ale jesteśmy!… Jak można cieszyć się z pójścia w miejsce, które nie istnieje!
-Ale tu gdzieś musi być rzeka!- jęknęła z rozczarowaniem Sara- W Basildon musi!
-Jak, w środku miasta?- spytał wujek, unosząc brwi.
Dzieci popatrzyły po sobie z ubolewaniem.
-A może… Powinniście wyruszyć do Epping Forest?- popatrzył dziwnie na mamę.
-Epping Forest? Tam jest rzeka?- spytał Nicholas.
-Może… coś by się znalazło…- rzekła tajemniczo mama, obserwując równie dziwnie dzieci.
One też wymieniły pytające spojrzenia, ale grzecznie napiły się wody i wyszły na upalne południe.
-Bawcie się dobrze… I miłej przygody!- pożegnała je mama- Nicholas, pilnuj Sary. Macie kanapki!
Cała czwórka gęsiego ruszyła chodnikiem, każdy trzymając swoją paczuszkę z kanapkami.
-Jak myślicie, co mama miała na myśli mówiąc o przeżyciu przygody?- spytała Rosemary.
-Może w Epping Forest jest coś szczególnego? Jakaś tajemnica? Kto to wie?- myślał głośno Nicholas.
Wsiadły do czerwonego, piętrowego autobusu i pojechały w stronę swego celu. Jazda zajęła im parędziesiąt nudnych minut. Gorąco i sfrustrowane westchnięcia pasażerów, kiszących się w tym upale były dla Sary nieco otępiające. Wtuliła się w Nicholasa, gapiąc bezmyślnie w przestrzeń na przesuwające za oknami drzewa i zieleń lata. W końcu się doczekała: starszy brat chwycił jej dłoń.
Wysiedli w jakimś miejscu, którego nie znali. Widać było las w Epping, cel ich podróży. Razem weszli w gąszcz i kluczyli między drzewami. Pachniało żywicą, gdzieś w górze śpiewały ptaki, nad koronami pędziły chmury. Sara rzadko bywała w życiu w lesie, więc nie mogła się napatrzeć. Spomiędzy pni płynęły na ziemię promienie, ale unosiło się też coś innego w tym lesie. Coś, czego Sara nie mogła nazwać, ale troszkę się tego bała.
-Czujecie jakieś ciarki?- spytała, mocniej chwytając dłoń Nicholasa.
Starsze rodzeństwo popatrzyło na nią ze zdziwieniem. Rosemary i Cosmo jednocześnie unieśli tę samą brew i zerknęli na siebie wymownie.
-Nie przesadzasz?- spytała Rosemary- Przygoda nie musi mieć od razu zabarwienia grozy…
-Nie bawię się i nie udaję!- zezłościła się Sara- Naprawdę czuję coś dziwnego!
-Wydaje ci się. Chcesz po prostu wprowadzić jakiś klimat!
-Wcale nie!
-Oj, uspokójcie się!- zgasił je Nicholas- Może Sara ma jakiś… szósty zmysł, jako półwampir?
-Ta, a ja jestem Bertie Bott…- prychnęła Rosemary.
-Patrzcie!- krzyknął nagle Cosmo i wbiegł w jakiś rzadki lasek drzew. Popędzili za nim.
-Ou. A co to?- spytał.
Stali na skraju polanki. Na niej kiedyś musiał stać olbrzymi dom, bo widać było fundamenty i żałosne resztki spalonych doszczętnie ścian. Walały się tu i ówdzie jakieś porośnięte trawą szczątki dziwnych rzeczy. Rodzeństwo rozeszło się po zgliszczach, obserwując ze zdziwieniem tę ruinę. Sara znalazła nawet nogę mebla albo coś takiego. Było z kości słoniowej, rzeźbione misternie w kaskady róż.
-Ciekawe, kto tu mieszkał?- spytała mijającego ją Cosmo. Ten natomiast obserwował uniesiony przez niego element ozdobnego żyrandola, przypuszczalnie: parę związanych, szarych kryształów.
-Chyba jacyś bogacze…- mruknął- Ciekawe, jak to się stało… Nick?!
Sara obróciła się w stronę Nicholasa z zaciekawieniem. Stał w pewnym oddaleniu od reszty, obserwując jakieś kamienne płyty. Było ich kilka… Pod podobną leżał Syriusz…
-Cmentarz!- wyrzucił z siebie w podnieceniu Cosmo i potruchtał tam, gdzie stał Nicholas. Sara też tam pobiegła, podobnie, jak Rosemary.
Płyty miały różny wiek. Te dalsze były już bardzo stare, zarośnięte mchem i zatarte przez czas. Ale było też parę młodszych płyt. Najbliższe cztery były stosunkowo świeże. Dało się odczytać epitafium.
-„Mathilda Lupin, 1920-1979”.- przeczytał na głos Cosmo w głuchej ciszy- „Henry Lupin, 1904-1979 i Rovena Lupin, 1901-1974”. „John Lupin, 1940-1979 i Rea Lupin, 1940-1977”.
-A tamten malutki, piąty? „Mały Johnny Lupin, 1964-1964”.- dodała Rosemary.
Cała czwórka wpatrywała się w zaskoczeniu w groby. Ten mały cmentarzyk na skraju ruin…
-Lupin…- zamyślił się Nicholas- Czy to możliwe, że chodzi o naszych przodków?
-Prawie na pewno! Moje drugie imię to Rovena!- zauważyła Rosemary- Mama mówiła, że po jej babci… A ta pani urodziła się w 1901, czyli mogła być naszą prababcią!
-Zresztą, zachęcili nas do przyjazdu tutaj.- stwierdził Nicholas- To może miała być ta przygoda! Odkrywanie terenów, na których wychowali się mama i wujek! Tylko… czemu tu są zgliszcza?
-Może był pożar? Może ta trójka, Mathilda, Henry i John, zginęli właśnie w nim? Ta sama data śmierci…- zauważył Cosmo- A Henry to chyba nasz pradziadek, pochowany z Roveną…
-John i Rea to musieli być nasi dziadkowie, rodzice mamy i wujka!- podnieciła się Rosemary- Syriusz miał na drugie „John”, nie? Urodzili się w roku czterdziestym, czyli są pokoleniem przed naszymi rodzicami! Tylko… kim jest Mathilda? I ten Johnny?
-Johnny to pewno dzieciak naszych dziadków…- zauważyła z jakimś smutkiem Sara- W końcu mógł być ich dzieckiem i do tego jest cztery lata młodszy od mamy i wujka… Nasz wujek. Brat rodziców.
-A Mathilda? Miała na nazwisko Lupin, jak cała reszta…
-Może była siostrą Henry’ego?- skonkludował Nicholas- Albo jego krewną.
-Siostrą? Młodszą o całe szesnaście lat?- skrzywił się Cosmo.
-No, tak też bywa…
Zaległa cisza, podczas, gdy wszyscy wpatrywali się z jakimś rozgoryczeniem w groby.
-Nigdy nie zastanawiało was, gdzie jest grób taty?- spytała Rosemary głucho.
Nicholas zacisnął mimowolnie szczęki. Sara uniosła brwi, obserwując starszego brata.
-Co jest, Nick?- spytała ze zdziwieniem.
-Ech, nic…- westchnął- To chyba oczywiste…
-Słyszycie?- przerwał Cosmo z napięciem.
Unieśli brwi.
-Rzeka.- szepnął jedynie- Plusk wody.
Cały smętny nastrój prysł. Cosmo i Rosemary prześcigali się w pędzie ku chlupotowi orzeźwiającej wody. Sara biegła co tchu za nimi, nie mogąc nadążyć za starszymi od siebie jedenastolatkami. Nicholas kulał na końcu, ile sił w nogach.
-WODA!!!- usłyszała wrzask starszego brata Sara i w biegu ściągnęła sandałki, wpadając do wody w żółtej sukieneczce, w którą ubrała ją mama.
-Ale musieli mieć fajnie!- wrzeszczała ochlapywana przez Cosmo Rosemary- Wujek i mama, mieszkali prawie zupełnie przy rzece! I to w takim świetnym miejscu do pływania!
Nicholas stał w wodzie po kolana, marszcząc brwi.
-Czemu nie wchodzisz głębiej, Nick?- spytała Sara, podchodząc do ulubionego brata.
-Eee… Zawsze przypomina mi się, że w wodzie mogą odbijać się różne ciekawe rzeczy… Parę lat temu widziałem w lesie plamę jakiejś dziwnej czerwieni, chociaż wcale nie było nic czerwonego w pobliżu, możesz to sobie wyobrazić?- zastrzygł uszami i podniósł młodszą siostrzyczkę na ręce.
Kiedy już się nabawili, Rosemary, w zupełnie mokrych dżinsach i fioletowym t-shircie, spytała:
-Ciekawe, co jest za zakrętem?
Cała czwórka Blacków wymieniła kombinatorskie uśmieszki. Rzeka mogła prowadzić w różne strony. Jednomyślnie, aczkolwiek z nieśmiałością, ruszyli pod prąd rzeki w nieznanym kierunku. Nie była bardzo głęboka, pewnie za czasów młodości wujka i mamy miała zupełnie inne brzegi i poziom. Śpiewały ptaki, grzało słońce, piasek przyjemnie wchodził między palce, a lodowata woda obmywała ich nogi do połowy ud. Nicholas, w jasnych dżinsach i koszulce w niebiesko-białe paski był mokry tylko do pasa, ale Cosmo, w czarnej koszulce i krótkich dżinsach, miał mokre nawet włosy, bo tak entuzjastycznie podszedł do faktu znalezienia rzeki. Szli, czując podniecenie.
-Wiecie, tak naprawdę to nic tu nie musi być ciekawego… Możemy tak iść i iść…
-Nie psuj zabawy, Nick!- skarcił go młodszy brat- Przecież to teren czarodziejski! Kto wie, co tu jest?
-Jaskinia.- odparła Rosemary.
Nie inaczej, woda wypływała z groty. Przystanęli. Ze środka dobiegał do nich zachęcający, zwielokrotniony echem chlupot wody, kapiącej ze ścian. Ział stamtąd przyjemny chłodek.
-Włazimy, co nie?- zakomenderował Cosmo.
Bez zastanowienia wznowili brodzenie po pas w wodzie i wkroczyli do jaskini. Sarze sztywniały już wszystkie kości od lodowatej wody i czuła, że ma sine usta, ale nic nie mówiła, trzymając dłoń Nicka.
Grota ciągnęła się w nieskończoność, zalana w połowie wodą i oświetlona światełkami grającymi na jej powierzchni i błyszczącymi wykwitami na skałach, które pełniły prawie rolę lamp. Jakieś dziwne dźwięki i zwielokrotnione echo kapiących kropel ze stropu wypełniały ciszę.
-Auu!- jęknęła nagle Sara, bo poczuła coś dziwnego. Nawet nie ból, ale zaskoczenie, bowiem coś maleńkiego i potwornie zimnego owinęło jej się wokół małego palca u stopy.
-Ale mnie przestraszyłaś!- obróciła się w jej kierunku Rosemary- Nie krzycz tak!
-Ale nadepnęłam na coś!- zauważyła z oburzeniem Sara- Coś dziwnego tam leży!
Cosmo przypatrzył się dnu groty, w miarę jasnemu i zanurzył się całkowicie. Sara i reszta rodzeństwa obserwowali w napięciu brata, gdy jego czarna głowa przebiła taflę.
-Patrzcie. Dziwne, nie?- rzekł, parskając zimną wodą.
Trzymał mały pierścień. Srebrny i nadgryziony zębem czasu, z ciemnoniebieskim, okrągłym oczkiem. Nie był to pierścień nadzwyczajnie ozdobny, ale z pewnością niezmiernie stary.
-Masz, znalazłaś go.- wyciągnął rękę z pierścieniem do Sary.
-Możesz go wziąć.- mruknęła- Nie podoba mi się ten niebieski.
-No dobra.- Cosmo wzruszył ramionami i założył pierścień. Ozdoba wyglądała chyba na kobiecą, ale nie przejął się tym zbytnio.
Ruszyli dalej. Cosmo zapewne pogrążony był w rozmyślaniach na temat tego, co taka ozdoba tu robi, jak się znalazła w takim miejscu, ile już tu leży i kto ją nosił. Sara patrzyła na brata…
CHLUP!
Cała trójka podskoczyła, bowiem Sara nagle znikła. Po prostu, coś ją wchłonęło jak wodę w wannie.
-SARA?!- krzyknął z przerażeniem Nicholas.
Odparła im cisza. Popatrzyli po sobie w skrajnym, niemym przerażeniu.
-I co teraz? Gdzie ona może być?!- jęknęła Rosemary.
Cosmo nie zastanawiał się nad tym i zanurzył znów w lodowatej wodzie. Przeszukiwał dno w miejscu, gdzie przypuszczalnie zniknęła jego siostra. Nie widział nic szczególnego, poza…
-Tam jest jakiś lejek!- oznajmił, parskając, gdy się wynurzył- Dziura, jak zjeżdżalnia w dół!
-O matko…- przeraził się Nicholas- Przecież ona się udusi…
-I co teraz?- spytał Cosmo- A jak sami zginiemy?
-Nie obchodzi mnie to, tchórzu!- warknęła Rosemary i zanurzyła się, by wejść do leja.
-Tchórzu? Przecież nic nie powiedziałem takiego!- obruszył się Cosmo i ruszył za siostrą.
W lejku jakoś szybciej się płynęło, zapewne przez ciśnienie. Cosmo czuł się tak potwornie, jak rzadko kiedy do tej pory: ściśnięty z dwóch stron przez ciasne ściany, z głową w dół w abstrakcyjnie ciemnej kiszce i do tego się dusił, bo woda wypełniała całkowicie kanalik. Zaczął się z paniką zastanawiać, jak Rosemary, która płynęła pierwsza, da im znak, by się cofnęli, gdy już zacznie jej brakować powietrza.
Na szczęście chwila koszmaru szybko minęła, bo wylali się z pluskiem z tunelu do innego, podobnego do tego na górze.
-Coś takiego!- rzekł ze zdziwieniem Cosmo, obserwując dziwne zjawisko, gdy już się wynurzył.
-To chyba przez ciśnienie. Patrzcie, to podobne miejsce, tyle, że wody więcej.- rzekła mokra i sina Rosemary- SARA! SARA, GDZIE JESTEŚ?!
Odpowiedziało jej milczenie. Sary tu nie było.
-Musimy ją znaleźć.- szepnął Nicholas w ciszy i groźnym milczeniu.
-Rozdzielamy się!- zakomenderował Cosmo.
-Nie, odpada. Nie mogę pozwolić, byśmy narazili się na pogubienie.
-Ale tak jej nigdy nie znajdziemy!
-Znajdziemy ją razem!
-Wydaje ci się, że jak masz dwanaście lat, to już jesteś taki…
-Cicho! Słyszycie?!- przerwała im Rosemary- Jakieś pluski.
Rzeczywiście, od jednej ze stron korytarza niosły się pluski wody i jej szelest. Rosemary ruszyła tam z trudem przez poziom wody, chłopcy poszli za nią.
-AAACH!!!
Całą trójkę porwał nagły prąd i w plątaninie spłynęli z podziemnej kaskady, z chlupotem wpadając do wody poziom niżej. Wynurzyli się wszyscy, rozglądając.
-Jest coraz głębiej.- Nicholas wytrzepał uszy jak rasowy wilk.
-I zimniej!- dodała Rosemary, a Cosmo aż się zdziwił, jak można mieć tak sinofioletowe usta.
-Ciekawe, czy tędy spłynęła…- mruknął najmłodszy męski członek rodu Blacków.
-Z pewnością. Idźmy…
Ale nie dane było im iść dalej w spokoju. Prąd i poziom szły do góry i w rezultacie cała trójka została porwana i popłynęła szybko przed siebie, nie do końca z własnej, nieprzymuszonej woli.
-Co to?! Coś złapało mnie za nogę!- krzyknęła nagle Rosemary.
Cosmo też to wyczuł. Wirowali w wodzie, unosząc się na niej jak korki, ale nie byli sami…
-Co to?!- przeraził się, widząc zarysy istot pod wodą- Nicholas, co to jest?!
-Nie wiem, skończyłem dopiero pierwszą klasę!- odkrzyknął jego starszy brat, walcząc ze stworzeniem. Były małe i przypominały diabełki, miały ostre zęby i chwytały ich za kostki, próbując wciągnąć głębiej w toń. Cała trójka, kopiąc i szarpiąc, walczyła o życie. Cosmo już praktycznie się zanurzył, ale nie na długo.
-AAAA!!!
Całą gromadą plus agresorzy spłynęli ze znacznie większego wodospadu wprost do dużego, podziemnego zbiornika z wodą. Cosmo wynurzył się i rozejrzał przez chwilkę. Przypominało jezioro i było znacznie głębsze od poprzednich tunelów. A na kamiennym wzniesieniu…
-Sara!- zabulgotał, bowiem zwierz wciągnął go w odmęty jeziora. Kopnął z całej siły, czując panikę i skrajne przerażenie, ale wynurzył się.
-Sara, to my!- wrzasnął.
Sara siedziała na kamiennej wysepce, wpatrzona w stwory. Była blada i przerażona. Ani Rosemary, ani Cosmo nie byli w stanie do niej podpłynąć, bo stworzenia bardzo się starały, by ich utopić.
-Gdzie Nicholas?!- zawyła Rosemary w skrajnej panice.
-Chyba został wciągnięty!- jęknął Cosmo- Czemu nie umiemy czarować?!
-Nicholas!!!- pisnęła ze strachem Sara. Była jeszcze bardziej sina, niż poprzednio, ze strachu.
Nicholas wynurzył się na chwilę, rozpaczliwie nabierając powietrza do płuc, ale zaraz znikł pod powierzchnią wody, by podejmować ostatnie wysiłki.
Sara wstała, patrząc z płomienną złością na brata, którego wciągnęły pod wodę stwory.
-Oddajcie mi Nicholasa!
Jaskinia się lekko zatrzęsła, oderwały się wystające kamienie od ścian i ze świstem przeszyły powietrze. Woda w jeziorze poskręcała się w nienaturalne kształty, by odsłonić dno, a stwory, wszystkie co do jednego, uniosły się nad jej zmodyfikowany poziom. Z impetem i potężnym przyspieszeniem uderzyły w sufit i ściany parę razy, po czym zostały odrzucone przez dziwaczną siłę gdzieś na jakąś skalną wysepkę, gdzie legły w bezruchu. Sara wciąż stała, patrząc na nie z nienawiścią. Cosmo uchylił usta ze zdziwieniem, obserwując młodszą siostrę, ale zaraz zanurkował po Nicholasa. Chwycił go pod wodą za rękę i z wielkim trudem wyholował na powierzchnię.
Sara, nie wiedzieć czemu, uniosła się parę centymetrów nad wodą i złapała Rosemary i Cosmo za ręce. Młodszy Black wciąż trzymał nieprzytomnego brata ramieniem pod pachami, a wilcze ucho Nicholasa drażniło go w policzek.
Sara bez trudu uniosła ich i poszybowali razem. Cosmo uchwycił skrajnie zszokowany wzrok bliźniaczki, ale nie długo lecieli, bowiem wystarczyło przecisnąć się przez jakąś szparę w stropie groty i już cała czwórka leżała na ciepłej, zielonej, miękkiej trawie na jakimś wzgórzu Epping Forest.
-Co ty zrobiłaś?- Cosmo zostawił nieprzytomnego Nicholasa i umierającą z zimna Rosemary i podszedł do skulonej, oblepionej czarno-rudymi, prostymi strąkami Sary- Jak…?
-T-to ch-chyb-ba t-to, c-co m-mów-wiła m-mama. W-wampiryz-zm.- usłyszał z tyłu od Rosemary.
-Taa…- mruknęła Sara- Chyba to. Chyba właśnie się rozwinęły moje tajemne moce…
Powiedziała to z niejako dumą i Cosmo uniósł brwi. Ciekawe, pomyślał, bezwiednie obserwując tajemniczy, kobiecy pierścień z niebieskim oczkiem, lśniący niewinnie na jego palcu. Sara była półwampirem… Ale zawsze była taka bezbronna! Nigdy nie przypuszczałby, że w obronie Nicholasa jest w stanie zamienić się właśnie w coś, co pokazała w grocie.
-Ale ani słowa mamie.- zakomenderował- Nas nigdy nie puści nigdzie, jak się dowie…
-I t-tak się d-dowie. Um-mrę na zapal-lenie p-płuc i t-tyle m-mnie b-było!…- usłyszał za plecami.
***
Lato wieczorami grzało w pełni. Szczególnie, gdy się trzymało upragniony świstek.
Rosemary siedziała na parapecie okna w sypialni, którą dzieliła z młodszą siostrą. Zaledwie kilka godzin temu przyszedł do niej list z Hogwartu. Zawiadamiał, że dziewczynka dostała się do szkoły.
Rosemary czekała na ten list od bardzo długiego czasu. W zasadzie, odkąd usłyszała o Hogwarcie. Co prawda, Nicholas nie wyglądał na szczególnie nieszczęśliwego, że siedzi w domu, a nie tam, ale ruda jedenastolatka wiedziała, że jej brat jest z deka dziwny i nie trzeba traktować wszystkich jego odchyleń serio. Westchnęła, obserwując nagrzaną słońcem ulicę Vange i przeleciała wzrokiem listę jeszcze raz. Kociołek, szaty, różdżka, książki… To wszystko było dla niej zbyt piękne. Chciała już tam wyjechać. Jeżeli w Hogwarcie jest taka sama magiczna atmosfera, jak u Weasleyów, czy na Pokątnej, to świetnie… Zawsze brakowało jej tego w domu, który w zasadzie nie różnił się niczym od domu państwa Route, ale nie było to dziwne, gdyż mieszkali w mugolskim miasteczku.
Nie mogąc się doczekać, kiedy nareszcie dostanie własną różdżkę, zwinęła list, włożyła pod poduszkę i zbiegła na dół do kuchni. Mama właśnie przygotowywała tartę z malinami, nucąc coś.
-Mamo, mogę iść się pobawić z Wandą?- wrzasnęła od progu.
Mama zmierzyła ją zwyczajowym, przeciągłym spojrzeniem.
-No, pozwól jej.- podpowiedział wujek Remus, naprawiający właśnie różdżką jakiś mechanizm w odbiorniku radiowym- To jej ostatnie chwile tutaj… Przecież nie jest już berbeciem.
-No dobrze.- westchnęła mama- Ale uważaj na samochody i psy.
-Dobrze, mamo.- rzuciła automatycznie Rosemary i wybiegła z domu. Wujek miał rację: to ostatnie chwile dzieciństwa i zabawy z Wandą. Chociaż miała jedenaście lat, czuła się już doroślejsza.
-Wanda!- wrzasnęła, gdy stanęła pod domem państwa Route.
Z okna swojego pokoju wystawił głowę Stanley. Gimnazjalista wyglądał na dość zmęczonego.
-Poszła na plac zabaw.- oznajmił burkliwym głosem i jego jasna głowa znikła.
Rosemary kiwnęła do siebie głową i pobiegła w tamtym kierunku. Co za gbur, pomyślała, bo właśnie zdała sobie sprawę, że nigdy nie widziała Stanleya, który by się radośnie śmiał. Ale Sarę lubił, bo była słodkim dzieciaczkiem, młodszym od niego o cztery lata.
Podchodząc do placu zabaw Rosemary już wiedziała, że Wanda nie jest sama i, co gorsza, pogodnie usposobiona do otoczenia, a ściślej mówiąc: Wanda z kimś się zażarcie kłóciła.
-Zjeżdżaj stąd, wydaje ci się, że jesteś taki dorosły?!- usłyszała Rosemary.
-Ale jesteś pyskata, dziewucho. Nauczyć cię szacunku?!
Rosemary westchnęła. Znów Wanda zadarła z tymi zbuntowanymi nastolatkami, a konkretnie z Mickiem Streep, Dennisem Hollingiem i Davidem Crescent, nazywanym „Cresh”. Czternastolatki, pochodzące z tej części Basildon, co Wanda i Rosemary, należały do większej paczki punków, krążących po mieście i siejących zniszczenie i popłoch co porządniejszych mieszkańców. Wanda i Rosemary często miały z nimi do czynienia, bo, ilekroć okazja pozwalała, włóczyły się po Basildon, a tak przynajmniej robiły od roku. Wcześniej były zbyt małe. Kiedyś wlazły punkom do kryjówki i stwierdziła, że nigdy nie zapomni swojego biegu, gdy je nakryli, co groziło śmiercią w mękach.
Rosemary przesadziła niski płotek i podeszła hardo do Wandy i grupki punków.
-O, idzie ta od Blacków!- zawołał Mick z szyderczą uciechą.
-Ta od dziwadła z psimi uszami?- ucieszył się czarnowłosy David- Chyba zapomniałaś brata wyprowadzić na spacer!
-Przymknij się, dzieciaku!- warknęła Rosemary, ale wcale nie czuła się tak pewna, jak wynikało z jej zachowania. Te nastolatki były całkiem niebezpieczne, szczególnie Cresh- Jeszcze raz tak powiesz…
-To co, zrobisz mi coś?! Chciałbym to zobaczyć! A teraz wynocha, to nasz plac zabaw!
-Jak chcesz się pobawić, dzieciaku, to Wanda użyczy ci swojej huśtawki.- zadrwiła Rosemary- Niestety, nie mamy z rodzeństwem lalek i samochodzików, już wyrośliśmy, nie pożyczę ci.
Wanda ryknęła śmiechem, chyba nieco przesadzonym, po czym wrzasnęła:
-Dobrze, Rosie! Dowal mu!
-Ciekawe, czy będziesz taka do przodu, gdy spiorę ci tą ohydną, piegowatą gębę!- warknął Crescent.
-Tylko spróbuj mnie tknąć!- zawołała ze złością Rosemary- Myślisz, że ujdzie ci to płazem?!
-Masz kogoś, kto mógłby ci pomóc, rudzielcu?! Wszyscy wiedzą, że zdechł ci stary! Schlał się i twoja stara go zostawiła, czy ktoś mu spuścił lanie, bo był taką pierdołą?! Albo nie, twoja stara to…
Nie zdążył dokończyć, bo Rosemary całkowicie puściły nerwy. Nie myśląc nad tym, że ma tylko jedenaście lat i jest drobnym dzieckiem, a David Crescent to silny, zaprawiony w boju czternastolatek, rzuciła się na niego z pięściami. Ciągnęła za czarne, bujne włosy, skórzaną kurtkę i dziurawe dżinsy, kopała, tłukła gdzie popadnie, ale i chłopak nie pozostawiał dłużny.
-DALEJ, ROSEMARY!!!- wyła gdzieś u góry Wanda.
-CRESH, DAWAJ!!! DAWAAAJ!!!- ryczeli koledzy.
Rosemary czuła taką wściekłość, jak chyba nigdy w życiu, włączając w to moment, gdy Fred dwa lata temu podejrzał jej całą kąpiel w wannie. Nienawidziła czarnowłosego punka za jego słowa, które zadawały takie okropne rany. Jak śmiał obrażać pamięć zmarłego bohatersko taty?!
W końcu tak się zmachała, że miała tylko siłę się podnieść. Czuła sińce i łzy, a także rozciętą wargę i bolące żebro. Crescent zwijał się u jej stóp, kopnięty okrutnie w przyrodzenie.
-Spróbuj jeszcze raz obrazić tatę i mamę…- wycedziła przez łzy, a potem, jakby zaprzeczając bojowej naturze, uderzyła w okropnie dziecinny płacz i rzuciła się w stronę domu.
-ROSIE!!!- krzyknęła za nią Wanda.
Rosemary chciała uciec do domu, by przytulić mamę. Poczuła, jak bardzo kocha mamę, jej zapach rudo-czarnych loczków i w tym momencie potwornie cierpiała, że nigdy, przenigdy nie przytuli taty.
Cosmo siedział na łóżku w maleńkiej sypialni. Oczy same cieszyły się do dzierżonego w dłoniach listu. Hogwart! Dostał się tam i wkrótce rozpocznie coś nowego i ekscytującego.
Jęknął i podskoczył na równe nogi z podnieceniem. Zaczął szybko krążyć po pokoju. Jak bardzo chciałby już teraz, zaraz, wsiadać do pociągu i jechać do nowego domu! A tyle jeszcze sekund musiał czekać w życiu, by doczekać się tego ostatecznego wyjścia z domu. Zostało parędziesiąt dni, a te wakacje, jak i całe dotychczasowe życie Cosmo, dłużyły się w nieskończoność.
Po chwili zastanowienia zbiegł na dół i wpadł do kuchni w szalonym biegu.
-Mama, MAMA!- krzyknął na wydechu- Polecimy na Pokątną?!
-Pewnie, synek.- mama siedziała w zamyśleniu nad kartoteką drobnego przestępcy- Kiedyś, pewno…
-Ale jutro! Po różdżkę i szaty i księgi i kociołek i rękawice i składniki i…
-Cosmo!- fuknęła mama, patrząc na niego z trudno ukrywanym rozbawieniem.
-Proszuuu…- popatrzył na nią wzrokiem zabiedzonego stworzonka. Prawie zawsze skutkowało.
Mama zerknęła na niego dość dziwnym, niepewnym wzrokiem.
-Chciałbym już różdżkę, by ją przytulić i pogapić się na nią… Czekam tyle lat!
Mama popatrzyła jeszcze bardziej spłoszonym wzrokiem.
-Po co ty chcesz przytulać różdżkę?- zdziwiła się, szeroko otwierając oczy- Co za dzieciak…
-BŁAGAM!!! Ty nie widzisz, ile w tym drewnie piękna?! Kocham moją nieznaną różdżkę!
-Świat się wali… Dobra.- westchnęła- Polecimy jutro na Pokątną…
-HURAAAAAAA!!!
Ucałował ją po oczach, policzkach, nosie, czole i uszach, ignorując jęki zmiażdżonej rodzicielki, po czym rzucił się z powrotem do pokoju, by ochłonąć, bo entuzjazm wylewał się uszami.
Ciekawe, jaka ta nowa różdżka będzie… Z czym i w ogóle… Cosmo chciał, by mu kiedyś uratowała życie, a on, najsławniejszy auror świata, wykorzystałby swój geniusz i przebiegłość, by jego różdżka rzucała najpotężniejsze czary. Mogłaby przejść do historii jako różdżka samego Cosmo Blacka…
Nie mógł spać. Zakupienie nowych, ślicznych i potężnych przedmiotów podkręcała jego podniecenie i wprost kipiał ze szczęścia, gdy kolejnego dnia stanęli nareszcie przed oczekiwanym szyldem.
-No, to właźcie.- mama wepchnęła do środka jego, Rosemary i niezbyt ogarniętego Nicholasa.
W środku było ciemno i pachniało kurzem. Setki różdżek piętrzyły się na półkach i Cosmo zaczął zastanawiać się natychmiast, która z nich czeka najdłużej i ile ma lat. Potem zapragnął dostać najpotężniejszą z nich i zmartwił się, że w takim tłumie różdżek to chyba trudno będzie ją znaleźć.
-Witam, pani Black. Znowu się widzimy, jak rok temu… Panie Black, dba pan o swoją różdżkę? Wiąz, osiem cali, włos z ogona jednorożca, mam rację?
Nicholas nie wiedział, jak zareagować, ale Cosmo zaczął zastanawiać się, czy on nie czyścił różdżki (do czego przyznać się nie wypadało), czy nie zorientował się, że do niego skierowane było pytanie.
-No dobrze, zobaczmy… Najpierw ta młoda dama… Pozwól tu, dziecko…
Cosmo znów obserwował, jak Ollivander mierzy szerokości i rozpiętości ramion.
-Spróbuj tej… Ostrokrzew i smocze serce, ładna i elegancka, trzynaście i ćwierć cala…
Rosemary ze szczerym zdumieniem oglądała, jak Ollivander wyrywa jej patyk i wtyka nowy. Cosmo ze zniecierpliwieniem zerkał na siostrę-dopóki wytwórca różdżek nie powiedział szybko:
-No, to jest właśnie to, świetnie! Drzewo różane, jak u matki. Włókienko ze smoczego serca, czternaście cali, sztywna. To różdżka prawdziwie odważnych i mężnych!
Pan Ollivander wręczył ją po zapakowaniu Rosemary, która nie posiadała się ze szczęścia, patrząc na swój nowy artefakt, a potem powiedział wyczekiwane słowa:
-No, teraz pan, panie Black! Proszę tu podejść.
Cosmo prawie podbiegł do mężczyzny i ustawił się grzecznie do mierzenia, kątem oka obserwując Rosemary, oglądającą z wypiekami na twarzy nową różdżkę.
-Wierzba i pióro feniksa. Osiem i ćwierć cala, dobra do zaklęć defensywnych.
Cosmo wziął różdżkę do ręki, krzywiąc się. Jej wizytówka wcale nie brzmiała groźnie i majestatycznie, dlatego ucieszył się, gdy Ollivander wyrwał mu ją z ręki prawie natychmiast i dał inną. Trwało to wybitnie długo, nawet dłużej, niż u siostry. Cosmo ze zniecierpliwieniem wyglądał końca tego wszystkiego, bo bardzo już chciał mieć swoją różdżkę.
-Tak, ta zdecydowanie pana wybrała!
Cosmo nie trzeba było tego mówić. Trzymana przezeń różdżka rozgrzała się jakby, a kiedy ochłonęła, Cosmo wciąż czuł pulsowanie serca, które przyspieszyło rytm.
-Hmm, bardzo ciekawa różdżka, panie Black.- rzekł cicho Ollivander- Czarny bez. Rzadko używany, owiany ponurą sławą niebezpiecznego. Smocze serce, jak u siostry. Trzynaście cali, bardzo elegancka i wytworna. Różdżka prawdziwego arystokraty! Proszę dbać o te przedmioty, moi drodzy! Różdżek nie wolno zaniedbywać, bo mogą się obrazić i kto wie, czym to się skończy!
Cosmo puścił to mimo uszu i obserwował jak zaczarowany swoją trzynastocalową różdżkę, pakowaną właśnie przez Ollivandera do podłużnego opakowania. Ona była szczególna, wyjątkowa. Jak to leciało? Czarny bez… mrocznie brzmi. Smocze serce, jak jego bliźniaczka. Kojarzyło mu się to z walecznością. Już nie mógł się doczekać, aż jego kochana różdżka zacznie robić jakieś czary…
Cosmo uchylił wieczko do pudełeczka, zerknął na różdżkę, zapłaciłam za obie i mogliśmy wyjść na ulicę. Bliźniaki trzymały różdżki niczym najdroższe skarby.
-Bo zgubicie…- mruknęłam- Mamy już ingrediencje i kociołki, różdżki… Nicholas, podaj mi te listy, które miałeś nieść, synek.
Nicholas wyciągnął pomięte listy przedmiotów dla całej trójki.
-Dobra…- mruczałam do siebie- Esy i Floresy i Malkin… I to już będzie na tyle…
-A zwierzątko?- zaatakował Cosmo- Miałem dostać kota do szkoły!
Popatrzyłam uważnie na syna, potem na Rosemary.
-Nicholas i Sara mają zwierzątka!- poparła brata.
-No dobra…- westchnęłam.
-To ja chcę sowę!- zawołała Rosemary.
-A ja kotka!
-Już, spokojnie! Dostaniecie. Ale na końcu. Nie będę paradować z kotem i sową po tych wszystkich sklepach. Widzicie tamten szyld?- wskazałam na wielkie nożyce- Tam teraz pójdziecie i skroją wam szaty, ja zaraz przyjdę i zapłacę. Idę z Nickiem do księgarni.
Przypilnowałam, by bliźniaki przepchały się przez tłumy i przekroczyły próg Malkin, ja pociągnęłam za rękaw Nicholasa i ruszyliśmy w stronę Esów i Floresów.
-Pomożesz mi nieść. Książek mamy dużo w tym roku, chociaż dobrze, że twoje podręczniki dostanie któreś z bliźniąt, nie wydam fortuny.
-Ale po co?- zapytał Nicholas, oglądając się na olbrzymi model galaktyki- Nie lepiej, jeżeli oboje będą korzystać z moich książek? Byłoby taniej. I tak pewnie trafią do jednego domu.
