Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem opiekuje się Madeleine Halliwell!

  1994... 1.
DodałMadeleine Środa, 22 Kwietnia, 2009, 20:34

***

Marc siedział po turecku na ciemnej pościeli przeglądając jakąś książkę, w dość ciemnych kolorach pomalowanym pokoju. Mimo kasztanowego koloru ścian i mahoniowych mebli w pomieszczeniu było jasno i przytulnie. Okna były zasłonięte jasnopomarańczowymi i trochę wyblakniętymi, gładkimi firankami. Po prawej stronie okna stały dwie półki z książkami, po lewej szafa, na której leżały żółte pudełka ze starymi rzeczami Marca. Biurko i szufladowa komoda znajdowały się naprzeciw łóżka; na ścianie nad biurkiem, na korkowej tablicy były przybite różne notatki i dwa zdjęcia, a po obu stronach drzwi wejściowych do pokoju dwa kwiaty z ciemnozielonymi liścikami i wiszące lustro w czarnej ramie. Wszystko było oświetlone dwiema lampami zwisającymi nad łóżkiem.
Madeleine weszła do środka pukając charakterystycznie trzy razy, pauza, trzy razy. Marc podniósł głowę, zrywając się z łóżka i pośpiesznie chowając książkę, która okazała się podręcznikiem do historii, pod kołdrę. Madeleine weszła najpierw wychylając głowę zza drzwi a później wślizgując się do pokoju przyjaciela.
- Hello! – powitała go, zamykając cicho drzwi. Podeszła do niego i przywitała się dając mu buziaka w policzek. – Sorry za spóźnienie, ale Claudy uparła się bym popilnowała chwilę małej Pauli i zwiał mi autobus.
- Okey, okey – machnął rękami Marc. – Nie tłumacz się. Nic się nie stało.
Uśmiechnął się lekko i wskazał jej łóżko by usiadła, co zrobiła. Dłonią natrafiła na coś twardego, więc wsadziła rękę pod kołdrę i chwyciła nieznany przedmiot. Wyciągnęła go szybkim ruchem ręki i położyła na kolanach. Zmrużyła oczy spuszczając głowę, Marc odwrócił się do niej plecami i spojrzał w okno jakby czegoś oczekiwał.
- Bathilda Bagshot – szepnęła. Skądś kojarzyła te nazwisko. Marc odwrócił się błyskawicznie. – Skąd to masz?
Marc otworzył usta chcąc odpowiedzieć, ale natychmiast je zamknął spoglądając na książkę dziwnym wzrokiem. Podnosząc wzrok z podręcznika panny Bagshot spojrzał w oczy blondynki. Ona zrobiła oczekującą minę kładąc dłoń na grubą okładkę. Coś ukrywa?
- Bagshot, Bagshot – mruknęła Madeleine, nadal zastanawiając się nad tym nazwiskiem. – Kim ona jest? Chyba spotkałam się z tym nazwiskiem…
Zamilkła i również spojrzała na przyjaciela. Wstała na równe nogi, odkładając podręcznik z powrotem na łóżko. Wskazała palcem wskazującym chłopaka.
- Jesteś czarodziejem!
- Jestem czarodziejem.
- Czystej krwi? – zapytała odruchowo Madeleine, choć wcale nie zamierzała zadać tego pytania.
- Czystej krwi – odpowiedział Marc, chcąc spuścić wzrok, ale tego nie zrobił. – Drumstrang przyjmuje tylko czarodziei czystej krwi.
Zapadło niezręczne milczenie. Oboje tak stali sześć kroków od siebie i spoglądali na siebie. Marc miał trochę nietęgą minę a Madeleine zdawała się zaraz wybuchnąć. Nie zrobiła tego; uśmiechnęła się i podeszła do Marca, choć w głowię miała istny chaos.
- Coś czułam, że możesz być jednym z nas – objęła go ramieniem. – W końcu mugolscy ‘’czarodzieje’’ nie potrafią zmieniać koloru włosów.
Chłopak wyszczerzył zęby. Myślał, że przyjaciółka przyjmie to jakoś inaczej, jakoś bardziej wybuchowo.
- Umiem nie tylko to – podniósł jedno ramię do góry i upuścił. – Popatrz.
Dziewczyna zdjęła rękę za ramienia Marca. Chłopak wziął głęboki wdech, zamknął oczy i skupił się. Po chwili przed blondynką stanęła dziewczyna nieróżniąca się od Madeleine niczym prócz oczu, bo ta nieprawdziwa miała je szaro-brązowe. Prawdziwa zaś otworzyła lekko usta ze zdziwienia. Kopia Madeleine zmieniała się w Dominica, później w Patryka i jeszcze później w starszego brata Marca, Wiktora.
- Matamorfomag – wyjaśnił Marc, prowadząc Madeleine z powrotem na łóżko, zmieniając się w siebie. – Mogę zmienić swoją twarz, wzrost, włosy, ale nie oczy.
- Super – zawołała. – Skąd to umiesz? Jak to zrobiłeś?
- Aaah… - zagryzł wargę. – Z tym trzeba się urodzić.
Teraz Madeleine zagryzła wargę i spojrzała w sufit.
- Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś ze jesteś czarodziejem?
Tego pytania najbardziej się obawiał. Zakrył twarz dłońmi, zaciskając mocno powieki. Myśl, głupi, myśl! – popędzał się. – Odpowiedz, nic się nie stanie. Po prostu to powiedz i koniec. Odciągnął dłonie od twarzy i jednym tchem powiedział:
- To-dla-twojego-dobra-Nie-wiem-po-co-i-dlaczego-ale-powiedzieli-mi-żebym-się-nie-ujawiniał.
- Kto ci to powiedział? – spuściła wzrok z sufitu na niego.
- Rodzice. Kiedy się pierwszy raz poznaliśmy przyszła do nas taka jedna kobieta – znów zakrył twarz dłońmi, próbując sobie przypomnieć. – Mieliśmy wtedy pięć lat, pamiętasz? …
Czarnowłosa kobieta szła zatłoczonymi ulicami Londynu. Za rękę trzymała pięcioletniego chłopca, swego synka. Na ramieniu wolnej ręki podskakiwała czarna torebka. Jej zielone oczy omiatały wystawy sklepowe i twarze ludzi dookoła. Jej wzrok na moment napotkał zimne szare oczy przygnębionej, bladej kobiety. Zatrzymując się nagle czarnowłosa chcąc uchwycić ponownie te znajome spojrzenie, ale owa kobieta znikła.
Mały chłopiec również patrzył na bladą kobietę. Jednak nie spuszczał jej z oczu a ona przybliżała się do niego bliżej przenikając przez zajętych przechodniów. Była duchem, a raczej cząstką duszy jeszcze żyjącej na tym świecie. Wyciągnęła do niego rękę a on do niej, lecz zanim zdążyli za nie chwycić kobieta rozpłynęła się a dłoń chłopca chwycił jego starszy brat…

