Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem Joanne Carter (Black) opiekuje się Vicky!

  Koniec.
Dodała Joanne Środa, 22 Kwietnia, 2009, 13:43

Tytuł mówi sam za siebie. Muszę zrezygnować, ponieważ nie mam czasu na pisanie jakiegokolwiek pamiętnika. A tłumaczyć, dlaczego nie chce mi się po raz kolejny.

[ 1884 komentarze ]


 
Dziwne sny.
Dodała Joanne Czwartek, 22 Stycznia;, 2009, 18:56

Przepraszam, że czekaliście na notkę. Postaram się następną dodać jak najszybciej. Przepraszam. ;*

***
Był środek nocy. Siedziałam w łóżku i zaczęłam śledzić wzrokiem pęknięcia na ścianie, podobne do wielkich pajęczyn. Irytowało mnie, że pusta księga zniknęła, ledwie ją znalazłam. Wydawała się niezwykła, jakby mogła zawierać największe sekrety. Widocznie jej papier miał zdolność ujawniania ukrytych słów. Księga ta zdawała się mieć własny umysł.
Westchnęłam przeciągle. Księga zniknęła, a ja straciłam okazję rozwiązania zagadki. Zgasiłam światło i leżałam dalej w ciemności, a uczucie porażki otulało mnie jak koc. I oto nagle w ciszy pokoju usłyszałam odgłos zza okna. Mógł to być deszcz. W łózku było jednak tak miło i cieplo, a czułam się taka zmęczona, że nie wstałam, by sprawdzić, co to za dźwięk.
Już zapadłam w następny sen.

***

Byłam znów w bibliotece. Johann Fust leżał na ziemi i czekał, aby go podnieść. Pospiesznie, by książka znów nie zniknęła, zacisnęłam palce na wytartej skórzanej oprawie i otworzyłam tom. Jak na komendę pusta stronnica zaczęła ujawniać zagadkę ukrytą w sercu księgi:

Gdy Lato się z Zimą zejdą w Jesieni,
sekretu mrok Słońce w sens jasny przemieni.

Odczytałam to głośno – i nagle znalazłam się w śnieżnej scenerii, gdzieś indziej, jakby w rodzinnym kraju. Białe pola otaczały mnie niczym karty otwartej księgi, a z dala lśnił zamarznięty staw – oczko wodne przyprószone lekką bielą.
Ktoś nadchodził. Usłyszałam kroki za plecami. Odwróciwszy się, zobaczyłam, że spomiędzy ściętych mrozem drzew wychodzi gładko ogolony mężczyzna o twarzy pobrudzonej jak kora starej sosny. Nieznajomy ubrany był w tunikę z futrzanym kołnierzem, brązowe rajtuzy i skórzane buty bez sznurówek. Ciągnął za sobą ścięte drzewo.
Przetarłam oczy. Liście tego drzewa w kontakcie ze śniegiem zmieniały barwę z krwistej w białą.
Na ramieniu mężczyzny siedziała rudowłosa dziewczynka w brudnej sukience i poplamionych rdzą pończochach. Na policzkach miała zamarznięte lzy. Jej smutna twarz rozjaśniła się uśmiechem na mój widok. Dziewczynka wyciągnęła do mnie rękę, ale jej palce w mojej dłoni były jak powietrze, jak duch, jak szept, jak zwiewna pajęczyna.
Cofnęłam się o krok. I obserwowałam mężczyznę, który bez słowa ciągnął swoje drzewo, nie patrząc nawet w stronę chłopca. Mężczyzna z dziewczynką na ramieniu zniknął za garbem wzgórza.
Nagle po obu moich strinach stanęli rodzice. Wzięłam ich za ręce, ale wyrwali się i uciekli bez słowa w przeciwnych kierunkach, znikając na tle śniegu. Chciałam biec za nimi, zatrzymać ich, ale nie mogłam się zdecydować, za kim mam pobiegnąć, więc pozostałam w miejscu. Łzy napłynęły mi do oczu, zamazując świat.
Nagle granice świata sny zaczęly falować. Podniósł się wiatr u porwało mnie w niebo, niczym wolnego śnieżnego anioła. Patrzyłam w dół na malejące pole. I raptem serce skoczyło mi do gardła – bo w śniegu, kończąc się dokładnie tam gdzie stali moi rodzice, widniał wydeptany znak.
Był to wielki znak zapytania.
Coś nagle pękło we mnie i runęłam z powrotem na ziemię, jak lotnik bez spadochronu. Głową zaryłam w poduszkę. W odruchu desperacji uczepiłam się wersetów Johanna Fusta, ale słowa zblakły, tekst zniknął i pamiętałam już tylko śnieg.
Obróciłam się na drugi bok i zasnęłam na nowo.