-Nigdy nie wiadomo.- ucięłam- Pewnie czeka ich Gryffindor, ewentualnie Ravenclaw. Ale wolę nie ryzykować, może będą rozdzieleni. W sumie nie są identyczni, jak Weasleyowie.
Weszliśmy do Esów i Floresów, gdzie też było mnóstwo ludzi. Matki z dziećmi i samotne dzieciaki plątały się pomiędzy półkami. Jacyś czarodzieje biegali to tu to tam, przestawiając różdżkami drabiny i wbiegając prawie na nie w pośpiechu, by zdobyć jakiś tytuł z czubka półki. Jeden z nich właśnie gruchnął z nieba kilka cali od Nicholasa, ale na szczęście wstał, otrzepał się i narzekając, ruszył dalej do pracy. Jego koledzy też mieli pełne ręce roboty.
-Molly! Ty też tu dzisiaj?- krzyknęłam, widząc rudą osobę z mnóstwem dzieciaków, których najwyraźniej nie potrafiła ogarnąć, bo wrzeszczała:
-GEORGE, NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! ZŁAŹ Z TEJ DRABINY, CO TY WYCZYNIASZ?!
Podeszłam do Molly, popychając przed sobą zdezorientowanego Nicholasa. Obróciła w moją stronę czerwoną ze złości twarz i wykrzyknęła:
-Ach, Meg! Jak świetnie cię widzieć! Ja nie wiem, skaranie boskie z tymi bachorami! Jak widzę, jest z tobą tylko Nicholas… A gdzie bliźniaki? GEORGE, WIDZĘ CIĘ, CHŁOPCZE!
-Są u Malkin. A ty, jak widzę, nie możesz ogarnąć swoich?- rzuciłam beztrosko.
-Ech, są zupełnie nieznośni! Bliźniacy są coraz gorsi!- pokręciła głową- Ledwo trzynaście lat i już… Ale to nic, ale jak Ron pójdzie w ich ślady? Dobrze, że chociaż Percy…
Zerknęła rozanielonym wzrokiem w kierunku piętnastoletniego syna, grzecznie przeglądającego księgi zaklęć z wybitnie świętoszkowatą miną.
-Dużo podręczników w tym roku, prawda?- spytałam, patrząc z lekkim rozbawieniem na któregoś z bliźniaków, znów wybierającego się na drabinę tak, by matka nie widziała.
-Tyle, co zwykle.- westchnęła Molly- Dobrze, że Charlie już skończył szkołę. Tu nic nie muszę kupować, ale przyszłam po poradnik Lockharta na temat szkodników domowych…
-Mamo! Już są szaty!
Dyszący Cosmo dopadł do mnie, pociągnął za skraj peleryny.
-Skroili mi już szaty, a Rosemary dopiero zaczęli. Musisz iść i zapłacić.
-Dobra… Nicholas, pójdziecie z bratem na obchód księgarni i powybieracie podręczniki! Dla ciebie, synu, zostaną księgi Nicholasa, Rosemary dostanie nowe. No już, idźcie!
Kiwnęli głowami i ruszyli pomiędzy półkami, by poznajdywać tytuły ksiąg.
Cosmo wodził zafascynowanym wzrokiem po grzbietach ksiąg. Tylko raz był w Esach i Floresach, dawno temu z wujkiem. Wpadli tylko na chwilkę w jakimś celu, ale wujek sprawił mu wtedy z litości egzemplarz baśni barda Beedle’a, który czytała im mama na dobranoc.
Teraz szukał tych, które traktowały o zaklęciach, kociołkach i historii magii. Zerknął na inny dział. Nicholas, zupełnie najwyraźniej zapomniawszy o powinności szukania sobie podręczników do drugiej klasy, czytał z wypiekami na twarzy jakąś dziwną, na pewno nie szkolną księgę.
-Co ty tu robisz?
Cosmo się obrócił. Obok niego stał jego rówieśnik, starszy ledwo o miesiąc i dwa tygodnie-Ronald Weasley. Opierał się o półkę i obserwował cały świat spod czerwonej grzywki.
-Szukam podręczników dla Rosemary, a ty?- wzruszył ramionami Cosmo.
-Matka nas tu zaciągnęła z powodu tej głupiej księgi.- burknął Ron, wpychając głęboko do kieszeni wytartych sztruksów blade dłonie- Teraz Fred i George się trochę rozkokosili i zrzucili mi na głowę stos ksiąg o smokach… Wolałbym popatrzeć na nowego Nimbusa 2000. Jest na wystawie, widziałeś?
-Tylko przez chwilkę, mama nie lubi się rozwlekać na Pokątnej. Nie mógłbym się zatrzymywać.
-To chodź, wyskoczymy tam!- Ronowi zaświeciły się oczy- Sprzęt do quiddicha jest niedaleko!
-Nie wiem, czy mogę. Miałem znaleźć księgi dla Rosemary…
Ron parsknął szyderczo, kręcąc głową. Cosmo uniósł czarną brew.
-Co cię tak niby bawi?- zapytał chłodno młody Black.
-Wiesz, nie musisz słuchać mamusi we wszystkim!- zaszydził jego kolega- To tylko mały wyskok.
-Nie słucham mamusi we wszystkim!- warknął Cosmo- Nie lubię, gdy się smuci, po prostu! Dużo już się smuciła, a jak tego nie rozumiesz, to trudno! Wracam do obowiązków.
Ron wciąż patrzył na niego w rozbawieniu.
-Nie ma w tobie ni krztyny ryzyka i chęci łamania reguł, Cosmo!- powiedział wreszcie.
-Przymknij się, Ron! Nie chcę zawieść mamy, więc nie pójdę oglądać Nimbusa! Wielkie mi ryzyko! Jeżeli stać cię tylko na takie…
-Na takie nie stać nawet ciebie, mały lizusie! Twoja bliźniaczka jest inna, nawet ona by poszła!
-Powiedziałem ci, żebyś się przymknął!- prawie krzyknął Cosmo- Po co ci oglądać tę miotłę, jeżeli i tak nigdy nawet nie będzie cię stać, by ją chociażby potrzymać?!
Ron bez ostrzeżenia rzucił się ku Cosmo i oboje przewrócili się na posadzkę, bijąc i kopiąc się nawzajem. Potrącili stos jakichś grubych ksiąg o srebrnych grzbietach, które runęły z łomotem niedaleko. Cosmo kantem jednej z nich oberwał w policzek, ale nie przejął się tym zbytnio.
-Co to ma znaczyć! PRZESTAŃCIE!
Paru pracowników się zbiegło, a w niedalekim tłumie nastolatków już jeden chłopiec obstawiał zakłady. W końcu nadbiegły mamy i podniósł się jeszcze większy wrzask. Cosmo i Ron, wciąż tłukąc się na oślep, potoczyli się w stronę Nicholasa, wciąż zaczytanego w księdze i uderzyli o jego nogi. Łaskawie raczył zwrócić na nich uwagę, odrywając nieprzytomny wzrok od tekstu.
Ktoś chwycił Rona i odciągnął od Cosmo, to samo przytrafiło się młodemu Blackowi. Ze zdziwieniem obserwował, jak krwawiący równolatek dyszy i patrzy na niego spode łba.
-Pojmany delikwent. DO AZKABANU Z NIM!- wrzasnął jeden z bliźniaków, bo to on odciągnął Rona. Drugi przytrzymywał Cosmo.
-Fred, przestań wywrzaskiwać głupoty!- ofuknęła go pani Weasley i, nie wiedzieć czemu, zerknęła na pobladłą nagle mamę Cosmo- Co to ma znaczyć?! Na zewnątrz! Ron, policzymy się w domu!
Cosmo wyrwał się George’owi z objęć i popatrzył spode łba na Rona. Czuł wściekłość na myśl o młodym Weasleyu. Mama podeszła do niego i szarpnęła lekko za ramię.
-Co to miało być?- spytała ostro- Chcesz dostać na sam koniec szlaban?!
-To on się na mnie rzucił!- krzyknął Cosmo.
-Nie interesuje mnie to. Musiał zostać sprowokowany. Dobrze, porozmawiamy sobie w domu! Nicholas, znalazłeś książki? Co ty robisz, miałeś szukać podręczników!
Cosmo, zły jak wszyscy diabli, otarł krew z twarzy. Silnie spuchł mu uszkodzony księgą policzek.
Wyszli z księgarni, obserwowani przez gapiów i nie w humorach, niosąc naręcze ksiąg. Za szaty mama zapłaciła bez słowa. Cosmo cały czas denerwował się, że za karę nie dostanie zwierzęcia, ale na szczęście weszli do Eylopy i mógł wybrać sobie szaroburego kota, podczas, gdy Rosemary wybrała sobie puszczyka. Cały czas, gdy obserwował Włóczykija-nowego kota-przez kraty koszyka, rozmyślał nad zdarzeniem w księgarni. Co go poniosło, czemu tak powiedział Ronowi? Ostatecznie, oni też nie byli bogaci, ale nie przypuszczał, że Ron tak się zdenerwuje. Chciał go tylko spławić.
Wiedział jedno: nie cierpiał tego piegowatego rudzielca. I słuchając szczebiotania Rosemary, która pytała mamy, jak się nazywa stan duchowy, w którym człowiekowi niczego już nie trzeba pomyślał, że podobało mu się przywalenie Ronowi i czuł się dobrze z tym, że mu spuścił lanie.
***
Rosemary nie mogła spać. To było tak podniecające, że całą noc przekręcała się z boku na bok, by zapaść w niespokojny sen długo po położeniu się. W rezultacie w jej odczuciu minęło zaledwie pięć minut snu, gdy wujek Remus delikatnie szturchnął jedenastolatkę.
-Czas wstawać, Rosemary…- usłyszała i poczuła piasek pod oczami.
-Jest tak wcześnie…- wymamrotała, ale od razu uświadomiła sobie, co oznacza zwleczenie się z łóżka, więc wyskoczyła z niego jak na sprężynie. Wujka już nie było, poszedł budzić chłopców.
-Chcesz jechać z nami na peron?- spytała obudzoną hałasem Sarę.
-Tak, chcę!- młodsza siostrzyczka zerwała się z entuzjazmem nie mniejszym, niż Rosemary.
Bagaże i zwierzęta całej trójki spoczywały już w przedpokoju od wczorajszego wieczora. Pozostało tylko zjedzenie śniadania i udanie się całą rodziną na King’s Cross. I pożegnanie z Wandą.
Mama tego dnia była bardzo roztrzęsiona.
-Jedz normalnie, Cosmo!- zganiła bliźniaka- Co ty robisz z tym majonezem? Ups…
Gofr, którego miała położyć na talerzu wujka, wylądował na ziemi. Mama westchnęła spazmatycznie.
-Spokojnie. Kotek, spokojnie.- rzekł uspokajająco wujek, po czym spokojnie podniósł gofra.
-Ech, ja tylko…- mama zdawała się być rozkojarzona- Idę po bagietki…
I wyszła do kuchni, ocierając fartuchem oczy. Wujek Remus westchnął, przyglądając jej się z troską.
Rosemary szybko wsunęła cztery gofry z miodem i wyleciała na chwilę z domu.
-Co ty robisz?- zawołał za nią wujek.
-Muszę pożegnać się z Wandą. Zaraz wracam!
Podbiegła pod okno przyjaciółki. Ta już nie spała-dziś był początek roku szkolnego w nowym gimnazjum Wandy. Rosemary nie żałowała, że nie idzie tam z nią.
-Wanda, złaź i to szybko!- wrzasnęła.
Usłyszała oburzone fuknięcie, trzask i po kilku chwilach z domu wyszła Wanda w piżamie.
-Jeszcze śpisz?- zdumiała się młoda panna Black.
-Już nie.- warknęła zaspana Wanda- Co się dzieje?
-Ech, pamiętasz, jak żartowałam o zniknięciu od września?- zaczęła kulawo. Było mało czasu.
-No…
-Cóż… Chciałam się pożegnać, bo wyjeżdżam do szkoły z internatem na północ Wysp.
Wanda rozszerzyła oczy po jakichś pięciu sekundach.
-Kiedy?- wydusiła z siebie w końcu.
-Za godzinę.- rzekła Rosemary i znów uderzyła ją euforia, gdy o tym pomyślała.
-To znaczy…- Wanda skupiła zaspany mózg- Czyli nie będzie cię tu ze mną?
-Nie… Ale wracam na Gwiazdkę…
-Rzeczywiście, to zaraz.- burknęła złośliwie Wanda- Ale dlaczego? Myślałam, że będziemy razem…
-Nie, do tej szkoły zapisali mnie już dawno… Nie chciałam ci mówić, bo nie byłam pewna…
-W porządku.- mruknęła Wanda- Szkoda, że sama będę siedzieć i sama bić się z punkami… Podobno umówili się, że cię spiorą… Wiesz, za Cresha wtedy, na placu zabaw. Miałam cię ostrzec.
-Dzięki. Na szczęście, nie będą mieli okazji.
Wanda podeszła i przytuliła Rosemary, którą to bardzo zdziwiło. Odwzajemniła to nieśmiało.
-Będę tęsknić.- rzekła Wanda- I do zobaczenia w zimie! Baw się dobrze w tym gimnazjum!
Przyjaciółki się rozstały, a Rosemary musiała wykonać w tył zwrot, by dobiec do domu. Miała go długo nie oglądać. Ta perspektywa była cudowna.
Wszyscy Blackowie i jeden Lupin wypakowali się właśnie na podjazd. Nieśli trzy kufry, dwie klatki z wrzeszczącymi sowami i koszyk z wyjącym wręcz kotem, a każdy uczeń Hogwartu, czy to drugoklasista czy ten świeżo upieczony, miał ze sobą podręczną torbę. Tylko Sara nic nie miała, trzymała mamę za rękę i przyglądała się wszystkiemu kwaśno.
-No dobrze, wyruszamy Błędnym Rycerzem.- zadecydował wujek- Rosemary, to twoja torba.
-Może nie? Aportujmy się, będą straszne tłumy! Przepraszam, coś mi wpadło do oka…
Mama usilnie tarła oko wolną ręką. A więc zadecydowano o teleportacji, co nie było zbyt przyjemne i w końcu Rosemary zobaczyła dworzec.
-To szybko, biegiem, bo zajmą wam wszystkie miejsca!- zachęcił ich wujek Remus, taszcząc kufry.
Rosemary uchwyciła skurcz, jaki przebiegł na twarzy jej najstarszego brata. Nicholas, jako jedyny wyglądał na takiego, co to by najchętniej został w domu. Ona i Cosmo wyłazili z siebie z ekscytacji.
Dziewczynka niewiele pamiętała, tak wiele bodźców podkręcających ekscytację otrzymywała. Chwilę po przebiegnięciu przez barierkę pomiędzy peronem dziewiątym i dziesiątym zatrzymali się wreszcie przed parującym ekspresem Hogwart-Londyn. Było potwornie tłoczno i gwarno. Mama zaczęła:
-No, to Nicholas, leć do przyjaciół i zajmuj miejsce…
Wujek Remus i Nicholas wymienili dziwne, wymowne spojrzenia.
-… a my pomożemy wtaszczyć bliźniakom bagaże. O, Molly!
Bo oto wytoczyła się cała gromada Weasleyów. Byli wszyscy, z wyjątkiem głowy rodziny i dwóch najstarszych. Natychmiast rude stado zmieszało się z gromadą Blacków.
Rosemary popatrzyła na Rona przyjaźnie, lecz ten mierzył zezłoszczonym spojrzeniem Cosmo, z wzajemnością. Na nosie miał coś czarnego, ale Rosemary nie zdążyła zauważyć, bo wujek ją potrącił.
-Przepraszam, Rosemary… Pomożesz mi wtaszczyć twój kufer?- sapnął.
Podczas, gdy mama i pani Weasley szczebiotały o trzech nieupranych skarpetkach Freda za łóżkiem, które zdążyły zakwitnąć, ona wtaszczyła przy pomocy wujka swój kufer. Nicholas już gdzieś zniknął, ale Cosmo próbował teraz wciągnąć na schodki swoje bagaże.
-Pomogę ci…- zaofiarowała się Rosemary- Popatrz na Sarę…
Ukradkiem spojrzeli na swoją najmłodszą siostrę. Obserwowała wszystko ze łzami w oczach.
Wrócił Nicholas i wśród zgiełku i szczebiotu, padł w objęcia mamy, gdzie pozostał bardzo długo. Ron przyglądał się temu z zaskoczeniem. Cosmo przytulił się do wujka, Rosemary chwyciła Sarę.
-Ja też chcę…- załkała jej cichutko w ucho siostra.
-Nie martw się, brzdącu!- szepnęła jedenastolatka, czując się bardzo dorosła- To już za dwa lata!
Pożegnaniom nie było końca. Rosemary przytuliła się w końcu do mamy i wujka, co było bardzo trudne dla niej: zaczynała czuć, że będzie jej ich brakować.
-Papa, wujku…- szepnęła w końcu- Będzie dobrze, prawda?
-Będzie. Zobaczysz, moja mała.- uśmiechnął się do niej wujek, patrząc na nią zmęczonymi oczami osadzonymi w starzejącej się twarzy- I pozdrówcie z Cosmo ode mnie Pokój Wspólny.- szepnął.
On i mama z płaczącą Sarą stanęli gdzieś daleko, obserwując całą trójkę z dystansu. Nicholas z niemrawą miną zniknął w pociągu, natomiast ona z Cosmo i resztą Weasleyów stała wciąż na zewnątrz. Zauważyła, że mama i wujek z jakimś olbrzymim poruszeniem obserwują kogoś w dalszych wagonach. Rosemary nie wiedziała, kto mógł być takim obiektem zainteresowania.
-Patrz, Cosmo…- szturchnęła brata, który chichotał złośliwie, obserwując wyrywającego się matce Rona, a ta próbowała mu wytrzeć coś czarnego na nosie.
-Ajajaj, mały Ronuś znowu pobrudził sobie nosek?- zaśmiał się Fred.
Rosemary prychnęła i przyjrzała się ponownie swoim opiekunom. Ktoś wyraźnie wzbudził ich wielkie poruszenie. Mama obserwowała pociąg z przerażeniem wręcz i wielkim wzruszeniem, wujek szybko mrugał, mówiąc coś i był blady. Tylko Sara stała bez zainteresowania i zalewała się łzami, gapiąc w drugą stronę.
-Hej, mamo, zgadnij! Zgadnij, kogo właśnie spotkaliśmy w pociągu? Pamiętasz tego czarnowłosego chłopca, który stał koło nas na stacji? Wiesz, kto to jest?
-Kto?
-Harry Potter!
Rosemary oderwała spojrzenie od mamy i wujka, za to przyjrzała się bliźniakom. Harry Potter? Harry Potter… Czyżby był to ten chłopiec, który przeżył śmiercionośne zaklęcie? Ten, którego rodzice zginęli i byli przyjaciółmi rodziców Rosemary? Syn jej ojca chrzestnego?
To by wyjaśniało poruszenie wśród Weasleyów. Rosemary popatrzyła ostatni raz na swoją rodzinę i wskoczyła do wagonu, nagle czymś poruszona. I było to coś innego, niż podróż do upragnionego miejsca. Poczuła, że powinna znać Harry’ego Pottera od dzieciństwa, ale los postanowił inaczej…
Rozległ się gwizdek. Weasleyowie rozpoczęli ostateczne pożegnania w ogólnym rozgardiaszu, natomiast Cosmo wskoczył za nią do pociągu.
-No, to jedziemy, co nie?- spytał, obserwując płaczącą mamę- Idziesz?
-Czekam na Rona.- odparła Rosemary, patrząc na mamę uważnie.
-Jak chcesz.- usłyszała warknięcie- Nie będę jechał z tym bubkiem. Na razie, siostrzyczko!
I Cosmo odszedł w swoją stronę. Widocznie znalazł już gdzieś miejsce, by usiąść.
Pociąg ruszył. Rosemary wytknęła głowę przez okno w korytarzu i pomachała zalanej łzami siostrze i mamie, udającemu niewzruszonego wujkowi, pani Weasley i truchtającej Ginny.
-Jedziemy!- ucieszyła się Rosemary- Ron, łapiesz?
-Super.- skomentował jej równolatek- Ale lepiej idźmy stąd, chyba, że chcesz jechać na stojąco.
Razem udali się, wypatrując wolnych miejsc. Wszędzie były pozajmowane, a tylu uczniaków i dzieci Rosemary jeszcze nigdy nie widziała. Wreszcie ona i Ron dotarli do prawie pustego przedziału.
-Och…- wymsknęło się Ronowi- To Harry Potter… Siadamy z nim?
-No pewnie, przecież to taki sam dzieciak jak my!
Rozsunęli drzwi przedziału. Młody Potter popatrzył na nich nieco spłoszonym spojrzeniem.
-Ktoś tu siedzi?- zapytał Ron- Wszędzie jest pełno.
Chłopiec potrząsnął przecząco głową, więc Ron i Rosemary wpakowali się do przedziału. Ron usiadł naprzeciw Pottera, Rosemary obok rudowłosego kumpla. Ronowi natychmiast poczerwieniały uszy i odwrócił wzrok od obserwującego go nieznajomego, ale Rosemary przyjrzała mu się odważnie.
Był zwykłym jedenastolatkiem o czarnych włosach i posklejanych okularach, niezwykle podobnym do zdjęć jej ojca chrzestnego, wręcz identycznym. Ciekawe, czy może mnie pamiętać?
Biedak, pomyślała, on też stracił ojca, jak ja. I do tego matkę. Co za okropieństwo…
-Jestem Rosemary Black, a ty?- wypaliła bez ogródek swoim zwyczajem.
Niestety, nie zdążył odpowiedzieć, bo do przedziału wpakowali się ci okropni bliźniacy…
Cosmo szedł korytarzem, gwiżdżąc. Tak jest, jechał do Hogwartu. Tam, gdzie, cytując wujka Remusa, czarodziej przeżywa najpiękniejsze chwile w życiu. Niestety, cytując Nicholasa, są wyjątki od reguły.
Lecz Cosmo czuł się bardzo dobrze ze świadomością, że jedzie w miejsce, które odtąd będzie stanowić jego dom. Nikt mu nie będzie kazał zmieniać bielizny codziennie i chodzić spać o dziewiątej trzydzieści. I wreszcie będzie miał kolegów, bo do tej pory cierpiał deficyt rówieśników. Niby byli Weasleyowie, ale dziewczyny miały z nimi lepszy kontakt niż on i Nicholas. To samo z Route’ami. Kiedyś był Syriusz, jego bardziej brawurowa wersja, z którym spędzał cały czas… ale to było kiedyś.
Stłumił w sobie gorzkie łzy na myśl, że Syriusz mógł jechać z nim, właśnie teraz, do szkoły ku lepszemu, ale nie dane mu było tego dożyć…
-Masz zamiar tak tu sterczeć?- spytał Nicholasa, o którego o mały włos się właśnie nie wywrócił. Otóż jego starszy brat postawił cały swój bagaż na korytarzu i, zadowolony z siebie, wcinał cały prowiant. Nicholas tylko popatrzył na niego wielce zdziwionymi, stalowoszarymi oczyma.
-Dobra, suń tyłek…
Przysiadł na kufrze brata, który w skupieniu przeżuwał naleśnika. Nicholas nie zaprotestował, może dlatego, że twaróg utknął mu w gardle i wytrzeszczał wilgotne oczy jak kura składająca jajka.
-A gdzie twój kufer?- spytał w końcu starszy z Blacków, uporawszy się z korkiem w gardle.
-Gdzieś tam.- machnął ręką w nieokreślonym kierunku Cosmo- Nieważne. Ważne, że znalazł się w pociągu, więc nie moja to broszka, by nie zginął.
-Aha.- skomentował Nicholas i znów ugryzł łapczywie naleśnika.
-Czemu zjadasz cały swój prowiant?
-Bo mi smakuje.- brzmiała krótka odpowiedź.
-Aha.- mruknął Cosmo i zapatrzył się w koszyk z Włóczykijem. Szary kot wpatrywał się w niego oburzonym spojrzeniem zza krat. Cosmo z nudów zaczął robić do niego głupawe miny, ale postanowił przestać, gdyż kot nie mógł skumać, że powinien okazać zdziwienie na widok takich min, w dodatku przechodzący uczniowie przejęli rolę kota z większym zaangażowaniem.
-Gdzie Rosemary?- spytał Nicholas po długiej chwili milczenia.
Cosmo wyjął palce z nosa i odparł krótko:
-Gdzieś z Ronaldem.
Podróż do Hogwartu w towarzystwie Nicholasa była dość sympatryczna. Mógł się dowiedzieć od niego wielu ciekawych rzeczy, ale miało to też swoje wady, bowiem Nicholas wcale nie lubił szkoły.
-A jak wygląda Ceremonia Przydziału?- spytał Cosmo, smyrając Włóczykija po wąsach.
-Zwyczajnie. Zakładają ci tiarę na głowę i ona krzyczy nazwę domu.
-Jak jest w Ravenclawie?
-Nie wiem.- Nicholas wzruszył ramionami- Trudno mi powiedzieć. Nie mam zdania.
-A w innych domach? Chciałbym pójść do Gryffindoru, jak rodzice i wujek!
-Nie wiem.- powtórzył- Wiem tylko, że nie znoszę Slytherinu.
-Nie chcę do Slytherinu.
-Jestem głodny, kurczę…- skomentował jedynie Nicholas.
Pociąg pędził dalej, za szybami przesuwały się drzewa. Poza panią ze słodyczami i dziewczynką pytającą o jakąś tam ropuchę, nikt nie zakłócał drogi młodym Blackom. Cosmo czuł się coraz lepiej. Ogarniało go wielkie podniecenie. Dziś przekroczy progi swojego nowego domu. Pozna tam przyjaciół i wrogów, a nawet nie wie, jak wygląda Hogwart. Podobno był to monstrualny zamek. Tam poznali się rodzice. Tam też przyjaźnili się ojciec, wujek i dwóch innych chłopaków. Tyle wiedział od Tonksów i opiekunów.
I pozna swojego ojca chrzestnego… Podobno jest nauczycielem eliksirów. Może będzie miał fory, bo wiedział, że eliksiry są paskudne. Tak utrzymywał Nicholas, który napisał na swoich drzwiach „NIENAWIDZĘ TYCH DEBILNYCH ELIKSIRÓW” setki razy podczas Gwiazdki.
Zrobiło się już ciemno, gdy Cosmo poszedł się przebrać do toalety w swoje nowiutkie szaty. Wreszcie poczuł się, jak prawdziwy czarodziej, o czym zawsze marzył. Nicholas, oczywiście, w nagłym przypływie pośpiechu i orientacji w terenie i sytuacji, poleciał się przebrać, gdy pociąg zaczął zwalniać i wrócił niezbyt ogarnięty, z wystającą koszulą i niezawiązanym krawatem.
-Ty idziesz za Hagridem.- wyjaśnił na wydechu, gdy wysiadał- Powodzenia, młody!
Cosmo machnął parę razy bratu i dopchał się do wyjścia. Wylał się na zimną, wrześniową noc z innymi uczniami i już usłyszał znany, niski głos ojca chrzestnego Sary:
-Pirszoroczni! Do mnie, tutaj!
Posłusznie podszedł do sporawej grupki dzieci w jego wieku. Dostrzegł dwie rude głowy w tłumie. Jedna należała do Rosemary, druga do Rona. Zignorował to i postanowił podróżować samotnie.
Cosmo nie mógł opanować radosnej ekscytacji i wcisnął mokre ze zdenerwowania dłonie głęboko do kieszeni. Całą gromadą ruszyli w ciemność. Widać było jedynie morze głów i olbrzymią latarnię.
-Zaraz zobaczycie Hogwart!- krzyknął Hagrid- Zaraz za tym zakrętem.
I rzeczywiście, Cosmo się doczekał: zobaczył wspaniałe, pięknie oświetlone zamczysko. Stało tam, czekając na niego z ciepłym łóżkiem i jedzeniem, tajemnicami i korytarzami do zwiedzania…
Było zimno, więc szczególnie dwie pierwsze perspektywy wydały mu się kuszące. Wsiadł do łódki, którą miał płynąć razem z jakimiś trzema chłopakami i wpatrywał się w Hogwart jak urzeczony.
Wkrótce znikły światełka tańczące na wodzie i mogli wysiąść. Było jeszcze trochę afery z zaginioną ropuchą, lecz wkrótce weszli po kamiennych stopniach i zgromadzili pod dębową bramą.
-No już, kiedy wreszcie będziemy wchodzić? Chcę już zjeść kolację!- usłyszał obok siebie przeciągający sylaby głos w momencie, gdy otwarła się brama.
Cosmo pomyślał, że chłopiec, który to powiedział, miał rację. Jemu samemu kiszki marsza grały.
Surowo wyglądająca kobieta wprowadziła ich do Hogwartu, a czarnowłosy Black musiał na chwilkę zapomnieć o głodzie, tak bardzo pochłonęło go obserwowanie wszystkiego naokoło. Nigdy nie był w podobnym miejscu. Miał wrażenie, że ono nigdy się nie zmieniło, odkąd powstało.
Stłoczyli się w niewielkiej komnacie niewiadomego użytku. Wysoko postawiona pani, która ich tu zabrała, zaczęła tłumaczyć wszystko, co powinni wiedzieć, ale Cosmo nie uważał się za wszystkich, toteż pochłonęło jego uwagę coś zupełnie innego, mianowicie ciągnięcie za rudy warkocz siostry, dopóki ta nie odwinęła mu z całej siły, jednak dyskretnie.
-Wrócę, kiedy będziecie gotowi.- usłyszał, gdy przestał rechotać- Proszę zachować spokój.
I kobieta opuściła Komnatę. Cosmo przyjrzał się nowym kolegom i koleżankom: byli przerażeni. Nie wiedział, czemu. W rezultacie, co to za stres, przymierzyć jakąś starą czapkę na oczach setek?
Zaczął odczuwać niepokój, ale nie zdążył go on ogarnąć, bowiem parę osób wrzasnęło.
-Oj…- wyrwało się Cosmo na wdechu.
Przez ścianę przeniknęło paręnaście duchów. Były przezroczyste i ubrane w starodawne szaty. Ciekawe, czemu mieszkają na zamku, pomyślał jedenastolatek, ktoś tu umarł?
W momencie, gdy zaczął się zastanawiać, czy nie mógłby wywołać ducha ojca, wróciła kobieta.
-A teraz proszę stanąć rzędem i iść za mną.- rzekła i odwróciła się do wyjścia.
Wszyscy ruszyli gęsiego za kobietą. Cosmo westchnął, czując irytację tym przesadnym uporządkowaniem i posłuszeństwem, ale ogarniał go jednocześnie strach. Dotychczas nie zastanawiał się, jak wyglądać będzie Ceremonia. A jeżeli się potknie? I gdzie trafi?
Na szczęście nie zdążył się zbytnio przestraszyć, bo weszli do Wielkiej Sali. To, co opisywał wujek, nawet nie umywało się do tysiąca świec, wspaniałych świateł, setek zaciekawionych twarzy, pięknego sklepienia i wspaniałości tego miejsca. Cosmo od razu poczuł się znów głodny, patrząc na stoły.
Stłoczyli się wszyscy przed nauczycielskim gremium i tam chłopiec dostrzegł słynną Tiarę Przydziału. Była rzeczywiście okropnie brudna i połatana.
Gdy kapelusz zaczął śpiewać, Cosmo przyjrzał się nauczycielom. Ten na tronie to zapewne Dumbledore… Nagle dostrzegł coś, a raczej kogoś dziwacznego. Zdał sobie bowiem sprawę, że czarnowłosego człowieka przy stole widział już z rok temu, na alei Śmiertelnego Nokturnu. Właśnie on go złapał i wypchnął na ulicę Pokątną. Był bardzo niemiły. Cosmo obserwował go ukradkiem i ostrożnie. Czemu akurat ten człowiek był jego ojcem chrzestnym i przyjacielem mamy?
-Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbot, Hanna!
Jakaś dziewczynka o wyjątkowo przerażonej twarzy usiadła na stołku. Cosmo niechętnie zerknął na nią i patrzył, co się będzie działo.
-HUFFLEPUFF!
Rozległy się oklaski przy jednym ze stołów. Cosmo wrócił do obserwowania ojca chrzestnego.
-Black, Cosmo!
-Co, to już?- szepnął do siebie. Jego ojciec chrzestny przeniósł na niego spojrzenie, gdy drgnął ku stołkowi. Było bardzo osobliwe.
Cosmo podszedł na nieco trzęsących się nogach i usiadł na stołku, już nic go nie interesowało.
-Hmm, kolejny Black…- coś szepnęło zawadiacko w jego uchu- Już wiem, gdzie się nadasz…
To, co usłyszał potem, było bardzo dziwne. Niby zakodował nazwę domu, którą wykrzyczała tiara, ale nie mógł w to uwierzyć. Na nogach z waty podszedł do oklaskującego go stołu.
-Black, Rosemary!
Cosmo przełknął ślinę, obserwując siedzących naokoło niego mieszkańców Slytherinu. Gdzieś za nimi uchwycił zaniepokojonego Nicholasa, a jego siostra na stołku już trzymała głowę w tiarze.
-GRYFFINDOR!
Cosmo poczuł, że coś osuwa mu się do żołądka. Jego własna bliźniaczka udała się do stołu Gryfonów.
-Witamy wśród najlepszych, Black.- uśmiechnął się do niego prefekt Slytherinu.
[ 6 komentarze ]
89. Decyzja Nicholasa.
Dodała Mary Ann Lupin Niedziela, 25 Września, 2011, 22:18
tak, nowy wpisik. Myślę, że się Wam spodoba. Aczkolwiek, to tylko suche domysły Pierwsze komenty może dodam u Was już jutro wieczorem. A do Syriuszka rzeczywiście niewiele zostało...
Brązowowłosy dwunastolatek zerwał się z posłania i przewrócił o skołtuniony koc. Bez zbędnych ceremonii podniósł się z ziemi i pokuśtykał przed duże lustro. Odetchnął z ulgą. Był normalnym, przeciętnym chłopcem o brązowej grzywie lekko falujących na końcach włosach i smutnych, dużych, stalowoszarych oczach. Nie miał sierści i ogona, a także nóg wilka.
Nicholas stał tak jeszcze w letargu kilka minut przed lustrem. Patrzył na siebie, w luźnej koszulce i spodniach. Nie miał pojęcia, czy był atrakcyjny, czy nie. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiał. Twarz miał chyba w porządku, ale reszta… W domu kochali go takiego, jakim był. Teraz jednak coraz częściej bolał nad kalectwem i deformacjami, oraz ogólnym wyglądem zbolałego fajtłapy. Jeszcze raz popatrzył na lustro, a z trwogą robił to codziennie po wstaniu od dwóch tygodni, odkąd w dniu siedemnastego lutego, gdy skończył dwanaście lat, obudził się w nocy, będąc wilkiem. Sytuacja powtarzała się za każdym razem, w nocy przemieniał się w wilczka. Nikomu tego nie powiedział, nie napisał też w liście. Modlił się tylko o to, żeby nie zostać wilkiem też w dzień. W nocy to go w sumie mało interesowało, co się z nim dzieje, chociaż fakt ten był niewątpliwie dziwny.
Z lekkim ukłuciem frustracji zauważył, że Paula, Marcusa (na szczęście) i Eddiego nie było w łóżkach. Niefortunnie się złożyło, że eliksiry dziś były pierwsze.
Nicholas westchnął ciężko, przeczesał flegmatycznie włosy i zabrał się do ubierania. Nie poświęcał czasu krawatowi i koszuli przed lustrem, zarzucił torbę na siebie i wyszedł z dormitorium.
W niebieskim, okrągłym Pokoju Wspólnym Krukonów panowała cisza. Jedno czy dwoje uczniów starszych klas rozsiadło się na sofach i pogrążyło w lekturach i studiach. Zerknął jeszcze na posąg Roveny Ravenclaw i z ciężkim sercem wyszedł. Oczywiście, chociaż spóźnił się już trzy minuty, nie był na tyle zdesperowany, by pójść na eliksiry głodnym. Nigdy nie przekładał obowiązku nad potrzeby. To w końcu tylko głupia lekcja, i tak był już spóźniony.