- Yhy…
- Wtedy jeszcze nie rozumiałem ze jestem czarodziejem. Podsłuchałem ich rozmowę przypadkiem. Gdy podrosłem rodzice powiedzieli mi, że mam ci nic o tym nie mówić. Ale ja wiedziałem ze nie mogę ci powiedzieć. Ta kobieta mówiła straszne rzeczy – podniósł głowę uderzając dłońmi w kolana. – Teraz wydaje mi się to trochę śmieszne. To, co mówiła ta kobieta… Wiesz, kim jesteś i kim ja jestem i jakoś się nic nie stało. Nic z tego nie rozumiem…
Zamilkł. Madeleine nie odzywała się, ale Marc kogoś jej teraz przypominał. Nie rozumiała wiele rzeczy, jak i on teraz nie rozumie, nie rozumie siebie, on nie rozumie…
- Jutro wyjeżdżam do kolegi na resztę wakacji – zaczęła markotnie Madeleine rzucając zdanie ni z gruszki, ni z pietruszki. – Możemy się spotkać na Pokątnej przy robieniu zakupów.
Marcowi odpowiadał ten obrót zdań. Kiwnął głową.
- Jakoś się spiszemy. Wyślę ci sowę – na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – A może… Ale to do ustalenia… Bo wiesz… Mecz…
- Mecz? – usiadła na skraju łóżka. – A no tak…
- Może jednak się spiszemy później…
Po kwadransie Madeleine wyszła. Czuła się bardzo dziwnie. Może wolałaby nie wiedzieć, kim jest Marc. Nie, to nie to! Po prostu czuła, że coś jej grozi. Te COŚ może zagrażać nie tylko jej, ale i jej najbliższym.
Idąc tak ulicami oświetlonymi słabo światłami latarni zastanawiała się nad tym wszystkim. Nad tą całą Imienniczką, Williamem, nad swoim pochodzeniem.
Zatrzymała się.
Dotknęła sztywnymi palcami głowy powoli zamykając powieki.
Nie możesz tak myśleć! – krzyknął głosik w jej głowie. – Po prostu nie możesz!