***

Potarłam czoło i sięgnęłam po zegarek, ciekawa, która może być godzina. Wiedziałam, że zaspałam – ale jak bardzo?
Serce zabiło mi na alarm. Powinnam była wstać dwie godzinny temu!
Zerwałam się z łóżka i pospiesznie naciągnęłam ubranie, które ubiegłego wieczoru rzuciłam na podłogę. Desperacko układałam w głowie jakieś usprawiedliwienie.
Śniły mi się tej nocy dziwne rzeczy. Nie pamiętałam dokładnie wszystkiego, ale był to ciąg koszmarnych obrazów – jak gdyby ożyły nagle ilustracje z powieści grozy. Widziałam żarłoczne gobliny, które uciekły ze swojej bajki i zjadały księgozbiór nieznanej mi biblioteki. Gobliny miały chciwe, nalane twarze i straszne zęby – podobne do spiczastych, purpurowych pestek granatu – którymi rwały kartki na strzępy, mieląc słowa w drobny mak. Zadrżałam na to wspomnienie.
Panowała niepokojąca cisza, zeszłam chyłkiem po schodach, jak intruz, starając się stąpać bezgłośnie. Nigdzie nie było widać Julii. Wszystko ziało pustką. Kartka na stole potwierdziła moje podejrzenie.

7.00
Nie martw się, jest sobota! Jestem w bibliotece. Do zobaczenia w WS (jeżeli wstaniesz).
J.

Gerard poczyniła dopisek swoją kulawą kaligrafią:

PS Ty śpiochu. MUSIMY porozmawiać.

O nie! Sobota! Jak głupia się spieszę, myśląc, że jest poniedziałek, a tu SOBOTA. Moja głupota nie zna granic. Podarłam kartkę na małe kawałeczki, które wrzuciłam do kosza. Nie było napisane ani „cześć”, ani „ całuję, Julia” . Wiadomość była skrajnie lakoniczna.
W tej samej chwili sowa wleciała przez uchylone okno. Obejrzałam się za siebie, bardzo zdziwiona.
Może to ojciec wreszcie do mnie napisał? Sówka przy nodze przypiętą miała szmatkę. Była związana w kieszonkę i zabezpieczona ciasnym supłem. Do szmatki przytwierdzony był nierówny świstek z kulfoniastym napisem:
”Joanne Carter, Pokój Wspólny, wieża Gryffindoru.” Przełknęłam głośno ślinę. Odruchowo spojrzałam na sowę, nie widziałam jej nigdy. Poczułam nagle dziwny zapach – jakby won mokrej sierści, nieprzyjemnie drażniącą nos. Kichnęłam. Szmatka cuchnęła dzikim zwierzęciem. I nagle rozpoznałam szmatkę: widziałam ją przecież na szyi psa w Hogsmeade. To ta sama czerwona apaszka! Błyskawicznie schyliłam się i podniosłam zawiniątko. Było niewiarygodnie lekkie. Może jednak tam w środku nic nie ma? Chusta sprawiała wrażenie pustej. Położyłam węzełek na stole. Rozluźniłam supeł i zajrzałam do środka. Instynkt kazał mi natychmiast odskoczyć.
Co to takiego?
Na pierwszy rzut oka przedmiot przypominał dużego pasikonika lub innego wysuszonego owada. Upiorny szkielet zewnętrzny pokrywały setki grzebieniastych wyrostków podobnych do łusek. Czekałam, aż stworek wyskoczy na mnie, ale nic się nie stało. Owad był martwy. Z bijącym sercem wróciłam do stołu i rozwiązałam węzełek do końca. To, co leżało w środku, nie było pasikonikiem, lecz jaszczurką z długim, wijącym się ogonem – niewiele dłuższą od mojej dłoni. Na koncach łapek widniały ostre szpony, gotowe rozerwać zaskoczoną ofiarę na strzępy. Lekko trąciłam gada palcem. Mimo łusek opinających ciało niczym pancerz, jaszczurka była miękka i leciutka – jak łupina fasoli. Wzięłam ją do ręki i dopiero wtedy poznałam, że jest zrobiona z papieru.
Tak zapamiętałam się w swoim odkryciu, że niemal straciłam rachubę czasu. Na szczęście żołądek upominał się o swoje prawa donośnym burczeniem – jak pomruk burzy, więc zwinna jak jaszczurka ruszyłam do Wielkiej Sali.

[ 892 komentarze ]


 
Tygrys z Gepardem
Dodała Joanne Poniedziałek, 29 Grudnia, 2008, 02:09

Jesteśmy(no umysłem) razem!
Zostawiamy po sobie ślad w postaci łap!
Błotem umazane, lecz bardzo kochane!
Włamywaczki ! :D

[ 1694 komentarze ]