W Wielkiej Sali ostatni maruderzy męczyli resztki owsianki i tostów. Nicholas usiadł jak zwykle sam, nałożył sobie trochę tego przysmaku-płatków owsianych z miodem i mlekiem-i ze stoickim spokojem zjadł. Nikt mnie, kurczę blade, nie będzie szczuł Snapem, pomyślał. Jestem dzieckiem i muszę jeść.
Wyszedł sam, głowiąc się nad tym, czy dziś będzie miał czas wyjść na spacer. Co prawda, kończyła się zima, ale wciąż nie było zbyt pięknej pogody, melancholia przebijała się przez chmury.
Beztrosko wcinał tost, kulejąc szybkim krokiem w stronę lochów i przeciskając się przez tłum na korytarzu w pobliżu Wielkiej Sali. Nie będzie się stresował na zapas, i tak czeka go nieprzyjemne.
BACH! Odwracając się w skupieniu za jakimś duchem wpadł na coś czarnego, wielkiego, żylastego i złego, a tym czymś czarnym, wielkim, żylastym i złym okazał się być nauczyciel eliksirów, profesor Snape. Spojrzał na niego z góry w uprzejmym zdziwieniu swoimi bezwyrazowymi oczyma. Nicholas zdrętwiał.
-Black.- syknął szeptem w ciszy.
-O.- wyrwało się jedynie chłopcu- To pan nie jest w sali?
Snape bardzo powoli uniósł krzaczaste brwi, nie zmieniając wyrazu twarzy. Nicholas przełknął ślinę.
-Wyobraź sobie, chłopcze, iż mam niekwestionowane prawo poruszania się po zamku kiedy i gdzie chcę…- wycedził- W przeciwieństwie do ciebie… Czy mogę wiedzieć, czemu nie siedzisz w sali?
-Bo wracam ze śniadania.- odparł prostolinijnie szarooki.
-Och, rozumiem.- uśmiechnął się Snape drwiąco- Panicz Black się posilał…
-To chyba naturalne.- wzruszył ramionami- Pan dzisiaj również jadł, prawda?
Snape z dość zdziwionym spojrzeniem zezował na Nicholasa. Ten nie spuszczał szarych oczu.
-Doprawdy, Black, zdumiewasz mnie.- rzekł wreszcie- Czy to twoja… wrodzona szyderczość czy nieokrzesana tępota każą ci wymuszać na nauczycielu tłumaczenie się czy jadł i co robi na korytarzu? Jesteś już piętnaście minut spóźniony na moje lekcje, a jeszcze odważasz się…
-Tak, ale pięć minut z tego zabrał mi pan nieuzasadnionymi pretensjami. Tak to bym zdążył…
-Nie przerywaj mi, impertynencie!- warknął Snape- I tak jesteś spóźniony i pogrążasz się jeszcze bardziej z każdą chwilą, a jeśli tego nie dostrzegasz, to znaczy, że jesteś spóźniony też w rozwoju!
-Możliwe, ale pana też nie ma w sali!- zawołał Nicholas- Dlaczego mam być karany przez kogoś, kto robi dokładnie to samo?!
-Szlaban, Black!
Nicholas otworzył jeszcze szerzej szeroko otwarte, duże oczy w szczerym zdumieniu.
-Tak, dostałeś właśnie szlaban i minus pięćdziesiąt punktów dla Ravenclawu.- wycedził Snape, biorąc za szatę Nicholasa z przodu- Od dawna się o to prosiłeś, chłopcze. Nie będę tolerował twojej arogancji. Myślisz, że niby kim jesteś?! Co?!
-Podejrzewam, że Nicholasem Syriuszem Blackiem.- burknął złośliwie dwunastolatek.
Snape puścił go, obserwując badawczo. Dostał jakiejś ohydnej plamy złości na szyi.
-Przyjdziesz do mojego gabinetu o szóstej każdego wieczora przez tydzień, zaczynając od jutra. A teraz marsz przede mną na lekcje. Szybko!
Popchnął go przed sobą, i tak obaj ruszyli ku lochom. Nicholas wciąż był popychany przez Snape’a.
-Nie mogę iść szybciej!- oznajmił wreszcie, gdy ból w niesprawnych nogach był nie do zniesienia.
-Nie interesuje mnie to. Jak sam zauważyłeś, jestem już spóźniony, więc szybciej!- zadrwił Snape.
Nicholas znowu został popchnięty. Przypomniał sobie z drżeniem ten okropny moment… Trzask i hałas… A potem widok krwawej paćki i szczątki jego brata, ból i rozpacz.
Poczuł łzy wściekłości i nienawiści do Snape’a i szkoły, za to, że powodem do śmiechu ludzi w Hogwarcie była pośrednio właśnie ta okrutna, traumatyczna chwila, której nie zapomni nigdy.
Czuł siebie w różnych wymiarach. Był wszędzie i nigdzie.
Nie poruszał się, tylko stał. Naokoło widział jedynie srebrzystą biel, oślepiającą, jakiej nie widział nigdy dotąd. Miał wrażenie, że patrzy przez mleczną szybę. Chociaż nie, stało tam drzewo. Spadały z niego srebrne płatki, które bardziej słyszał, bo taka była cisza. Z widzeniem ich był większy problem.
Pod drzewem ktoś stał. Nie wiedział, kim był ten człowiek, twarzy też nie mógł dostrzec.
-Pamiętasz, prawda?- spytał delikatnym, odległym, jakby smutnym głosem.
-Tak, pamiętam.- odparł nieśmiałym głosem dziecka- Jesteś niewinny. Teraz pamiętam wszystko. To takie proste!…
-Nie, synu. To zbyt skomplikowane.
Mężczyzna wyciągnął do niego rękę, ale nie poruszył się. Mimo tego czuł jakby ciepło przytulenia przez nieznajomego. To było dobre. Był wszędzie i nigdzie.
-Proszę!
-Przyszedłem na szlaban.
Nicholas wszedł do ciemnej, zimnej komnaty. Panowało tu kiepskie, zimne oświetlenie, a Snape, jeszcze gorszy od wszystkiego w tej sali, włączając marynowane organy w kredensie, stał gdzieś w kącie i ważył coś z pewnością szkodliwego w małym, bulgoczącym kociołku.
-Ach, Black. Cóż za miła niespodzianka.- wyszczerzył żółte zęby- Tylko jedenaście minut spóźnienia. Hmm, całkiem nieźle, robimy postępy, co? Wczoraj było trzynaście… Minus jedenaście punktów!
Nicholas westchnął i ze znużeniem rzucił torbę gdzieś przy nodze biurka, przy którym usiadł.
-Świetnie, robisz dziś to, co zwykle. Wyciągaj pióro.
Dwunastolatek posłusznie wyciągnął przedmiot i kałamarz, po czym popatrzył na pożółkły pergamin, położony przed nim. Musiał prowadzić rejestr przetworów, stojących na półkach. Nie jest źle, pomyślał Nicholas. Miałem wrażenie, że Snape każe mi prowadzić degustację.
Panowała cisza, zakłócana jedynie skrobaniem Nicholasowego pióra. Trwało to bardzo długo, sekundy wlekły się i wlekły. Snape mieszał wywar, odwrócony do niego plecami. A gdyby tak…?
Wstał bezszelestnie i podkradł się z buteleczką atramentu od tyłu. Snape niczego się nie spodziewał… Nicholas z dzikim wrzaskiem radochy wylał mu całą butelkę na tłusty łeb, a wtedy…
-BLACK! Czy ty sobie żartujesz, matole?!
Nicholas otrząsnął się z sennych marzeń, którym z błogością się oddał. Podskoczył na krześle, a butelka atramentu popchnięta brutalnie rozbiła się w drobny mak na kamiennej posadzce.
-Drzemki sobie urządzasz?!- Snape pochylił się nad nim- Pracuj, jak ci kazałem!
Nicholas opadł z cichym jękiem na niesprawne kolana i począł pieczołowicie ścierać ciemny atrament. Snape odepchnął go łagodnie na bok i mruknął:
-Evanesco.
Atrament znikł. Nicholas usiadł z powrotem przy biurku, ignorując badawczy wzrok Snape’a.
-Wracaj do pracy. I wytrzyj ręce, fajtłapo. Do takich czynności używa się czarów.- wycedził Snape.
-Nie umiem jeszcze usuwać rzeczy, jestem w pierwszej klasie.- Nicholas zrobił okrągłe oczy.
-Ach, Black, rozczarowałeś mnie.- zadrwił nauczyciel- Myślałem, że jesteś chodzącym ideałem.
-Pan to powiedział...- wzruszył ramionami chłopiec.
Natychmiast tego pożałował. Snape chwycił go za szatę z przodu, ale nie był wyprowadzony z równowagi. Przyjrzał mu się tylko z bliska martwymi oczyma.
-Wiesz co, Black.- szepnął w końcu- Do tej pory myślałem, że masz ubytki w mózgu. Widzisz, myliłem się. Ty najwyraźniej tego mózgu w ogóle nie posiadasz. Ile jeszcze mam cię leczyć z arogancji? Kiedy do ciebie dotrze, że jesteś w SZKOLE, gdzie obowiązują pewne schematy? Rozumiem, że wychowywałeś się bez ojca…
-Czemu pan cały czas miesza do tego mojego ojca?- spytał Nicholas spode łba- Zrobił coś panu?
-CISZA! Brak ci za knut ogłady! Myślisz, że kim jesteś? Jakimś szczególnym indywidualistą, dążącym do oddzielenia go od parszywych mas? A może synem dumnego rodu szlachciców? No to cię rozczaruję! Twój ojciec to zwyrodnialec, a ty jesteś taki sam!
-Tak, ale jest jeszcze moja mama, Mary Ann Lupin.- rzekł spokojnie Nicholas- Kojarzy pan?
Snape zamilkł z enigmatycznym wyrazem twarzy. W ciemności wyglądał dość upiornie. Nicholas poczuł się w jakiś sposób zwycięzcą.
-Rozczaruję cię, panie Black.- oznajmił wreszcie szeptem- Z moich obserwacji wynika, że wrodziłeś się raczej do twego sparszywiałego ojca. A może w domu mówią ci inaczej?
Nicholas zacisnął szczęki. Po raz pierwszy poczuł złość. Wiedział, że trudno bardzo było go wyprowadzić z równowagi, a Snape powoli przekraczał tę granicę.
-Niech pan nie przyrównuje mnie do mojego ojca. Znam się lepiej, wiem, jaki jestem!- prawie krzyknął. Czuł się okropnie. Snape ciągle powtarzał, że Nicholas był podobny do ojca: mordercy, zdrajcy i podłego tchórza. Nicholas za wszelką cenę chciał, by nie była to prawda.
Snape parsknął szyderczo.
-No to musisz wiedzieć, że jesteś żałosny, dzieciaku. Żałosny.- uśmiechnął się.
Żałosny… Jak często to słyszał, odkąd trafił do Hogwartu? Nie tylko od innych. Jakiś głos, bez wątpienia jego, wciąż powtarzał mu, że jest żałosny. A teraz najgorszy nauczyciel też to wypowiedział… Wciąż po nim jeżdżący, bezlitosny, zgorzkniały Snape.
-A pan jest zgorzkniały.- burknął Nicholas- Dlatego się na mnie wyżywa. Za nieszczęśliwą miłość.
Tego pożałował dziesięć razy bardziej. Oczy Snape’a zrobiły się jakieś dziwnie szaleńcze i dzikie.
-ZAMLCZ!- ryknął, po czym odrzucił go w bok. Nicholas upadł ciężko na posadzkę, zaskoczony.
-WYNOCHA!
Szybko zebrał swoje rzeczy i skierował się do wyjścia.
-BLACK!
Nicholas obrócił się w drzwiach z trwogą. Snape stał na środku, miał białą twarz.
-Jeżeli myślisz, że się na tobie do tej pory wyżywałem, to się grubo mylisz.- wycedził z drżeniem- Teraz dopiero zobaczysz… Urządzę ci piekło! A TERAZ SIĘ WYNOŚ!
Nicholas wybiegł, bojąc się oberwać jakimś słojem. Zatrzymał się dopiero na parterze, dysząc ciężko. Nogi bardzo go bolały, bo rzadko biegał.
-Ojej, chyba się wkurzył…- mruknął do siebie, trzęsąc się lekko.
Może rzeczywiście to, co powiedzieli mu w domu podczas Bożego Narodzenia, było dla Snape’a akie bolesne? Ale on też ranił Nicholasa, dziobiąc w niewłaściwą ranę. Nie mógł pozostać mu dłużny.
Nicholas ruszył do dormitorium, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. Na korytarzach panowała ciemność i cisza, stropy ginęły w mroku, okna przypominały martwe dusze.
Zatrzymał się w połowie korytarza i oparł o ścianę, drżąc. Zostały tylko dwie godziny do zamiany w wilka, ale nie to go martwiło. Bał się jutra, po raz pierwszy tak mocno przejąwszy się tym, co go tu otaczało. Snape ma mu zrobić piekło… Ma być jeszcze gorzej?
I bez tego tyle było problemów… Na projekt z Cho mieli czas około trzech miesięcy. Nie zrobili nic, a termin oddawania prac zakończy się w przyszłym tygodniu. Udało im się sklecić to, co rozwalił Marcus, ale tylko w połowie i to żałośnie skleconej połowie. I do tego Cosmo…
Tak, Nicholas dostał list, że jego brat jest w śpiączce w Świętym Mungu. Nikt nie wie, co mu jest… A jeżeli umrze, jak Syriusz dwa lata temu?… Nicholas doskonale pamiętał ten bezlitosny moment i wiedział, że nigdy nie zapomni. Nie chciał powtórki, gdy przed oczyma przemknął mu widok krwi. Sterczące kości, strzępy mięśni, kawałki kamienia, zgrzyt maszyn, ryk potwora, błyski, nawoływania. I jego wycie, potworne, odwieczne wycie szalonej z rozpaczy i bólu, cierpiącej osoby…
Nicholas otarł łzy ze złością i ruszył do okna. Jego oddech zamienił się w parę, na zewnątrz nie było nic, jedynie czarna, nieprzenikniona przestrzeń. A gdzieś za nią cały świat…
Chciałbym się stąd wydostać i ruszyć za tą czarną przestrzeń. Za horyzont.
Na zewnątrz padał deszcz. Sara westchnęła, opierając podbródek na bladej rączce. Bezwiednie zaczęła rysować kwiatki na kartce przed sobą. Wcale nie chciało jej się wkuwać tabliczki mnożenia.
Wciąż zamartwiała się bratem. Leżał w Mungu od ponad miesiąca i nikt nie potrafił mu pomóc. Sara drżała na myśl, że bliźniak Syriusza dołączyłby do brata z zaledwie dwuletnim opóźnieniem…
Koniec marca był taki, jak cała zima: ponury, mokry i wietrzny. Jak zwykle.
-Chodź, Saro.- mama weszła cicho do sypialni, którą Sara dzieliła z siostrą- Już idziemy.
Sara kiwnęła z powagą i odsunęła krzesło od małego biurka. Mama jeszcze przeczesała jej palcami kosmyki włosów, by nie wyglądały na tak martwe, po czym rzuciła jej z szafy niebieski płaszczyk.
-Piłam dziś lekarstwo?- zapytała delikatnie ośmiolatka.
-Tak. Nie bój się, kochanie, ja zawsze o nim pamiętam.
-Ale o swoim nie pamiętałaś…- bąknęła- Wtedy…
Mama pochyliła się nad nią i uważnie przyjrzała.
-To znak, że myślę o tobie, nie o sobie, cały czas.- uśmiechnęła się i cmoknęła w blade czoło Sary.
Ośmiolatka uśmiechnęła się w odpowiedzi i chwyciła mamę za rękę, by zejść na dół.
Wszyscy już czekali. Wyszli na wietrzny, dżdżysty marzec, ona z mamą, wujkiem i Rosemary.
Sara uwielbiała wychodzić, bo prawie nigdy jej się to nie przytrafiało. Reszta rodzeństwa? Nicholas siedział gdzieś daleko w Hogwarcie, Rosemary zwykle włóczyła się po okolicy z przyjaciółką, a Cosmo lubił siedzieć w domu. Ale nawet gdy potrzebował wyjść na jedną ze swych wypraw, nigdy nie było z tym większych problemów. Oni wszyscy MOGLI wyjść, a Sara nigdy nie zapuściła się sama poza próg. Jej rekordem było kilkakrotne, krótkie wyjście na podjazd na i katastrofalna wyprawa do tartaku, ewentualnie dom państwa Route. Tak naprawdę to nie za dobrze wiedziała, co jest za ich ulicą, Vange. Dziewczynka zastanawiała się, dlaczego mama jest tak chorobliwie nadopiekuńcza w jej względzie. Może przez przypadłość? Wygląd śmiertelnie chorej? To, że była najmłodsza? Nie rozumiała, czemu musiała przesiadywać już milionową godzinę w domu.
Dotarli w krótkim czasie do Munga, nie mówiąc wiele. Czasem pomiędzy mamą i wujkiem dochodziło do krótkich, nerwowych półsłów.
-Mamo.- szepnęła, ciągnąc rodzicielkę za rękaw.
-Słucham cię.
-Jak myślisz, czemu mam na biodrze ten dziwny księżyc? Ten znak?
-Czemu pytasz? To od urodzenia, ja też to mam. Jak to wampiry…
-Ale ja nie jestem wampirem…- zirytowała się lekko.
-Później ci wyjaśnię…
Bo oto wkroczyli do salki szpitalnej. Na łóżku leżał Cosmo bez oznak życia. Cała rodzina podeszła do niego. Wciąż oddychał, ale był potwornie blady, jakiś przezroczysty.
-Widać już jakąś poprawę stanu?- spytał wujek mamę, ale ona pokręciła wolno głową.
Stali w czwórkę razem, patrząc na bladego chłopca, jakby już leżał w trumnie. Mama pociągała gdzieś na górze nosem, a Sara po kryjomu zerknęła na starszą siostrę. Rosemary patrzyła na bliźniaka z jakimś bólem i okropnym zesztywnieniem, prawie tak biała, jak on. Obojgu było widać jeszcze wyraźniej liczne piegi, jakie odziedziczyli po mamie, chociaż piegi Cosmo były teraz bardzo blade.
Sara patrzyła na brata bez nadziei. Bardzo nie chciała, by odszedł tak, jak Syriusz. Za dużo już było przykrości w tym krótkim życiu. Nie wyobrażała sobie, by wystarczająco smutna i dotknięta mama była dodatkowo obciążona śmiercią następnego dziecka. A co z nią samą, Sarą? Wiele osób, zaczynając od pani Route mówiło, że wygląda, jakby już czuła zapach kwiatków od spodu. A Nicholas i jego dziwne deformacje? Może też umrze… Zostałaby jedna Rosemary z całej piątki…
Sara przełknęła ślinę. Nie, mamie już odszedł tata, oni nie mogą jej jeszcze bardziej skrzywdzić. Chciała, by brat obudził się za wszelką cenę z tego snu. Swoją drogą to ciekawe, co musi tam śnić…
Czuł siebie w różnych wymiarach. Był wszędzie i nigdzie.
Biegł przed siebie co tchu. Tam, daleko stała ona. Wiedział i czuł to, wydawało mu się naturalne.
Wszystko naokoło spowijał złocisty blask. Drobinki złota jakby unosiły się wszędzie wkoło niego, lecz on pędził. Czuł determinację i jakiś tęskny ból.
Wreszcie zobaczył to z daleka: było drzewo, zupełnie nagie. Wyrastały jednak małe, złociste pączki. Uśmiechnął się na ich widok, przecież oznaczały nadzieję. Ból i determinacja po osiągnięciu celu zelżały. Pod drzewem stała, spowita w błyszczące drobinki… ona. Czuł słodki bez.
Wyciągnął do niej rękę. Cofnęła się lekko, jakby spłoszona. Oparła się z lękiem o pień.
-Nie uciekaj.- poprosił błagalnie- Nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję.
-JUŻ JĄ ZROBIŁEŚ!- okropny, zwielokrotniony krzyk rozpaczy odbił się przedziwnym, rozmazanym echem w jego zaskoczonej świadomości- JESTEŚ POTWOREM! NIENAWIDZĘ CIĘ!
-Proszę…
Ona uciekła, zamiast tego poczuł potworny ból gdzieś wewnątrz. Na złocistym tle rozprysła się czerwona smuga: krew. Czerwień zalała wszystko, co widział, drzewo stanęło w płomieniach, krwawiąc… Opadł na kolana z jękiem, próbując uwolnić się z siebie samego. Był wszędzie i nigdzie.
***
Nicholas długo nie mógł usnąć. Wszyscy już smacznie chrapali, powiedziawszy sobie dobranoc. Wszystkim, poza nim samym. Przywykł do tego, ale i tak było mu przykro.
Wiercił się niespokojnie. Dziś Snape, zgodnie z jego obietnicą, odebrał Ravenclawowi sto punktów za to, że nie stał pod salą z innymi, tylko nadbiegł, gdy wchodzili. Dla Nicholasa to nie było żadne spóźnienie, ale wiedział, że nic nie wskóra. Kolejne punkty, konkretnie pięćdziesiąt, stracił za odezwanie się, a konkretnie poproszenie stojącej nieco dalej Cho o nóż. Mimo tego, że wszyscy inni naokoło odzywali się z większym hałasem.
Sto pięćdziesiąt punktów na dzień… Dla niego nie było to takie istotne, ale nie mógł zapomnieć podetknięcia nogi przez Marcusa, a że niósł ich projekt na dzisiejszą lekcję astronomii, to… Cóż, okropnie mu było szkoda. Cho robiła go z takim zapałem w święta! Potem z mozołem naprawiali tyle czasu, by jak najwięcej uratować po wytrąceniu przez Marcusa. I za tyle pracy dostali zero punktów u profesor Sinistry. Nawet nie umiał pocieszyć płaczącej Cho. Było mu tak szkoda siebie, za to, jaki był… Albo ten moment, gdy uczniowie Ravenclawu się o dowiedzieli o minus stu pięćdziesięciu punktach… I Cho, była smutna. Ciekawe, co mówiła swoim koleżankom… Nicholas wiedział, że nie ma u niej szans. Był żałosny…
Kilka niechcianych przez chłopca łez spadło na poduszkę.
-Przestań!- powiedział sobie.
Ale nie mógł poradzić nic na beznadzieję, która go ogarnęła. Myślał, że po Bożym Narodzeniu będzie jakoś lepiej, ale było gorzej. Ciągle było gorzej. Nie było już nadziei na wyplątanie się z tego wszystkiego. Chyba, że…
-Chyba, że nowy początek…- mruknął do siebie i usiadł na łóżku- Ominięcie przeszkody… Ale jak?!
Wstał i zaczął na palcach chodzić w tę i z powrotem. Jak wykasować wszystko i zacząć od nowa?
Księżyc wyszedł zza chmur, oświetlając wszystko na błoniach. Już nie było czarnej kurtyny, kryjącej świat. I nagle chłopiec poczuł bezgraniczną wolność.
Stanął przy oknie, rozkoszując się nowym pomysłem. Uśmiechał się do siebie. Tak, to jest to!…
Oklapł w sobie. Tylko jak to zrobić? Przecież tyle się może nie udać, jestem tylko chłopcem… A może aż?… Bo oto na jego oczach włoski na przedramionach wydłużyły się i poszarzały, poczuł ogon i już kulił się na ziemi będąc młodym wilkiem. AŻ młodym wilkiem.
Sapnął do siebie z tryumfem i już wiedział, że ten defekt stał się zaletą przy osiągnięciu celu.
Szanowna Pani Black!
Wyrażam nadzieję, iż czujesz się świetnie, jeśli chodzi o zdrowie. List ten, niestety, pozostawi raczej negatywne emocje, dlatego mam nadzieję, że do tej pory wszystko było w porządku, fizycznie i psychicznie.
Niestety, z przykrością muszę zawiadomić Cię, że młody pan Black, Twój syn, uciekł z Hogwartu dziś w nocy. Nikt go nie widział od samego rana, poprosiłem duchy, pana Filcha i Hagrida, ale nikt nie potrafi stwierdzić, gdzie i po co poszedł Nicholas. Trwają poszukiwania, ale nie ma go na terenie całej szkoły i na błoniach, ani w Zakazanym Lesie.
Dołożę wszelkich starań, by syn się odnalazł. Co prawda, muszę przyznać, że nigdy nic takiego nie przydarzyło się w Hogwarcie, nie za mojej kadencji w każdym razie. Jestem trochę zdezorientowany zachowaniem pana Blacka, ale zawiadomiłem już odpowiednich ludzi. To tylko kwestia czasu. Będę informował Cię o przebiegu poszukiwań, a gdy Nicholas się odnajdzie, zapraszam do Hogwartu, gdzie będziesz mogła się z nim spotkać. Albus Dumbledore.
Przeczytałam list całe sześć razy, zanim sens tych słów do mnie dotarł. Nicholas uciekł z Hogwartu?! Boże drogi…
Przeczesałam nerwowo włosy dłonią, kręcąc się po kuchni i myśląc gorączkowo. Szkoda, że Remus siedział teraz zamknięty na cztery spusty. On by mi doradził, a teraz?
Pokręciłam głową, otrząsając się z szoku. Uciekł ze szkoły… Gdzie i po co? Czemu? Może chciał do domu? Ale nawet nie wie, gdzie jest! Do tego może mu się coś stać…
Usiadłam na ladzie kuchennej z roztargnienia, wspierając czoło na dłoniach. Nicholas ma ledwo dwanaście lat! Przecież to dziecko, nie potrafi pewnie nawet wyczarować słabego Zaklęcia Świetlnego! I jak on ma sobie poradzić?!
-Nicholas, matołku…- mruknęłam do siebie, nie potrafiąc tego ogarnąć- Cóżeś najlepszego zrobił… Boże, to jest potworne…
Pokręciłam głową, czując panikę.
-Jestem sama, mąż w więzieniu, syn w śpiączce, drugi nie żyje, córka półwampir, brat wilkołak siedzi w piwnicy, trzeci syn jest przeklęty i do tego uciekł z domu i może zginąć… Nicholas, cóżeś najlepszego zrobił…
Nicholas biegł truchtem na swoich wilczych łapach. Widział w podczerwieni, ale nic go nie niepokoiło, chociaż był bardzo młodym wilczkiem. Bądź co bądź to dobrze, że dostał od losu możliwość zamieniania się w wilka, bo jako człowiekowi nigdy nie udałoby mu się uciec z tego piekła. Chociaż od prawie dwóch tygodni nie było go w szkole, nie żałował swojej decyzji.
Na niebie świecił księżyc, którego znów ubywało. Oświetlał w niewielkim stopniu jego drogę.
Miał futro, więc zimna, kwietniowa noc niezbyt mu przeszkadzała, lecz gorzej było w dzień, kiedy pozostawał człowiekiem.
Nicholas nie wiedział, gdzie idzie. Szedł przez kolejny już las, przedzierał się z determinacją przez oset i paprocie. Chciał biec gdzieś, najlepiej do domu. Może pozwolą mu zostać w nim.
Kierował się zgodnie z kierunkami świata na południe, w stronę Londynu. Od kilku dni się nie mył, nie zmieniał ubrania i żywił tym, co złowił w nocy jako wilk, a czego nie mógłby zjeść z obrzydzenia jako chłopiec. Bardzo mu to odpowiadało, wieczna wędrówka bez przywiązywania wagi do rzeczy przyziemnych, chociaż głód w ciągu dnia mu doskwierał, czasem będący nie do zniesienia.
Na północy Wielkiej Brytanii, gdzie się przypuszczalnie znajdował, było potwornie zimno i mgliście. Na szczęście młody wilczek miał wyostrzone zmysły i dostrzegł ruch we mgle pomimo białej mgły, opływającej wijącymi się serpentynami korzenie drzew. Tak, kończył się lasek. Widział ulicę osady.
-Stan, widziałem, jak coś się poruszyło!- usłyszał i zastrzygł uszami. Przycupnął za pniem.
-Zdaje ci się. Nie takie rzeczy widziałem na nocnych patrolach, chłopie! Czasem ulice są bardziej niepokojące, niż nasz skraj lasu.
Nicholas wywęszył dwóch obcych, przechadzających się w mdłym świetle ulicznych latarni. Obserwował ich marsz, a za nimi… Kontener! Tam muszą być jakieś resztki z obiadu… Ale nie odważyłby się podkraść teraz, by coś zwędzić. Może patrol ma broń? Nie chciałby tak zginąć…
Ostrożnie i bezszelestnie potruchtał ku kontenerowi tak, by patrol go nie zauważył.
-Mówili w wiadomościach, że jakiś dwunastolatek zaginął w Szkocji, u nas.- usłyszał.
-Tak, kto tych dzieci pilnuje?! Trzeba mieć uszy i oczy czujne, kto wie? Może my byśmy go znaleźli i przywieźli do rodziny pod Londynem… Co to? Słyszałeś?
-Tak, ale to tylko pies albo coś takiego. Szpera w śmieciach. Nie przejmuj się.
Nicholas przycupnął za dużą puszką po ohydnej farbie i obserwował policjantów, którzy rozprawiając (może o nim właśnie?) znikli za węgłem. Wilczek powąchał z uwagą resztki jedzenia w kontenerze. Zgniłe ziemniaki, jakieś obierki po ogórku, spleśniały chleb… Ale ten kurczak jest w sumie do zjedzenia, przynajmniej w znacznej części.
Trzask! Nicholas przywarł do asfaltu, świecąc oczami. Znikąd pojawiło się dwóch ludzi. Czarodzieje.
-Widzisz kogoś?- zapytał jeden z nich. Mieli naszywki podobne do logo, jakie nosiła mama na jakiejś ciemnozłotej teczce, w której trzymała dokumenty z pracy. Aurorzy.
To chyba po mnie, pomyślał z przejęciem. Satysfakcję odczuł na myśl o tym, że nie znajdą go.
-Nikogo tu nie ma, z wyjątkiem nas i tego małego pieska w śmieciach.- mruknął kobiecy głos.
-To wilk, nie pies. A może to wcale nie zwierzę? Wiesz, w naszym świecie…
-Ech, nie wydaje mi się, żeby dwunastoletni chłopiec był animagiem. Zastanów się!
-Racja.- rzekł mężczyzna- Homenum Revelio! Ale różdżka pokazuje czyjąś obecność w pobliżu.
-No to się rozdzielamy. Przeszukamy tą mieścinę dziś w nocy, jutro już musimy wyruszyć dalej.
Nicholas parsknął. Świetna sprawa, ta wilcza zamiana. Nigdy go nie znajdą, nie w nocy przynajmniej.
Czmychnął do rowu w lesie z kurczakiem w pyszczku i zaczął biec. Za dużo tu policjantów i aurorów, musiał iść dalej, do domu. Uciekać, dopóki jest noc.
Skonsumował zgniłego w połowie kurczaka i szybko ruszył w dalszą drogę. Pobiegł zboczem i zagłębił się dalej w las. Stoczył do jakiegoś wykrotu, wypełnionego korzeniami i usiadł na tylnych łapach, parskając ziemią i otrzepując się, po czym szybko pobiegł dalej.
Wiedział już, dokąd biec, ale nie wiedział, gdzie to jest. Nie do domu, pod Londyn. Mama na pewno nie zrozumie, odeślą go z powrotem. Nie po to żywił się zgniłymi kurczakami, by potem go odsyłać.
Był ktoś inny, ktoś daleko, kogo Nicholas ledwo pamiętał i kogo nienawidził za zbrodnie i zostawienie ich i mamy, cierpiącej tyle czasu. Ale teraz postać ojca mocno go frapowała. Snape cały czas go wyzywał i porównywał do ojca… Ale mama nie wyszłaby za taką bestię, prawda? Zresztą, Nicholas pamiętał skrawki najwcześniejszego dzieciństwa. Skoro do momentu, w którym odkrył, że ojciec był zdrajcą i mordercą bardzo go kochał i tęsknił za nim, musiał mieć jakiś powód. Nikt mu nie tłumaczył nigdy, by ojca kochał, swym zachowaniem rodziciel sam musiał mu wszczepić tę miłość jeszcze wtedy, gdy Nicholas był zupełnie mały. Czyli był troskliwy i ciepły i tak go chłopiec pamiętał. Chciał dostać się do Azkabanu, porozmawiać i spytać, czemu ojciec tak postąpił. Chciał mu też pokazać, czego dokonał-uciekł ze swojego więzienia, czyli Hogwartu. Jego ojciec nie dokonał tego, gnił w Azkabanie i zapewne się to nie zmieni. Podświadomie pragnął, by ojciec był z niego dumny i zazdrościł mu tupetu i odwagi.
Nicholas pędził, pożywiony jedynie kurczakiem. Musiał się dostać z powrotem do Hogsmeade, czarodziejskiej osady i wyczaić, gdzie znajduje się Azkaban. Biegł więc co tchu, pocieszając się jedynie nadzieją, że wkrótce przybędzie nowy, mglisty i ciemny dzień i będzie mógł jako chłopiec przespać się w jakiejś norze wypełnionej korzeniami.
Przez chmury prześwitywały smugi bladego światła słonecznego. Koniec kwietnia był dość ciepły, toteż Sara założyła swój lekki, ciemnoniebieski płaszczyk.
Szła sobie ulicą swobodnie, obracając się ukradkiem co jakiś czas i sprawdzając, czy jakiś pies nie wypada zza węgła.
Co za życie… Całe monotonne, ale ostatnio dziewczynka nie mogła narzekać na brak rozrywek, co prawda niezbyt pozytywnych-jeden brat poszukiwany, drugi w śpiączce w szpitalu.
-Och.- wyrwało jej się w szczerym zdumieniu.
Na asfalcie minęła właśnie leżącego na środku rozjechanego kotka. Co więcej, żył. Leżał i patrzył tępo w przestrzeń niewidzącymi, obojętnymi oczyma. Wyglądał na potrąconego.
Sara przyglądała się zwierzaczkowi z rękami w kieszeniach płaszczyka, skrępowana. Co miała robić? Kotek był bardzo mały, pewnie niedawno narodzony, jako że kończył się kwiecień. Ale z pewnością niedużo mu tego krótkiego życia zostało. Nie piszczał i nie ruszał się, bo pewnie wszystko w środku miał zmasakrowane. Ale żył, wciąż… Zostawić go i pozwolić jakiemuś samochodowi poprawić rozpłaszczenie kota? Sara rozejrzała się niespokojnie. Nic nie jechało.
-Nie ugryź mnie, dobrze?- szepnęła i podeszła do kotka ostrożnie. Nie miał żadnych otwartych ran, ale z oka i pyszczka, a także spod ogona ciekło trochę krwi. W środku na pewno też była.
-Żyjesz, czy nie?- spytała i kucnęła z zakłopotaniem i lekkim strachem nad kotem. Ten nawet na nią nie spojrzał. Z lękiem dotknęła jego mokrego, zmechaconego futerka burego koloru na boku, gotowa cofnąć rękę, jeżeliby chciał się bronić. Ale kot nic nie zrobił, dalej unosił głowę, patrząc na coś daleko przed nim ze zblazowaniem. Sara z lękiem spojrzała przez ramię, czy nikt nie wybiera się samochodem w jej stronę, po czym bez zastanowienia zdjęła wełnianą czapkę, pieczołowicie nałożoną jej przez mamę. Delikatnie uniosła kotka, który nie protestował, lecz pozwolił się unieść z zainteresowaniem rozgotowanego flaka. Wsadziła ostrożnie i czule zwierzaczka do czapki i przytuliła zawiniątko do piersi tak, by go jeszcze bardziej nie uszkodzić wewnątrz. Wtedy uniósł obojętne, szeroko otwarte oczy na jej twarz i patrzył niewidzącym wzrokiem. Zakrwawione oczko kierował pod dziwnym kątem, robiąc zeza. Potem przymknął oczy, bardzo zmęczony i spuścił łebek.
Sara szybko wróciła na chodnik, bo czerwony ford zmierzał w jej stronę.