Niebo było błękitne a chmury pływające po nim białe. Nie zanosiło się na deszcz a na piękny następny tydzień. Była niedziela a jak w każdą niedziele rodzina zamieszkująca niewielki, drewniany domek w górach szła na mszę do małego kościoła.
Pięcioletnia dziewczynka nie czuła się w nim dobrze. Nie znosiła niedzieli z tego względu, że musiała się modlić. Te niewielkie pomieszczenie mieszczące nie więcej jak pięćdziesiąt osób, bardzo ja przerażało. Nie znosiła tego miejsca, ale niestety trafiła do tak religijnej rodziny…
Ksiądz wykonał w powietrzu dłonią znak krzyża a wszyscy spuścili głowy i nie podnosili jej dopóki proboszcz nie wyszedł. Po kilku minutach mieszkańcy zaczęli się zbierać do wyjścia.
- A Madeleine znowu się nie modliła – zawołał mały chłopczyk, podskakujący naokoło rodziców, wskazując palcem na Madeleine. – Widziałem, ona się nie modliła.
Ojciec Charliego, bo tak nazywał się chłopczyk, zerknął na córkę z uśmiechem. Ona nie odwzajemniła tego gestu, idąc wiejską drogą żwawo. Charlie przez całą drogę wypominał nie modlenie się siostrze a ona go ignorowała.
Gdy zza góry wynurzył się ich dom Charlie popędził biegiem ku niemu, potykając się o kamienie i piach. Był to chłopak niewiele wyższy od siostry. Liczył sobie siedem lat. Był dzieckiem z porywczym temperamentem, ufnym spojrzeniu i skarżeniu. Lubił zwalać większość win na Madeleine, w co rodzice nie za bardzo wierzyli, bo Madeleine przez cały czas przesiadywała w swoim pokoju. Tak jak rodzice miał piaskowy kolor włosów i szaro-niebieskie oczy. Wszędzie było go pełno.
Pewnego również pięknego dnia blondynka siedziała na błękitnym fotelu w salonie. Amelia krzątała się po kuchni a Alfred czytał w kuchni gazetę popijając kawę. Charlie podskakiwał nad fotelem, na którym siedziała jego siostra.
- Wiem, że potrafisz – szeptał złośliwie. – Pokaż to jeszcze raz, albo powiem o wszystkim tacie. Pamiętasz jak zdenerwował się jak to zrobiłaś?
Madeleine nie zapomniała tego dnia.
- Maddie, no, zrób to jeszcze raz! – powiedział teraz rozkazującym tonem.
Dziewczynka pokręciła głową. Ten maluch zaczynał ją powoli wnerwiać.
- Ta… Aaaah…
Dookoła świdrowały płomienie ognia. Zjawiły się tak szybko… Charlie uciekł do kuchni, która również zaczęła płonąć. Zdezorientowana dziewczyna zerwała się z fotela z przerażoną miną. Rozglądała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Zastanawiała się, jakim cudem ogień tak szybko się rozprzestrzenił. Nic nie zrobiła…
- Nic nie zrobiłam – pisnęła.
Zakryła dłońmi twarz. Nie wiedziała, co zrobić. Czekać na śmierć w płomieniach…
Nie zauważyła, że przez okno do środka wgląda pewien mężczyzna, którego twarzy nadal nie mogła sobie przypomnieć. (..)

- Nic nie zrobiłam! – krzyczała Madeleine przez sen, wymachując dłońmi. – Nic nie… yyy…
Otworzyła nagle oczy. Jej usta były zakryte przez czyjąś dłoń. Severus wyprostował się. Madeleine usiadła na łóżku oddychając ciężko. Na ciele nadal czuła płomienie ognia.
- Zły sen? – zapytał jakby od niechcenia.
- Wspomnienie.
Mężczyzna wydał z siebie bezgłośne ‘’aha’’. Dziewczyna spojrzała w okno, co oznaczało koniec rozmowy. Severus jednak usiadł na skraju jej łóżka, a ona przyciągnęła kolana do brody i opatuliła je rękami. Coś jej mówiło, że opiekun nie zakończył rozmowy.
- Idę się ubrać – zdecydowała. Nie czekając na odpowiedz podniosła się z miejsca, złapała kosmetyczkę i wczoraj naszykowane na dzisiaj ubranie i wparowała do łazienki zatrzaskując za sobą drzwi.
Severus ukrył twarz w dłoniach.
Nie do końca zrozumiałam, co mówi mój opiekun. Siedziałam przy stole w kuchni zajadając płatki z jogurtem naturalnym. Kiwałam głową w przerwach, gdy Severus patrzył na mnie przelotnie. Chyba nadal nie przyjmowałam do wiadomości pewnych faktów. Przeczuwałam jednak, że dzieje się coś, co dziać się nie powinno. Opiekun wydawał się być jakiś spięty i pełen obaw. Chodził zamyślony… Może miał dużo na głowie. W Hogwarcie miał odbyć się, jakich Turniej Trójmagiczny, a z tego, co usłyszałam w Ministerstwie miało to być wielkie wydarzenie. A na dodatek szykował się mecz quidditcha.
Nie wiedzieć, czemu Lucjuszowi bardzo zależy bym na tym meczu się pojawiła. Draco od początku lipca wysyła do mnie sowy z pytaniem czy nie miałabym ochoty na owy mecz się z nimi wybrać. Bliźniacy Martin również piszą; najwidoczniej bardzo im zależy na spotkaniu ze mną. Wczoraj odwiedziła nas ich matka i Narcyza.
- Słuchasz mnie, Madeleine? – przerwał moje przemyślenie Severus.
- Jasne, że słucham – powrócił mi dobry humor. – Myślisz, że warto obejrzeć ten mecz?