 
Moje przemyślenia.
Dodała Joanne Poniedziałek, 24 Listopada, 2008, 19:43

Gerard. Tak, Gerard. To on zmienił moje nastawienie do życia. Jestem weselsza, roześmiana i na wszystko reaguję inaczej. Minął już miesiąc odkąd poznałam Francuza. Jest zupełnie inny od większości chłopaków. Często podnosi mnie na duchu, a kiedy zaczynałam mu uświadamiać, że dla mnie relacje dziewczyna-chłopak (w sensie chodzenia, oczywiście) nie istnieją. Jego odpowiedź brzmiała zupełnie inaczej niż sądziłam. Mówił: „Nie warto wmawiać sobie, że nie interesujesz się już chłopakami. Takie coś jest bez sensu, dołujesz się i nic Ci się nie chce. Znajdzie się na pewno jakiś chłopak, który będzie się Tobą interesował. Nie każdy jest taki jak Reg. Jo, uwierz - nie warto.” Wtedy uświadomiłam sobie, że ma rację. Gerard jest moim bliskim kumplem, jestem jeszcze młoda, mam 13 lat. I wierzę, że znajdę sobie takiego chłopaka, który odwzajemni moją szczerą miłość.
Julia również mnie wspiera, zaprzyjaźniła się również z Gerardem, tworzymy Trójcę, której nikt nie pokona. Jesteśmy sobie bardzo oddani i szanujemy siebie wzajemnie. Nasza znajomość przemieniła się w prawdziwą przyjaźń. Bardzo im dziękuję za to wsparcie. Naprawdę szczerze im za to dziękuję.
Powiedziałyśmy nawet Francuzikowi o księdze. Próbowaliśmy ją na wszystkie sposoby rozszyfrować, ale niestety nasze próby i starania nie przynosiły żadnych efektów. Skupialiśmy się na księdze, a nauczyciele przytłaczali nas ilością zadań domowych. Gerard jest kujonem, pomaga nam w nauce i dzięki niemu idzie nam dobrze. Julia jest lepsza ode mnie, chociaż ostatnio nasze poziomy się wyrównały.
Huncwoci, dawno z nimi nie rozmawiałam. Brakuje mi ich. Tego wspaniałego poczucia humoru. Nie chodzi mi o to, że Gerdzio i Julia mnie nie rozśmieszają, tylko o to, że Hunce mają swój własny świat. Potrafią go połączyć z tym naszym, czarodziejów, a efekty są zdumiewające. Wydaje mi się, że nikt ich nie lubi. Może oprócz Lily, ale mnie to nie obchodzi. Uważam, że jest dziwna. To tylko moje zdanie.
Zbliżają się ferie świąteczne, nie mam pojęcia, czy wyjechać, czy zostać. Syriusz ponoć zostaje, Remus (nie wiedzieć czemu) i Gerard. Może zostanę, może nie. Nie wiem, nie mam pojęcia.
I w końcu mogę przejść do tego najważniejszego. Otóż podoba mi się jeden chłopak, z tego samego roku. Średnio przystojny, inteligenty, zadaje się z tymi, których mi najbardziej brakuje i dużo ze mną rozmawia. Często z nim (we czwórkę: Julia, Gerdzie, on i ja) przebywamy w bibliotece. Jest brdzo dobry z Transmutacji i Historii Magii, trochę mniej z OPCM. Jest naprawdę wspaniały, uczciwy, skromny i nikomu nie wadzi. Tylko istnieje jeden, mały problem. Nie mam pojęcia, czy ja tez mu się podobam.

[ 3053 komentarze ]


 
NIe!
Dodała Joanne Sobota, 15 Listopada, 2008, 10:19

NIe będę pisała notek, jeżeli mam około 7 komentarzy za notkę. Brak czytelników oznacza brak weny. To mnie w ogóle nie motywuje. Mam dużo wspaniałych pomysłów na ten pamiętnik, chce je zrealizować, ale... nie dość, że nie mam zbytnio czasu, to jeszcze mało osób czyta i mało komentuję.
Apeluję o większą ilość komentarzy. ;))
Uwierzcie mi, to naprawdę pomaga! ;D

[ 2774 komentarze ]


 
Zakochana? Nie! To nie może być prawda!
Dodała Joanne Sobota, 25 Października, 2008, 17:16