-Nie zdychaj, zezolku.- poprosiła kotka- Już cię kocham… Wezmę cię do domu, a wtedy…
Nieco przygasła. No właśnie, jak to: do domu? Mama zacznie krzyczeć, żeby tego kota wywalić, że to odpowiedzialność, że nie mają warunków na takie zwierzę… I co teraz? Ale tak go tu zostawić…
-Chodź, nie obchodzi mnie to! Idziemy do domu! Ukryję cię pod łóżkiem, a potem coś wymyślimy…
Szybkim krokiem ruszyła z powrotem do domu, przyciskając kotka do piersi. To ona go znalazła i uratowała, jest teraz zupełnie jej zwierzątkiem! Gdyby umiał mówić, pewno by podziękował…
Stanęła pod domem i westchnęła, poprawiając czapkę z kotem. Szkoda, że nie mogę się zamachnąć i wrzucić go przez otwarte okno, pomyślała. Otworzyła konspiracyjnie drzwi i ostrożnie włożyła głowę do przedpokoju. Słysząc po trzasku talerzy i świstach naczyń fruwających w powietrzu, mama właśnie zmywała. Sara w tempie ekspresowym i na paluszkach wbiegła na górę, modląc się, by nie potknąć na schodach, nie ubrudzić butami dywanów i żeby kot nie dostał głośnych agonii przedśmiertnych. W pokoju siedziała Rosemary, rysując coś kredkami przy biurku.
-Ojejku!- krzyknęła, gdy zobaczyła zwierzaka, którego niosła Sara- Skąd ten kotek? JA TEŻ CHCĘ!
-CIIII!!!- syknęła ze złością czarno-ruda- Mama nie wie! Dawaj go pod łóżko i buzia na kłódkę!
Rosemary zerwała się od biurka, podniecona i przejęta. Sara dość bezceremonialnie wepchnęła nieprotestujące zwierzę pod swoje łóżko, po czym szepnęła konspiracyjnie:
-Idę się rozebrać na dół. Pilnuj go! I ani słówka mamie!
Rosemary zanurkowała pod łóżko, bezczelnie obserwując kotka. Sara wybiegła z pokoju z czerwonymi wypiekami na twarzy. Ale będzie awantura… Szczególnie teraz, gdy Cosmo jest w szpitalu i mama zrobiła się taka nerwowa…
Udając, że wszystko jest O.K., rozebrała się z butów i płaszcza.
-Mamusiu, wróciłam!- pisnęła lekko trzęsącym się głosem.
-Świetnie.- mama wyjrzała z kuchni. Miała zmęczony wzrok. Sara bardzo się tym przejmowała, odkąd znalazła piękny skarb, trzymany pod łóżkiem, tak jak kot-zdjęcie ślubne. Mama była taka piękna i młoda… Teraz też była młodsza, wyglądała na ledwo dwudziestoparoletnią kobietę (przez wampiryzm), nie na trzydziestojednoletnią, bo tyle miała. Ale te oczy… Im Sara mogła dać z osiemdziesiąt- Zimno ci? Zmarzłaś? Masz wypieki.
-Nie, mamusiu. Jest przecież prawie maj.- otworzyła szeroko stalowoszare oczy Sara- Wszystko O.K.
-Dobrze więc. Umyj ręce, zaraz zjesz lunch.
To coś uzmysłowiło Sarze. Kotek też musi zjeść! O ile będzie w stanie…
-Już lecę…- rzekła nieprzytomnie i pobiegła na górę.
-Na razie dycha…- oznajmiła Rosemary, gdy Sara położyła się obok niej pod łóżkiem. Kotek leżał w czapce nieruchomo, obserwując je zdziwionym zezem. Nie piszczał, co niepokoiło Sarę.
-Chyba mu pościelę wygodniej, czekaj…
Podbiegła do szafy i wyciągnęła starą kołderkę z patchworku. Wgramoliła się z nią pod łóżko i zrobiła zawiniątko, po czym ostrożnie położyła w nim kotka.
-Trzeba go nakarmić.- zakomenderowała starsza siostra- Mleko jest w kanie w szafce.
-Mama kręci się po kuchni. Pójdę i wleję do spodeczka troszkę…
-Wiesz, mama na pewno się zdziwi, że wynosisz spodeczek z mlekiem.- uniosła brwi Rosemary.
-Powiem, że to dla mnie.
-Żal mi cię.- postukała się w czoło starsza siostra- Nienawidzisz mleka, a ten spodeczek to w ogóle jest z kosmosu… Jasne, że mama uwierzy w ciebie, wcinającą mleko, w dodatku ze spodeczka!
-To co robimy?- zmartwiła się ośmiolatka.
-Nie mam bladego pojęcia.
-Ukradnę mleko ze spodeczka!
-Czyście ogłuchły?!
-AUU!!!- wrzasnęły naraz dziewczynki, bo wyrżnęły z przejęcia potylicami w łóżko.
-Jest lunch od dziesięciu minut, miałyście umyć ręce! Wyjdźcie spod łóżka i na dół!
Mama stała w wejściu z niezadowoloną miną. Z duszami na ramieniu wyszły obydwie spod mebla i potulnie ruszyły za rodzicielką, modląc się, żeby nie zainteresowało ją to łóżko.
Lunch jeszcze gorzej przechodził przez przełyk Sary, niż zwykle. Denerwował ją fakt, że ona może zajadać się bułeczkami z czekoladą i suszonymi owocami, a na górze kotek pewnie nie jadł kilkanaście godzin… Chciała mu pomóc, bo wiedziała, że zdycha, tylko nie miała pojęcia, jak. Gdyby Cosmo był tu z nimi, na pewno by na coś wpadł…
-Jedzcie. Pójdę do saloniku, napalić w kominku.
Gdy drzwi do kuchni (zawsze tu jadły lunch) zamknęły się za mamą, Rosemary syknęła:
-Teraz! Kradnij to mleko!
Sara rzuciła się do szafki i wytaszczyła kanę z mlekiem. Nabrała na łyżkę trochę i wlała na spodeczek.
-Sprzątnij kanę po mnie.- rzuciła do siostry i szybko ruszyła w stronę drzwi, które nagle się otworzyły.
-Co ty robisz, Saro?- spytał wujek Remus, obserwując ją okrągłymi oczyma. Widać właśnie wrócił.
-Eyyuu…- zająknęła się ośmiolatka.
-Daj mi to mleko. Jedzeniem nie można się bawić.- wujek wziął od niej spodek, obserwując uważnie.
Sara poczuła łzy i narastający skowyt rozpaczy. Było tak blisko!…
-Czemu płaczesz?- zdziwił się wujek.
-Co się dzieje?- spytała mama, wchodząc do kuchni i patrząc ze zdziwieniem na płaczącą Sarę, wujka ze spodeczkiem mleka w ręku i Rosemary, siłującą się z kaną gdzieś z tyłu.
-Nie mam pojęcia.- odparł ze zdumieniem wujek- Zabrałem jej tylko mleko, które gdzieś niosła.
-Mleko?- zareagowała ostro mama- Po co ci mleko, dziecko?
Sara nie odparła, wybuchła tylko jeszcze większym płaczem. Wujek westchnął.
-No nie… Człowiek wraca z pracy i o głupie mleko…
-Najpierw powinieneś z nią porozmawiać o przeznaczeniu tego mleka.- rzekła chłodno mama.
-Coś sugerujesz? Stresuję to dziecko? Miałem jej nie zabierać jedzenia?
-Dziewczynki, wyjdźcie na moment, muszę porozmawiać z bratem.- ostrzegła mama.
Rosemary i Sara wyszły z kuchni, gdy wujek z mamą przeszli do ostrzejszej wymiany zdań.
-Nie płacz, bekso!- zganiła ją starsza siostra- Wymyślimy coś innego.
-Nic nie wymyślisz!- jęknęła głośno Sara- Co mu damy? To jeszcze małe zwierzątko, mój biedny Zezolek… Głoduje, a ja zjadłam tyle jedzenia…
-Zezolek?- parsknęła Rosemary- Fajne ma imię.
Sara parsknęła również przez łzy, ale zaraz wróciła do płakania.
-I co? Nie dość, że jest głodny, to pod jakimś zakurzonym łóżkiem…
-Co jest pod łóżkiem?- spytał ostro wujek Remus.
Wyszli właśnie z mamą z kuchni, nieco czerwoni ze złości. Rosemary i Sara zrobiły olbrzymie oczy.
-Nic nie ma…- wybąkały jedna przez drugą.
-Ejże! To pod nim siedziałyście dzisiaj, zamiast w kuchni jeść lunch?- spytała ostro mama.
-Pójdę i zobaczę, co tam mają… Żeby się nie skończyło, jak z Cosmo.- stwierdził wujek i poszedł.
To koniec!… Rosemary i Sara popatrzyły na siebie w popłochu, a Rosemary ryknęła jeszcze większym płaczem, niż przed chwilą Sara. Mama obserwowała je z podejrzaną miną.
-Co wy kombinujecie, co?- warknęła- Już spokoju nie ma, poczekajcie, aż Remus… I co?
Bo oto wujek stanął przed nimi. Sara popatrzyła na niego z trwogą. Zaraz będzie…
-I co tam jest?- spytała mama nonszalancko.
-Eee… Nic, w sumie.- rzekł wujek z jakąś sztywną miną i popatrzył na dziewczynki. Miał bardzo zakłopotaną i niewydarzoną minę, jakby to on sam przemycił kota pod łóżko.
-Świetnie. Zaraz podam obiad, idźcie do jadalni. Dziewczynki, zjecie trochę kotletów cielęcych…
-Ale przed chwilą…
-Cisza! Mam już dziś dość tematu jedzenia!- ucięła ostro mama.
Powlekły się z rezygnacją do jadalni, za nimi jak cień ruszył wujek. Sara skuliła się, czekając na cios, ale wujek w ogóle nie komentował tego, co znalazł pod łóżkiem.
Obiad (kotlety cielęce z sosem miętowym) wcale nie smakował Sarze. Oddałaby je wszystkie Zezolkowi, gdyby mogła. Mógłby zjeść smacznie przed śmiercią. Bo zdechnie, na pewno. Jest ranny, a ona nawet nie umie mu pomóc. I do tego głoduje. Bez sensu…
Z rezygnacją obserwowała wujka, wstającego od stołu i wychodzącego nieco rozchwianym krokiem z jadalni. Dziabnęła bez zainteresowania swoją porcję kotletów.
-Saro, jedz! Nie rozumiem, co cię dziś ugryzło…- powiedziała mama- Odciąż mnie trochę. Wiesz, że teraz jest mi bardzo ciężko. Powinnaś starać się chociaż być grzeczną…
-Jestem…- chlipnęła cichutko dziewczynka.
-Idę po twoją porcję lekarstwa. Zjedz chociaż jednego kotleta. To też mnie kosztowało trochę pracy.
Mama wyszła. Rosemary i Sara wymieniły ponure spojrzenia.
-Koniec. Zresztą, i tak pewnie by zaraz zdechł.- burknęła Rosemary.
-Co ty robisz z tym mlekiem?!- rozległo się z przedpokoju- Ludzie, czy wyście oszaleli?!
Dziewczynki uniosły brwi i wybiegły do przedpokoju. Kulił się tam wujek ze spodeczkiem mleka i mama, która w szoku obserwowała jego wędrówkę cichcem w kierunku schodów.
-Ja… E, lubię… troszkę wypić mleka po obiedzie…- wzruszył ramionami wujek z przytępawą miną.
Mama chyba nie dała się nabrać na ten kit, bo uniosła brwi.
-No tak, wychłepcesz ze spodka… Co was wszystkich ugryzło?!
Wujek i dziewczynki wymienili porozumiewawcze, niewydarzone spojrzenie.
-Coś przede mną ukrywacie… To łóżko mi tu nie pasuje, czekajcie…
Weszła na schody i znikła w pokoju dziewczynek. Sara już zbierała się na kolejny wybuch płaczu.
-No to po kocie, dziewczynki.- wypuścił ze świstem powietrze wujek, ocierając pot z czoła.
-AAACH! TU JEST KOT, REMUSIE!
Sara zaczęła płakać. Na szczycie schodów pojawiła się przerażona mama.
-Pod łóżkiem Sary jest ranny kot! Co za idiota wrzucił rannego kota pod łóżko?! To dom niebezpiecznych wariatów! Tym zwierzęciem trzeba się zająć!- krzyknęła dramatycznie.
Dziewczynki i wujek wymienili rozentuzjazmowane spojrzenia. Całą gromadą pobiegli na górę, wujek ostrożnie wyciągnął Zezolka spod łóżka. Drzemał, albo już zdechł.
-Ferula. Enervate.- rzekł wujek, stukając różdżką w zwierzątko.
-Już? Mam nadzieję, że nie jest za późno.- powiedziała mama z przejęciem.
Ale nie, Zezolek obudzi się, przeciągnął i popatrzył na nich w zdziwieniu swym zezowatym spojrzeniem. Był malutki i brudny, nieco wymizerowany.
-Mamusiu, to jest Zezolek. Leżał na jezdni, potrącony. Nie wyrzucajmy go!- poprosiła Sara.
-Pewnie, że nie wyrzucimy. Przecież go uratowałaś.- pogłaskała ją po głowie- Jest twój.
Sara bardzo się ucieszyła i podetknęła czubek palca Zezolkowi do powąchania, co skrzętnie uczynił, a potem czmychnął pod łóżko z przerażeniem na ugiętych łapkach.
-Mogę mu wreszcie dać to nieszczęsne mleko?- zapytał ze znużeniem wujek, po czym parsknął.
***
Czuł siebie w różnych wymiarach. Był wszędzie i nigdzie.
Leżał bez życia w przestrzeni. Otaczała go nieprzeparta czerń, odwieczna i mroczna. Nie miał siły się podnieść, czuł smród gnijącego ciała. Jego własnego ciała.
Widział zarys drzewa, martwego i nagiego. A obok niego w milczeniu ktoś stał. Obserwował go.
Poczuł strach i beznadzieję.
-Nie chcę tego.- szepnął przez łzy.
-Nie uciekniesz.- usłyszał. Był to rozbawiony w potworny sposób głos- Nie ucieka się przeznaczeniu.
-Ja nie chcę. Nie chcę. NIE CHCĘ!
Odpowiedział mu piskliwy śmiech. Wżerał się w jego jestestwo, powodując ból i rany.
-Zostaw mnie…- błagał.
-Oczekuję tego…
Próbował się odwrócić na drugi bok, ale nie mógł. Istota patrzyła na niego w oczekiwaniu. Nie mógł tego znieść. Był wszędzie i nigdzie.
Czarna jak smoła noc była ukojeniem, czuł się jak ryba w wodzie. Wtedy znikał dzienny głód i ludzkie słabości. Żałował, że nie urodził się wilkiem, tylko nędznym, kulejącym lebiegą.
Czuł jedynie drżenie na myśl, że jest tak blisko więzienia. Był po prostu w Zakazanym Lesie, przy Hogsmeade. Żył sobie dziko w Lesie, zastanawiając się, jak może dowiedzieć się o położenie Azkabanu i czy ktokolwiek będzie to wiedział. W starych gazetach nic nie było i Nicholas by się mocno zdziwił, gdyby cokolwiek znalazł. Nie wyobrażał sobie informacji na całą stronę: „UWAGA! AZKABAN MIEŚCI SIĘ TU I TU, OBYWATELE.”.
Stracił już rachubę czasu i nie miał pojęcia, ile dni już ucieka ze szkoły. Wiedział jedynie, że zrobiło się znacznie cieplej, chociaż wciąż dni bywały mgliste i deszczowe, ale w Szkocji to normalka.
Coś poruszyło się za nim w krzakach. Obrócił łeb, ale nie znalazł nic ciekawego.
Zamek Hogwart był ledwo dostrzegalny, widział jedynie jedno światełko w jakiejś wieży, tak głęboko w siedział w lesie. To jedno światełko było dla niego jak jakieś fatum, bat na psychikę, uderzało w niego z całej siły i kazało mu się kulić, ilekroć spojrzał w jego stronę. Czuł ciarki. Nie chciałby tam wracać, nigdy, za nic na świecie…
Coś wyraźnie się poruszyło. Usłyszał dziwaczny odgłos i jakiś dotyk z tyłu, więc nie marnował czasu na naiwne dociekanie, co to, tylko konkretnie wystrzelił wprzód. Pędził ile sił, bo ze zwierzakami w Lesie nie było żartów. Przeskakiwał jakieś korzenie i nawet nie chciał się obracać, by zobaczyć, czy agresor odpuścił. Za to wkrótce władował się do jakiejś jamy, gdzie było coś lepkiego. Zaplątał się i zaraz z pasją wyplątał. Pajęczyna. Niedobrze, wlazł na teren jakichś paskudztw.
Tak, z jednego z drzew zwisał olbrzymi pająk. Nicholasowi z przejęcia prawie ogon odpadł. Zrozumiał, że oto jest muszką i musi szybko zwiewać, by pozostać wilkiem. Wleciał więc w jakąś szparę, ale tam wpadł na osiem ślepi nieco zaskoczonego pająka. Zanim ten zareagował, ugryzł go małymi kłami w owłosioną nogę i czmychnął gdzieś w bok. Czuł tylko determinację, by wydostać się z leży tych stworów. Będzie bezpieczny poza tymi gniazdami z lepkiej mazi…
Coś zaklekotało z tyłu. Nicholas podkulił ogon i przyspieszył tak, że tył prawie przegonił przód, bo tak się przestraszył. Wleciał na łeb na szyję w jakąś szparę pomiędzy korzeniami i dalej leciał. W końcu, po kilku chwilach dzikiej ucieczki i walki o życie przód rzeczywiście przegonił tył i Nicholas przekoziołkował żałośnie parę razy przez siebie samego, by stoczyć się z potężnego wzniesienia. Obił się nieźle o parę pni i wystających kamieni, aż w końcu legł u stóp wzniesienia, obolały i wyczerpany.
Pokuśtykał w stronę jakiejś większej jasności, po czym znów zobaczył z lewej jakiś ruch. Nie wiedział, czy to pająk, ale porażony bólem i szokiem, oraz poziomem adrenaliny, rzucił się do ucieczki. Wybiegł z Lasu gdzieś, zrobił niezrozumiały dla siebie wiraż i wylądował na miękkiej trawie pod jaśniejącym niebem. Odetchnął parę razy, czując się paskudnie.
ŁUP! Nicholas był przekonany, że dostał zawału serca, bowiem coś zdzieliło ziemię obok niego z takim impetem, że jego samego poderwało na kilka cali do góry. Zamachał rozpaczliwie łapami w powietrzu i czmychnął, potykając się. ŁUP! To witka Wierzby Bijącej uderzyła w niego z okropną mocą, wyrzucając go w powietrze. Przetoczył się po gruchnięciu o ziemię gdzieś w bok. Zaczął skamleć w rozpaczy. Hogwart! Uciekał od niego, by znaleźć się pod Wierzbą Bijącą! Musi wiać, zanim wróci dzień. Musi! Piszczał, ile tchu, ale był tak zaślepiony, że nie mógł wydostać się z lawiny gałęzi i paraliżującego wręcz strachu, jaki nim zawładnął, toteż znów został powalony przez gruby konar, piszcząc. Odczołgał się w bok. Zakazany Las majaczył przed nim. Musiał się dostać tam, by wyjść z granic błoni. Podejrzewał, że jako chłopca czary nigdy go nie wypuszczą z terenów.
Podniósł się i na chwiejnych łapach ruszył w kierunku Lasu. Widniało.
-Incarcerus.
Zesztywniał zupełnie i przewrócił, splątany linami, skamląc.
-To po to mnie wołałeś, Filch? O głupiego wilka, dewastującego Wierzbę Bijącą?
Nicholas zesztywniał jeszcze bardziej. To Snape…
-Uznałem, profesorze, że to niepokojące, że Wierzba coś bije. Ja sam, wie pan…- charczał woźny.
Snape pochylił się nad Nicholasem. Ten przestał skamleć. Wypuść mnie, muszę wiać do Lasu!…
-Niemniej to dziwne…- szepnął jakby do siebie Snape- Samotny wilczek przy Wierzbie Bijącej. Coś mi to wyraźnie przypomina… Ironia losu, czy jak?
Parsknął do siebie. Na horyzoncie zajaśniało zza chmur.
Zaczął przemianę. Nicholas z obojętną rezygnacją czekał, aż dzień przywróci mu znienawidzoną postać brązowowłosego, szarookiego chłopca, teraz brudnego i obszarpanego.
Snape zaniemówił, gdy zobaczył leżące w zwojach magicznej liny dziecko, którego szukało pół Wysp Brytyjskich.
-Black?- wychrypiał w końcu- A to ciekawe…
Nicholas nigdy nie widział go w tak ciężkim szoku. Od razu pożałował, że powrócił do Hogsmeade w sprawie Azkabanu. Widmo i fatum w postaci więzienia przywołało go mimo wszystko.
Filch stanął obok niego i oboje się nad nim pochylali. Nicholas obserwował ich dzikim wzrokiem.
-Czy to nie ten chłopiec, którego…- zachrypiał zszokowany Filch.
-Tak, właśnie on, idioto!- warknął Snape- Tylko co… Nieważne. Filch, idź do dyrektora i powiedz mu, że zaraz tam będziemy. Osobiście dopilnuję dostarczenia Blacka do jego gabinetu.
-Tak jest.- smarknął Filch i poczłapał w stronę zamku.
Snape chwycił za zwoje i szarpnął do góry i Nicholas znów stał na dwóch nogach.
-Idziemy.- rzucił Snape i pociągnął za linę. Nicholas się nie opierał. Czuł się zmęczony i zdruzgotany.
-Niech pan mnie rozwiąże.- poprosił- Nikogo nie zabiłem, nie jestem przestępcą…
-Wybacz, Black, ale szczerze wolę pozostawić cię pod moją całkowitą kontrolą.- Snape najwyraźniej się rozkoszował widokiem Nicholasa w linach.
-Ale mnie to krępuje.- westchnął chłopiec- To upokarzające. Czuję się, jak więzień.
-I słusznie.- odparł spokojnie Snape- Nawet nie wiesz, jak bardzo teraz przypominasz ojca… Obszarpany, brudny i uwięziony. Nie będę się pozbawiał rozkoszy oglądania twego upokorzenia.
Zaczyna się, pomyślał ze znużeniem Nicholas.
-Ciekawi mnie jedynie, czemu byłeś wilkiem.- wycedził w końcu- Nie jestem przekonany, czy do ciebie dotarło jakimś cudem, że nielegalna animagia jest karana.
-Nie jestem animagiem. To klątwa, choroba.- oznajmił sucho chłopiec.
-Cieszy mnie to.- zadrwił Snape.
Nienawidzę cię, pomyślał Nicholas, czując łzy wściekłości. Weszli do gabinetu Dumbledore’a.
Wyszłam z kominka Dumbledore’a, otrzepując się z popiołu. Potoczyłam szybkim spojrzeniem po wnętrzu. Nie zmieniło się od bardzo dawna. Ostatni raz tu chyba byłam wtedy, gdy zaprosił mnie do Zakonu Feniksa. To było pod koniec szkoły, trzynaście lat temu.
Nicholas stał pod kotarą, brudny, dziki i wytrzeszczający lśniące oczy. Obok siedział Flitwick, kładąc mu na ramieniu dłoń. Popatrzyłam na Nicholasa.
-Coś ty zmalował, dziecko!…
Podeszłam i uderzyłam go w policzek, stosunkowo lekko. Popatrzył na mnie wilkiem, ale tego nie oglądałam, bo przytuliłam go mocno. Po chwili oderwałam się i warknęłam:
-Co ci przyszło do głowy?! Czy ty nie rozumiesz, co myśmy w domu przeżywali?! Do grobu chcesz mnie wpędzić, czy jak!? Dlaczego chciałeś wiać ze szkoły?! Oszalałeś!?
Wstrząsnęłam Nicholasem trochę, on patrzył na mnie zupełnie obojętnym wzrokiem. Sprawiał wrażenie nieszczęśliwego, że go złapali.
-Odpowiedz! Co się stało?
Profesor Dumbledore, którego dopiero teraz zauważyłam, poruszył się i chrząknął:
-Może wolisz zostać z nim sam na sam, Mary Ann?
-Chyba będzie lepiej.- przytaknęłam- Może wyjdę.
Profesor kiwnął. Pociągnęłam dwunastolatka prawie o moim wzroście za rękę i wyszłam na wymarzony korytarz Hogwartu. Tak bardzo tęskniłam!…
Ale teraz nie było czasu na sentymenty, bo musiałam obsztorcować syna.
-Czemu uciekłeś?- zapytałam cicho, ale groźnie.
Nicholas oderwał obojętny wzrok od czubków czerwonych trampek.
-Musiałeś mieć powód.- rzekłam- Powiedz mi, bo inaczej będzie źle, Nicholas…
-Bo tak.- rzekł w końcu buńczucznie, ale dość obojętnym tonem- Bo wszystko jest właśnie takie. Czuję się źle, jeśli już musisz wiedzieć.
Wzruszył ramionami. Popatrzył na mnie swoimi smutnymi, stalowoszarymi oczyma, w których w tym momencie czaiła się jedynie obojętność i duma.
-Źle się czujesz w Hogwarcie?- spytałam cicho, by grupa Puchonek nie usłyszała.
Nicholas znów wzruszył ramionami, wciąż szorując spojrzeniem po podłodze. Po chwili popatrzył na moje buty i rzekł z gorzkim wyrazem twarzy:
-Nienawidzę Hogwartu.
Były to bardzo mocne słowa. Wpatrzyłam się z troską i zaskoczeniem w zaciętą minę syna, na pozór nie wyrażającą niczego specjalnego.
-Czemu?- spytałam w końcu delikatnie.
-Bo tu jest okropnie. Lubię siedzieć sam, nie potrzebuję towarzystwa, a i tak się mnie wszyscy czepiają! Na czele ze Snapem i Ślizgonami. Tylko dlatego, że mam obciachowe uszy i poruszam się jak ostatni kaleka…
Oczy zaszły mu łzami. Wpatrywałam się w moje najstarsze dziecko, po czym mocno go przytuliłam, gładząc brązowe włosy. Wyrwał się lekko.
-Dobra.- otarł nos- Bo będzie, że przytulam się do mamusi… Będą się śmiać.
-No to niech tak będzie!
-Nie, mamo. Już wystarczająco źle tu jest, bym do tego wyszedł na maminsynka.
-Słuchaj, Nicholas, wybitnie dorosły i samodzielny dwunastolatku.- położyłam mu na ramieniu dłoń- Tak na Hogwart czekałeś! A uciekanie to nie droga, to tchórzostwo i brak odpowiedzialności! Wiesz, co teraz się dzieje w domu! Cosmo jest w śpiączce. Wiesz, ile dodatkowo mnie zdrowia kosztowało to zamieszanie naokoło twojej osoby? Z przeciwnościami się walczy! Jesteś najstarszy i wiesz, co przeszłam już w życiu, byłeś tego świadkiem. Kiedyś ktoś ważny powiedział mi, że muszę być dzielna i cierpienie ma sens.
-Ale to wszystko jest naprawdę ciężkie!- jęknął- Chcę do domu!
-Wykluczone. Nie mamy z bratem czasu cię uczyć w domu, a jesteś czarodziejem. Chcesz być jak charłak? Dokąd to prowadzi, co? Jaka będzie twoja przyszłość bez Hogwartu? Nie, zostaniesz tu i nauczysz się żyć wśród rówieśników.
-Ależ mamo!…
-Bądź mężczyzną!- zganiłam go- Miałeś nie być maminsynkiem, zrozumiano? Zostaniesz w Hogwarcie. Jeszcze będziesz mi za to wdzięczny, synek.
Przytuliłam go, chociaż jęczał i marudził.
-A teraz idź do dormitorium. Robi się już późno, a ja muszę wracać do domu.
Pożegnałam się z nim i weszłam do gabinetu.
-I jak, Mary Ann?- zagadnął pogodnie Dumbledore.
-W porządku. Może już nie ucieknie.- obróciłam się przed kominkiem- Chociaż radziłabym, profesorze, mieć na niego oko. To dość niereformowalny przypadek. Nicholas zawsze chodził własnymi ścieżkami, nie pytając nikogo o zdanie.
-Zaczekaj, jeszcze chwilkę.- poprosił dyrektor. Przystanęłam z oczekującą miną- Czy nie da się czegoś zrobić na jego przypadłość? Była dość myląca.
-Przypadłość? Obawiam się, że nie rozumiem…
-Zamiana w wilka w nocnych porach.
Wytrzeszczyłam oczy.
-Że co?...
-Severus powiedział mi, że znalazł Nicholasa, gdy ten zamienił się w wilka, gdy wzeszło słońce. Nie wiedziałaś o tym, że umie się zamieniać w wilka?
-Nie…- byłam w ciężkim szoku- Nic mi nie mówił… A to spryciarz…
-Może chcesz z nim na ten temat porozmawiać?
-Nie, nie teraz.- zastanowiłam się- Musi odpocząć. Przewałkuję to z nim w wakacje, gdy ochłonie. I ja też, bo to było bardzo niemiłe…
Nicholas wszedł do dormitorium, czując wściekłość. Myślał, że już nigdy tu nie wróci, a tymczasem przywitało go ono zimnym milczeniem i jakby ironią. Żałosne…
Nie jestem żałosny, pomyślał, rzucając się na łóżko. Nie jestem, bo odważyłem się na coś szalonego.
Kolegów w dormitorium jeszcze nie było. Nicholas ze złością wpatrywał się w granatowy baldachim. To było jawnie niesprawiedliwe, tak świetnie mu szło! I co? Nic!
Ale zrobiłeś to, pomyślał. Odważyłeś się na samotną wyprawę, by przejść setki mil. Jak prawdziwie wolny, nieskrępowany człowiek. Jak prawdziwy… ty.
-To moja natura.- pomyślał- Natura samotnego włóczęgi. Może nie powinienem się zmieniać na siłę?
Popatrzył na puste łóżka kolegów. Niech się przyjaźnią, pomyślał. Chyba najlepiej będzie, jak będę samotnikiem. Zawsze byłem, to naturalne i chyba się nie zmieni.
Uśmiechnął się do siebie przez łzy wściekłości. Już wcale nie czuł przykrości spowodowanej byciem nielubianym przez społeczeństwo szkolne. Postanowić wziąć to na dystans i pogodzić się z tym, że tak najwidoczniej musi być.
Nicholas wstał i poszedł umyć się do łazienki. Tryumfował, chociaż nie osiągnął celu. Wiedział, że trochę się usamodzielnił i dojrzał, a przynajmniej się tak czuł. Poza tym jeszcze był potwornie głodny i perspektywa zejścia na kolację poprawiła mu znacznie humor. Nawet, jeśli wywoła poruszenie, przemieszczając się przez wybrane korytarze szkoły, od której chciał uciec.
***
Kolory mieszały się w nim, jak i emocje. Kalejdoskop emocji i odcieni.
Cosmo się ocknął tak raptownie, jakby ktoś wylał mu na głowę gorący syrop melasowy. Wydawało mu się, że podskoczył na posłaniu. Ale to były jedynie pozory, tak naprawdę obudził się z zamkniętymi oczyma, bardzo powoli, jakby ociekając głębokim snem.
Wiedział, że nie ma go w domu, w Basildon, bo nie rozpoznawał miejsca, w którym się znalazł. Wszędzie było biało, ale raczej ponuro. Usiadł na posłaniu.
Leżało tu również parę osób, lecz wszystkie spały. To szpital, pomyślał. Co robię w szpitalu?
Podszedł do okna i mocno się zdziwił. Na zewnątrz szumiał delikatny, ciepły wiatr, a na drzewach były zielone liście. Wyglądało na to, że przyszła już wiosna, albo nawet i lato.
Cosmo uniósł czarne brwi i poczuł się nagle strasznie słaby i zmęczony. Powrócił do łóżka, zastanawiając się nad tym wszystkim. Nie pamiętał, co robił wcześniej, ale w jego głowie pozostały dziwne odciski jakichś informacji. Nie potrafił powiedzieć tylko, co to było.
-W porządku.- mruknął do siebie, gdy już usadowił się na siedząco na łóżku szpitalnym- Pomyślmy… Gdzieś byłem, tylko gdzie? Tak jakbym był tam sekundę i wieczność…
Popatrzył w sufit, myśląc usilnie. Taa… Było jakieś miejsce, ale go nie poznawał. I były jakieś osoby. I wiele krzyku, szeptu, zimna, ciepła, strachu, bezpieczeństwa…
-COSMO!
Odwrócił się z zaskoczeniem ku drzwiom. Stała tam mama i wujek, a także dziewczynki. Uśmiechnął się niemrawo na ich widok. Całą rodziną rzucili się ku niemu i został wyściskany, wymiętolony i wycałowany, ale nie przeszkadzało mu to. Nie okazał natomiast euforii, bo trochę go przymulało.
-Co ty robisz żywy i przytomny?- płakała mama- Jak się obudziłeś? Kiedy? Dali ci coś jeść?!
-No to kiedy się obudziłeś?- nadawał do drugiego ucha wujek Remus.
-Nie pamiętam. Wstałem do okna paręnaście minut temu, ale obudziłem się wcześniej.
-Bardzo mi było przykro, Cosmo!- młodsza siostrzyczka uwiesiła mu się na szyi- Płakałam, wiesz?
Cosmo nieco się zdziwił. W domu Sara potrafiła gryźć, szarpać, kopać, rwać…
-Cóż, muszę częściej zapadać w śpiączki…- skomentował żartobliwie.
-Oj, już przestań!- ofuknęła go mama, po czym znów wyściskała- Boże, tak się martwiłam… Już lato!
-Taa… Meg myślała, że straciła cię jak Syriusza i waszego ojca.- uśmiechnął się wujek.
-Tata!- powiedział nagle Cosmo.
Popatrzyli na niego w mocnym zdziwieniu.
-Mam wrażenie, że mi się śnił.- wyjaśnił z lekkim speszeniem chłopiec- Tak… Na pewno! Ale nie wiem, co mówił… To było coś tak oczywistego, że nie pamiętam…
Westchnął z żalem. Dorośli popatrzyli po sobie wymownie.
-Szkoda, że już nie żyje.- miauknął czarnowłosy- Chyba mnie przytulał…
Mamie zaszkliły się łzy. Cosmo szybko zorientował się, że to było dla mamy dość przykre, więc rzekł:
-I ktoś jeszcze. Pamiętam, że czułem strach, jakby coś mrocznego tam się czaiło…
-A ktokolwiek z nas ci się śnił?- spytał zapobiegawczo wujek.
-Nie jestem pewien…- Cosmo zrobił niepewną minę- To skomplikowane… Ale co mi było?
-Musiałeś się nabawić klątwy, znaleźliśmy u ciebie czarnomagiczne pudełko.
Wujek spojrzał na niego groźnie. Cosmo przełknął ślinę.
-No więc?- zapytał jego zastępczy ojciec.
-Kupiłem ją rok temu… Na Pokątnej… Sprzedawca nie wiedział, jaką ma moc…
-Na Pokątnej?- spytał wujek mocno drwiącym głosem- Hmm… Dobra… Ale nie urządzaj eskapad na… TĘ część Pokątnej na drugi raz, dobrze?
Cosmo gorliwie pokiwał głową. A potem nagle się rozpromienił.
-Jest lato?- spytał radośnie i żywo- A ja mam jedenaście lat od kwietnia… HOGWARCIE, PRZYBYWAAAM!!!
Dorośli popatrzyli po sobie w popłochu.
-Proszę wziąć pióra. Czas start!
Nicholas i jego koledzy Krukoni, a także wszyscy Gryfoni, Puchoni i Ślizgoni z pierwszej klasy jednomyślnie wytężyli mózg nad pytaniem pierwszym: „Opisz ruch różdżką i napisz inkantację Zaklęcia Świetlnego”. Dwunastolatek westchnął i poruszył uszami dla rozrywki. Ktoś z tyłu parsknął. Nicholas nie przejął się tym zbytnio, ale za to dotarło do niego, że gdzieś niedaleko bzyczy mucha. Inspirujące…
Ziewnął. Nie mógł się skupić, ale z kolejnym westchnięciem cierpiętnika umoczył koniuszek pióra w atramencie. Pytanie było proste, ale nie chciało mu się ruszać nadgarstkiem. Bardzo powoli i z chorobliwą precyzją nakreślił duże, ozdobne „D”, dorysował tu i ówdzie zawijaski, po czym kichnął z nudów. Zabrał się do pieczołowitego łączenia ozdobnych liter w wyrazy, by odpowiedzieć na pytanie. Niech już mają, jak chcieli robić egzamin, trudno się mówi. Odpowie w ostateczności, chociaż osobiście nie widział w tym najmniejszego sensu na dłuższą metę.