***
ciąg dalszy w tej notce się pojawi...

[ 2649 komentarze ]


 
. . .
DodałMadeleine Sobota, 28 Lutego, 2009, 21:50

przepraszam, że tak bez wyjaśnienia.
pamiętnik zaczynam od czwartego roku. w pustych notkach pojawią się notki w skrócie. nie wiem co mnie napadło, ale kozystając z czasu wolnego zamiast pisać dalsze notki pisałam czwarta klase. niestety notki nie pojawią się tak szybko, bo mam wszystkie zapisane na innym komputerze. w każdym razie spodziewajcie się nokek od poniedziałku... tego oczywiście..

dziękuje, gorgie, już lepiej.

[ 1693 komentarze ]


 
1993.
DodałMadeleine Sobota, 28 Lutego, 2009, 21:50

***


***

[ 2666 komentarze ]


 
1992.
DodałMadeleine Sobota, 28 Lutego, 2009, 21:49

***


***

[ 2382 komentarze ]


 
1991.
DodałMadeleine Poniedziałek, 12 Maja, 2008, 12:12

***

Była tylko niewinną jedenastolatką – powiadali niektórzy. Niektórzy powiadali różne rzeczy, niektórzy bali się jej, niektórzy nie chcieli ją znać, ani poznać. Dlatego, że była inna, dlatego, że bardzo różniła się od swoich rówieśników. Jest tylko biedną dziewczynką pozbawioną rodziców.
Nikt nie potrafił jej nich zastąpić.
Unikała kontaktu z opiekunkami sierocińca, dawała się we znaki swoim kolegom i koleżanką. A najbardziej koleżanką, nie znosiła dziewczyn. Nie lubiła w nich tej słodkości, niewinności i dziecinności.
Nie potrafiła znaleźć sobie miejsca na tym świecie. Wszędzie było jej źle. Przenosiła się z jednego miejsca na drugie. Przyszli rodzice uważają dziewczynkę za kogoś wyjątkowego, miłego i spokojnego chętnie ją adoptowali. Jednak po miesiącu z powrotem wracała do sierocińca. Wracała, dlatego, bo nikt nie potrafił dostrzec w niej tej magii. Nikt nie potrafił pokochać ją taką, jaką jest. Samotną.
Ona przyjmowała to ze wzruszeniem ramionami. Nie obchodziło ją to czy ktoś ją zaadoptuje czy nie. Wolała być sama. Zamknąć się w swoim maleńkim świecie…