Wyszłam z sali i popędziłam do Pokoju Wspólnego. Dobrze, że nie było tam takiego tłumu. Potrzebowałam chwili spokoju. Nie minęło 5 minut, a ja zerwałam się i poleciałam do dormitorium. No tak! Jak mogłam zapomnieć? Minutę temu zaczęły się eliksiry. Wzięłam torbę i pobiegłam prosto do lochów. Cholera! Otworzyłam drzwi do Sali i wydawało mi się, że profesora jeszcze nie ma. Myliłam się. Po prostu stał na tyłach klasy, dzięki czemu nie mogłam go od razu zobaczyć.
- Dzień dobry, panno Carter. A gdzie to się było, że się panna spóźnia? – zapytał profesor surowym głosem.
- Yyy.. zapomniałam się… yy.. zapomniałam, że dzisiaj jest poniedziałek- odparłam.
Usłyszałam parę ‘parsknięć’ i głupich obelg.
- Proszę usiąść i więcej się nie spóźniać. – powiedział, wskazując palcem na ławki. Ruszyłam do wyznaczonego miejsca i usiadłam koło Julki. Napotkałam tylko jej pytające spojrzenie, ale zaraz po tym machnęłam ręką na znak milczenia.
Jakoś przebolałam wszystkie pozostałe lekcje, ale tylko dlatego, że miałam spotkać się z Gerardem. Ale dlaczego tak tego oczekiwałam? Może będę miała przyjaciela, wszystko się ustabilizuję i znowu będzie tak jak kiedyś. Oby tak było.
Udałam się na błonia, sama. Tak jak prosił. Zobaczyłam tylko chłopaka w blond włosach. Dalej, niedaleko chatki Hagrida siedziała jakaś całująca się para. Regulus! Cios w serce. Nie, to nie może być on – powtarzałam sobie w myślach – to nie może być on. Odwróciłam się i ponownie spojrzałam na tę parę. O dziwno, nie było ich! Czy ja już wariuję? A może to skutki niepowodzenia w miłości! Nie, tylko nie to!
- Joanne, tutaj! – usłyszałam. Och, dobrze, że to Gerard. Przywitałam się z nim całusem w policzek.
- Cześć. Jak miło Cię widzieć. Idąc tu miałam jakąś fatamorganę, ale zresztą nie ważne. Czemu zawdzięczam to nasze spotkanie?
- Och. Chciałem Cię poznać.
- A dlaczego do mnie zagadałeś, wtedy na przyjęciu?
- Na początku założyłem się z kolegą, że masz na imię Sally. To imię do Ciebie pasuję, ale Joanne też wydaje mi się intrygujące. Podszedłem do Ciebie, zapytałem się o imię i dowiedziałem się, że nazywasz się Joanne. Przegrałem zakład, ale on też. Stawiał na Hannę. Chciałem Cię później rozweselić, bo wyglądałaś na roztargnioną, więc chciałem Cię pocałować. Wiem, źle postąpiłem, ale do pocałunku nie doszło. Chyba zasługuję na wybaczenie?
- Och, nic się tak szczególnego nie stało. Jeśli się postarasz, to Ci wybczę – powiedziałam to z niezwykłą euforią i popchnęłam go tak, że upadł. Niestety, a może stety, trzymał mnie za rękę (nie wiedzieć, czemu) i pociągnął mnie ze sobą. Przeturlaliśmy się w dół, zacieszając się jak dwa głupki. Leżałam na trawie plecami, on obok mnie. Popatrzyłam mu głęboko w oczy, on również. Rozbudzona namiętnością zauważyłam obrazy, które przemknęły mi przez głowę. Najczęściej były to wizje naszych spotkań, rozmów o sobie. Pomyślałam, że mogłam być z nim, do konca… Wstałam. Nie, to nie jest mi dane.
- Przepraszam – szepnęłam i odbiegłam. Jak najdalej od Gerarda. Z dala od miłości do niego. Nie teraz, nie chce ponownie przeżyć rozczarowania! Nie od Gerarda! Pobiegłam do dormitorium. Och! Dobrze, że była tam Julia. Przytuliłam się do niej i bez słowa położyłam się na łóżku. Zasnęłam, godzinę później obudziła mnie.
- Kochana, obudź się. Ktoś do Ciebie przyszedł.
Przetarłam oczy.
- Do mnie? A niby kto?
- Nie wiem, nie przedstawił się. Powiedział, żebyś wyszła przed portret. Tam na Ciebie czeka.
- Och, no dobrze… idę.
Ogarnęłam się i ruszyłam do portretu, przeszłam pod nim i ujrzałam Gerarda.
- Yy.. cześć. – powiedziałam z udawaną radością.
- Hej.
- Nie wiem, dlaczego odbiegłaś ode mnie. Ale chciałbym z Tobą porozmawiać o różnych rzeczach, poznać Cię. Po prostu zaprzyjaźnić się z Tobą.
- Zaprzyjaźnić? A ja myślałam, że ty.. – w porę ugryzłam się w język. – ok., skoczę tylko po książki. Może pomożesz mi z transmutacją?
- Ok. Pójdziemy do biblioteki.
Och. Uciekłam od jego wzroku. Dlaczego on musi być taki przystojny?? Już wolałabym gdyby to był Peter. Wzięłam książki i wróciłam Do Gerarda.
- No to chodźmy. Pozwól, że wezmę od Ciebie książki.
Oddałam mu je dobrowolnie i ruszyłam z nim do biblioteki.

*
Może i notka krótka, ale niedługo znowu dodam akcję.