Gdzieś tam tańczyły refleksy na włosach Cho. Skup się…
Niedługo wakacje. Chciał już do domu. Stłumił pokusę wstania od stołu i wyjścia z komnaty, by pojechać do domu choćby i teraz. Nie mógł się już doczekać, szczególnie teraz, gdy Cosmo się podobno obudził. Pewnie w domu jest wesoło…
Nicholas westchnął z ukontentowaniem i zrobił błogą minę, wpatrzony w ścianę. Zaraz uchwycił surowy, zaskoczony wzrok McGonagall, więc uśmiechnął się do niej bezwiednie. Tak, robiło się słonecznie. Dobrze, że ten rok się skończył tak szybko, ale Nicholas czuł, że następne będą lepsze.
[ 7 komentarze ]
88. Lupus...
Dodała Mary Ann Lupin Niedziela, 11 Września, 2011, 20:57
Ocknęłam się, czując dziwne skołowanie. Co się stało?…
Usiadłam na łóżku. Na fotelu przycupnął Remus, przyglądając mi się badawczo.
-Remusie…- zaczęłam.
Westchnął ciężko, rozszerzając dziurki u nosa i nie odrywając ode mnie spojrzenia.
-Lepiej ci już?- zapytał po pewnym czasie ostrożnie, jakby ze zmęczeniem.
Zmarszczyłam brwi, usiłując sobie przypomnieć wszystko.
-Co się stało?- spytałam drżącym głosem, gdy nabrałam okropnych podejrzeń.
-Zaatakowałaś dzieci.- rzekł bez ogródek Remus.
Usiadłam na krawędzi łóżka, patrząc na nagie stopy. Po chwili runął na mnie ten fakt, jak grom z jasnego nieba. Zaatakowałam dzieci?…
Ukryłam twarz w dłoniach, czując jakieś znużenie i strach.
-Jak to się w ogóle mogło stać?- zapytałam z żalem- Własna matka…
Poczułam, że Remus oplata mnie ramieniem dla otuchy.
-Nie łam się. Już jest dobrze.
-Nie! Nie jest dobrze! Widziały mnie? Bały się?
Remus zawahał się chwilkę, przekręcając głowę.
-Już je uspokoiłem.- rzekł dyplomatycznie- Czemu je zaatakowałaś? Skończyła się mikstura?
-Nie, ja nie wiem… Musiałam zapomnieć wziąć…
-Meg!- skarcił mnie łagodnie Remus- No już dobrze, będę cię pilnował…
Siedzieliśmy tak chwilkę.
-Czasem czuję się jak wariatka…- szepnęłam- Pozbawiona ukochanego, wszystkie dzieci na mojej głowie, jedno nie żyje, jedno mieszka daleko stąd…
-To nie wariactwo, to życie, siostrzyczko… Odetchnij głęboko. Już po wszystkim. Gorzej, gdybym to ja wymknął się spod kontroli. Ty możesz wypić po prostu ten eliksir.
-Na likantropię też kiedyś wymyślą eliksir…- położyłam mu dłoń na ramieniu dla otuchy.
-Już wymyślili. Eliksir tojadowy. Ale jest za trudny do uwarzenia i zbyt drogi, ech…
Uniosłam brwi z zaskoczeniem, po czym westchnęłam:
-Czy możesz pójść ze mną do dzieci? Chcę je przytulić, ale na pewno nie będą zachwycone, gdy wejdę tam sama. Muszę na drugi raz pamiętać o eliksirze. Nie chcę powtórki.
-To wszystko przez przepracowanie.
-I wciąż nie mogę się doczekać Nicholasa z powrotem. To już tak niedługo! Póki co, przerażam sama siebie. Jak można chcieć zjeść własne dzieci?! To okropne… Dobrze, że już jedno jest w Hogwarcie, będzie bezpieczne. Własna matka go nie zje.- skończyłam z żalem.
Nicholas nie mógł się już doczekać spotkania z rodziną. Na myśl o tym czuł wielką ekscytację i jakieś rzewne szczęście. Spakował się bardzo wcześnie rano, gdy wszyscy chłopcy leżeli w łóżkach.
-Ja będę miał fajne święta.- pisnął Marcus spod koca- Zawsze mam. Przyjeżdża cała rodzina.
-Mnie święta irytują.- mruknął Eddie, gdy Nicholas zwinął ostatnie skarpetki i wcisnął gdzieś w kąt kufra- Zawsze moi rodzice każą mi sprzątać i nie mogę wyjść się bawić.
-Święta są pyszne…- wyrzucił z siebie z jakąś błogością Paul i wystawił tłusty łokieć do góry, by malować abstrakcyjne wzory w powietrzu.
-A ty, Nick, jakie masz święta?- spytał Eddie dość ostrożnie.
-Najlepsze na świecie.- stwierdził Nicholas zaskoczony zainteresowaniem kolegów- Ja, mój brat i siostry dekorujemy cały dom, mama nam pomaga i robi pudding i indyka, a wujek przynosi drzewko.
-A tata?
-Tata nie żyje.- rzekł beznamiętnie Nicholas. Gdyby jego koledzy wiedzieli, że jego ojciec jest niebezpiecznym mordercą… Chyba baliby się go jeszcze bardziej.
-O.- zaległa dziwna cisza i chłopcom zrobiło się jakby głupio.
Nicholas nie patrzył na nich, pakując ostatnie rzeczy do kufra. Czuł się jakoś… słabo.
-I co? Nie macie dziwnych świąt, gdy nie ma taty?- spytał Eddie, jak zwykle nie owijając w bawełnę.
-Nie. Nie potrzebujemy go. Jego nigdy nie było, przywykliśmy.- wzruszył ramionami Nicholas.
Krukoni popatrzyli po sobie w popłochu. Zaległa dziwna, napięta cisza i nikt już się nie odezwał.
Do pociągu wsiadło dość dużo uczniów. Najpierw jednak jechali powozami. Nicholas, nie dziwota, jechał sam, chociaż trzymając się kolegów z dormitorium, ale niewiele mówił. Nie lubił Marcusa.
W pociągu mógł wyczaić własny przedział, bo mniej uczniów jechało do domów niż we wrześniu do szkoły. Na jednym siedzeniu rozwalił swoje rzeczy i klatkę z Chandrą, na drugim rozwalił się sam.
Za oknami nie było śniegu. Przesuwał się monotonny obraz, a Nicholas już nie mógł się doczekać. W zasadzie szybko usnął na tym siedzeniu.
Gdy się już obudził, zarejestrował gwizd i huk tłoków. Pociąg się już zatrzymał. Nicholas podskoczył.
-Szybko, szybko!- jęknął do siebie i byle jak chwycił toboły do ręki, po czym wypadł na korytarz.
Na peronie, na który się nonszalancko wyładował, stała już mama z wujkiem. Na jego widok rozpromienili się. Nicholas natychmiast poczuł wielkie szczęście i podbiegł do rodziny.
-Tęskniłem za wami.- szepnął cichutko do ucha mamy, która tuliła go do siebie.
-My też tęskniliśmy, synku…
Nicholas wyczuł, że mama jest czymś bardzo przejęta i nie było to jego przybycie z Hogwartu.
-No, to dawaj te pakunki, Nicholas.- wujek chwycił kufer, lecz pozwolił mu nieść Chandrę.
-Czemu mama tak dziwnie się zachowuje?- spytał na ucho wujka Remusa, gdy mama trochę odeszła.
-W jakim sensie?- zdziwił się wujek.
-No… Jest jakby wycofana, przybita czymś… Miałem wrażenie, że nie cieszy się z mojego przyjazdu.
-Cieszy się. Musiało ci się coś zdawać.- uśmiechnął się wujek dziwnie.
-Wujku, jestem w Ravenclawie. Nie jestem głupi.- rzekł ponuro Nicholas.
Wujek Remus popatrzył na niego nieco lękliwie, po czym szepnął:
-Mama miała atak. Wampiryzmu. Chciała wypić krew twojego rodzeństwa. Miałem ci nie mówić, bo to naprawdę… Ale nie chciała! Gdy jest się mieszańcem, nie panuje się czasem nad drugim sobą…
Coś bardzo dziwnego przebiegło przez twarz wujka Remusa. Nicholas przyjrzał mu się uważnie.
-W każdym razie tego nie pamięta. A ja za to pamiętam, by dawać jej lek co jakiś czas. Nie bój się.
-Nie miałem zamiaru.- mruknął jedenastolatek- Tak bardzo się cieszę, że już się skończył semestr…
Tym razem to wujek dziwnie na niego popatrzył.
-Papa, Nicholas!- usłyszał nieco niepewny głos i odwrócił się.
To Cho Chang, która stała z rodziną gdzieś dalej. Uśmiechała się promiennie, zaróżowiona od zimna.
-Cześć, Cho!- pomachał jej, jakby pewniejszy siebie- I przemyśl nasz projekt!
-Już coś wymyśliłam.- odparła wesoło, ale wciąż z lekką powściągliwością- Wesołych Świąt.
Wyszli do mugolskiego świata z wujkiem Remusem, a Nicholas zanurzył się w rozmyślaniach.
-Koleżanka?- uniósł brwi wujek.
-Tak, z Ravenclawu.- mruknął lakonicznie brązowowłosy.
-Lubisz ją?
-Jest… bardzo miła.- rzekł powoli- W zasadzie, najsympatyczniejsza z całej szkoły, przynajmniej dla mnie. Robimy razem projekt na astronomię.
-To dobrze, że znalazłeś dziewczynę, Nicholas.- stwierdził zupełnie poważnie wujek.
-To nie jest moja dziewczyna!- przeraził się chłopiec, rumieniejąc- Mam ledwo jedenaście lat! Nie znam jej dobrze, a poza tym… To przecież dziewczyna!
-Dobrze, synek!- zaśmiał się wujek Remus, przygarniając go do siebie i czochrając włosy- Żartuję!
Nicholas nie mógł się pozbyć rumieńców wstydu i zażenowania na myśl, że mógłby chodzić z tą Cho. Była miła, to fakt. Jako jedyna okazała mu zainteresowanie i ciepło, podczas gdy inni śmiali się z niego i szydzili. Ale zrobiła to na pewno z litości, nie z sympatii. Pewnie uważała, że on potrzebuje tego i że jest samotny i nieszczęśliwy, gdy inni po nim jeżdżą. Sama zapewne pogardzała Nicholasem i nigdy nie chciałaby być z kimś, kto ma ofuterkowane uszy i kuleje jak łamaga.
Takie niewesołe rozmyślania obudziły Nicholasa z letargu, gdy wpatrywał się w sufit swej sypialni.
Powinien się cieszyć, że jest w domu, ale wciąż warczał na siebie w myślach o to, że tak wygląda. Było mu dobrze samemu i nigdy nie szukał towarzystwa, więc nie potrzebował kolegów. Ale zbytnie zainteresowanie nim w drugą, negatywną stronę mocno go irytowało.
Westchnął i zebrał się ze swego kochanego łóżka w maleńkiej sypialni, po czym zszedł po schodach. Mama właśnie nasączała ściereczkę szklanką brandy, a przy stole wujek Remus i Cosmo grali w szachy. Było ciepło, chociaż na zewnątrz prószył już delikatny, pierwszy śnieg. Dostrzegł Rosemary z Wandą Route, bawiące się w ponurej, mokrej od pierwszego śniegu i szaroburej kępie begonii.
-A gdzie Sara?- zapytał Nicholas.
-Dałem jej stos pierników do dekoracji w salonie.- mruknął wujek, po czym wskazał miejsce obok. Nicholas posłusznie podszedł i opadł na nie, rozglądając się po kuchni.
-No, to opowiadaj.- zachęciła go mama delikatnie, opatulając nasączoną ściereczką bożonarodzeniowy pudding- Już siedzisz w domu od doby i nic nie mówisz.
-No, jak już pisałem, jestem w Ravenclawie…- zaczął Nicholas, myśląc usilnie nad dalszym ciągiem. Co mógł mówić? Że nie znosi Hogwartu, który był tak uwielbiany przez mamę i wujka? A jego siedzący przy stole i grając w szachy brat tak chciał iść do szkoły… Nicholas nie chciał go zniechęcać, Cosmo miał taki entuzjazm. Rosemary zresztą też.
-Więc… Rzeczywiście, zamek jest olbrzymi i czasem łatwo się zgubić…- kontynuował.
-Super…- szepnął Cosmo znad szachów.
-Albo spóźnić na lekcje, szczególnie, gdy się zaśpi. Snape tego nie znosi, a ja nie znoszę Snape’a.
-Snape’a?- spytał wujek z zainteresowaniem.
-Tak, jest okropny!- wyrzucił z siebie z goryczą Nicholas- Ciągle mnie napastuje! Z nikogo się tak nie śmieje, jak ze mnie. Wyraźnie go denerwuję. Rozumiem, że trochę się spóźniałem, ale bez przesady…
Mama i wujek wymienili wymowne spojrzenia.
-Severus…- zaczęła mama jakoś dziwnie cicho- On bardzo lubił twoją matkę chrzestną, Nicholasie. Bardzo ucierpiał, gdy zmarła. Jest po prostu zgorzkniały…
-Zgorzkniały?!- jęknął Nicholas wysoko- Po nikim tak nie jeździ, jak po mnie!
Wujek Remus zachichotał nagle, co zdziwiło wszystkich obecnych w kuchni.
-Severus przyjaźnił się z Mary Ann i Lily w szkole…- zaczął wujek.
Nicholas i Cosmo unieśli brwi w zaskoczeniu. Starszy z Blacków był wstrząśnięty. Dawny przyjaciel mamy tak go nie lubił? Powinien, choćby ze względu na nią, być milszy!
-… ale za to nienawidził Jamesa i Syriusza.- ciągnął wujek z dziwnym, niesfornym błyskiem- Myślę, że nienawiść do waszego ojca była silniej zakorzeniona w nim, niż sympatia do waszej matki.
Nicholas ugryzł się w ostatnim momencie w język. Cosmo nie wiedział, że ojciec siedzi w więzieniu za brutalny mord, a jedenastolatek właśnie miał skomentować, że chętnie napuściłby na Snape’a swojego kryminalnego, krwiożerczego tatę, żeby go rozwalił. Po raz pierwszy, odkąd się dowiedział o ojcu w Azkabanie, poczuł jakiś przebłysk sympatii do swojego znienawidzonego rodziciela, gdy wyobraził sobie, jak z chichotem szaleńca rozwala Snape’a na milion strzępów.
-Severus jest ojcem chrzestnym Cosmo.- skomentowała jedynie mama cicho.
-Co?!- przeraził się Nicholas. Nie ogarniał tego- TO jest ten Severus?
Cosmo zrobił wielkie oczy na widok reakcji brata i uniósł czarną brew.
-Jest aż tak źle?- spytał w końcu dziesięciolatek.
-Jak to jest w ogóle możliwe, że ojciec się na to zgodził?- zdziwił się Nicholas.
-Został postawiony przed faktem dokonanym. Syriusz nie kłócił się ze mną o to, bo właśnie byłam po porodzie trojaczków. Miał rozstrój nerwowy we wszystkie strony…- rzekła cicho, z lekkim ubawieniem mama znad puddingu, po czym smarknęła- Ach, ta cebula…
Wyszła z pokoju, nie patrząc na nich. Wujek Remus westchnął i cicho powiedział do siebie enigmatyczne „Ech, Łapo, ty idioto…”, po czym mimochodem się ulotnił.
Cosmo i Nicholas wymienili smętne spojrzenia.
-Nie ogarniam ich czasem, a ty?- stwierdził Cosmo nonszalancko, po czym podszedł do słoika z ciasteczkami owsianymi i ukradkiem zwędził parę- Dorośli są dziwni.
-Nie wiem, ale nie chcę dorosnąć.- rzekł Nicholas i patrzył w blat- Mama zawsze była jakaś smutna… Pewnie zbyt wiele spraw ją przerasta. To musi mieć związek z dorosłością.
-I do tego musi zajmować się rodziną i pracować…- Cosmo schrupał owsiane ciastko w pośpiechu, by nikt z dorosłych nie widział- Ja nie chcę tak… Chyba, że ożenię się z kuzynką Nimfadorą. Ona jest…
Spłonął po czubki uszu, ukrytych prawie w czuprynie czarnych jak smoła włosów. Nicholas parsknął:
-Dziewczyny są głupie.
-Wcale nie! Nie wszystkie!- zaprotestował rycersko jego młodszy brat- Nimfadora nie jest.
-Ona nie jest dziewczyną, tylko kobietą.- zwrócił mu uwagę Nicholas- Ma już siedemnaście lat!
-Ech, jest taka stara… Ale i tak świetna z niej kobieta!
-Mów, co chcesz. Dziewczyny są do chrzanu.
Po czym Nicholas wyszedł, myśląc o czarnych włosach Cho, na których tańczyło zimowe słońce. To nic, przecież nie myśli o niej, tylko o tym blasku! Równie dobrze słońce mogłoby tańczyć na blacie!
-Gdzie idziesz?- spytał go brat.
-Chciałem spróbować napisać wypracowanie dla McGonagall.- rzucił w zamyśleniu.
-Chce ci się? Naprawdę?- niedowierzał Cosmo.
-Potem nie będzie mi się chciało jeszcze bardziej, braciszku.
-Mogę iść z tobą? Proszę! Chcę popatrzeć!- Cosmo skakał wokół niego.
-W sumie…- wzruszył ramionami Nicholas- Uśniesz zaraz.
-No, czyli nie będziesz spał sam!- wyszczerzył się jego czarnowłosy brat.
W maleńkiej sypialni Nicholasa było tylko sklecone przez wujka biurko i łóżko, a także niewielka komoda. Podczas obecności chłopca w domu stał tu jeszcze kufer z wylewającą się na podłogę, skotwaszoną zawartością i klatka z puszczykiem-Chandrą.
Nicholas, rzecz jasna, nie skorzystał z biurka. Nigdy tego nie robił, bo najlepiej odrabiało się lekcje na łóżku. Usiadł na nim z bratem, który natychmiast chwycił jakąś książkę i z długim, podnieconym „Oooo!…” zagłębił się w nią.
-Tego wszystkiego się będę uczył?!- zachrypiał wysoko po chwili- Ale kanał… Będę na lekcjach olewał nauczycieli i wysyłał liściki kolegom z mojego domu, Gryffindoru!
-To cię olany nauczyciel wsadzi do lochu.- skomentował ze znużeniem Nicholas, próbujący rozszyfrować swoje własne pismo, którym sporządził skąpe notatki na lekcji.
-Bujasz!
-Nie, dzieciaku. A potem przyjdzie Snape i zrobią z ciebie przetwór na lekcję eliksirów.
-Będę się mężnie bronił!- krzyknął Cosmo.
-Nie bardzo, stchórzysz, gdy zobaczysz Snape’a.
-Żal mi cię!- wrzasnął z przejęciem dziesięciolatek- Jestem odważny, a twój Snape mnie śmieszy!
I zaśmiał się Nicholasowi prosto w twarz.
-Śmiej się. Póki możesz.- skwitował jedenastolatek obojętnie i powrócił do pisania, a raczej próby pisania swojego wypracowania. Cosmo oniemiał.
-Czy możecie troszkę ciszej konwersować?- mama wetknęła głowę do sypialni Nicholasa. Miała trochę czerwone oczy- Obudzicie Sarę. To dziecko ma gorączkę, której nie mogę usunąć od trzech dni. Chcę, żeby wypoczęła. Jest wątła i słabowita, wiecie o tym.
-Ale mamo, on mnie straszy, że Snape zrobi ze mnie przetwór na eliksiry!- jęknął Cosmo.
-Ja go uprzedzę, jeżeli nie ściszysz głosu o oktawę, Cosmo.- szepnęła groźnie mama i odeszła.
Więc umilkli. Nicholas pracował, sam się dziwiąc sobie, że udało mu się tak zdeterminować, a Cosmo położył się z książką od transmutacji na łóżku. Nicholas rozkoszował się ciszą i wpatrywał w jedno zdanie pięć minut, wciąż nie mogąc się otrząsnąć z rozmyślania nad „różnymi” sprawami.
Tak ich ukołysało to uspokojenie, że obaj usnęli.
***
Cosmo zwlókł się z łóżka starszego brata po jakimś głupawym śnie o ścigającym go słoiku z marynatą, na którym nalepiono nalepkę „Twój ojciec chrzestny, kołku!”.
Jego brat spał w najlepsze, strzygając przez sen uszami wilka. Cosmo wyszedł po cichu, ale na korytarzu puścił się pędem. Dotarł po kilku chwilach do salonu, gdzie siedział już wujek z Sarą i mamą. Ozdabiali drzewko bożonarodzeniowe. Sara miała podkrążone oczy i bardzo bladą cerę, a smętne kosmyki rudo-czarnych włosów zwisały po bokach lśniącej od potu główki.
Cosmo usiadł przy wujku Remusie i przyjrzał się siostrze z mamą. Obydwie miały rudo-czarne włosy, zmęczony wzrok i wychudzone sylwetki. Teraz śmiały się, próbując wieszać rozjaśnione elfy.
-Wujku…- zaczął niepewnie- Czemu mama chciała nas zaatakować?
Wujek Remus zrobił dość zdziwioną minę.
-Ech… Widzisz, mieszańcom czasem trudno zapanować nad odruchami… Boisz się jej?
Cosmo zastanowił się przez moment.
-Nie.- stwierdził w końcu- Myślę, że nie mogłaby nas skrzywdzić. Bałbym się jej, gdyby znów nie była sobą, wtedy tak. Ale nie teraz, kiedy jest mamą.
Popatrzył na mamę i schorowaną siostrzyczkę.
-Czemu Sara jest taka chorowita?- spytał wujka Remusa.
-Ech, to dłuższa historia… Jej poród, tak jak poród Nicholasa, nie należały do najprostszych dla waszej matki. I do tego jest półwampirem, chociaż bierze lek, jak Meggie.
-Opowiedz, proszę!- poprosił Cosmo błagalnie- Powiedz, czemu tak trudno było z nimi.
Miał nadzieję, że dowie się czegoś o ojcu. Niczego wielkiego-wystarczyłaby informacja, że ze zdenerwowania wyszedł przez okno zamiast przez drzwi. Coś, co dałoby mu jeszcze lepszy obraz tego, jakim był człowiekiem jego tata, Syriusz Black.
-No, Nicholas jest wcześniakiem.- wujek zmarszczył brwi- Mary Ann została porwana przez złych ludzi i torturowana. W ostatnim momencie ją wyratowaliśmy, ale skończyło się to bardzo niebezpiecznym porodem. A Sara urodziła się po bardzo wielkich kłopotach, gdy Meg wcale o siebie nie dbała i mało jadła. Ta ciąża nie przebiegła dla niej fizycznie i psychicznie dobrze. I dlatego.
-Czemu? Przecież to mamie było ciężko!
-Zrozumiesz, jak będziesz starszy, mój mały.- wujek pogłaskał go po czuprynie- Stan zdrowia matki jest ważny dla dziecka. Sara była bardzo osłabiona. ledwo przeżyła.
-Wtedy tata umarł, prawda?- szepnął Cosmo- Dlatego mamie było ciężko.
-Nie tylko.- odparł lakonicznie wujek- Chociaż tak, to było najistotniejsze.
Cosmo zamilkł, wpatrując się w mamę. Zawsze, nawet gdy się śmiała, była smutna gdzieś głęboko…
-Kiedyś taka nie była, prawda?- spytał w końcu- Nie pamiętam, jaka była przed odejściem taty, ale nie mogła taka być. Martwi się, bo odszedł. Czyli była z nim szczęśliwa, prawda?
-Nie, kiedyś była inna.- wujek też obserwował mamę- Jako nastolatka była dość zadziorna i złośliwa. Przyjaźniła się raczej z chłopcami od najwcześniejszych lat. Zniszczyły ją czasy po szkole i to, co było potem… Ale kiedyś była inna, fakt.
-A jak umarł Syriusz, to już w ogóle się zmieniła.- szepnął Cosmo, patrząc na mamę uważnie.
Wujek nie odparł. Też ją obserwował i musiał teraz myśleć o czymś usilnie.
Zbliżała się kolacja wigilijna, ale Cosmo ulotnił się cały nastrój Bożego Narodzenia. Cały wieczór spędził przy oknie, myśląc nad tym, co usłyszał. Tyle zła… Mama była kiedyś inna…
Co wydarzyło się wtedy, dziesięć lat temu? Co sprawiało tyle śmierci i cierpienia? Czemu nie mógł wychowywać się z kochającym tatą? Przecież to było prawidłowe! Nigdy nie widział ojca. Miał jedynie niejasne przebłyski tego, co było kiedyś, jakby w innym życiu. Wydawało mu się, że w innym domu i innym miejscu. Nie pamiętał tego dobrze.
Musiał wiedzieć, czemu tak się działo. Jego opiekunowie byli bardzo enigmatyczni, a Tonksowie nieskłonni wyjawiać tego sekretu. Ale Cosmo musiał wiedzieć więcej.
-Mamo?- spytał, gdy nałożyła mu porcję puddingu na kolacji wigilijnej.
-Słucham, synek?
-Opowiedz mi o tym, co wydarzyło się dawno temu. Co sprawiło, że nie mamy taty?
Popatrzyłam ze zdziwieniem na czarnowłosego syna. Obserwował mnie bardzo przenikliwie, przypominało to spojrzenie Syriusza. Zwróciłam się do Remusa, który również zerkał na mnie. Westchnęłam, patrząc tym razem na zdjęcia. Lily i James wisieli najwyżej…
-Chodźcie zatem na sofę, przed płonący kominek. Co prawda, to dziadkowie są skłonni opowiadać wnuczkom opowieści przed kominkiem w wigilijną noc, ale wy nie macie dziadków, a tą opowieść powinien znać każdy czarodziej i czarodziejka…
Wstaliśmy wszyscy od stołu, by przenieść się całą rodziną na sofę. Sara usiadła na kolanach Remusa, Rosemary i Cosmo rozsiedli się na dywaniku przed paleniskiem, ja przygarnęłam do siebie Nicholasa.
Trzaskał płomień, choinka rozświetlała pokój subtelnie, za oknem prószył śnieg…
-Na świecie nie istnieje tylko dobro, jak wiecie.- zaczęłam, po chwili namysłu- Niektórzy pragną więcej. Chcą władzy i potęgi.
-I stają się czarnoksiężnikami!- wymamrotał z przejęciem Cosmo.
-Tak. Kiedyś, przed paroma laty, od początków lat siedemdziesiątych, słychać było dość dużo o niejakim Voldemorcie…
Przełknęłam ślinę. Nawet teraz to imię wydało mi się jakieś przerażające.
-Voldemort, nazywany powszechnie Sami-Wiecie-Kim, znalazł sobie grupkę zwolenników, a sam dążył do wszechpotęgi i władzy. Niestety, kosztem innych…
-Nie mógł go ktoś rozkwasić?- zmarszczyła brwi Rosemary- Spuścić porządne lanie?
-Nie było to wcale proste, Rosemary!- zaśmiał się Remus- Kiedy my skończyliśmy szkołę, ponad dziesięć lat temu, ludzie bali się wystawić nos za próg. Opuszczaliśmy Hogwart z przeświadczeniem, że będzie ciężko. Bardzo ciężko. Byliśmy w grupce ludzi walczących ze złem, próbowaliśmy powstrzymać Voldemorta i jego popleczników. Wielu ludzi zginęło…
-Tata też wtedy zginął?- zapytała cicho Rosemary.
Popatrzyłam na Remusa i przełknęłam ślinę. Mój brat miał niewzruszoną twarz, ale oczy świeciły dziko. Nicholas niespokojnie poruszył się obok mnie. Znał prawdę.
-Tak, tata też wtedy zginął.- odparłam nawet ciszej.
Rosemary i Cosmo wymienili ponure, smutne spojrzenia. Modliłam się, żeby Nicholas nie zerwał się, wrzeszcząc, że to kłamstwo. Na szczęście, zniósł to w milczeniu.
-Jak ten Voldecoś zniknął? Kto go zabił?- zapytała Sara z przejęciem.
-To była bardzo dziwna sytuacja… Do tej pory nikt nie wie.- odparł Remus.
Uśmiechnęłam się ciepło do wspomnień i nagle bardzo zapragnęłam poczuć dotyk dłoni Lily. Najlepszej przyjaciółki, jaką kiedykolwiek miałam.
-Voldemort usłyszał, że syn naszych przyjaciół, Lily i Jamesa ma go kiedyś zniszczyć.- szepnęłam- Postanowił zabić Potterów, zanim minie zagrożenie, póki Harry jest wciąż mały.
-Lily to była moja matka chrzestna?- zapytał wolno Nicholas, gapiąc się w ogień.
-A James był chrzestnym Rosemary. Tak. No więc… Próbując zabić Harry’ego, zniknął…
-Czemu?- uniósł brwi Cosmo- Pewnie dlatego miał zamachnąć się na tego chłopczyka, by zdechnąć, prawda? Zawsze tak jest! Przeznaczenie!
-Pewnie tak.- rzekł Remus po chwili namysłu- Voldemort zginął, osierocając Harry’ego…
-Dostał za swoje, kapciowaty dupek!- warknął Cosmo- Ale co z tym Harrym? Żyje?
-Chcieliśmy wychować Harry’ego, ale nam nie pozwolili. W końcu jestem jego chrzestną, miałam do tego prawo.- nie opanowałam goryczy- Ale trudno. Teraz gdzieś tam dorasta.
-Czy często odwiedzaliśmy Potterów?- zapytała nagle Rosemary nieodgadnionym tonem.
-Bardzo, to byli nasi najwięksi przyjaciele. Czemu pytasz?
-Pamiętam takiego czarnowłosego pana w okularach…- zamyśliła się- Był śmieszny i go lubiłam, ale potem znikł… To mógł być pan Potter?
Uśmiechnęłam się radośnie, patrząc na Rosemary.
-Tak, to był twój ojciec chrzestny, James! Dokładnie on.
-A ten Harry? Też go pamiętam!- ucieszyła się- Pójdzie do szkoły?
-Za pół roku.- rzekł Remus po namyśle- Jest od was młodszy tylko trzy miesiące.
-Czemu taki berbeć zabił go, a żaden dorosły nie umiał?- zainteresował się Cosmo.
-Nikt tego nie wie.- szepnął Remus- Grunt, że Voldemorta nie ma. Zło odeszło.
Westchnęłam, opierając głowę na oparciu sofy. Przypomniało mi się coś…
-Ale to nie musi oznaczać, że na zawsze.- rzekłam w końcu- Pamiętajcie, dzieci, że zła nie da się łatwo zabić.
-Ale Voldemort nie może tak po prostu powrócić, nie?- spytał Cosmo nieco trwożnie.
-A kto wie, co wydarzyło się w domu Potterów?
Dzieci patrzyły po sobie. Nicholas obserwował z jakimś zacięciem ogień.
-Po co ludzie się zabijają?- zapytał w końcu nieco pretensjonalnie- Czemu chcą mieć przewagę? Nie potrafię tego zrozumieć… Ten cały Harry nigdy nie zobaczy rodziców…
-Ja też nie widziałam tatusia…- szepnęła Sara, wtulając się w Remusa i ziewając.
My z Remusem zapatrzyliśmy się w ogień. Każde z nas było w swym własnym świecie, wypełnionym wspomnieniami i refleksjami na temat tego, co było dziewięć lat temu…
Cosmo zapatrzył się w ogień. To, co usłyszał, było takie dziwne… Voldemort i to wszystko.
Po kolacji na dworzu było już ciemno. Prószył pierwszy śnieg, wszyscy rozeszli się po sypialniach. Tylko wujek z mamą zostali w salonie, gdzie pili whisky z przyprawami. Nicholas siedział u siebie, być może śpiąc, Sara z Rosemary w sypialni dziewczynek, bawiąc się lub rozmawiając. A może Rosemary czytała młodszej, chorej siostrze?
Cosmo tego nie wiedział, ale nie mógł wyobrazić sobie, że do pokoju, gdzie Rosemary czyta Sarze, wpada jakiś czarnoksiężnik, by je zabić? Po co? Jaki byłby sens zabójstwa dwóch bezbronnych dzieci? Dlaczego Voldemort zabił Potterów, a ten chłopiec ma zniszczone życie już na starcie?
I jeszcze tata, brutalnie zabity podczas walki. Tak to wyobrażał sobie właśnie Cosmo-że ojciec mężnie kogoś obronił-może mamę?- i zginął bohatersko, leżąc na ziemi, zapatrzony w nicość…
Dziesięciolatek przetarł piąstkami oczy. Było mu bardzo żal, że taty nie ma w domu. Wciąż nie mógł przestać zazdrościć dzieciom, które bawiły się z tatusiami na drodze, gdy prószył taki śnieg…
Cosmo pomyślał, jak bardzo zła musi być czarna magia, jak ohydnie postępują ci, którzy siłą i niedobrymi mocami odbierają innym szczęście. Nawet nie po to, by się samemu wzbogacić, tylko dla zabawy. Nic im to nie daje, poza zabawą.
Postanowił nigdy, przenigdy nie zadawać się z takimi ludźmi. Chciał z nimi walczyć.
-Będę aurorem!- szepnął przez łzy wściekłości, która nagle go ogarnęła- Wtedy zobaczycie!
***
Święta mijają szybko, gdy jest się chorym. Do takiego wniosku doszła Sara, budząc się pewnego styczniowego już dnia. Za oknem było jak zwykle biało, co wcale jej nie zdziwiło.
Nowy rok, 1991, nie oznaczał dla niej niczego nowego poza tym, że za ponad pół roku, we wrześniu, będzie z mamą i wujkiem w zasadzie zupełnie sama w domu. Jej rodzeństwo, cała trójka, miała zniknąć na całe dziesięć miesięcy.
Sara osobiście nie wyrywała się do Hogwartu tak bardzo, jak starsze bliźniaki. Im w głowie były psoty i radosna wolność, ale nie jej. Miała osiem lat, kochanych opiekunów, zero kontaktu z dzieciakami poza rodzeństwem i Weasleyami. Odpowiadało jej to wszystko. Nie wyobrażała sobie rozstania z mamą i wujkiem, ale zwłaszcza z rodzicielką. Bała się tego, co będzie za dwa lata.
Otarła mokry nos rękawem koszuli nocnej. Wciąż nienajlepiej się czuła. I do tego nudziło jej się, bo Rosemary bawiła się wciąż z Wandą, a Cosmo głównie ze sobą.
No tak, był jednak ktoś, kogo bardzo lubiła i nie był nieznośnym rodzeństwem ani rudym Weasleyem.
-Kochanie.- mama wetknęła głowę przez drzwi- Przyszedł Stanley.
Sara zakasłała, krztusząc się okropną wydzieliną z płuc. Nawet uzdrowiciel nie mógł jej usunąć w całości. Ale Stanley ucieszył ją bardziej, niż uzdrowiciel z Munga.
Wszedł do pokoju, gdy mama się wycofała. Jasne, lekko faliste włosy miał troszkę mokre od śniegu.
-I co, nie możesz wyjść?- spytał kulawo dwunastolatek.
Sara pokręciła przecząco głową ze smutkiem.
-Nawet jakbym była zdrowa, Stan. Mama zaraz wychodzi do pracy. Muszę być w domu.
-To co robimy? Nie chce mi się siedzieć w domu, musiałbym odrobić matmę.
Ośmiolatka znów odkaszlnęła. Wolniej jej się myślało. Wyskoczyła z łóżka i założyła kapcie.
-Jeżeli mamy i wujka nie ma w domu, to mogę chociaż wyjść z łóżka. Może… zagramy w piłkę?
-W salonie?- ożywił się nieco Stanley- To dobry pomysł, Maleństwo.
Często ją tak nazywał. Sara uśmiechnęła się i wyciągnęła malutką piłkę z półki, na której stało tak niewiele zabawek dziewczynek-dziecinna miotełka, czarodziejska zagroda z hipogryfami (pierwotnie Nicholasa, ich najstarsza zabawka), dwie figurki znanych czarodziejów (prawie równie stare) i dwie lalki-czarownice. Rzecz jasna, wszystkie te zabawki były zaczarowane, dlatego Sara nie lubiła, gdy Stanley kręcił się przy zamkniętej szafce. W końcu nie wiedział, kim jest jej rodzina.