Siedziała na huśtawce w miejscowym parku i patrzyła w dół. Jedną nogą odpychała się od jasnego piasku, by, choć trochę odbić się do góry. Jej jasno blond włosy oplatał wiatr, a pojedyncze kosmyki spadały na jej bladą twarz. Zamknęła oczy i wyruszyła do krainy marzeń, gdzie 'stworzyła' sobie swój własny, magiczny świat. No, właśnie, magiczny. Magiczny rozumiała, jako swój, w którym mogła, choć na chwilę zapomnieć, w jakim to okropnym miejscu musi mieszkać. Sierociniec. Nie nazwałaby tego miejsca domem. Madeleine nie stosowała się do reguł panujących w jej domu. Zawsze umiała się wymigać od wymierzonych jej kar lub szlabanów za kłopoty, które sprawiała. Już dawno założyciele sierocińca powinni przenieść ją do innego Domu Dziecka, lecz nie zrobili tego, ponieważ bali się samej reakcji blondynki. Nie wiedzieli jednak, że Madeleine przyjęłaby tą wiadomość ze wzruszeniem ramion.
Rozmyślając tak o wszystkim, usłyszała głosy, które sprowadziły ją z powrotem do parku.
Kto śmiał jej przeszkodzić.
Odpowiedz nadeszła dwie sekundy później. Za sobą usłyszała chichoty. Powoli odwróciła głowę i ujrzała bandę Dudleya znęcającego się nad jakimś dziesięciolatkiem. Co mogła zrobić? Zeszła z huśtawki i ciężkim krokiem podeszła do chłopców. Znała ich na tyle dobrze, że wiedziała, jakie są ich słabości. A zwłaszcza jednego z nich. Przywódcy bandy. Był nim Dudley Dursley. Otyły chłopak tego samego wzrostu, co jej. Miał ciemno blond czuprynę i świńską twarz. Dzieci ze szkoły i z podwórka bały się go, ale ona nie wiedziała, dlaczego. Wcale nie był groźny, no może był, ale w stosunku do niej nie. Czuł przed nią respekt, kiedy powaliła go na ziemie za dokuczanie koledze.
Żaden nie zauważył jej obecności. Szczurzy chłopiec z kasztanowymi włosami trzymał ofiarę z tyłu za ręce a Dudley okładał go pięściami. Pozostali trzej członkowie bandy przyglądali się temu i chichotali z uciechy.
- Czy ty się w końcu nauczysz nie dokuczać młodszym i słabszym od siebie, Dursley? - zapytała chłodnym, lekko obojętnym głosem kładąc rękę na ramieniu Dudleya. Ten zesztywniał i stanął twarzą w twarz z Madeleine Halliwell. Piers puścił chłopca, a ten stanął za dziewczyną skulony. Nawet Malcom, Gordon i Denis, którzy rechotali, teraz się uciszyli. Wpatrywali się w nią jak zaczarowani, a Dudley zamiast patrzeć w jej oczy spuścił je i patrzył na jej nos.
- Co tu robisz, Halliwell? - zapytał jąkającym głosem Dudley. Nie zapomniał ich ostatniego spotkania i długo mu to zostanie w pamięci. Zabolało go to, że został upokorzony, pokonany przez dziewczynę. I to na dodatek przed całą szkołą. Nie ma ucznia, który by nie widział tego zdarzenia.
- To jest naprawdę zbędne pytanie w tej chwili, Dursley. Innego zajęcia nie masz jak widać. Wiemy, że trenujesz boks, nie musisz sie tym chwalić...
- A gdzie Marc? - zapytał nagle Malcom. Dziewczyna od dawne wie - jak i cała szkoła - że Malcom się w niej podkochuje, ale nigdy mu nie dała szansy i nie da.
Wszyscy, nawet Dudley, spojrzeli na Malcoma. Denis pokręcił przecząco głową uderzając kolegę łokciem w bok.
- Jeżeli już jesteś taki ciekaw to wyjechał do Bułgarii - odpowiedziała nudnym głosem Madeleine.
- Byłem kiedyś w Bułgarii - powiedział Malcom patrząc w przestrzeń zamarzonymi oczami. - Piękne widoki są, naprawdę. A najpiękniejszy jest...
Denis jeszcze raz uderzył go tylko, że mocniej. Ciemnowłosy pokręcił głową wracając do ponurej rzeczywistości.
- Jesteście stuknięci - mruknęła Madeleine i skinęła głową na dziesięciolatka, by ten uciekał. - Większej bandy świrów nie widziałam - Malcom zarumienił się a Dudley wrócił do pozycji, w której przyglądał się nosowi koleżanki. - Ostrzegam cię, Dursley... i was chłopcy:, jeśli jeszcze raz zauważę, że to robicie... Bedzie źle...
Popatrzyła na każdego zaczynając od Dudleya i na nim kończąc.
Okręciła się na pięcie i skierowała się w stronę głównych alej parku. Szła i szła mijając grube pnie drzew, przechodniów, biegające dzieciaki...
- Uderzyłem się - krzyknął przeraźliwie jeden z sześciolatków podbiegając do swojej matki. - Kreff lesciii - zawył chłopaczek a po jego policzkach popłynęły łzy.
- Nic ci nie będzie, kochanie. Zaraz opatrzymy ranę - przytuliła synka do siebie i posadziła na nowej ławeczce.
Madeleine ominęła ich z ponurą miną. Nie wiedziała jak to jest mieć matkę i ojca, jak to jest mięć rodzinę. Jedyną rodziną był dla niej Marc. Traktowała go jak brata. Jednak teraz go przy niej nie było. Wyjechał. Nie wiadomo, kiedy wróci.
Minęła domy przy Privet Drive, przy skrzyżowaniu skręciła w lewo, gdzie rozciągała się Stone Street. Na samym końcu tej długiej ulicy znajdował się dom dziecka, w którym miała nieszczęście zamieszkać. Stone Street rozciągała się długo do dużego Whinging. W tamtych okolicach rzadko, co można było spotkać tam ludzi. Nikt nie wychodził z domu. Powód był jeden: złodziejstwo.
Przekroczyła próg sierocińca wchodząc na korytarz. Czarno-białe kafelki na podłodze lśniły czystością, a ściany niedawno malowane na kolor beżowy zostały porysowane kredkami przez dzieci. Jeszcze nie zamknęła drzwi, a już naskoczyła na nią opiekunka sierocińca. Nie wyglądała groźnie, ale taka była. Felicja Chuldy była trzydziestoletnią kobietą. Zazwyczaj nosiła sukienki w jednolitym kolorze sięgające do kolan a rude włosy miała upięte luźnie w niskiego koka. Codziennie uganiała się za bandą małych sześciolatków biegających w kółko i na okrągło po całym domu dziecka.
- Pani Kent prosiła mnie, bym ci przekazała - zaczęła pani Chuldy, to było jej wadą: opisywała wszystko tak jak było, to i też jest jej zaletą (o ile będzie świadkiem jakiejś zbrodni). - żebyś w tym dniu nigdzie nie wychodziła.
- Bo...?
- Tego nie wiem. Prosiła mnie bym przekazała to przekazuje. Była zdenerwowana... - przez przedpokój przebiegli dwaj chłopcy z pistoletami na wodę. - Nie chłopcy! Stójcie!
Chłopcy zatrzymali się. Pani Chuldy stanęła za nimi z rękami założonymi na biodra. Zmarszczyła czoło w tej samej chwili chłopcy podnieśli swoje pistolety na wódę i ochlapali opiekunkę prosto w twarz. Jej miny Madeleine nie zobaczyła - była już w połowie schodów na górę.
Weszła do pokoju zatrzaskując za sobą drzwi i rzuciła się na łóżko.