[ 1804 komentarze ]


 
Ciąg dalszy nocnego wypadu i mała sprzeczka.
Dodała Joanne Wtorek, 16 Września, 2008, 15:41

- Kto tu jest? – zawołałam z niepokojem, celując w mrok snopem światła. Zobaczyłam tylko dwie ściany ciemności. – Kto tu jest? – powtórzyłam, zoczywszy nikły błysk w końcu korytarza.
Pobiegłam tam – i z wrażenia omal nie opuściłam latarki: na końcu korytarza, dokładnie tam, gdzie ja sama stałam jeszcze przed chwilą, na podłodze leżało kilka rozrzuconych książek. Nie spadły same z półek – ktoś je wyszarpnął z furią w pośpiechu. Świadczyły o tym strzępy kartek i naderwany grzbiet co najmniej jednego z tomów.
Zatkało mnie.
Przez moment stałam jak wryta, nie wiedząc, co robić. Miałam wrażenie, że biblioteka wiruje wokół mnie. Przemożna chęć ucieczki pchnęła mnie ku drzwiom.
Na miękkich nogach zbiegłam ze schodów i puściłam się przez korytarz, w panice przewracając się niemal o własne nogi. Więc nie byłam w bibliotece sama! Ktoś poszedł tam za mną. Te dwie myśli dźwięczały mi w głowie, gdy pędziłam jak szalona do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Czyżby ktoś jeszcze wiedział o Johannie Fust’cie?
Nikłe światełko, jak błysk noża, zalśniło w szczelinie jednego z okien, ale zanim dotarłam do pokoju, szczelina się zamknęła. Wróciłam do dormitorium i nie zważając na nic, rzuciłam się na łóżko i prawie natychmiast zasnęłam.


***


- Przyznaj się, gdzie naprawdę byłaś? – dopytywała się Julia nad ranem, gdy jedliśmy śniadanie w Wielkiej Sali.
- Już Ci mówiłam. Na spacerze.
Obserwowałam pozostałych uczniów.
- Akurat! – prychnęła Julia. – Byłaś w bibliotece.
- Co?
Udałam, że nic nie słyszałam, ale zdradziły mnie rumieńce na policzkach.
- Poszłaś do biblioteki – upierała się przyjaciółka. – Ja to wiem. Myślałaś, że mnie przechytrzysz, że pójdziesz po książkę i sama rozwiążesz tajemnicę. Ty małpo! Widziałam jak wychodzisz.
Zmarszczyłam brwi.
- Jak to?
- Widziałam Cię – triumfowała Julia. – Myślałaś, że jesteś taka sprytna, ale ja Cię obserwowałam przez cały czas. Aleś ty głupia! Żartowałam.
Naskoczyłam na nią z furią.
- Więc to ty byłaś w bibliotece! Powinnam Cię zabić!
Parę osób popatrzyło na nas ze zgorszeniem, słysząc te gniewne słowa, ale nie mogłam się powstrzymać. Nagromadzony lęk nareszcie znalazł ujście.
- Dlaczego to zrobiłaś? – piekliłam się. – Przez Ciebie mało nie umarłam ze strachu.
Coś w spojrzeniu Julii kazało mi zamilknąć. Jej wielki oczy było pełne łez. Nie miała pojęcia, o czym mówię.
Uświadomiłam sobie pomyłkę. Julia wcale nie widziała, jak wychodziłam – powiedziała tak tylko, żeby mi dopiec. Pewnie była zła, że uciekłam przed jej bacznym wzrokiem i wymknęłam się z przyjęcia sama. Przytuliłam Julię, a ona, przez chwilkę się opierając, odwzajemniła mój uścisk. „Przepraszam” szepnęłam i już wszystko było w porządku, na szczęście, bo nie przebolałabym naszej kłótni.
Chwilkę potem, przede mną wylądowała kartka – a raczej papier zwinięty na podobiznę ptaka, który po chwili przekształcił się w zgięty kawałek papieru. Prędko ją otworzyłam. Wiadomość wcale mnie nie zaskoczyła.


Cześć, mam nadzieję, że nie obraziłaś się za wczoraj.
Byłoby mi źle, gdybyś była obrażona.
Przepraszam, wczoraj wypiłam trochę Whisky, od kumpli …



- Taa... jasne - pomyślałam

… A co do mojej obietnicy, to powiedziałem wczoraj,
że się dzisiaj spotkamy.


- Jak to niby zapamiętał, przecież się upił? – Moje myśli dawały o sobie znać.

Więc postanowiłem spędzić popołudnie z Tobą, o 15.
Mam nadzieję, że przyjdziesz o umówionej godzinie
na błonia. Przyjdź sama! Odpisywać nie musisz.
Na zgodę uśmiechnij się do mnie.
Teraz, podczas śniadania.

Gerard.



Wcale nie miałam ochoty się z nim umawiać, nie byłam w stanie rozpocząć nowych znajomości, które wymagają ode mnie zaangażowania miłosnego. To nie dla mnie, przynajmniej nie teraz. Nie czekając odwróciłam głowę w poszukiwaniu Gerarda. Nasz spojrzenia się spotkały, a ja szeroko się uśmiechnęłam, tym samym oznajmiając, że zgadzam się na spotkanie.



Notka - przepraszam, że krótka, ale ostatnio nie miałam zbytnio czasu, mam nadzieję, że się przez to nie oburzycie. Naprawdę staram się bardzo pisać przyzwoicie, ale z moim nawałem nauki, już na początku września (O, zgrozo!). Pozdrawiam serdecznia, a o następnej notce powiadomię was w komenntarzach.