Zeszli razem do salonu. Sarze było bardzo gorąco, bo wciąż miała gorączkę, ale nie miała zamiaru kisić się w łóżku. Kopnęła piłeczkę do Stanleya, ten przyjął ją na nos, zrzucił na czubki palców i wykopał z powrotem do Sary. Gra trwała w najlepsze, dopóki Sara nie wymierzyła zdrowego kopa bamboszem w piłeczkę, co zaowocowało szczątkami starego, zielonkawego wazonu na podłodze.
-Oj.- mruknął Stanley- Chyba masz kłopoty.
-Eee…- Sara nie chciała powiedzieć, że wuj naprawi wszystko różdżką- Taa, to był zły pomysł… Muszę to pozbierać, złoją mi skórę. Chociaż może nie. To był bardzo brzydki dzbanuszek.
Klęknęła przy szczątkach i zapatrzyła się bezwiednie na szafkę przed sobą.
-Co robisz?- Stanley ukląkł przy niej.
-Nic… Czasem jestem osowiała w tej gorączce. Mama mówi, że muszę odpocząć…
-No dobrze…- Stanley popatrzył na nią niechętnie- Może powinienem już iść… Znowu coś stłukę. Poza tym, powinnaś wracać do łóżka, Maleństwo. Pogorszy ci się.
-Nie idź!- poprosiła Sara- Nie siedziałeś ze mną nawet pół godziny! Nudno mi!
-Muszę odrobić lekcje i zjeść lunch. Ale potem wrócę. Może zaniosę cię do łóżka?
-Nie musisz.- burknęła z niezadowoleniem Sara- Jestem już duża.
-Jak nie chcesz… Dobra, lecę, duże Maleństwo.
Poczochrał jej czarno-rude kosmyki i wyszedł. Sara rozejrzała się konspiracyjnie i szybko otwarła szafkę, na którą się zagapiła. Tak naprawdę wcisnęła kit Stanleyowi-nie zamyśliła się. Po prostu uświadomiła, że nie wolno jej było zaglądać do tej szafki. Ale teraz mamy i wujka nie było. Ciekawe, co krył mebel… Sara uwielbiała sekrety, ubarwiające jej nudne, monotonne życie.
Wewnątrz znalazła stos dziwnych papierów i jakichś rzeczy, których nie rozumiała. Dalej znalazła jakiś czerwony, delikatny świstek i przeczytała, że jest półwampirem oraz przyzwolenie na lek.
Przełknęła ślinę. Wiedziała o swojej przypadłości, ale nigdy nie spotkała się z jej formalnym wymiarem. Czy świat czarodziejów miał jej to za złe i będzie traktował jak odludka? Wujek często jej powtarzał, że to nie jej wina, to nic i w ogóle nikt nie będzie miał pretensji, poza okrutnymi ludźmi.
-A niech to…- szepnęła piskliwie.
Trafiła na cały stos zdjęć. Było ich mnóstwo, parędziesiąt. Sara przełknęła ślinę, podniecona. W domu nie było zdjęć, taka była oficjalna wersja. Wisiało kilka na ścianie, ale były to wyłącznie trzy zdjęcia-państwa Potter najwyżej, małżeńska fotografia dziadków Lupinów, oraz cała piątka małych Blacków z mamą, zdjęcie sprzed pięciu lat. Sara nigdy nie otrzymała oczekiwanego zdjęcia, dla przykładu, taty.
Na pierwszych egzemplarzach była tylko ona z rodzeństwem, ewentualnie wujek z mamą-zimowy spacer, święta, urodziny, czasem trafił się jakiś Weasley. Przeglądała dalej.
Tu poczuła ukłucie jakiegoś bólu, podniecenia, radości i zaskoczenia. Po raz pierwszy widziała tatę.
Był tu, na zdjęciach. Musiał kiedyś istnieć naprawdę! Sara nie wiedziała, jak wyglądał, ale były to ślubne zdjęcia mamy z jakimś czarnowłosym, znajomo wyglądającym mężczyzną. Był bardzo przystojny, a mama śliczna. Nie uśmiechali się, same zdjęcia miały kolor jakby w zamglonej sepii z lekkimi odcieniami innych kolorów.
-Ale śliczne…- szepnęła, chociaż powaga rodziców była dla niej jakaś sztuczna. Powinni się uśmiechać, przynajmniej na zdjęciach, skoro nawet teraz, na żywo nie mogą.
Dalej znalazła zdjęcia mamy i wujka z lat dziecięcych. Na większości był tylko wujek z rodzicami, mamy w wieku Sary nie było, jeśli już, to wcześniej. Sarę bardzo to zdziwiło, patrzyła na małego, ośmioletniego wujka, stojącego z dumą przy jakimś dworze w lesie. Miał złote włoski, szeroki, szczerbaty uśmiech i brudne, krzywe, wystające kolana. Czemu nie było tu mamy?…
Odrzuciła zdziwienie, patrząc dalej. Czterech kilkunastoletnich chłopaków. Mieli najwyżej tyle lat, co Stanley. Jeden z nich miał krzywe okulary, wygląd z lekka oszołomionego szaleńca-to musiał być Potter, był nawet podobny do tego na zdjęciu na ścianie. Leżał na łóżku z czterema kolumienkami i wydzierał się tak, że jego rozwarta paszczęka prawie zajmowała całą powietrznię przodu czaszki. Obok wujek Remus obserwował go z lekkim popłochem, potem gruby chłopiec, którego nie rozpoznawała, a który tak się śmiał, że kurczowo ściskał razem nogi w obawie przed zmoczeniem się, a dalej… tak, to musiał być tata! Sara rozdziawiła buzię. Chociaż Cosmo miał dziesięć lat, a ojciec na zdjęciu z pewnością więcej, byli identyczni. Niewielkie różnice, praktycznie niedostrzegalne. Jej ojciec oddawał się na zdjęciu próbie podrapania stopą za uchem z wielce skupioną miną. Sara parsknęła przez łzy szczęścia i żalu i nieco się poekscytowała myślą, że gdy brat urośnie, zobaczy w jego twarzy oblicze nieżyjącego ojca. Poczuła gorzką satysfakcję.
Kilka zdjęć dalej przedstawiało jeszcze mamę i jakąś rudą dziewczynę nad jeziorem, czasem też czarnowłosego chłopaka. Sara przejrzała wszystkie, lecz potem sięgnęła drżącą ręką po jedno jedyne, które spodobało jej się najbardziej-fotografia ślubna, na której rozmazane lekko sylwetki rodziców stały tak, jakby tańczyli jakiś romantyczny taniec. Doskonałe, fantazyjne zdjęcie: mama w pięknej, lśniącej, wrzosowej sukni okrytej koronką, tata we wspaniałej szacie. Mogliby tańczyć do tęsknej melodii jakby z wyimaginowanej pozytywki. Tylko te miny bez wyrazu. A może z wyrazem-tęsknotą, smutkiem, zapatrzone w przyszłość, która miała ich rozdzielić na zawsze.
Sara ocierała ze zniecierpliwieniem łzy, które kapały na rozrzucony stos zdjęć. To było takie niesprawiedliwe! Ci wszyscy ludzie na zdjęciach… Nie było ich już. Pozostał stos mokrych od łez zdjęć. Sara szybko je zebrała i bezładnie wpakowała do szafki, zabierając ze sobą najpiękniejsze, ze ślubu rodziców. W łóżku zapatrzyła się na twarz taty, widzianą pierwszy raz. Była doskonała.
Sara czuła do nieznanego ojca uczucie, jakiego nigdy nie doświadczyła. Wcześniej był jej obojętny, nie znała go, a wszyscy omijali ten temat. Teraz jednak czarno-ruda dziewczynka wylewała morze łez z tęsknoty i żalu. Najdroższy skarb, zdjęcie wsadziła w łóżko, by nikt jej nie zabrał tej resztki śladu faktu, że tata kiedyś istniał naprawdę.
-Dobra, jak wprawimy w ruch te planety?
Cho przygryzła wargę, bawiąc się kosmykiem.
-Nie mam pojęcia, Nick.- pisnęła w końcu ze zmartwieniem- To takie trudne…
Nicholas westchnął, obserwując ich dziwnie niemagiczni projekt.
-Byłoby fajnie chociaż spowodować, żeby gwiazdy narysowane na tym tle sobie migotały…
-To dobry pomysł… Ale nie znam inkantacji.
-A jakby tak poprosić ucznia z ostatniej klasy?- spytał.
Cho uniosła czarną brew.
-Tak chyba nie wolno. Profesor Sinistra oskarży nas o oszukiwanie.
-A jakby tak poprosić o pomoc w nauce zaklęcia? Powiemy, że sami rzuciliśmy czar na model, a jak będzie trzeba, zaprezentujemy!- ucieszył się Nicholas, zmuszając się do braku ruchu uszami.
-Niby dobry pomysł, ale pewnie nie taki prosty…- zmartwiła się Cho- Zresztą, nie znam…
-Ale ja znam.- wpadł jej w słowo Nicholas- W Hufflepuffie mam kuzynkę, w Gryffindorze kolegę.
Cho wyglądała na ucieszoną, ale nie do końca przekonaną.
-Dobrze, w takim razie poprosimy ich o pomoc.- uśmiechnęła się serdecznie.
-I wtedy nauczymy się jakichś świetnych zaklęć! Może dostaniemy za to jakąś pochwałę!
Cho uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
-Tak, jeżeli się nauczymy, zyskamy podziw nauczycieli. To będzie super! O, a teraz mam zielarstwo!
Wstała od stołu w bibliotece z o wiele lepszym humorem.
-Zbiorę nasz niedokończony model i schowam w dormitorium.- wymamrotał Nicholas z lekko nieobecnym spojrzeniem, patrząc na uśmiech Cho. Naprawdę szczery uśmiech- A potem…
-Tak.- uśmiechnęła się nieśmiało- Potem poprosisz o pomoc. Dzięki, Nick. Jesteś dość dziwny, ale bardzo to lubię. Cześć!
I odeszła szybko, znikając pomiędzy pólkami w bibliotece. Nicholas nie mógł oderwać spojrzenia od jej pleców, czując, że mimowolnie jego usta rozciągają się w prawdziwie dziwnym uśmiechu.
-I co cię tak bawi, Nick?- usłyszał.
Marcus Belby, jego kolega z dormitorium wyszedł zza półki, gdzie wyraźnie podsłuchiwał.
-Bawi mnie to, że podsłuchujesz innych, Marcusie.- wzruszył ramionami obojętnie młody Black.
-Usłyszałem to przypadkiem.- warknął.
-Przypadkiem stałeś godzinę pod tą półką? Mnie tam by się znudziło…
-Nie bądź za cwany! Nie wolno prosić starszych uczniów o pomoc!
-Nie twój interes. Nie prosimy o pomoc. Chcemy poszerzyć wiedzę o praktyczne zaklęcia. To szkoła!
Nicholas poczuł, że tym razem uśmiecha się bardzo filuternie i drwiąco.
-Ależ to nie fair!- oburzył się Marcus.
-Zazdrościsz mi, że nasz projekt będzie najlepszy.- zaśmiał się Nicholas beztrosko- Zazdrościsz mi, że Cho mnie lubi!
Tym razem to Marcus się zaśmiał.
-Słucham?!- pisnął wysoko- Jesteś żałosny! Oszukujecie, a ty się jeszcze łudzisz, że Chang cię lubi?! Nie mam ci czego zazdrościć, Black! Może tych nóg kaleki?! Uszu jakiegoś włochatego potwora?! Tego, że jesteś przeklętym dziwadłem?! I nie masz ojca? A może tego, że żyjesz w iluzji, że Chang czy ktokolwiek cię lubi?! Co z tego, że udaje, że cię lubi-mnie lubią wszyscy! Nikt cię nie chce!
Nicholas poczuł czerwony rumieniec wstydu na twarzy, gdy pakował swoje rzeczy w pośpiechu do torby. Chwycił półprodukt projektu i szybko, kulejąc ruszył w stronę wyjścia z biblioteki.
-Jesteś żałosny i śmieszny, niedorobiony wariacie!- zadrwił Belby.
Zignorował to. Marcus zamachnął się i wytrącił z ręki Nicholasa projekt. Roztrzaskał się w drobny mak. Nicholas popatrzył z góry ze zrezygnowaniem na zmarnowaną pracę i westchnął nieznacznie.
-Ha, teraz to składaj, dziwadło! Proszę! Chyba dostaniecie zero, zakochana para!
I odszedł, śmiejąc się w głos. Nicholas wciąż wlepiał wzrok w projekt, jak oczarowany.
-Cho mnie zabije.- szepnął, po czym westchnął i z trudem pozbierał najmniejsze szczątki.
Westchnął spazmatycznie, zagarniając to do torby. Wujek naprawiał wiele rzeczy, ale Nicholas w styczniu, po pół roku nauki umiał ledwie wywinąć wiązową różdżką młynka.
Jutro Cho na pewno się popłacze. Robiła to całe ferie i teraz oskarży go o niedopilnowanie pracy.
-Nienawidzę Belby’ego.- zazgrzytał Nicholas ze złością- Nienawidzę Hogwartu.
-Mam już dość.
Popatrzyłam na Maxima Graya. Ziewał potężnie zza biurka, po chwili pod nie zanurkował.
-Co ty robisz?- spytałam z lekki politowaniem.
-Nudzę się.- usłyszałam spod mebla.
Westchnęłam, po czym dla zabicia czasu podeszłam do wielkiej szafy, w której znajdowały się akta. Ze znużenia pojeździłam jedną z szufladek.
-Nie, no nie narzekam!- wyszczerzył się do mnie po chwili Maxim znad blatu biurka, pod które z nudów wlazł- To nawet dobrze, że tu siedzimy. Po świętach przyda mi się odpoczynek. To, co wyprawiała mamusia, gdy ją odwiedziłem… I tak świetnie, że tu jestem.
Parsknęłam, zaglądając do kartoteki przestępstw. Dołohow. Crouch. Lestrange. Znów Lestrange. Potem jakiś Freemont. Znowu on.
-Aż tak było męcząco?- spytałam, bezwiednie bawiąc się oskarżeniem Floresa o sprzedawanie Mugolom pożerających stopy skarpet.
-Taa… Mamusia stwierdziła, że jestem za chudy i tak w ogóle to kiedy przyprowadzę jej narzeczoną…- zaczerwienił się lekko, po czym znów zanurkował pod biurko, burcząc coś w stylu- Kurde, no! Czterdziestoletni przeszło facet ze mnie…
Parsknęłam. Łup! Jedna z teczek przestępców wylądowała na ziemi pod stopami, rozsypując zawartość. Chwyciłam ją, oglądając zdjęcie, które wypadło.
Był to Rabastan Lestrange, mój niedoszły mąż. Obserwowałam go w milczeniu, ignorując hałas, który wykonywał Maxim, kotwasząc się pod biurkiem. Po raz kolejny podziękowałam w duchu rodzicom za zmuszenie mnie do małżeństwa z Syriuszem. To było jak wygranie losu na loterii. I chociaż oboje byli teraz w Azkabanie, Syriusz dla mnie wciąż żył we wspomnieniach. Żyło też przeświadczenie, iż w rzeczywistości nie zdradził Potterów. A Rabastan dawno został przeze mnie zapomniany. I z pewnością zasłużył na Azkaban.
Chwyciłam w dłoń piszczącego smętnie platynowego kotka, który w każdej sekundzie uświadczał mnie w przekonaniu, że Syriusz żyje i co więcej, nie zwariował.
Pozbierałam kartotekę wolno, obserwując zdjęcia, jakie powysypywały się z poszczególnych teczek. Były straszne, ale nie przedstawiały tylko wrzeszczących więźniów lub winnych, lecz również rodziny ewentualnie zamordowanych i same ofiary, za życia i po śmierci.
„Basil Caught”, przeczytałam pod jednym, „Ukarany grzywną za rozprowadzanie nielegalnie latających dywanów”. „Kristen Robin, ukarana Azkabanem za bratobójstwo”. „Caspar Burke, ukarany Azkabanem za brutalne morderstwo dokonane na Mugolach i próba zabójstwa ich dziecka”.
Popatrzyłam na fotografię rodziny, zrobioną przed zwykłym, Mugolskim domem na oko w czasach Drugiej Wojny Światowej. Dwójka dorosłych i kilkuletni chłopczyk. Smutne. Ci Mugole już mieli przed czym uciekać, ale dopadła ich śmierć z ręki czarodzieja. I osierocili dziecko… To tak, jak Potterowie… Spojrzałam na fotografię mordercy. Był okropny, nieludzki. Nic dziwnego, że zamordował chłopcu rodziców.
Popatrzyłam na fotografię jeszcze raz i uderzyło mnie w niej coś dziwnego.
-O Boże…- szepnęłam nagle, zdając sobie z czegoś sprawę.
Obróciłam niewidzący wzrok w kierunku Maxima, wciąż wydurniającego się pod biurkiem. Niczego nie spostrzegł. Wsunęłam w kieszeń zdjęcie i szybko przejrzałam kartotekę.
„Caspar Burke. Zamordował 14. 09. 1944 rodzinę mugolską: Mary i Arnolda Poe. Próba zabójstwa sześcioletniego Johna Poe.”.
Cały czas burzyło się coś we mnie i nie widziałam już Maxima, włażącego z kolei na biurko, bo chciał coś przykręcić przy rurze pod stropem. Nie mogłam doczekać się powrotu do domu.
-Remus!- wpadłam bez zapowiedzi do przedpokoju, potykając się nieomalże o jakieś zabawki dzieci. Odsunęłam je niecierpliwie nogą i wrzasnęłam- REMUS!
-Słucham?- wytknął głowę przez próg kuchni, trzymając w ręku fiolkę z krwią mimika- Warzę, a raczej usiłuję warzyć, eliksir. Czy możesz mnie nie rozpraszać? Wiesz, że eliksiry nie są moją najmocniejszą stroną. Masz coś istotnego?
Bez zbędnych ceregieli pokazałam mu zdjęcie rodziny Poe. Zmarszczył brwi.
-No i?
-Nie widzisz tego?- popukałam w zdjęcie- Kogo on ci przypomina?
-Nie rób ze mnie idioty.- burknął- Przecież wiem, że to ojciec.
Potwierdziło to moje przypuszczenia. Pokiwałam wolno.
-No i co z tego?- uniósł tym razem brwi.
-Wiesz, skąd to zdjęcie wytrzasnęłam?
Pokręcił przecząco głową, patrząc na krew mimika wymownie.
-Z kartoteki przestępcy o nazwisku Caspar Burke.- wypuściłam powietrze, po czym powiedziałam- Tam było, że ci ludzie zostali przez niego zamordowani, a ich syn, JOHN…
Popukałam palcem w fotografię niecierpliwie.
-… został osierocony po próbie morderstwa, przeprowadzonej na nim. Ich syn, Remusie.
Do Remusa dotarło to w trymiga. Wytrzeszczył swoje brązowe oczy.
-Że jak?!- wykrztusił w końcu.
-Czy nasz ojciec jest synem Mugoli, adoptowanym przez czarodziejów?- uniosłam brew.
Remus pokręcił głową z niedowierzaniem. Zupełnie zapomniał o eliksirze, do którego tak mu się spieszyło. Przejechał dłonią po twarzy.
-Ukryli fakt, że ciebie oddali do adopcji.- rzekł w końcu- Mógł też ukryć, że sam został zaadoptowany przez rodzinę czarodziejów, gdy trafił do Hogwartu… Dziadek Henry…
-Ale to się nie mieści w głowie…- opadłam na kuchenne krzesło.
-Wiem… Ale to na pewno on. I imiona się zgadzają… Nie ma mowy o pomyłce.
Usiadł na innym krześle, obserwując ze zmęczeniem podłogę. Myślał o ojcu, nie rejestrując faktu, iż krew mimika prawie wylewa się na kafelki.
-Wychodziłoby na to, że Lupinowie adoptowali małego Johna, który miał magiczne zdolności. Może nie mogli mieć dzieci, kto to wie?- rzekł po chwili Remus- Może dlatego rodzice mamy nie chcieli, by ich córka wyszła za Lupina, tylko planowali ślub z Abraxasem Malfoyem… Może wszyscy wiedzieli, że Lupinowie adoptowali mugolskie dziecko…
-Wygląda na to, że jesteśmy półkrwi, a nie szlacheckiej i starożytnej, jak nam wszyscy wmawiali.- szepnęłam- Ciekawe, co by powiedzieli Walburga i Orion, gdyby wciąż żyli…
-Pewnie wyciągnęliby kopyta raz jeszcze.- parsknął Remus- Przede wszystkim nigdy nie zgodziliby się na zawarcie tej umowy pomiędzy nimi i rodzicami. Może i dobrze…
-Oj, na pewno!- warknęłam- A ty pierwszy pchałeś mnie na ołtarz, bo chciałeś mieć w szwagrze kumpla ze szkolnej ławy! Zresztą, bardzo dobrze, że wyszłam za Syriusza przez przypadek. To były najszczęśliwsze lata mojego życia.
Oboje siedzieliśmy w milczeniu, powaleni tym, czego się dowiedzieliśmy. Ojciec nie był czystej krwi, tylko mugolakiem. Jakie to dziwne w połączeniu z tym, w jakim dworze dorastaliśmy i w ogóle… Cieszyłam się, że wyszło to teraz, a nie wtedy, prawie trzynaście lat temu, gdy miałam wyjść za pożądanego szlachcica czystej krwi. Dopiero by było…
-Czuję się z tym jakoś lepiej, wiesz?- zagadnął Remus- Teraz jest to adekwatne do naszej sytuacji finansowej. Tak nie żyją szlachetnie urodzeni ludzie. Spadł z nas w jakiś sposób ten obowiązek, nie musimy się już wstydzić ujmy na honorze.
-W sumie masz rację. To dziwne, ale mnie jest jakoś z tego powodu żal.
-Żal ci?
-Taa…- spojrzałam na kuchenny kalendarz- Może dlatego, że dwa tygodnie temu był piętnasty stycznia, druga rocznica śmierci Syriusza…
***
Cosmo oderwał zamyślony wzrok od okna, po czym wycelował w drzwi jakiś znaleziony patyk.
-Broń się, czarnoksiężniku!- syknął- Jestem Black, najsławniejszy auror świata. BACH!
Niestety, zabawa samemu nie należała do szczytowo interesujących, toteż chłopcu szybko znudziło się wydawanie dziwnych odgłosów i szturchanie obojętnych drzwi. Niestety, Nicholas już pojechał.
Na zewnątrz było lutowo, czyli mroźnie, i to potwornie. Cosmo nienawidził niskich temperatur.
Po chwili dotarło do niego, że ma wyraźną ochotę na ciastko owsiane.
Wybiegł bojowo z pokoiku i z dzikim wyciem zjechał po poręczy schodów, wciąż dzierżąc bohatersko „różdżkę”.
-PRZYBYYYYWAM!!!
-COSMO! Do reszty żeś zidiociał?!
Chłopiec tak się zdziwił, że rymsnął jak długi na dywan w hallu, zamiast szpanersko wylądować na adidasach. Podniósł się z ziemi i popatrzył na żałosne resztki znalezionego badyla.
Mama stała nad nim, stukając obcasem ze zniecierpliwieniem o ziemię.
-Co mają oznaczać te ryki człowieka pierwotnego?- spytała.
-Nie jestem człowiek pierwny…wotny, tylko GŁOOODNY!- odparł z jękiem Cosmo.
-Przecież zaraz będzie kolacja.
-To dobrze. Idę po ciastko.- wzruszył ramionami czarnowłosy i wyszczerzył kły.
-Nie jesteś głodny, tylko łakomy.- zwęziła zielone oczy mama- I nie dostaniesz ciastka przed kolacją.
-Ale mamo…
-Bez dyskusji! I nie wyj, jak rudy wyjec na drugi raz. Sara wciąż, od grudnia, bardzo źle się czuje!
-Chcę ciastko!- zaprotestował Cosmo z wściekłością.
-Powiedziałam już ostatnie słowo!
-Jak nie dostanę ciastka, TO UMRĘ Z GŁODUUUU!!!- zawył dziko Cosmo i nawet udało mu się uronić parę łez, by wyglądało bardziej dramatycznie.
-Uspokój się, bo zaraz nie dostaniesz nic!
-Jesteś okrutna!!! Zabiję się, jak nie dostanę ciastka TERAZ!
-Rozpieszczony bachor!- mama wymierzyła Cosmo klapsa- Natychmiast idź do pokoju! Pogadamy po kolacji o tym twoim chceniu i postawie roszczeniowej, mój panie! Natychmiast!
Cosmo tupnął parę razy, ale nie przyniosło to rezultatu, a nawet zarobił kolejnego klapsa, toteż z rykiem wrócił do pokoju i zamknął drzwi ŁUP! z całej pety.
-Super!!! Chcę do Hogwartu, na gacie Merlina!- warknął do siebie- Będę żarł, co mi się podoba! Nawet kurz z podłogi salonu Gryfonów!
Zaraz zatrzymał się na środku pokoju i zarechotał mściwie, gdy uświadomił sobie coś. Otarł łzy furii i sięgnął pod łóżko, gdzie trzymał mały skarb-niewielką szkatułkę, kupioną pół roku temu na Nokturnie. Całe ciastko nie zmieściłoby się do środka, ale Cosmo kiedyś zebrał okruszki ze słoika, tak bardzo kochał owsiane ciastka. Nic nie wydawało mu się większym skarbem o tak małych gabarytach.
Z ukontentowaniem wylizał pojemniczek do ostatniego okruszka, ciesząc się w duchu, że zrobił matce na złość. A potem… poczuł zawrót głowy i runął jak długi na łóżko. Drgawki ustały po chwili.
-Cosmo!
Stanęłam na dole schodów, czując zniecierpliwienie.
-Cosmo, na dół! Kolacja jest! Wszyscy na ciebie czekamy!
Poszłam w kierunku salonu.
-Mamo, kup mi różdżkę.- jęknęła Rosemary- Chcę różdżkę. Mogę dostać na urodziny?
Nalałam zupy cebulowej Sarze do miseczki cmokając niecierpliwie.
-Różdżkę dostaniesz dopiero za pół roku, w wakacje, przed Hogwartem. Wcześniej nie.
-Ale dlaczego?!- jęknęła- To jeszcze pół roku mam czekać?!
-Wytrzymasz.
-Ale mamo… Czemu nie mogę teraz?
-Bo chcę mieć dach nad głową całą zimę.- westchnęłam- COSMO! Co za dzieciak…
Pobiegłam w kierunku przedpokoju i wtarabaniłam się po schodach, wchodząc do malutkiej sypialni mojego najmłodszego syna ze złością.
-Dlaczego wy nigdy nie szanujecie, że się narobiłam przy jedzeniu i nie zejdziecie na czas?!- warknęłam do leżącego na łóżku dziecka- Słyszałeś? Kolacja jest! Nie udawaj, że śpisz!
Podeszłam żwawo do czarnowłosego dziesięciolatka i potrząsnęłam nim zdrowo.
-Cosmo!- krzyknęłam, czerwieniejąc ze złości- HAAALOOO!!!
Potrząsnęłam nim bardziej.
-Dziecko, czy ty jesteś nienormalny?! Przecież kolacja stygnie!- krzyknęłam głośniej.
Cosmo wciąż wyglądał, jakby usnął. Miał uchylone usta i bezwładne ciało. Potrząsnęłam nim znów, czując irytację, ale przez jej gruby pancerz przebił się dziwny strach…
-Cosmo!
Nic, wciąż był bezwładny.
-COSMO!
Popatrzyłam uważnie, czując przerażenie. Cosmo nawet nie drgnął. W jego zaciśniętej piąstce dostrzegłam dziwną, ozdobną szkatułkę o małych rozmiarach.
-REMUS! SZYBKO, BŁAGAM!!!
Do pokoju wpadł po chwili Remus z pytającą miną.
-Remus, patrz…- wskazałam w skrajnym szoku na Cosmo. Mój brat podszedł do niego i przyjrzał mu się, po czym wyjął szkatułkę z rączki.
-Szybko, do Munga z nim.- wyrzucił w końcu po krótkich oględzinach szkatułki- To jest przeklęte. Meg, musimy się spieszyć.
Nie mogłam się ruszyć, patrząc na bladego synka, niewinnie, bezwładnie leżącego na wznak na skopanej pościeli. Łzy zaszkliły moje oczy.
-MEG!
-Remus, nie chcę stracić następnego dziecka!…- załkałam, czując ścierpnięcie skóry.
Nie odparł, chwycił go na ręce i wypadł z pokoju. Ja wybiegłam za nim, czując się prawie jak we śnie. Rzuciłam dziewczynkom, by siedziały grzecznie w domu, po czym wypadliśmy na lutowe popołudnie…
Lutowa noc była potwornie zimna. Świecił księżyc w pełni.
Nicholas leżał w łóżku i nie wiedział, czemu tak okropnie się czuje. Bolało go wszystko wręcz potwornie, ale tego dnia miały być jego dwunaste urodziny, gdyż północ dawno wybiła i nastał kolejny dzień-siedemnasty lutego.
Czuł swędzenie całego ciała i wstrząsały nim dreszcze. Z początku myślał, że to jakaś grypa…
Chwilę później znalazł się na podłodze i tarzał po niej cicho, by nie obudzić kolegów. Paliła go skóra. Dziwne uczucie nie odpuszczało, a gdy Nicholas podczołgał się do lustra, zdrętwiał z szoku.
Był młodym wilkiem.
[ 5 komentarze ]
87. Aspołeczny indywidualista
Dodała Mary Ann Lupin Czwartek, 01 Września, 2011, 07:20
Witam wszystkich w nowym roku szkolnym . Na osłodę-notka.
Mam zamiar dodac nową za tydzień w weekend. A tak w ogóle witam wszystkie nowe nicki.
-Proszę. Mam nadzieję, że będzie smakować.
Agatha Route podała mi przez okno kuchenne blachę z plackiem z kminkiem.
-Jeszcze ciepły.- zauważyłam z uśmiechem- Dziękuję, ale chyba poproszę o przepis, jeżeli szybko zniknie.
-Nie krępuj się, moja droga. Och, chyba zacznie padać…
Rzeczywiście, tego lata pogoda nas nie oszczędzała. Niebo zasnuły ciężkie chmury, zwiastujące deszcz. Dla mnie nie było to takie fatalne, w końcu siedziałam w biurze, gdzie nie było okien. Poza tym, nie będę żałować, że w piękny dzień muszę pracować.
-Mam nadzieję, że ten zatracony chłopak gdzieś nie poszedł się włóczyć!- warknęła Agatha- Jak go zleję deszcz, znów będę musiała iść z nim do lekarza.
-Nie, Stanley siedzi u nas.- zauważyłam.
Agatha najpierw wytrzeszczyła oczy, po tym zaśmiała się perliście.
-Cóż, nie wiem, dlaczego tak potrafią się bawić!- rzekła w końcu- Przecież jest od Sary starszy o cztery lata!
-Cóż, najwyraźniej towarzystwo moich synów i drugiej córki nie przypadło mu tak do gustu. Zresztą, mieli czas się zakumplować z Sarą, mieszkacie tu już rok.
W głębi domu usłyszałam łoskot i do kuchni wpadł zdyszany Nicholas, kulejąc dziko.
-Mamo, patrz!- wrzasnął. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Rzadko był taki poruszony.
-Lecę.- rzekła Agatha, widząc to- Zaczyna kropić. A, szturchnij mojego syna, by kiedyś odwiedził dom. Jak tak dalej pójdzie, to… No, nic nie chcę mówić, są za młodzi na miłostki.
Uniosła brewki dwuznacznie i chichocząc, poszła do domu. Zawsze bała się Nicholasa, chyba przez jego wilcze uszy i niezręczne poruszanie na kulawych nogach.
Wzięłam blachę z ciastem z kminkiem i odwróciłam się do dyszącego Nicholasa. Odstawiłam blachę i chwyciłam trzymany przez niego świstek. Był z grubego pergaminu…
-”Szanowny Panie Black! Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwart…”.- przeczytałam na głos, po czym popatrzyłam na dyszącego z entuzjazmu syna i uśmiechnęłam się szeroko. Po raz pierwszy tak bardzo chciałam się szczerze uśmiechnąć, bo dawno już nie miałam okazji. Nicholas odwzajemnił to skromnie, tłumiąc radość. Przytuliłam do siebie najstarszego synka.
-To niesamowite.- szepnęłam, po czym ujęłam jego buzię w dłonie, patrząc w spokojne, smutne, szare oczy, które teraz tryskały opanowaną radością- Mój synek jeszcze wczoraj nauczył się chodzić, a dziś dorósł, ma jedenaście lat i opuści mnie na dziesięć miesięcy…
-Dopiero od września.- rzekł cichutko Nicholas, jakby przepraszająco.
-Tata by się ucieszył, że jesteś już taki duży!
Nicholasowi uśmiech trochę zrzedł, ale nic nie powiedział, odgarnął tylko grzywkę prostych, brązowych włosów, poskręcanych delikatnie na końcach ze skrępowaniem. Po chwili znów go przytuliłam, a on przycisnął czoło do mojej szyi. Zrobiło mi się trochę smutno, że mój najstarszy syn, po tylu latach mieszkania tutaj pójdzie do Hogwartu i nie będę go widzieć zbyt często. Nawet dopadły mnie dziwne, oburzone myśli, ale je stłumiłam. To Hogwart! Naturalna kolej rzeczy. Kiedyś cała czwórka będzie tam uczęszczać. I nie mogę ich egoistycznie zatrzymać przy sobie tylko dlatego, że straciłam dziecko półtora roku temu…
Nicholas odlepił się ode mnie, uśmiechając wciąż.
-Polecimy na Pokątną jutro, co ty na to?- zapytałam, czochrając jego jasnobrązowe włosy.
-No!- ucieszył się- A wujek Remus poleci z nami?
-Nie, raczej będzie pracował… Ale odwiedzimy go w magicznej aptece, tam musimy zajrzeć po składniki… Przestudiuj wszystko dokładnie, muszę wiedzieć, gdzie z tobą iść.
-Ale mamo… A jak nam nie starczy pieniędzy?- zmartwił się.
-Starczy. Od pół roku odkładamy z wujkiem na twój Hogwart parę galeonów na miesiąc.
Nicholas kiwnął i uciekł do pokoju, zostawiając mnie i radosną i rozrzewnioną jednocześnie. Szkoda, że Syriusz nie widział tego… Poszedł do więzienia prawie dziewięć lat temu…
Jedenastolatek wpadł do swojej sypialni, ściskając z entuzjazmem świstek. Dostał się do Hogwartu! W zasadzie było to naturalne, ale bał się cały czas o to, że jednak okaże się inaczej. I w dodatku dostanie różdżkę! Wyjedzie z Basildon, by zamieszkać w internacie…
Troszkę w pierwszym momencie ta perspektywa wydała mu się przerażająca, ale zaraz przypomniał sobie wszystkie opowieści Billa, Percy’ego i Charliego o Hogwarcie. Fred i George byli już po pierwszej klasie, opowiadali niestworzone rzeczy, ale wszystkie utwierdziły Nicholasa w przekonaniu, że Hogwart jest cudowny. Naprawdę, nie mógł się już doczekać…
A kolejnego dnia miały być zakupy na Pokątnej. Gdy wreszcie nadszedł wspaniały moment udania się na czarodziejską ulicę, mama zagarnęła go do siebie i stanęli przed kominkiem.
-Ja też chcę!
To był Cosmo. Przybiegł, robiąc błagalną minę. Mama pokręciła głową i rzekła:
-Nie, Cosmo. Nie pójdziesz z nami.
-Ale dlaczego?!- jęknął młodszy brat.
-Bo nie mam pieniędzy na twoje zachcianki. A po cóżby innego chciałeś lecieć?
-Ale ja mam swoje kieszonkowe!- zawołał Cosmo, wyciągając galeona od wujka.
Mama skrzywiła się, patrząc na niego. Po chwili westchnęła:
-No dobrze. Jeżeli sam masz pieniądze… Ale trzymaj się blisko nas! Masz listę, Nicholas?