Był wieczór. Przed żelazną bramą na pusty dziedziniec weszła jakaś postać. Stanęła przed ponurym, prostokątnym gmachem otoczonym wysokimi szlachtami. Weszła po kilku stopniach wiodących do drzwi frontowych i zapukała. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta w średnim wieku.
- Dobry wieczór - powitał kobietę ciepły głos mężczyzny. - Nazywam się Severus Snape. Jestem umówiony z panią Kent.
- To ja. Proszę wejść - wpuściła mężczyznę do środka. Światło oświetliło go całego. Miał na sobie czarny garnitur. - Zaraz zaprowadzę pana do Madeleine. Proszę za mną.
Pani Kent wprowadziła go na schody i poprowadziła przez długi korytarz do siódmych drzwi na pierwszym piętrze. Zapukała trzy razy i po usłyszeniu ''noo'' otworzyła drzwi.
W ciemnym pokoju na łóżku leżała dziewczynka podrzucająca do góry piłeczkę tenisową. Nagle złapała ją i usiadła na łóżku z nogami w dół, wstała.
- To jest Severus Snape. Chciał się z tobą spotkać - uprzedziła pani Kent i wyszła.
- Madeleine Halliwell - przedstawiła się Madeleine, choć nieznajomy zdawał się znać jej imię. - Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać?
Blondynka usiadła, a Severus przysunął sobie krzesło i naprzeciwko niej.
- Nigdy nie dziwiło cię to, dlaczego potrafisz przesuwać przedmioty siłą woli, zadawać komuś ból nie używając na nim żadnego narzędzia lub...
- Rozmawiać ze zwierzętami - dodała cicho Madeleine nie będąc pewna czy Severus ją usłyszał. Ten jednak kiwnął głową.
- Przyszedłem tu odpowiedzieć ci na tę pytania - przerwał na chwilę. - Jesteś czarodziejką.
Madeleine miała ochotę się roześmiać, ale powstrzymała się. Wyprostowała się i twierdząc, że pan Snape nie jest osobą skłonną do żartów. Popatrzyła na mężczyznę podejrzliwie. Wydawał się jej taki znajomy, jakby go gdzieś wcześniej widziała. Kojarzyła skądś ten haczykowaty nos, ziemistą cerę i tłuste długie, czarne włosy. Oraz jego wzrok, czarne tęczówki spoglądały na nią zimno.
- To - machnęła ręką w kierunku piłki, którą wcześniej odrzuciła na podłogę, a piłka podniosła się w górę i wylądowała w otwartej dłoni blondynki - nazywa pan magią?
- Tak zwaną magią kontrolowaną - odparł Severus. - Można nazwać ją magią goblinów.
- Goblinów?
- Tak, goblinów. Gobliny używają magii bez różdżek. Za to czarodziejowi jest ona niezbędna.
- A mi? – zapytała lekko podekscytowana Madeleine. Od zawsze fascynowały ją czary. - Mi potrzebna jest różdżka?
Snape zaśmiał się krótko.
- Nie jesteś goblinem, moja droga. Czarodziejką, a twoja 'czarodziejska' moc potrzebuję udoskonalenia - dziewczyna popatrzyła na niego pytająco. - Przyszedłem tu, żeby odpowiedzieć ci na to pytanie, ale i zadać ci bardzo ważne pytanie oczekując przemyślanej odpowiedzi.
- A mianowicie?
- Przysłał mnie tu profesor Dumbledore. Jest on dyrektorem Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart a ja jestem nauczycielem w tej szkole. Zapewnie nie wiedziałaś, że jesteś czarodziejką - kiwnęła głową, że nie wiedziała.
- Chcesz mnie zapytać, czy chcę chodzić do szkoły profesora Dumbledore'a? - zapytała kładąc nacisk na słowa: ''szkoła'', ''Dumbledore'' może jeszcze na "chce''.
- Bystra jesteś. Tak, właśnie o to chciałem zapytać. Hogwart jest szkołą, w której uczysz się różnych przedmiotów związanych z magią i czarami. Nie porównuj sobie tej szkoły z fabuły kreskówek animowanych typu ''Czarownica i czarownik'' o ile miałaś zaszczyt kiedyś obejrzeć tą kreskówkę.
Madeleine skrzywiła się.