[ 1268 komentarze ]


 
Ktoś nowy i nocna podróż
Dodała Joanne Sobota, 30 Sierpnia, 2008, 19:24

- Jak tu okropnie nudno! – pomyślałam, a po chwili zorientowałam się, że te słowa wypowiedziałam na głos.
- Podzielam Twoje zdanie, lovely. – odezwał się miękki, sympatyczny głos tuż obok mnie. Podniosłam wzrok. Ups! Z jakiego filmu on się urwał? Obok mnie siedział wysoki, niewiarygodnie świetnie wyglądający chłopak, który bardzo przypominał młodsze wydanie kapitana Jacka Sparrowa. (musiałam go do niego porównać!) Nasze spojrzenia zatopiły się w sobie na jedną, magiczną chwilę. Oderwałam wzrok, czerwieniąc się pod wzrokiem sobowtóra Sparrowa. Obejrzałam się pospiesznie na tego bajecznego chłopaka. Po co do mnie się przysiadł.
- Jak masz na imię? – Mówił ze śmiesznym akcentem. Francuskim? Zachichotałam głupio, ale zrobiło mi się miło, że w tym tłumie znalazł się ktoś, kto ze mną porozmawia. Ktoś, kto nie udawał największego i najwspanialszego, tylko był po prostu zwykłym człowiekiem (tzn. czarodziejem :d) Taki ktoś zasługiwał na kolejne spojrzenie. Ukradkiem przyjrzałam mu się trochę baczniej. Był wyższy ode mnie może o głowie, miał ciemnoblond włosy, czarne oczy, lśniące jak oliwki, i wąską bródkę.
- Joanne, a ty?
- Gerard.
- Brzmi jak po francusku.
- To jest po francusku!
- Ach!
- Jestem Francuzem.
Znowu ach. Co innego mogła powiedzieć dziewczyna?
- Do której chodzisz klasy? – spytałam
- W tym roku zdaję SUMY, chodzę do piątej klasy.
- A dlaczego do mnie się przysiadłeś? – zapytałam prosto z mostu.
- Jeżeli Ci to przeszkadza, to mogę sobie pójść…
Stop! Złe pytanie, wracamy!
- Eee.. nie o to mi chodziło, nie wiem dlaczego taki chłopak jak ty, podszedł do takiego kogoś jak ja?
- Teraz ja nie rozumiem Twojego pytania, dlaczego tak o sobie mówisz?
- Tak jakoś… przepraszam za moje zachowanie, dzisiaj nie jest mi do wesoło.
- A to, dlaczego, za nudne przyjęcie?
- Dokładnie!
- To chodź rozerwę Cię – wstał, i zaraz po tym teatralnie uklęknął przede mną i zapytał – czy zaszczycisz mnie o pani swoim tańcem?
Zachichotałam, lecz zaraz po tym wstałam i ukłoniłam się dziękując i przyjmując propozycję. Złapał mnie za rękę i ruszyliśmy na środek sali. Obie ręce założyłam mu na barki, oplatając szyję, on zaś położył mi ręce na biodrach. Dzieliły nas tylko milimetry. Bałam się tego napięcia. Nie byłam znowu na takie coś gotowa, ale taka okazja zdarza się rzadko, więc chyba nie marnujmy czasu? Może Gerard okaże się wspaniały? I znowu oddam komuś swoje serce, kto wie? Ponownie spojrzałam w jego ciemne oczy, wydawały się być szczęśliwe. Chłopak był naprawdę przystojny, i chyba się mu podobam. Tańczyliśmy jeszcze minutę.
- Może wyjdziemy na dwór? – zaproponował - Duszno tu trochę, a ja już powoli nie mogę oddychać.
- Ok.
Wyszliśmy na dwór, ogarnęło nas chłodne powietrze. Oczyszczenie dla duszy! Jakie to przyjemne, i na dodatek wspaniały chłopak trzymał mnie za rękę. Szybko mu ją wyrwałam.
- Coś nie tak? Nie zrobiłem Ci czegoś?
- Nie… to nie Twoja wina. Ostatnie miałam tak jakby załamanie, bo mój niedoszły chłopak mnie skrzywdził. Po prostu jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam, potrzeba mi czasu. Nie chce tak nagłej zmiany.
- Acha, rozumiem. Mogłabyś powiedzieć od razu pohamowałbym się.
- Nic nie szkodzi. – przez kilka minut nie odzywaliśmy się do siebie, praktycznie nie mieliśmy o czym rozmawiać. Jednak po chwili Gerard podniósł rękę i wskazał na ławkę na błoniach. Skinęłam głową, co oznaczało, że zgadzam się abyśmy tam usiedli.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś? – zapytał niespodziewanie, co w gruncie rzeczy wywołało u mnie lekki uśmiech.
- Dlaczego nie, ostatnio przydałoby mi się wsparcie, a chętnie poznałabym kogoś tak miłego, jak ty.
- Dzięki.
- A może opowiesz mi cos o sobie?
- No dobra, nazywam się Gerard Poussin (czyt. Pusę). Jestem na piatym roku, chodzę do Ravenclaw. Gram na pozycji Ścigającego w szolnej drużynie Qiudditcha.