Brązowowłosy po chwili dopiero zorientował się, że mama mówi do niego. Kiwnął wolno.
-Dobrze… Wchodzimy, chłopcy!
Nicholas nigdy nie lubił podróży Siecią Fiuu. Była naprawdę irytująca. Teraz nie było inaczej. Kiedy wreszcie pozbył się popiołu z włosów, nosa, buzi i oczu, mógł rozejrzeć się po Dziurawym Kotle. Na Pokątnej był tylko raz, dość dawno temu, ale pamiętał to miejsce jako niezwykle zatłoczone i barwne. Nie mylił się. Ulica tętniła życiem.
-Pójdziemy do Gringotta?! Zobaczyć gobliny?- zawołał Cosmo- Błagam!
-Nie, synek. Wujek już wyciągnął dla nas pieniążki na zakupy dla Nicholasa.
Cosmo jęknął i zrobił oszołomioną z wrażenia minę na widok czegoś tam, ale Nicholas nie dostrzegł czego, bo właśnie prawie władował się głową w dół do baryłki z oczami węgorza. Grzecznie poprawił kołyszącą się baryłkę i pospieszył za mamą, patrząc z zaciekawieniem na listę, którą tyle razy studiował, że znał na pamięć.
-Chodźmy najpierw po różdżkę!- poprosił cicho mamę.
-Jeżeli chcesz… Cosmo, trzymaj się blisko mnie! Nicholas, co to za mina?
Nicholas spuścił wzrok na listę trzymaną w dłoniach i poczuł skurcz.
-Czy mógłbym dostać sowę?- wypalił nagle, zupełnie swobodnie.
Mama popatrzyła na niego i ku jego zdziwieniu zastanowiła się, odgarniając rudo-czarny warkocz.
-Dobrze, to dość miła perspektywa, chociaż w Hogwarcie są sowy…
-Ale mógłbym wysyłać w wakacje listy do przyjaciół…
W zasadzie nie było to powodem. Nicholas nie był pewny, czy zaprzyjaźni się z kimkolwiek, skoro tak wygląda i w dodatku miał kontakt jedynie z rodzeństwem i Weasleyami, nie był duszą towarzystwa. Poza tym, wujek miał jakąś sowę. Tak naprawdę Nicholas chciał mieć po prostu zwierzę. By karmić je i głaskać, by miał go kto słuchać w chwilach samotności.
-Nazwałbym ją Chandra.- powiedział po chwili namysłu.
Mama zmarszczyła brwi.
-Czemu Chandra? Jest tyle wesołych imion…
-Nie, nie rozumiesz.- pokręcił głową cierpliwie- Chandra to indyjskie imię i oznacza „Księżyc”.
Mama uniosła brwi z podziwem. Nicholas poczuł się dumny ze swych zainteresowań mitologią i kulturą mugolskiego świata.
-Nie miałam pojęcia… O, Ollivander! Cosmo! Chodź, nie oddalaj się! Idziemy po różdżkę.
Zanim Nicholas został wepchnięty na siłę przez mamę, zdążył zarejestrować młodszego brata, wlokącego się bez życia w ich stronę. Wiedział, że Cosmo nudzi się i zaraz coś odwinie…
W środku było ciemno i cicho.
-Popatrz…- szepnął jego dziesięcioletni brat, ciągnąc za czerwony t-shirt, który Nicholas miał na sobie. Pokazywał na taśmę, owijającą się naokoło nogi taboretu- Fajne!
W tym momencie przyszedł jakiś wysoki, żylasty jegomość. Nicholas zlustrował go niepewnie.
-Witam, pani Black.- ukłoni się nisko, obserwując ją przenikliwie.
-Dzień dobry, panie Ollivander!- uśmiechnęła się mama, zagarniając z przyzwyczajenia Cosmo do siebie- Przyprowadziłam syna, by kupił różdżkę. Tego, w rogu.
Wskazała na Nicholasa, a on wyprostował się mimowolnie. Pan Ollivander podszedł i chwycił taśmę, z której tak śmiał się Cosmo i począł mierzyć, mówiąc:
-Cóż, kolejne pokolenie czarodziejów… A tak niedawno ty sama kupowałaś różdżkę…
-Tak, ile to było…- westchnęła mama- Z szesnaście lat temu…
- Piętnaście cali. Drzewo różane. Włos z ogona jednorożca. Znakomita do rzucania zaklęć obronnych.
Mama przytaknęła, a Nicholas wytrzeszczył oczy, dziwiąc się znakomitej pamięci, jaką posiadał twórca różdżek. Nie zdążył się jednak nadziwić dość, bo zaraz wetknięto mu patyk i przyjrzał się.
-Nie, ostrokrzew i smocze serce nie, spróbuj kasztanowca i pióra feniksa…
Nieco jaśniejsza różdżka też nie zadowoliła pana Ollivandera i wciąż wtykał mu nowe modele. Nicholas był zafascynowany mnogością wariantów i wyglądu różdżek. Postanowił kiedyś być ich twórcą. W końcu, gdy już zaczął się bać, że żadna różdżka go nie zechce, jedna rozgrzała się jakby.
-No, świetnie!- ucieszyła się mama, a pan Ollivander przytaknął i rzekł:
-Wiąz. Osiem cali. Włos z ogona jednorożca, jak u twojej mamy. Elastyczna i giętka.
-Wiąz to dobre drzewo…- rzekła mama, a Nicholas dostrzegł cień czegoś dziwnego na jej twarzy.
-Wiązowe różdżki są… specyficzne, to fakt. Specyficzne różdżki dla specyficznych ludzi.
Zmierzył jego wilcze uszy uważnym spojrzeniem. Nicholas ściskał różdżkę i nic go nie obchodziło.
-Nieczęsto używam tego drewna… Należy się siedem galeonów. A kiedy ten młody kawaler przyjdzie do mnie po różdżkę?
Wszyscy spojrzeli na Cosmo, który właśnie próbował wejść na wystawę, by dotknąć jedynej różdżki, która tam leżała. Młodszy brat Nicholasa speszył się i wyszczerzył przepraszająco, ale Nicholas skupił się na tym, co trzymał. Na swojej nowiutkiej, wiązowej różdżce. Była krótsza, niż mamy i wujka, ale już ją kochał. Wiedział, że właśnie dali mu do ręki potężny magiczny przedmiot.
Wyszli ze sklepu pana Ollivandera po kilku minutach rozmowy, którą Nicholas puścił mimo uszu.
-Teraz potrzebuję składników eliksirów, fiolek i kociołka.- rzekł.
-Tam mamy kociołki… Daj tę listę.
-Mogę dostać srebrny kociołek?- spytał Nicholas- Srebrny jest fajny… Księżyc jest srebrny…
-Nie, musi być cynowy.
-Ależ mamo!
-Nie dyskutuj ze mną! Nie wkroczysz do Hogwartu ze srebrnym kociołkiem, dziecko!
Nicholas oklapł w sobie i poszukał wzrokiem brata, by coś mu szepnąć złośliwego na zatwardziałość mamy, ale jego brat właśnie kręcił się po drugiej stronie ulicy pod szyldem „Aleja Śmiertelnego Nokturnu”. Obecnie Cosmo obserwował szyld z zachwytem. Nicholas nic nie powiedział i obrócił się do mamy z zapytaniem:
-Kiedy dostanę Chandrę?
-Spokojnie, synek. Muszę się skupić… Kociołek, fiołki i składniki… Potem pójdziemy po książki.
Nicholas odwrócił się i zobaczył, że Cosmo gdzieś poszedł. Trochę go to zaniepokoiło, ale nie widział nic złego w samotniczej wyprawie. Ostatecznie sam to uwielbiał.
Cosmo obejrzał się za siebie konspiracyjnie. Nie, mama stała przy kociołkach. Nie zauważyła.
Szybko ruszył wąską, mroczną uliczką. Przyciągnął go brak tłumów. Patrzył zafascynowany na brudne ściany i rozkoszował się myślą, że może sam sobie pochodzić na tej ciemnej i tajemniczej uliczce. Nie czuł strachu, lecz ciarki przebiegły mu po plecach, kiedy minęła go zakapturzona postać, wyraźnie spod kaptura obserwując dziesięciolatka. Ściskał mocno swojego galeona w kieszeni i ze strachem i ekscytacją obserwował ciemne okna i zaułki Alei Śmiertelnego Nokturnu. Coś mu się zdawało, że mama nie byłaby zbyt zachwycona, gdyby go tu namierzyła.
Przykleił nos do szyby jednej z mrocznej wystaw. Dostrzegł czaszkę i srebrny sztylet, oraz parę zdobionych szkatułek i wielki sygnet. Czaszka w szczęce miała tabliczkę: „Artefakty - J. Crump”.
Cosmo, zafascynowany sztyletem, uchylił drzwi do ciemnego wnętrza i rozejrzał się. Wisiało tu w powietrzu jedynie sześć świec z obficie skapującym, pożółkłym woskiem, a za ladą krzątał się nieogolony człowiek w brudnym ubraniu. Widząc Cosmo, warknął:
-Czego tu?! Zmykaj stąd, mały!
-Chciałem coś kupić!- odparł pretensjonalnym tonem czarnowłosy.
-To nie sklep dla ciebie. Idź lepiej na lody do Fortescue!
-Dobrze! Nie chce pan dobić targu, pana sprawa! Pan poniesie konsekwencje!- prychnął.
Właściciel przyglądał mu się chwilkę badawczo. Po chwili zarechotał:
-Podobasz mi się, mały. Co byś chciał kupić?
-Ile za sztylet z wystawy?
-Och, to będzie jakieś pięćdziesiąt galeonów.
-Ile?!
-To prawdziwe cacko! Cóżeś chciał, przecież nie jest z pergaminu!- zaszydził sprzedawca.
Cosmo oklapł w sobie i mocniej ścisnął żałosnego galeona. Właściciel dostrzegł to.
-A ile posiadasz, chłopcze?- spytał.
-Tylko jednego galeona.- rzekł czarnowłosy najbardziej dumnie, jak umiał.
Sprzedawca podrapał się po brodzie i po chwili wyciągnął spod lady kilka malutkich przedmiotów. Cosmo podszedł, zaciekawiony. Były to śliczne, malutkie, wiktoriańskie szkatułki, oprawione w materiał i zaśniedziałe srebro. Jedna taka mogłaby spokojnie zmieścić się w jego dłoni.
-Wybierz którąś. Jedna taka kosztuje galeona i dwa sykle. Dwa sykle ci odpuszczę, co?
Cosmo przytaknął i wybrał srebrną z granatowym aksamitem. Była stara i zakurzona.
-Umowa stoi.- rzekł wyniośle dziesięciolatek i dał galeona właścicielowi- Czemu tak tanio?
-Nie zostały sprawdzone, mały… Nie znam ich właściwości \...
Ten uśmiechnął się oleiście i zarechotał znowu. Cosmo podziękował ładnie i wyszedł, chowając ją do kieszeni.
-Au!- jęknął, bowiem odbił się od czyjegoś kościstego ramienia.
-Uważaj!- warknął mężczyzna.
-Przepraszam!- zawołał Cosmo nieco pretensjonalnie.
Mężczyzna patrzył na niego dłuższą chwilę podejrzliwie. Było to bardzo badawcze spojrzenie. Cosmo czuł się bardzo dziwnie, jakby go prześwietlał czarnymi oczyma.
-Gdzie twoja mama?- spytał wolno i jakby ostrożnie.
-Na Pokątnej, kupuje bratu ekwipunek do szkoły, bo co?- burknął Cosmo.
Mężczyzna syknął cicho, jakby coś go uszczypnęło. Wciąż wpatrywał się w niego dziwnie.
-Hej!- krzyknął ze zdziwieniem i złością czarnowłosy, gdy nagle nieznajomy chwycił go za kołnierz i zaciągnął z powrotem. Cosmo tak się zdziwił, że zapomniał wyrywać.
-To nie miejsce dla ciebie!- warknął mężczyzna- Pomyślałeś o matce?! Musisz dokładać jej zmartwień?! Już wystarczająco wycierpiała.
Cosmo nie pytał, kim nieznajomy jest, bo stwierdzenie było doprawdy szokujące.
Mężczyzna puścił go kilka kroków przed Pokątną, więc wyrwał się, odzyskując rezon i warcząc:
-Sam sobie poradzę, dziękuję!
-Wszyscy Blackowie są tacy sami. Aroganccy i pyszni. I pozdrów matkę.- szepnął.
Po tych słowach odwrócił się na pięcie i odszedł. Cosmo uniósł brwi, patrząc za nim. Ciekawe, skąd ten facet wiedział, kim jestem, pomyślał.
-Cosmo!
Mama i Nicholas podbiegli do niego, pakunki dyndały wszędzie naokoło razem z klatką z sową.
-Gdzieś ty był?! Zamartwiałam się!- krzyknęła mama i chwyciła go za ramię.
-Chodziłem po ulicy…- rzekł zdawkowo Cosmo.
-Wiedziałam, że tak będzie! Więcej cię nigdzie nie wezmę! Idziemy do księgarni. Blisko mnie!
Cosmo nic nie powiedział, ściskając mocno szkatułkę w kieszeni. Zastanawiały go słowa mężczyzny. „Wszyscy Blackowie są tacy sami. Aroganccy i pyszni.”. Co to znaczy? Może to ma coś wspólnego z tatą? Wszyscy Blackowie… Tak, na pewno chodzi o jakiegoś Blacka, którego Cosmo nie znał…
Może dlatego nieznajomy wiedział, kim jest? Podobny do ojca, przynajmniej tak mówią…
Cosmo poczuł się dumny. Nie wiedział, jak wyglądał tata, ale czuł dumę, że go przypomina. Nawet, jeśli chodziło też o zarzuconą arogancję i pychę.
***
Weszłam do pokoju chłopców wieczorem, gdy za oknem było już ciemno. Na podłodze spoczywał kufer, jeszcze otwarty, by można było z niego wyciągać najpotrzebniejsze rzeczy. Na biurku spała smacznie Chandra, nowa sowa, złożywszy główkę pod skrzydłem. Nicholas siedział na oknie i patrzył w niebo. Miał spokojną, nieco smutną minę.
Podeszłam do niego i położyłam rękę na jego głowie, gładząc delikatnie.
-Mamo…- zaczął cichym głosem- Troszkę się boję…
-Boisz się?- uniosłam brwi- Czego się boisz?
-Szkoły… Nigdy nie byłem w miejscu, gdzie jest tak dużo ludzi naraz… A jak mnie nie będą lubić? Może będą się ze mnie śmiać…
Usiadłam na parapecie obok niego i westchnęłam:
-No tak. Zawsze, gdy idzie się do szkoły, człowiek boi się nowego miejsca i ludzi, których tam pozna. Czasem można trafić naprawdę paskudnie! Ale można trafić też doskonale i wiesz co? Do Hogwartu chodzą ludzie, którzy są naprawdę fajni. Gdy ja byłam w Hogwarcie, spędziłam tam świetne cztery lata.
-Cztery lata?- zapytał zaskoczony Nicholas.
-Tak, bo poszłam do szkoły trochę później na skutek pewnych wydarzeń. Dumbledore zrobił dla mnie wyjątek. To mądry dyrektor…- urwałam, wspominając szkolne lata- Było w szkole naprawdę bardzo dobrze. Wielu ci powie, że to najszczęśliwszych siedem lat czarodzieja.
Nicholas popatrzył na mnie, jakby nabierając otuchy.
-Ale mogą się ze mnie śmiać? Z moich uszu i sposobu chodzenia…
-Nie mogą. To czarodziejski świat, nie mugolskie gimnazjum.
-A z tego, że mój ojciec jest mordercą?
Zamarłam. Remus powiedział mi, że Nicholas dowiedział się o Syriuszu, ale nigdy nie rozmawiałam z nim na ten temat. Patrzyłam na wyczekującego synka.
-Nie mogą.- rzekłam w końcu ze znużeniem- Nikt nie wie, że to twój ojciec.
Nicholas kiwnął, po czym zapędziłam go ruchem dłoni do łóżka, okryłam starannie kołdrą i cmoknęłam. Po chwili ruszyłam do drzwi, pragnąc zagonić do spania Cosmo.
-Śpij dobrze, synek. Jutro czeka cię wielkie wydarzenie.- rzekłam na dobranoc.
Następnego dnia panował dziwny, miły i znajomy rozgardiasz. Nie budziłam dziewczynek, które spały smacznie. Cosmo, niestety, rozbudzony hałasami w pokoju chłopców, biegał wszędzie za bratem, podekscytowany do ostatnich granic.
-Ja też pójdę do Hogwartu, prawda?!- piszczał wysoko co jakiś czas.
-Z pewnością.- odpowiadałam ze znużeniem- Nicholas, jedz szybciej te kiełbaski. Zapakowałam ci do torby szkolnej naleśniki z serem na drogę.
-A coś słodkiego?- miauknął najstarszy Black, krzątając się przy swoim kufrze po przełknięciu ostatnich kęsów w nerwowym pośpiechu.
-Dawaj to, młody.- rzekł Remus, biorąc kufer Nicholasa i klatkę z Chandrą i wystawiając za próg- W pociągu możesz sobie kupić słodycze. Dostaniesz ode mnie ze dwa galeony.
-Dwa galeony? To wcale niedużo, jak na następną wizytę w grudniu.- zauważyłam.
-A na co mu pieniądze w Hogwarcie?- zapytał Remus, odgarniając siwe włosy- Przecież do Hogsmeade nie chodzi się w jego wieku… Chyba, że chcesz, by wplątał się w hazard…
-Hogsmeade?- zainteresował się żywo Nicholas, ale go nie słuchaliśmy.
-W sumie i racja… No, jest po dziesiątej. Remusie, czas już na nas… Nicholas, gotowy?
Kiwnął głową, zdenerwowany ale i podekscytowany.
-Pożegnałeś się z siostrami?- zapytał Remus.
-Siostry śpią i lepiej, by tak pozostało.- odpowiedziałam za synka- Nie chcę zbędnego rozgardiaszu. To już się zbieramy… Pożegnaj się z Cosmo i wujkiem.
-NIEEE!!!- jęknął Cosmo, gdy Nicholas bardzo, bardzo mocno przytulił się do Remusa. W końcu zastępował mu ojca- Ja też chcę jechać!
-Pojedziesz za rok, Cosmo!- powiedziałam ze zdenerwowaniem.
-Ale ja chcę z wami na peron, zobaczyć!
-Nie ma czasu! Szybko ubierz buty, bo cię zostawimy!
Cosmo z niespotykaną szybkością rzucił się ku swoim butom.
-Trzymaj się, Nick.- szepnął Remus. Patrzyłam ze wzruszeniem na tę scenkę. Wiedziałam, że dla Remusa moje dzieci były jak własne. On również był wzruszony tym, jak szybko Nicholas urósł i jedzie do najwspanialszego miejsca-Hogwartu…
Z jakimś żalem pomachał jeszcze mojemu bratu na odchodnym i wyprowadziłam chłopców z domu na chłodny, wrześniowy poranek, taszcząc kufer. Cosmo dumnie niósł przed sobą klatkę z Chandrą, a Nicholas poprawiał szkolną torbę, w której miał szaty, książkę, sweter, jedzenie i dwa galeony. No i różdżkę, bo koniecznie chciał ją mieć przy sobie.
Machnęłam ręką z moim różanym patykiem i Błękitny Rycerz pojawił się prawie natychmiast. Kazałam jednym ruchem wsiąść chłopcom do środka, co uczynili chętnie, po czym zapłaciłam młodemu konduktorowi paręnaście sykli.
Nicholas i Cosmo nigdy nie podróżowali Błędnym Rycerzem do tej pory, więc było to dla nich specyficzne doświadczenie. Nicholas i tak i tak byłby zielony, gdy stanęliśmy na peronie.
-To peron dziewięć i trzy czwarte, mamo.- odezwał się Nicholas- Gdzie on jest?
Wskazałam ręką na barierkę.
-Musisz pójść prosto na barierkę, Nicholasie. I najlepiej pewnie, bo to tylko iluzja, tam nie ma litej ściany. No już! My z Cosmo zaraz dołączymy!
Nicholas przełknął ślinę i ruszył w kierunku peronu dziewięć i trzy czwarte. Zupełnie spokojnie podszedł do ściany i zniknął bez zbędnego czajenia się. Cosmo wywalił oczy.
-Ja też chcę do Hogwartu!- wydarł się po tym, co zobaczył- Będę przenikać przez ściany!!!
-Ciszej, dziecko!- skarciłam, gdy jakiś murzyn obrócił się- Mnóstwo tu Mugoli…
Pociągnęłam jazgoczącego z podniecenia Cosmo za rękę, taszcząc kufer i, nie bez nostalgii, przeszłam przez barierkę, by zobaczyć kochany obiekt-ekspres do Hogwartu.
Nicholas stał nieco oszołomiony nieopodal. Wszędzie było pełno ludzi, tych znajomych i nie. Niestety, nikt z bliższych znajomych nie odwiedził z dzieckiem peronu, dostrzegłam tylko grupkę Weasleyów. Oczywiście, Molly nie mogła zostawić w domu Rona i Ginny, chociaż byli zbyt mali, by jechać.
-Cześć, Ron!- pomachał rówieśnikowi Cosmo.
Wtedy Weasleyowie nas zauważyli i wydali zgodny okrzyk. Nie było tylko Artura i Billa.
-No, pierwszy do Hogwartu…- uśmiechnęła się Molly- I jak, wszystko gra, Nick?
Nicholas kiwnął parę razy głową, sprawiając wrażenie, że jest w swoim świecie.
-Hogwart nie jest taki zły.- rzekł Fred, trącając Nicholasa.
-No, z wyjątkiem Ceremonii Przydziału.- wtrącił z powagą George.
-Fakt, niezbyt przyjemne. Ale w końcu zatamowałem krew tym workiem z piaskiem.- odparł beztrosko Fred.
-Fred! George!- skarciła ich matka, a dwunastolatki zachichotały- Nick, nie przejmuj się.
Nicholas wyglądał, jakby nie dotarło do niego ani jedno słowo.
W końcu Molly zagoniła wszystkie dzieciaki do wagonów, pozostawiając tylko Rona i Ginny. Ron miał wybitnie nieszczęśliwy i tęskny wzrok, podobnie do Cosmo, który nagle przycichł, spąsowiał i zaczął obserwować jakąś dziewczynę w krótkich, najeżonych, malinowych włosach. Była to Nimfadora, która kiwnęła mi przyjaźnie głową z daleka.
Nicholas wrócił z szukania przedziału, by się pożegnać.
-I co?- spytałam- Znalazłeś miejsce?
-No…
Przytuliłam mocno synka. Tak mocno, jak tylko umiałam, starając się nie płakać ze wzruszenia. Niestety, nie potrafiłam się powstrzymać. Jeżeli Syriusz nie zatracił rachuby czasu i zmysłów, to doskonale wiedział, że właśnie jego najstarszy syn idzie do szkoły.
Nicholas pożegnał się jeszcze z Cosmo, wciąż czerwonym i wskoczył na schodki, gdy konduktor zagwizdał. Popatrzył na mnie niezwykle poważnym wzrokiem.
-Uśmiechnij się!- przykazałam przez łzy- I pisz, Nicholas.
Uśmiechnął się samymi ustami, zastrzygł wilczymi uszami i pokuśtykał w głąb.
Pociąg ruszył.
Nicholas obrócił się i z gulą w gardle podszedł do swoich pakunków, stojących na korytarzu. Rzecz jasna, nie znalazł miejsca. W każdym przedziale kotwasili się jacyś ludzie, a on zdenerwował się nagle swoimi uszami i kalekimi nogami. Pokuśtykał więc wolno przed siebie, ciągnąć walizkę i klatkę z Chandrą. Wszystkie miejsca, które widział, były zajęte. Co prawda, w niektórych przedziałach siedziały pojedyncze osoby, ale Nicholas naprawdę nie chciał z nikim podróżować.
W końcu postawił w małej przerwie pomiędzy wagonami walizkę i na niej usiadł, stawiając Chandrę na ziemi obok. Mijali go wyrośnięci uczniowie z różnokolorowymi akcentami na czarnych szatach. Wszyscy patrzyli nieco zdezorientowani, zaciekawieni, rozbawieni, ale nikt nie spytał, czemu Nicholas siedzi na korytarzu na walizce.
Jedenastolatek westchnął i przeczesał miodowe włosy palcami. Czuł ponurą satysfakcję. Tak, właśnie tak to sobie wyobrażał, gdy rano się obudził.
-Kochaneczku, coś się stało? Czemu nie siedzisz z innymi dziećmi?
Nicholas uniósł głowę. Stała przed nim zażywna czarownica z wózkiem słodyczy.
-Nie, po prostu… Tu mi wygodnie…- wzruszył ramionami.
-Ależ dziecko! Nie pójdziesz do innych? Nie bój się.
-Nie, dziękuję… Naprawdę, mogę tu zostać!- zaczął się gęsto tłumaczyć.
-Ech, niech ci będzie… A coś słodkiego chcesz?
-Nie, dziękuję, nie jestem głodny…- mruknął, czując, że odechciało mu się słodyczy.
Pani westchnęła, po czym ruszyła dalej, na odchodnym wciskając mu jedną czekoladową żabę. Kiedy chciał zapłacić, odeszła.
Nicholas zaczął zastanawiać się, czy rzeczywiście wygląda tak żałośnie i schował żabę. Ustawił walizkę przy oknie i wpatrzył się w mijane lasy i równiny.
-Podoba ci się tu, Chandra?- szepnął do sowy- Bo mnie tak średnio, na razie… Ale ładnie za oknem, nie?
Chandra, rzecz jasna, nie odparła. Nicholas stłumił pociągnięcie nosem i wpatrzył się w monotonne zmiany za oknem, czasem rzucając coś do swojej sowy. W końcu podróż stała się nużąca. Zjadł już naleśniki i wyciągnął książkę o cywilizacji Indian, gdy znudziło się patrzenie za okno. Walizką huśtało i trochę sera z naleśników znalazło się na jego koszulce, ale nie przejął się tym zbytnio. Byle nie uświnić książki. Ze stoickim spokojem zjadł ser z koszulki.
Zaczęło się ściemniać i choć podróż dłużyła się niemiłosiernie, jednocześnie jej monotonia sprawiła, że Nicholas nie zorientował się, kiedy na korytarzach zapłonęło oświetlenie. Pomyślał, że przydałoby się przebrać w szatę ucznia Hogwartu, dopóki jeszcze jadą. Wyciągnął więc z walizki czarną pelerynę i buty, do tego kamizelkę, koszulę, spodnie i krawat. Zwinął to w zmiętoloną kulkę i poszedł do toalety. Tam zarzucił na siebie czarno-szare ubranie ucznia Hogwartu, zwijając zwykłe ubranie jak leci razem i paprząc wszystko serem z koszulki. Wyszedł z łazienki, nie zadając sobie trudu, by zawiązać krawat i sznurówki. Koszula wystawała mu ze spodni, ale Nicholas nigdy się tym nie przejmował, dopóki nie było w pobliżu mamy.
Gdy wrócił na korytarz z rzeczami, okazało się, że jego cały dobytek zniknął. Przeszedł go zimny dreszcz. Nie było klatki i kufra. Ktoś zabrał mu rzeczy.
-Pięknie, i co z tym teraz zrobię?- mruknął do siebie.
Wyobraził sobie siebie z kulką uświnionych ubrań i nie do końca białymi adidasami, jak wkracza do dużego zamku Hogwart, dzierżąc to wszystko dumnie. Ubaw po pachy dla wszystkich poza nim…
Zlokalizował jakiś kosz na śmieci i wrzucił całe swe ubranie do środka, przy okazji brudząc rękawy serem z koszulki. Ściskało go w dołku na myśl o straconych bagażach.
Pociąg począł zwalniać. Nicholas ustawił się przy wejściu, starając panować nad zdenerwowaniem i stresem. Jednocześnie nie mógł zignorować faktu, że nigdzie nie ma jego sowy i rzeczy.
Gdy pociąg się zatrzymał, samotnie wylał się z falą uczniaków na zewnątrz. Starał się być jak najbardziej niezauważalny i jakby się skurczył, ale jego ubiór, uszy, sposób poruszania się i wzrost- całkiem duży, jak na jedenastolatka- przyciągały skutecznie uwagę.
-Pirszoroczni! Tutaj, do mnie!
Nad falą głów Nicholas dostrzegł Hagrida. Widział go parę razy w życiu i trochę odetchnął na jego widok. Poczciwy Hagrid, ojciec chrzestny Sary…
-Jak tam, Nick?- spytał.
Nicholas dostał szczękościsku z zimna i zdenerwowania, więc tylko kiwnął.
Cała wataha dzieci w jego wieku ruszyła za Hagridem. Nikt nie zagadywał młodego Blacka, kulejącego wolniej, niż poruszali się pozostali. Stwierdził, że mu to nie przeszkadza.
Dobrnęli do jeziora i powsiadali na łódki. Nicholas przycupnął nieszczęśliwy w grupce jakichś rozgadanych dziewczyn, które chyba nie były zachwycone jego obecnością.
Nicholas na szczęście zupełnie to zignorował, bowiem ich oczom ukazał się widok nie do opisania.
Hogwart. Tysiące świateł, wieże i wieżyczki, powalająca przestrzeń…
Nicholas rozdziawił buzię. Wiedział, że zamek ma tysiąc lat, a on uwielbiał średniowieczne czasy. Cały stres wyparował. Liczyło się tylko to, że odtąd zamieszka w magicznym, średniowiecznym zamku o olbrzymiej powierzchni i setkach miejsc do odkrycia…
Znów powrócił cień spokojnej radości, gdy łódki wpłynęły do jaskini pod zamkiem, by wylądować na wybrzeżu pokrytym otoczakami. Nicholas był zafascynowany wszystkim naokoło i już nie pamiętał, że jest sam, że znikł mu cały dobytek i nie rozmawiał z nikim parę dobrych godzin.
Wewnątrz czekała na nich jakaś dostojna kobieta, ale Nicholas wyłączył uwagę, więc nie słyszał do końca, o czym mówiła. Bardziej zainteresowały go światła i gobeliny, które za nią dostrzegł.
Kobieta poprowadziła przestraszone jedenastolatki po schodach. Młodemu Blackowi powrócił strach, ale tłumiła go czasem ciekawość, gdy dostrzegł ciekawy obiekt lub obraz.
W końcu stanęli w jakimś wielkim hollu przed olbrzymimi drzwiami. Nicholas zajęty był właśnie urywaniem nitki od rozszerzonego rękawa szaty, gdy kobieta powiedziała:
-Za tymi drzwiami będzie Ceremonia Przydziału. Za mną, gęsiego. Hej, ty tam, młodzieńcze! Popraw koszulę, na miłość boską! I zawiąż krawat.
Rozległy się śmiechy i ktoś szturchnął go. Nicholas oderwał skupiony wzrok od odrywania nitki i rozejrzał się nieprzytomnie. Wszyscy patrzyli na niego. Speszył się nieco i poprawił wygląd.
Wkroczyli gęsiego. Nicholas wciąż kulił się i modlił, by rumieniec wstydu szybko zszedł. Czuł z całą mocą, że kuleje. Wiedział, gdzie się znajduje, ale wspaniałość Wielkiej Sali przyćmił odczuwany wstyd. W końcu zgromadzili się przed stołkiem z czarną, wysłużoną tiarą, lecz szybko stracił zainteresowanie, bowiem czegoś takiego, jak sufit nad nim, nigdy w życiu nie widział. Z początku myślał, że stoją pod otwartym niebem, ale w końcu dostrzegł, że miliony gwiazd to nic innego, jak właśnie sklepienie Sali. Rozdziawił buzię, patrząc na to i zapominając o wszystkim innym.
Rozległy się oklaski, więc wrócił ze sfery marzeń na ziemię.
-Wyczytam nazwiska.- powiedziała pani, która ich tu prowadziła- Osoba poproszona podejdzie. Belby, Marcus!
Jakiś chłopiec o drobnej budowie i naprawdę przestraszonym spojrzeniu, podszedł do stołka i usiadł.
A więc to jest Ceremonia Przydziału, pomyślał Nicholas, gdy Tiara Przydziału wrzasnęła:
-RAVENCLAW!
Nicholas obserwował z napięciem czarny kapelusz. Oto ta chwila, na którą czekał. Nie wiedział, do jakiego domu pójdzie, ale wiedział, że to bardzo ważne. Wszak będzie musiał siedzieć tam siedem lat.
Z napięcia i nerwowego otępienia obudziło go to, iż po Katie Bell, która trafiła do Gryffindoru usłyszał, jakby przez mgłę:
-Black, Nicholas!
Nicholas zachwiał się i zaczerwienił. Poczuł, że gdyby jego uszy były normalne i nieofuterkowane, zrobiłyby się czerwone po czubki. Ruszył nieporadnie przed siebie, wysilając każdą cząsteczkę silnej woli, by iść równo, bez kulania. Nigdy się tak nie starał.
Dopadła go zabójcza myśl. Czy oni wiedzą, czyim jestem synem?! A jeśli tak?
Nic na to nie wskazywało. Nie słyszał jakiegoś potwornego poruszenia, gdy dobrnął do stołka. Rezon stracił zupełnie dopiero na chwilkę przed opadnięciem na krzesło, gdy udało mu się uchwycić jedno spojrzenie nauczyciela z czarnymi strąkami. Uśmiechał się i to nie było pozytywne rozbawienie.
Gdy kapelusz opadł mu na ramiona, poczuł się wolny od spojrzeń. Była tylko czerń.
-Hmm, młody Black…- usłyszał szept- Ale jest tylko jedno rozwiązanie… RAVENCLAW!
Nicholas odetchnął. Wiedział, że w jego żyłach płynie krew Ravenclaw i nie było to dla niego wielkim zaskoczeniem, iż właśnie tam trafił. Spadł mu z serca jakiś kamień, gdy pokuśtykał ze skromną miną w kierunku swego nowego domu.
Gdy ceremonia dobiegła końca, Nicholas popatrzył po nowych Krukonach, wśród których siedział: chudy Marcus, dwóch innych chłopców i pięć dziewczyn. Nie mógł przyjrzeć im się jakoś bliżej, bo właśnie wstał Albus Dumbledore. Nicholas wiedział, kim jest dyrektor Hogwartu.
-Cóż, mogę tylko doradzać, byście wsuwali!- uśmiechnął się starzec.
Na talerzach pojawiło się znikąd zatrzęsienie potraw. Nicholas był bardzo głodny, ale coś ściskało go w dołku. Czuł się nie na miejscu i bardzo osamotniony. W końcu skusił się na ciastko z kremem.
Chociaż Hogwart wydawał mu się interesujący, gdy szedł za prefektem do dormitorium, przytłoczenie ludźmi i ich obecnością wydawało się Nicholasowi potworne. Gdyby był zupełnie sam…
Wspięli się schodami przed pusty fragment ściany i stanęli przed nią. Coś zaskrzeczało:
-Który kolor wybrała Śmierć?
Prefekt uniósł brwi, obserwując nowych Krukonów z zainteresowaniem. Po chwili powiedział:
-Żaden i wszystkie.
Coś zgrzytnęło i otworzyły się przed nimi drzwi do niebieskiego salonu Ravenclawu. Nicholas wbrew sobie przyznał, że poczuł się w jakiś sposób domowo.
-Odpowiadajcie na pytania kołatki.- usłyszał gdzieś w tle głos prefekta- To pozwoli Krukonom wchodzić do ich salonu. Nie mówcie nikomu, gdzie jest nasz salon!
-A gdzie są salony innych?- spytała jakaś kędzierzawa dziewczynka.
-Tego nikt nie wie. Nasz też jest ukryty. A więc dobrze…
Nicholasowi bardzo podobało się w salonie. Razem z innymi chłopcami wspiął się po schodach. Nikt nic nie mówił i przyszło mu do głowy, że może każdy jest tak wycofany, jak on, nawet jeśli nie ma dziwnych uszu i koślawych ruchów. A potem pomyślał, że Hogwart był naprawdę piękny i zastanawiał się, jak jutro będzie docierał do klas.
Wreszcie dotarli do sypialni.
-Jestem Nicholas, a wy?- spytał beztrosko, by zagaić jakoś rozmowę.