- Wracając do Hogwartu jestem tu, by zaproponować ci miejsce w tej szkole. Jesteś zainteresowana?
- Musze podpisać jakiś papierek jak ewentualnie bym się zgodziła?
- Wystarczy słowo - odparł Severus.
Madeleine zamyśliła się. Nie była pewna czy wierzyć temu mężczyźnie czy nie. Ale co ma do stracenia? Powiedzmy, że jakby się zgodziła...
- Dobrze - odparła przeciągając sylaby. - Zgadzam się, ale jak każdemu uczniowi do nauki są potrzebne jakieś podręczniki, a ja nie mam ani grosza przy duszy, żeby takie podręczniki w razie, czego zakupić.
- To da się załatwić. Masz, co prawda trochę pieniędzy w banku Gringotta - Madeleine już otwierała usta. - Jest taki bank obsługiwany przez goblinów. Znajduje się on na Ulicy Pokątnej...
- Nie ma takiej ulicy - zauważyła Madeleine wypowiadając to z kpiną.
- Nie jest dostępna dla mugoli, a dla magicznych rodzin wręcz przeciwnie. Mieści się w Londynie na Charing Cross. Najpierw musisz znaleźć pub Dziurawy Kocioł, a jak się juz tam znajdziesz, to zapytaj barmana Toma, co dalej. Oczywiście jak chcesz, możemy się tam wybrać razem.
- Zawsze chodzę po Londynie sama i załatwiam swoje sprawy bez niczyjej pomocy. Ale jak się już tam...
- Do nauczycieli Hogwartu zwracamy się per 'panie profesorze' lub ' proszę pana'.
- Okey, okey. Ale jeśli już pan się tam wybiera to możemy pójść razem z tą ulicę Przekątną, czy jak ona tam się zwie - wzruszyła ramionami Madeleine. Profesor Snape wstał. – Nie chce panu zawracać głowy.
- Jutro, punkt dziesiąta. Będę czekał przed sierocińcem - sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej żółtawa kopertę. Wręczył ją blondynce. - Tu znajduję się bilet do Hogwartu i wskazówki jak się dostać na peron.
- Bo to jest takie skomplikowane - mruknęła Madeleine.
- Pamiętaj. Punkt dziesiąta przed sierocińcem - wyciągnął do niej rękę. - Dobranoc.
- Dobranoc.
Równo o dziesiątej Madeleine wybiegła ze swojego pokoju na korytarz. Zbiegła szybko schodach tak, by nie potrącić żadnego dzieciaka. Wyminęła panią Claudy otwierającą drzwi wejściowe, a na dziedzińcu przed bramą wpadła na trzynastoletniego Brada niosącego zakupy. Ten upadł na kamienną posadzkę, a ona obok niego.
- Uważaj jak łazisz - warknęła Madeleine, choć upadli z jej winy. Szybko się podniosła, otrzepała i pomogła pozbierać zakupy Bradowi.
Severus Snape czekał przed bramą. Zerkał, co chwila na zegarek, a gdy zauważył Madeleine uśmiechnął się lekko.
- Jeszcze pięć sekund, a byś się spóźniła - powitał ją Snape.
- Wybiegłam o dziesiątej i przy okazji wpadłam na tego chłopaka - wskazała go ręką. - Idziemy? Jak dostaniemy się na ta ulicę Przekątną?
- Pokątną - poprawił ją Snape ruszając przed siebie. - Z Whinging daleko do Londynu i szybciej byłoby się teleportować, ale chcę, byś znała drogę stąd.
- Teleportacja to takie coś, że się pojawiasz w jednym miejscu, a w drugim znikasz?
- W świecie czarodziejów inaczej się na to mówi, ale w rzeczy samej tak.
Doszli do najbliższego przystanku autobusowego. Nie czekali długo, bo autobus przyjechał dwie minuty później.
- Cześć, Madeleine - powitał ją jej starszy kolega. - Gdzie się wybierasz?
- Ouh... Witaj, Dominik - odpowiedziała mu Madeleine. Nie wiedziała, czy może mu powiedzieć, że jedzie na ulicę Pokątną, więc: - Do Londynu. Muszę kupić… coś.
Dominik skrzywił się. Już o samym zwrocie 'szkoła' krzywił się z niesmakiem, jakby był zmuszany do zjedzenia całej cytryny. Dwa przystanki dalej wysiadł a Snape powiedział zimno:
- Nie wspominaj nikomu o tym, że jesteś czarodziejką.
Madeleine spojrzała na swoje trampki.