- grasz w Qiudditcha? Och już jesteś cudowny!
Roześmiał się, co brzmiało supersłodko.
- Ponownie dziękuję. No to wracając do opisu. To jestem, tak jak to nazwałaś, cudowny, nieziemski, superextra, świetny, ambitny, bezkonfliktowy, charyzmatyczny, ciepły, cierpliwy, delikatny, dowcipny, dzielny, dziki, figlarny, głuptasek, inteligentny, kochający, lojalny, miły, namiętny, odpowiedzialny, oryginalny, otwarty, pewny siebie, przyjacielski, romantyczny, słodziutki, stanowczy, śmiały, tajemniczy, towarzyski, twórczy, uczciwi, uprzejmy, uważny, wrażliwy, wygadany, wyluzowany, zabawny, zakręcony, żądny przygód i przedewszystkim całuśny!
Pozwoliłam na wypowiedzenie mu wszystkich cech, i na pewno poniektóre zmyślił
- Będę musiała kiedyś sprawdzić jak dobrze całuśny. – odrzekłam z uśmiechem. Oczy mu się zaszkliły, może naprawdę mu się podobam? Niebezpiecznie przybliżył swoją twarz do mojej, dzieląca nas odległość coraz bardziej się zmniejszała, gdy nagle ja zasłoniłam jego usta swoją ręką.
- Posłuchaj, ja naprawdę nie mam ochoty, muszę trochę ochłonąć. Proszę, zrozum mnie.
- Przepraszam, nie chciałem.
- Ty wcale nie zawiniłeś, rozumiem Cię bardzo dobrze.
Chciałam jeszcze raz spojrzeć w jego oczy, ale nie mogłam, nie patrzył na mnie.
- Porozmawiamy jeszcze o czymś? – zapytałam. Wzruszył tylko ramionami.
- Wiesz, ja już chyba idę do dormitorium, jestem straaasznie zmęczona. – wypowiedziałam, przypominając sobie nagle o mojej wizycie w bibliotece. Jednak nie chciałam odchodzić od Gerarda.
- Ja też, idziemy spać! – wstał i biorąc mnie pod rękę weszliśmy ponownie na salę. Pożegnaliśmy się, dał mi całusa w policzek i odszedł. Obiecał, że napisze mi wiadomość o naszym jutrzejszym spotkaniu.
Przemknęłam się do drzwi. Nim opuściłam salę, zerknęłam jeszcze na półmisek z rachatłukum. Wygląda na to, że nikt nie tknął egzotycznego specjału. Wróciłam do dormitorium. Było koło północy, a Julii jeszcze nie było. A umówiłyśmy się na godzinę graniczącą między dwoma dniami. Dziwne, że jej nie ma, bardzo dziwne. Przebrałam się w codzienne rzeczy i ruszyłam ku bibliotece. Weszłam do środka i biblioteka, tak jak się spodziewałam, tonęła w mroku. Miałam dziwne przeczucie, że bibliotekarka może tu być.
Pierwszym dźwiękiem, który usłyszałam, było ciche tykanie zegara. Jak powolne, rytmiczne bicie serca. Odprężyłam się. Osłaniając dłonią lampę, żeby blask nie wydostał się przez okno,
omiotłam snopem światła całą salę. Książki na półkach zasrebrzyły się mgliście, jak zjawy. Główne schody wiodły w górną strefę ciemności, ale skierowałam kroki w lewy korytarz, mijając śpiące portrety. Skradałam się dalej przez obstawiony regałami korytarz, nie bacząc na inne portrety.
Dotarłam wreszcie do regału, na którym położyłam pustą księgę.
Ale gdzie ta książka?
Zdawało mi się, że dokładnie pamiętam, gdzie ją schowałam – między dwa tomy, które nachyliły się teraz ku sobie. Rozdzielała ja szpara cienia. Wsunęłam palce w szczelinę. Pusta.
Walcząc z paniką, omiotłam snopem światła podłogę, lecz i tam książki nie było.
Przegryzłam wargę. Przecież nie mogła tak prędko zniknąć!
Zdesperowana, przeciągnęłam palcami po grzbietach ksiąg na półce, szepcąc: „Johann Fust”, niczym mantrę, która miała przywołać książkę z powrotem… Bez rezultatu. Książki nie było ani na półce, ani na podłodze. Biblioteka strzegła swojego sekretu.
Nagle jakaś książka spadła na ziemię z regału przy głównym wejściu, a echo rozniosło się po całej bibliotece.
Zamarłam. Ktoś tam był.
Instynktownie zgasiłam lampę i skuliłam się między regałami. Ciemność mnie otoczyła, wciskała mi się w oczy i pod żebra. Ledwo oddychałam.
Nasłuchiwałam czujnie, z sercem w gardle.
Czekałam na odgłos czyichś kroków, na szelest oddechu… lecz nie słyszałam nic. Tylko straszliwą, druzgoczącą ciszę. Sekundy wlokły się niemiłosiernie.