-Marcus.- rzekł niechętnie drobny chłopiec, szperając przy swoich rzeczach. Nicholas zauważył swoje przy jednym z łóżek i zdziwił się, bowiem już dawno zapomniał, że zgubił bagaże.
-Ja jestem Paul Simpson.- rzekł jakiś blondyn, który bez zastanowienia wyjął z kieszeni szaty kawałek tarty melasowej w syropie i nie zważając na lepkie ubranie i okruchy, które przylgnęły do niej, ugryzł, przeżuwając flegmatycznie.
-Eddie!- wyciągnął do Nicholasa rękę ostatni współlokator i bez ogródek spytał- Skąd te uszy?
-Ech…- Nicholas stracił nieco pewności siebie- To nieusuwalne przekleństwo.
-Cóż, nieźle kogoś wkurzyłeś, w takim razie!- zaśmiał się Marcus od okna. Nicholas wzruszył ramionami, myśląc, że Marcus nie jest typem otwartego osobnika. Chyba się bał młodego Blacka.
Chłopcy nie rozmawiali długo, szczególnie Nicholas. Miał wrażenie, że jest obok towarzystwa. Eddie nawijał non stop z Marcusem, Paul dodawał coś czasem od siebie, ale niezbyt entuzjastycznie. W końcu pokładli się spać. Tylko Nicholas zapatrzył się w ciemne okno i myślał. Kolejnego dnia miały być lekcje. Nigdy nie siedział w szkolnej ławce. W ogóle do niego docierało, że od dzisiaj zaczął nowy rozdział w życiu. Trochę tęsknił za mamą, wujkiem, rodzeństwem i Basildon…
Usnął po bardzo długim i nieprzyjemnym czasie przetrawiania tego, co się działo.
Tego września ładna pogoda nawiedziła zachodnio-południowe rejony Wysp Brytyjskich, w tym przedmieścia Londynu-Basildon. Złote liście każdego dnia robiły się coraz ciemniejsze, ale wciąż zdobiły pięknymi, ciepłymi koronami drzewka na schludnych uliczkach tego stosunkowo nowego miasta. Nieczęsto padało, więc chodnik na Vange był permanentnie suchy.
Po takim chodniku biegła właśnie rudowłosa Rosemary. Chociaż na niebie pędziły ołowiane chmury, od kilku dni deszcz nie zmoczył dachów, samochodów, kontenerów i ozdobionych złotymi liśćmi trawników. Dziewczynka truchtała ulicą zastanawiając się, jaką karę za wyjście z domu bez pozwolenia wymierzy jej mama.
Miała serdecznie dość. Odkąd wyjechał Nicholas, zrobiło się jakoś… ciasno. Z nieustannej tęsknoty za szkołą Rosemary nie potrafiła siedzieć w domu. Był dla niej jak pole minowe. Ciągłe kłótnie z rodzeństwem i zdenerwowanie mamy, jakieś absurdalne zakazy i przesada… Patrzyła na dzieci i marzyła, by również pójść do szkoły, uczyć się, poznać nowych przyjaciół, przeżyć coś nowego…
Myśl, że Wanda pewnie nie będzie jej towarzyszyć w Hogwarcie, była w pewnym stopniu bardzo smutna, ale Rosemary wiedziała, że przyjdzie jej poznać wielu nowych ciekawych ludzi.
Na małym, osiedlowym placu zabaw nie było nikogo. Ciężkie, ołowiane chmury toczyły się po niebie sprawiając, że uliczki Basildon były wyjątkowo ponure. Na szczęście nie padało. Rosemary usiadła na jednej z huśtawek, szorując białymi adidasami po piachu. Było ciemnoszaro i wyjątkowo jesiennie.
Zaczęła zastanawiać się, co powie Wanda, gdy Rosemary wyjedzie i wróci dopiero w grudniu. O co będzie pytać? Pewnie zniesie fakt, że Rosemary wyjechała do szkoły z internatem, ale co będzie, gdy zagadnie o szczegóły? Mimo tego dziesięciolatka nie mogła się doczekać. Cosmo, chociaż był jej bliźniakiem i czuła, że stanowią w jakiś sposób jedność, był irytującym bachorem z tego powodu, iż to w końcu chłopak. Zrobił się jakiś hałaśliwy i bezwstydnie rozhukany. Często zamykał się w pokoju, chciał bawić w jakieś gry, na które Rosemary nie miała ochoty, powtarzał, że wszystkie dziewczyny są głupie i nudne z wyjątkiem ich kuzynki (Rosemary nie wiedziała, o kogo chodzi i nie chciała wiedzieć), a od dobrych paru miesięcy męczył wszystkich o stare zdjęcia i wpadł w manię na punkcie ich ojca i jego pochodzenia… Natomiast Sara zawsze była rozpieszczona i absolutnie przekonana o własnej wartości i tym, co jej się należy. Zabawy z młodszą siostrą były ciekawsze niż z bratem, ale za każdym razem w tych zabawach Rosemary musiała Sarze ustępować. W czymkolwiek.
Dziesięciolatka westchnęła, oplatając ramieniem łańcuch huśtawki. Chciała wyjechać. Wiedziała, że za rok będzie przerażona rozstaniem z mamą i wujkiem, szczególnie, iż uparcie trzymali ją w domu, ale perspektywa czegoś nowego i zmiany otoczenia, w którym przebywała cały czas od niepamiętnych czasów, była bardzo obiecująca.
-Ej, dzieciaku! To nasza huśtawka! Zjeżdżaj stąd, bo ci spuszczę lanie!
Rosemary ocknęła się z zamyślenia. Przed nią stało dwóch chłopaków, na oko starszych od niej kilka lat. Z pewnością byli już w gimnazjum, ale nie wydawali się starsi, niż dwunastoletni Stanley, brat Wandy, a jeśli już, to niewiele starsi. Mieli zbuntowany wygląd i w ogóle wyglądali na takich, z którymi się nie żartuje. Jeden był zupełnie łysy, drugi miał czarne jak smoła, bujne włosy.
-Słyszałaś, czy mam się powtórzyć pięścią, smrodzie?- spytał czarnowłosy.
-Tak, wlej jej, Cresh!- zawołał łysy.
Rosemary zrobiła się czerwona ze wstydu i strachu, ale wrodzona waleczność, wylewająca się swego czasu obficie na Syriuszu i tym durnym Fredzie Weasley, zatriumfowała.
-Sam se powtarzaj pięścią, jak lubisz!- szczeknęła z irytacją. Pierwsza tu była, w sumie, no!- Byłam tu pierwsza i kicham na was, głupki!
Zarechotali, widocznie rozbawieni ostatnim słowem. Rosemary była pewna, iż nie używają już takich słów i jej niższy wiek z całą mocą rozjaśnił jej świadomość.
-Aleś nam przysoliła, co nie, David?- zagadnął łysy do tego, którego wcześniej nazwał „Cresh”.
-Uważaj, bo się posikam ze strachu, smarkulo! A teraz wynocha!- rzekł czarnowłosy- Bo ci wleję!
-Rosemary!
Dziesięciolatka obróciła się gwałtownie, czując zimno w koniuszkach palców. Za ogrodzeniem placu zabaw stała mama, ramiona owinęła chustą z frędzlami, by nie było jej zimno.
-Co ty, u diabła, wyrabiasz!?- zawołała. Widać było, że jest wściekła- Szukam cię już od dwudziestu minut! Nie widzisz, że zaraz lunie deszcz?! Do domu szoruj, natychmiast! Masz szlaban na wychodzenie! No już, do domu, przepisałaś już czytankę, młoda panno?!
Zbuntowane nastolatki przed nią zachichotały szyderczo.
-Do domciu na bajkę na dobranoc, dzieciaczku!- zarechotał ten czarnowłosy- Mamusia cię woła.
Rosemary posłała im wściekłe spojrzenie i powlokła się bez entuzjazmu za wściekłą mamą.
-Czemu wyszłaś bez pozwolenia?!- syknęła głośno.
Rosemary nie odparła, za to usłyszała ryk radości od strony chuliganów, którzy właśnie dewastowali huśtawki. Zrobiło jej się dziwnie przykro na myśl o tym wszystkim, co otaczało ją tu, w Basildon.
***
Nicholas obudził się. Na granatowe kotary padł słaby blask październikowego, jesiennego słońca. Chłopiec przeciągnął się i przewrócił na drugi bok. Wtedy zauważył, że wszystkie łóżka są puste. Powoli zwlókł się, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Wolno ubrał szaty, odnotowując, że po raz milion pięćset sto dziewięćset któryś raz spóźni się na eliksiry do Snape’a.
Nauczyciel z jakiegoś powodu go nie znosił, jeszcze bardziej, niż wszystkich naokoło. Nicholas znajdywał proste rozwiązanie: Snape musiał mieć obiekt do szydzenia, a on świetnie się nadawał.
Powlókł się niechętnie po schodach i wyszedł z dormitorium Ravenclawu. W niebieskim Pokoju Wspólnym ziały pustki. Wszyscy siedzieli już na lekcjach lub śniadaniu. Nicholas postanowił przyspieszyć kroku, by porwać jeszcze z dwa tosty po drodze. Zdał sobie sprawę, że burczy mu w brzuchu. Potem, że się nie uczesał. A na końcu, że nienawidzi wprost eliksirów.
Po drodze szybko wsunął dwie kromki i zszedł do strefy Snape’a- lochów, których nie znosił, chociaż nie tak bardzo, jak nienawidził samego profesora i jego przedmiotu.
Uchylił drzwi i ze stoickim spokojem i wręcz znużeniem wśliznął się do sali.
-No no, Black jest chyba z tych, co spóźnią się na własny pogrzeb.- usłyszał.
Snape, jak zwykle ubrany jak nietoperz, stał przy ścianie. Wszyscy obrócili się w stronę Nicholasa.
-Przepraszam.- szepnął i zajął swoje miejsce.
-Nie, Black.- rzekł cicho Snape- To łaska, iż twa arystokratyczna osoba nas dziś raczyła zaszczycić.
Rozległy się pojedyncze śmiechy.
-Ravenclaw traci trzydzieści punktów.
-Ile?!- przeraził się Nicholas.
Snape powoli podszedł do niego, niczym mroczny cień. Wsparł ręce na blacie jego ławki.
-To nie pierwszy raz, gdy spóźniasz się do mnie.- wycedził- Widocznie odejmowanie ci za każdym razem dziesięciu punktów to zbyt łagodna polityka dla tak niereformowalnych przypadków. Za każde spóźnienie będę ci od teraz odejmować o pięć punktów więcej.
-Powinien pan zacząć w takim razie od piętnastu. Ostatnio było dziesięć.- rzekł niewinnie Nicholas, starając się mówić wybitnie neutralnym tonem, po czym dodał rozbrajająco spokojnie- Pomiędzy dziesięcioma i trzydziestoma jest dwadzieścia różnicy, chyba że pan profesor wie lepiej.
Rozległy się śmiechy. Snape świdrował go czarnymi oczyma i Nicholas bardzo starał się zachować zimną krew i niewinne, zrównoważone spojrzenie. Nie chciał powiedzieć nic obraźliwego. Było to tylko stwierdzenie faktu, ale czuł, że ostatnia część zdania była zbędna.
-Istotnie.- szepnął wreszcie Snape przez mocno zaciśnięte zęby- I nie zaprzeczysz, że dziesięć i trzydzieści daje czterdzieści. Ravenclaw traci tyle punktów za twoją permanentną arogancję.
Uczniowie Ravenclawu jęknęli. Nicholas nieco oklapł w sobie, gdy zdał sobie sprawę, że przez niego stracili już dziś siedemdziesiąt punktów. Całe to zbieranie niewiele go obchodziło, ale ten jęk…
Przełknął ślinę i rozpakował się trzęsącymi rękoma. Czuł gulę w gardle i nieprzyjazne spojrzenia jego kolegów. Wiedział, że wszyscy go o to obwiniali, ale nie mógł nic poradzić na to, iż po prostu generalnie nigdzie mu się nie spieszyło. I tak było od zawsze, nie widział sensu zmiany stanu rzeczy.
Jak zwykle, eliksiry ciągnęły się w nieskończoność. Nawet nie zmuszał mózgu do uważniejszego słuchania tego, co ględził Snape. W ogóle trudno mu było od zawsze skupić uwagę na czymś dłużej, niż trzy minuty, szczególnie, jeżeli były to eliksiry. Nieraz dostawał po głowie z tego powodu.
Niestety, prosty wywar na oparzenia, jaki Nicholas usiłował dziś stworzyć, nabrał żałosnej konsystencji roztopionej do połowy kostki masła, a cuchnął tak, że łzy ciekły.
-Black, czy jak zwykle zapomniałeś zabrać rozumu z dormitorium, czy ty go tam po prostu nie masz?!
Nicholas westchnął ciężko, nawet nie podnosząc głowy. Puchoni, z którymi mieli eliksiry, roześmieli się po kryjomu. Młody Black odgarnął jasnobrązowe, proste włosy z twarzy i usiłował udawać, że nic nie słyszy. To od zawsze było najlepszą bronią na wszelkie ataki psychiczne, w domu również.
Snape’a najwidoczniej rozsierdził totalny brak zainteresowania od strony Nicholasa, toteż wycedził:
-Przez twoją permanentną, WRODZONĄ wręcz arogancję i olewactwo, tracisz dziesięć punktów.
Nicholas nic nie odpowiedział, bo ta informacja wzbudziła w nim jedynie leciutki, nieprzyjemny skurcz. Puścił jeżdżącego po nim Snape’a mimo uszu i dalej próbował z uporem maniaka wymieszać maź.
-Black, czy twoja ułomność fizyczna obejmuje też mózg? Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Nicholas podniósł wreszcie głowę dla świętego spokoju, ale czuł rumieniec wstydu po uwadze o ułomnościach fizycznych. Wydało mu się niesprawiedliwe, że Snape wykorzystuje to, iż ktoś rzucił na niego klątwę jeszcze przed pojawieniem się na świecie i to, że tragicznie stracił brata i nogi.
-Czemu mam patrzeć na pana?- spytał spokojnie- Przecież słucham uszami, nie oczami.
Kątem oka uchwycił Marcusa, Eddiego i Paula, chichoczących złośliwie gdzieś z prawej. Przyjaźnili się i razem nie byli zbyt sympatyczni, chociaż osobno każdy, z wyjątkiem Marcusa, był fajny.
Rozległ się dzwonek, więc Snape nie zdążył ukarać go za niegrzeczne zachowanie. Osobiście, Nicholas nie widział w tym nic niegrzecznego. Przecież zadawał rozsądne pytania i konkluzje, nie chciał być nieuprzejmy. Nawet dla takiej mendy, jak Snape. Widział, jak czarnooki nauczyciel patrzy na niego nieruchomym spojrzeniem ponad szamoczącą się klasą, więc szybko się spakował i wyszedł.
Na korytarzach Hogwartu panował tłok i wesoły hałas. Słychać było setki głosów, piski drzwi, skrzypienie zbroi, rozmowy duchów i postaci z portretów… Nicholas lubił te odgłosy, ale Hogwart nie należał do najprzyjemniejszych miejsc. Chociaż młody Black nigdy nie szukał towarzystwa, teraz czuł, że od czasu do czasu miło by było spytać kogoś o pracę domową czy o ulubioną potrawę.
Jak zwykle sam udał się na nieporadnych nogach pod salę zaklęć. Tego też nie lubił: stałe bujanie w obłokach, jakiemu się z przyjemnością oddawał sprawiało, że przesypiał najważniejszą część lekcji: wytłumaczenie Flitwicka, jak powinien wyglądać ruch różdżką. W tych nielicznych przypadkach, gdy nie przesypiał, potrafił skupić się tak dobrze, iż jako jedynemu wychodziło mu zaklęcie. Ale mu się zazwyczaj nie chciało skupiać aż tak dobrze.
Słysząc śmiechy starszych Ślizgonów (wszyscy gremialnie nazywali go Kaleką), dotarł wreszcie pod salę. Czuł głód, bo zjadł dziś tylko dwa tosty, więc jego myśli błądziły wokół lunchu. Nie przejął się szóstym już „EJ, KALEKA!”, ani tym, że goniący Marcusa i wrzeszczący piskliwie Paul niechcący (albo i nie…) rozmazał czekoladową żabę na jego ramieniu. Spokojnie pozbył się czekolady przy pomocy palców i języka, czym doprowadził większość Krukonek z klasy do pogardliwego śmiechu.
Niestety, znów zapowiadało się nieciekawie. Wszedł z obojętną miną do klasy zaklęć i zauważył, że Marcus i Paul zajęli jego miejsce, jedyne w całej klasie przy wysokim, gotyckim oknie. Poczuł specyficzną dla niego spokojną wściekłość i bez pardonu położył swoje rzeczy na ławce, którą zajęli.
-Ej, Nick, przecież my tu siedzimy.- zauważył Marcus, mrużąc oczy.
-Nie zauważyłem. Tylko położyłeś SWOJE rzeczy na MOJEJ ławce.- odparł dobitnie Nicholas.
Mierzyli się w trójkę wyczekującymi spojrzeniami. Nicholas wiedział, że koledzy z dormitorium go nie lubią, ale nigdy mu tego nie pokazali wprost. Nie czekając na ich manewry, wpakował się bezceremonialnie na swoje miejsce. Marcus i Paul odeszli, szepcząc coś i patrząc na niego dziwnie. Nicholasa nie interesował fakt, że koledzy znielubili go jeszcze bardziej przez upartość i wyszedł na egoistę nawet przy koleżankach z klasy, które mu się przyglądały. Najważniejsze było to, by siedzieć przy oknie, bo świat za szybą był inny od tego. Lepszy, niż szkoła, nauka, Snape, eliksiry i koledzy z Ravenclawu. Skupił zbuntowany wzrok na literze w słowie „początkujących”, wyciągnął wiązową różdżkę i bezwiednie począł obracać w palcach. Cały dzisiejszy dzień, jak wiele przed nim, był beznadziejny. Nicholas ze zdenerwowaniem poczuł szczypanie oczu i zirytowanie.
Droga mamo!
W Hogwarcie jest dobrze. Dostałem się do Ravenclawu. Koledzy i koleżanki są mili. Lubię z nimi przebywać. Lekcje są ciekawe i interesujące.
Co u Was? Wszyscy zdrowi? Mam nadzieję, że nie stało się nic strasznego. Bardzo tęsknię. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Wszystko przypomina mi dom i tak naprawdę już nie mogę doczekać się Gwiazdki. Płakać mi się chce na myśl, że to dopiero za trzy miesiące. Bardzo chciałbym Cię przytulić, mamo. Póki co, mam tylko Chandrę.
Pozdrów wszystkich: wujka Remusa, Sarę, Cosmo i Rosemary. I Syriusza, gdy go odwiedzisz. Nicholas.
Uniosłam głowę znad listu z niepokojem i zmarszczyłam brwi.
-Nie podoba mi się ten list.- mruknęłam do Remusa, dopijającego popołudniową herbatę.
Pokiwał w milczeniu, po czym wypowiedział:
-Racja. Taki… Neutralnie dobry. Zwykle rozpisywaliśmy się na całe kartki, by opisywać wspaniałość Hogwartu, gdy do niego dotarliśmy! I opisywaliśmy ludzi, którzy tam z nami byli. Pamiętam, że James spędził całą noc, by opisać w najdrobniejszych szczegółach wady i zalety każdego z nas i nauczycieli. A Peter powiedział, że mama by się obraziła, gdyby wysłał pięć zdań na krzyż. Syriusz też tak powiedział i dlatego wysłał te pięć zdań… Coś tu jest nie tak.
-”Płakać mi się chce na myśl…”? ”…mam tylko Chandrę”? I do tego te wszystkie ogólniki. W Hogwarcie jest DOBRZE, a koledzy są MILI. To najbardziej neutralne określenia!
Remus patrzył na mnie dłuższą chwilę uważnie.
-Chyba Nicholasowi coś tam dolega. Nie mieści mi się to w głowie. Przecież tak na to czekał!
-No nic.- wetknęłam list za szybkę w szafce- Dostał się do Ravenclawu. Nieźle. Może przesadzamy?
-Ej, Kaleka!
Nicholas udawał, że nie słyszy i szedł dalej. Właśnie przetrawiał fakt, że nie ćwiczył zaklęcia wprawiającego nogi guzikowi na transmutację. Po prostu zapomniał. Czuł wielką gulę w gardle na myśl o McGonagall, krzyczącej na niego przy Krukonach i Gryfonach. Pluł sobie w brodę, że usnął w tym fotelu, zagłębiając się najpierw w to, co przyjemne- podręcznik astronomii, którą jako jedyną uwielbia, a potem mając zamiar odwalić pożyteczne, czyli lekcje. Nie posiadał również wypracowania na eliksiry, co sprawiało, że drętwiały mu opuszki palców, ilekroć wyobraził sobie Snape’a szydzącego z niego na oczach jego klasy i Puchonów. Znów się będą śmiać z jego kalectwa, bo Snape uwielbiał tworzyć hipotezy, że mózgowi jedenastolatka też doskwiera niedorozwój, jak nogom. Z jednej strony nie było w tym nic dziwnego-Nicholas wiedział, że jego bujająca w obłokach natura sprawia, iż był jakby w pewnym opóźnieniu w realiach. Irytowało go, że jest to powód do śmiechu.
Niestety, następnego okrzyku nie mógł zignorować, bo jakiś Ślizgon złapał go za torbę.
-Hej, puszczaj.- rzekł spokojnie i jakby ze zdziwieniem Nicholas.
Grupka Ślizgonów z co najmniej piątej klasy zachichotała. Nicholas wyrwał się z ponurych rozmyślań i rozejrzał z niepokojem. Otaczały go dryblasy ze Slytherinu, a w pobliżu stała tylko klasa jego i równoległa Puchonów. Patrzyli na to, ale nie reagowali. Niektórzy nawet się śmiali.
-Co tam, Kaleko?- zachichotał jeden ze Ślizgonów.
-Puść mnie.- rzekł dobitnie Nicholas, strzygąc z niepokojem uszami.
Na to grupka ryknęła śmiechem. Nicholas poczuł, że się czerwieni. Jeden z nich go szturchnął.
-Zrób tak jeszcze raz, Kaleko! Porusz tymi ohydnymi, wilczymi naroślami!
Nicholas, już zupełnie czerwony, próbował wydostać się z kółeczka, które go otaczało. Chciał zrobić to, co zwykle-udawać, że go nie ma, że schował się za twardą skorupą niewzruszenia. Ślizgoni ryczeli.
-Jak chcesz, Kaleko!
Jeden z nich go pchnął na innego, ten, wydając odgłosy obrzydzenia, odepchnął go jeszcze do następnego. Nicholas czuł się jak w koszmarze, aż w końcu legł na ziemi, u stóp Ślizgonów.
-Zostawcie go! Czemu mu dokuczacie?
Nicholas ze zdumieniem poczuł łzy na policzkach. Ślizgoni zaczęli się śmiać z kogoś w grupie Krukonów. Młody Black obrócił się na brzuchu w tamtą stronę. Krzyknęła niska, czarnowłosa dziewczynka, chyba jedna z pięciu dziewczyn z jego klasy. Tak, na pewno-miała niebieskie akcenty na szacie i naszywkę z orłem. Chang, czy coś takiego…
-Mam naskarżyć?- pisnęła hardo- To nie jego wina, że ma takie uszy!
-Uuuu…- i Ślizgoni ryknęli jeszcze bardziej. Jeden dodał- Obrończyni nienormalnych! A może to twój wymarzony ukochany? Co, bachorze?
-Profesorze Flitwick!- pisnęła dziewczynka, machając do maleńkiego czarodzieja, drobiącego po korytarzu. Była lekko zaczerwieniona i zdenerwowana.
-Tak, panno Chang?- Flitwick podszedł bliżej i zauważył wszystko- Co tu się dzieje, chłopcy?
Ślizgoni nie odpowiedzieli i udali się w swoją stronę, oglądając na obserwującego ich Flitwicka. Maleńki czarodziej westchnął i ze znużeniem popatrzył na leżącego przed nim Nicholasa.
-Panie Black, proszę wstać. I nie być takim biernym.- pisnął- Jesteś z Blacków, chłopcze, trochę więcej ognia! Co by powiedział twój ojciec?
-Nie wiem i nie chcę wiedzieć.- burknął do siebie Nicholas, zbierając się z podłogi. Nie wiedział, czy jego wychowawca to usłyszał, bo odszedł jakoś szybciej. Zgarnął torbę, upapraną rozwalonym atramentem i spojrzał niechętnie na koleżankę z klasy. Uśmiechnęła się nieśmiało i wbiegła za przyjaciółkami do sali transmutacji. Nicholas westchnął, czując gulę i też tam poszedł.
Całą lekcję nie mógł się skupić. Był roztrzęsiony, ale doświadczył czegoś dziwnego. Ktoś okazał mu jakąkolwiek życzliwość! Ciekawe, czy ta (jak jej tam było?!) dziewczyna zrobiła to z litości, jaką człowiek okazuje zmarzniętemu psu, czy rzeczywiście nie ma zamiaru śmiać się z niego.
Wpatrzył się w tajemnicze, proste, czarne włosy niespodziewanej sojuszniczki, na których tańczyły refleksy bladego, jesiennego słońca. Gdy dziewczynka popatrzyła na niego bezwiednie, przeniósł wzrok na książkę od transmutacji. Miała głęboki, czerwony kolor, tak intensywny, jak coś w lesie ponad rok temu na biwaku z wujkiem. Nicholas skupił się na tym, jak bardzo nie znosi szkoły.
***
Z pokoju wygoniła ją czysta ciekawość. Wanda po szkole miała jej pokazać coś niesamowitego. Teraz Rosemary pędziła pod budynek szkoły jej przyjaciółki, ten, który ją tak frapował. Zawsze wychodziło z niego mnóstwo dzieciaków, te najstarsze były w wieku panny Black. Trochę żałowała, że nie chodzi do szkoły z innymi, a mama i wujek Remus nauczają ją w towarzystwie brata i siostry, a to towarzystwo było jakieś, jak to określała, skisłe. Kiedy żył Syriusz, było przynajmniej wesoło…
Odkąd Nicholas wyjechał do Hogwartu, Rosemary czuła ścisk w dołku z powodu wielkiej tęsknoty za szkołą i jakimś towarzystwem jej rówieśników. Cieszyła się, że miała chociaż Wandę.
-O, Rosemary! Szybka jesteś!
To Wanda, a stała parę stóp od niej, wracając do domu ze skórzaną teczką pod pachą.
-To co, chciałaś mi coś pokazać! Umieram z ciekawości!
Wanda kiwnęła krótko, potem się rozejrzała konspiracyjnie i kiwnęła na Rosemary.
-Ale przysięgnij na swoje życie, że nigdy nikomu nie powiesz!- szepnęła dramatycznie- To sekret!
-Przysięgam na życie!- oświadczyła uroczyście rudowłosa.
-Dobra. Chodź za mną!
Wanda rozejrzała się jeszcze raz, po czym potruchtała z powrotem, a Rosemary podążyła za nią.
-To nie jest… niebezpieczne?- zapytała. Uwielbiała ryzyko, ale po tym, co stało się prawie dwa lata temu, nie wyobrażała sobie tak skrzywdzić mamy, by straciła jeszcze córkę.
-Jest bardzo niebezpieczne!- rzekła Wanda dziwnie świszczącym głosem- Opowiem ci, zanim dojdziemy na miejsce, byś wiedziała, co robić, gdyby sprawy potoczyły się źle…
Rosemary uniosła brwi.
-Ostatnio dwóch punków wlało Stanleyowi przed domem…- zaczęła Wanda.
-Tak, widziałam jego sińce, jak przyszedł bawić się z Sarą!- przytaknęła Rosemary.
-Jednego z nich poznałam, jak szedł naszą ulicą w swoją stronę. Śledziłam go z okna, ale potem zniknął, więc wyszłam z domu i na paluszkach poszłam za nim…- mówiła Wanda z przejęciem właściwym dziesięciolatce- Byłam ciekawa, gdzie takie punki chodzą wieczorami. I doszłam tam…
Zawiesiła głos dramatycznie. Rosemary uniosła brwi, czując dreszczyk emocji.
Zapuściły się w niezbyt porządnie wyglądające tereny miasta. Był listopadowy wieczór, robiło się już sino, pomimo wczesnej godziny zbliżała się ciemność. Rosemary w ogóle nie czuła zimna z emocji.
W końcu Wanda położyła palec na ustach, by dać jej do zrozumienia „Cicho bądź”, po czym podeszła na palcach do siatkowego ogrodzenia, za którym był niewielki, betonowy placyk. Rosemary zerknęła.
Walały się tam śmieci i butelki, gdyż placyk znajdował się przy opuszczonym magazynie. Na daszku na wysokości podłogi pierwszego piętra dostrzegła wtaszczoną tam wiklinową, starą sofę.
-Ktoś sobie tu urządził bazę.- szepnęła Rosemary- To baza tych starszych chłopaków z okolic!
-Tej grupy punków, no nie? Włazimy?
Rosemary popatrzyła na Wandę z lekkim popłochem, ale za chwilę uśmiechnęła się.
-Dobra! Ale jak nas złapią, nie wrócimy do domu na nogach…
-Eee, po prostu zwiejemy i tyle! Tu nikogo nie ma, Rosemary, chodź!
W starym płocie z jednej strony placyku była szpara. Dziewczynki przelazły ostrożnie przez dziurę.
-Jesteśmy na terenie wroga!- szepnęła z przejęciem Wanda, rozglądając się na wszystkie strony.
Rosemary czuła ekscytację tą drobną przygodą i zerknęła za siebie, wyobrażając sobie, iż jakiś punk czai się za nimi. Niezbyt pokrzepiające.
Wspięły się po kontenerze na daszek, gdzie pragmatyczni chuligani postawili sobie wygodną, aczkolwiek nie najnowszą sofę wiklinową. Dziewczynki rozwaliły się na niej z ukontentowaniem.
-Ech, czuję się jak przestępca!- westchnęła Wanda.
-To nie przestępcy. Co najwyżej…- Rosemary pomyślała, szukając słowa-… zbuntowani chłopcy.
-Skąd wiesz? Może kogoś tu zamordowali? Poszukamy ciała nieszczęśnika?- ożywiła się Wanda.
Rosemary wybuchnęła śmiechem, czując jakąś wolność. Mama pewnie wychodzi z siebie w domu, ale trudno… Wujek pozwolił jej wyjść. Nauczyła się pytać o takie rzeczy właśnie jego.
Robiło się granatowo na zewnątrz, pierwsze lampy się zapalały, ale na dole nikt się nie kręcił.
-Może to jakaś straszna część Basildon?- szepnęła Rosemary.
-Na pewno. Stąd jest większość punków. Trzymają się razem, tworząc paczkę, bo blisko mieszkają.
-Fajnie, zazdroszczę im…- mruknęła Rosemary, która poza Wandą i Weasleyami nie miała nigdy kumpli i koleżanek w ludziach w jej wieku- Która godzina?
-Zbliża się piąta. Zaraz rodzice się zorientują, że jeszcze nie wróciłam do domu, bo o piątej wszyscy w mojej rodzinie po angielsku piją herbatę z ciasteczkami i zauważą, że nie przyszłam do salonu…
-Ej, Wanda!- szepnęła Rosemary- Ktoś idzie!
Zamarły. Ulicą szły trzy sylwetki, niewidoczne po ciemku, oświetlane jedynie słabym światłem latarni. Poruszały się żwawo i po chwili przesadziły sprawnie siatkę.
-Punki! Chodu stąd!- syknęła Wanda i czując duszę na ramieniu, zerwały się z kanapy i podbiegły na drugą stronę, daleko od kontenera, po którym się wspięły. Chłopcy też wleźli po kontenerze.
-Ej, Paul, to było niezłe, nie?- rechotał jeden z nich- Więcej nam nie podskoczy gnojek…
Rosemary i Wanda wymieniły spłoszone spojrzenia. Nie miały gdzie wiać, po prostu stały na daszku.
-Cresh, zwędziłeś w końcu staremu to wino?
-Jasne, przecież ta wywłoka ze sklepu by nam nie sprzedała… Jej też trzeba kiedyś wlać… EJ!
Czarnowłosy, młody punk, zwany Creshem, dostrzegł w końcu Rosemary i Wandę. Młoda panna Black, nie zastanawiając się dłużej, chwyciła za kołnierz oniemiałą Wandę i zeskoczyła z rozpędu z daszku, lądując boleśnie na betonie. Nie było czasu płakać nad odrapanym łokciem-punki rzuciły się w stronę kontenera w celu dorwania dziewczynek i sprania na dobrze rozdrobniony dżem. Rosemary najbardziej bała się tego czarnowłosego Davida, którego widziała już w parku we wrześniu; wtedy wydawał jej się milion razy mniej niebezpieczny. Ciągnąc za sobą kasztanowłosą przyjaciółkę, rzuciła się w stronę wyrwy w płocie i razem popędziły ciemną, oświetloną żółtym światłem ulicą.
Niestety, chłopaki za nimi nie odpuszczały im, co gorsza, będąc szybszymi niż dwie dziesięcioletnie dziewczynki, więc szybko zaczęli je doganiać.
-DO CHOLERY, ŁAPCIE TE SMARKULE!!!- wrzeszczał któryś.
Na szczęście, Rosemary miała coś w zanadrzu, mianowicie nieprzeciętne, choć nierozwinięte jeszcze umiejętności czarownicy, więc po osiągnięciu apogeum przerażenia zaczęła biec niewiarygodnie szybko, ciągnąc skrajnie zszokowaną Wandę za sobą jak powiewającą chorągiewkę. Punki zostały w tyle, chociaż Rosemary nie wiedziała, czy nie zatrzymali się po prostu w ciężkim zdziwieniu.
Było już zupełnie ciemno, gdy zatrzymały się wreszcie na Vange.
-Ja nie mogę, ty jesteś jakaś dzika!- sapała Wanda, wspierając dłonie na łokciach.
Rosemary roześmiała się, robiąc to samo. Zaczęło kropić.
-Dobra, zmiatam, kosmitko!- rzuciła Wanda, poprawiając skórzaną teczkę szkolną- Rodzice nie zorientują się, że mnie nie było, nie ma nawet piątej! Dzięki i cześć!
Pomachała Rosemary i odeszła. Rosemary uśmiechnęła się do siebie, poprawiła rude loki, które wlazły jej do oczu i szybko, lecz cicho, wlazła do domu przez okno, by mama nie słyszała.
tam w następnej notce jest dalszy ciąg! Zostawiajcie komenty pod tamtą.
[ Brak komentarzy ]
87. Aspołeczny indywidualista cd.
Dodała Mary Ann Lupin Czwartek, 01 Września, 2011, 07:20
-Patrzcie, tam widać Kasjopeję! To rozciągnięte W, widzicie?
Nicholas, zafascynowany, nakierował na gwiazdozbiór teleskop, którym właśnie oglądał po kryjomu Mgławicę Andromedy. Uwielbiał astronomię, dla niej warto było tu siedzieć, jako Krukon.
Dochodziła dwunasta w nocy. Na listopadowym niebie nie zawsze widać było gwiazdy, ale dziś mieli świetną widoczność. Chociaż oddech zamieniał się w parę, a Nicholasowi trzęsły się ręce.
-No, czuć, że zbliża się zima!- sapnęła profesor Sinistra- Idźcie już, dzieci… I sprawdzę krótkie notatki na temat Kasjopei na następnej lekcji, pamiętajcie! I zróbcie rycinkę, z uwzględnieniem kątów, jakie tworzą w niej poszczególne ciała niebieskie… A, na koniec… Prosiłabym was o wykonanie małego projektu w parach… Wykonajcie nasz układ słoneczny w odpowiednich proporcjach, na ocenę. Para o najlepszym projekcie dostanie nagrodę. Wymówek nie przyjmuję.
Nicholas poczuł ścisk żołądka. Projekt w parach… I co teraz? Chłopaki dobiorą się pewnie jakoś między sobą, a ten, który nie będzie miał pary, znajdzie ją wśród innych domów. Nikt nie będzie chciał być z Nicholasem. A jeżeli nie zrobi projektu, na pewno dostanie mu się po głowie.
Postanowił wyjątkowo się wysilić i samemu znaleźć parę
|