Wreszcie, nie mogąc już dłużej znieść napięcia, zaświeciłam ponownie lampę, osłaniając ciasno dłonią, tak że świeciła mu krwawo przez palce. Przy takim nikłym blasku rozejrzałam się dokoła. Jak okiem sięgnąć ponura czerń.
Ostrożnie wysunęłam się z kryjówki. Wzdłuż ścian ciągnęły się książki, milczące i niewzruszone.
Drobnymi kroczkami posuwałam się ku wyjściu. Z korytarza szedł przeciąg; dreszcz przebiegł mi po plecach.
Dotarłam wreszcie do głównego hallu. Wytrzeszczając oczy, próbowałam przeniknąć ciemność.
Przystanęłam, pod wózkiem leżała jakaś książka. Musiała spaść z regału.
Podkradłam się do niej, ale zaraz przeżyłam rozczarowanie: to był jakiś nudny podręcznik, a nie Johann Fust.
Schyliłam się, żeby podnieść książkę i położyć na wózku – i omal nie skonałam z przerażenia. Zza ramy wózka lśniły dwa metaliczne zielone kręgi. Odskoczyłam jak oparzona.
Niemal natychmiast, z westchnieniem ulgi, uświadomiłam sobie, co to takiego.
Pani Norris!
- Tego tylko brakowało! – szepnęłam. – A psik! Tobie tu nie wolno wchodzić! Jak się … - urwałam nagle i rozejrzałam się wkoło. – Jak się tu dostałaś? – dokończyłam.
Główne drzwi były zamknięte. Ani żywej duszy.
Szepcząc : „kici, kici”, podeszłam do kota, chcąc go wybawić z kryjówki (czy to możliwe, że kot wślizgnął się za mnę niepostrzeżenie? Oby tylko nie zjawił się tu Filch.) – jednak pani Morris wymknęła mi się zwinni i prychając, jakby ktoś darł zasłonę, dał susa na górę.
- No to pięknie – podsumowałam, wiedząc, że Pani Pince będzie wściekła, że kot został na noc w bibliotece.
Gniewnie mamrocząc, pognałam za nim po szerokich marmurowych schodach.
Stare, wolno stojące regały, dzieliły galerię na wiele głębokich, mrocznych nisz. Wyglądało to jak procesja wielkich, zakapturzonych mnichów.
Zapuściłam się w główne przejście, tropiąc kotkę. Podłoga skrzypiała pod moimi butami. Omiotłam regał snopem lampy, wydobywając z mroku setki bladych niczym duchy tomów, przykutych do pulpitów grubymi łańcuchami. ( Tu zaczynała się strefa zakazana.) Inne księgi leżały na piankowych poduszkach, rozpostarte jak wielkie ćmy. Tasiemki z ciężarkami, niczym sznury korali, przytrzymywały otwarte stronnice.
Kierowałam światło latarki w każdy kąt i pod każdy pulpit – na próżno.
- Wyłaź, głupi kocie – szepnęłam zniecierpliwiona. – Nie mam czasu!
Czułam, jak sekundy błyskawicznie uciekają.
Jest!
Pani Morris przycupnęła za wielką komodą w najdalszym kącie Sali, pod gigantycznym portretem brodacza o karcącym spojrzeniu. Upierścienione palce starca zaciskały się na skórzanej oprawie księgi.
- Dobry kotek, no, wyłaź! – wabiłam kota, nachylając się, żeby go złapać.
Musnęłam przy tym ramieniem regał i omal nie strąciłam książki.
Kot był zrazu nieufny, ale zawiedziony moim przymilnym tonem, ale pozwolił mi się zbliżyć – wtedy capnęłam go za futro na karku. Oburzony kot miauknął przeraźliwie.
Starając się nie wypuścić z rąk ani latarki, ani rozjuszonego kota, szybko zmierzałam z powrotem ku schodom.
- Nie marudź! – skarciłam panią Morris. – Nie ma powodu do…
Nagle kot wpił się pazurami w moją rękę i odskoczyłam jak na sprężynie, zakreślając łuk w powietrzu. Ledwo hamując łzy, patrzyłam jak kocur miękko ląduje na czterech łapach obok szklanej gabloty, daje susa za schodów i… wypada na dwór przez otwarte drzwi.
Serce mi zamarło. Czułam chłodny prąd powietrza, który snuł się po bibliotece, oplątując mi nogi. Drzwi były otwarte na oścież.

______
Myślę, że ta nota się podoba, długo nad nią pracowałam, głównie nad opisami. Wy też się postarajcie i napiszcie dluuugaśne komentarze!
W związku z tym, że dałam dwie notki, w bardzo krótkim czasie, muszę notkę dać dopiero za dwa tygodnie. myślę, że mnie zrobumiecie, pa! ;*

[ 9617 komentarze ]


 

Fatal error: Allowed memory size of 134217728 bytes exhausted (tried to allocate 16297583 bytes) in /public_html/joanna.php on line 718