- Dobrze, profesorze.
Chciała mu powiedzieć, że każdy z jej ekipy widział jej umiejętności i wcale nie byli tym zdziwieni. Marc nawet potrafił zmieniać kolor swoich włosów, ale czy to była magia? Daniel, jeden, który doszedł niedawno, nie widział żadnej z umiejętności Madeleine. Pozostali powiedzieli, żeby go nie wtajemniczać i tak też zrobiła. Nagle naszła ją pewna myśl:, Jeżeli ich nie ruszała umiejętność Madeleine, oni sami mogą być czarodziejami.. Jednak szybko ją odrzuciła. Powiedzieliby jej. Albo nie, albo tak. Może...
- Wychodzimy - przerwał jej przemyślenia, Snape.
Wysiedli na Duncannon St i przeszli przez najbliższe pasy na druga stronę ulicy. Ruch był tak wielki, że ledwo można było się przecisnąć między ludźmi. Madeleine wątpiła, czy profesor Snape zna drogę. Jednak on dobrze wiedział, gdzie mają iść. Szli cały czas prosto, aż do pierwszego skrzyżowania. Tam Snape zatrzymał się. Madeleine nie wiedziała do końca, dlaczego. Czyżby to była ta ulica Pokątna? Nie, napis mówił inaczej. Dopiero jak Snape wskazał ręką na budynek ze sklepem z płytami gramofonowymi i księgarnią, o mało nie plasnęła się w czoło. No tak, tam znajdował się pub ''Dziurawy Kocioł''.
Pub okazał się małym zatłoczonym miejscem prowadzonym przez barmana Toma. On wskazał im dalszą drogę. Wprowadził ich do pomieszczenia z dwoma pudłami w środku i śmietnikiem. Snape wyjął różdżkę i zastukał nią w ceglany mur naprzeciwko ich w poszczególne miejsca. Czerwone cegły zaczęły się przesuwać na boki, aż stworzyły łuk prowadzący nie gdzie indziej, jak na ulicę Pokątną.
- Ulica Pokątna - powiadomił ją Snape i ruszyli przed siebie. - Najpierw wybierzemy się do banku Gringotta po twoje pieniądze, a później kupimy ci podręczniki i...
- Dzień dobry, Severusie - powitał go zimny głos mężczyzny z długimi jasnoblond włosami, ubranego w czarną szatę. W ręku trzymał laskę. - Też na zakupy? – dopiero teraz zauważył obecność Madeleine. – Widzę, że nie jesteś sam.
- Witaj, Lucjuszu - odpowiedział Severus.
- Znalazłem chwilę czasu - odpowiedział Lucjusz. Resztę dodał z sarkazmem: - Wiesz, mamy drobne problemy w Ministerstwie. - jego wzrok znów padł na blondynkę. - Madeleine Halliwell?
- We własnej osobie - rzekła blondynka chłodno. - A pan to...?
- Lucjusz Malfoy - przedstawił się, wyciągając do niej rękę, którą uścisnęła. - Może wybierzecie się z nami na zakupy?
Snape spojrzał na Madeleine, ta zaś wpatrywała się w Lucjusza z przymrużonymi oczami. Ten chłodny ton - pomyślała blondynka, starała sobie coś przypomnieć. Severus skinął głową, że tak.
- Severusie! Co tu robisz? - usłyszeli nagle kobiecy głos za sobą. Madeleine odwróciła się. Ujrzała bladą blondynkę ubraną w zieloną szatę czarodzieja. Na ramiona padały jej proste blond włosy. Za rękę ciągnęła swojego syna, też blondyna z bladą cerą i chłodnymi szarymi oczami.
Lucjusz wskazał głową na Madeleine, a kobieta spojrzała na nią. Uśmiech na moment zbladł z jej twarzy, ale po chwili powrócił jeszcze cieplejszy. Madeleine miała wrażenie, że kobieta chce ją uściskać, ale Snape rzucił jej dziwne spojrzenie i tylko się przedstawiła.
- Jestem Narcyza Malfoy - wyciągnęła do niej rękę Narcyza. - A to mój i Lucjusza syn Draco.
Draco uśmiechnął się i uścisnęli sobie dłonie.
- To jak, ruszamy? - zapytała Narcyza. - Do banku Gringotta najpierw?
W piątkę ruszyli wzdłuż ulicy Pokątnej w coraz większy tłum, przepychając się i mijając ludzi.
- Pierwszy rok? - zapytał ją Draco, zwalniając trochę tempo.
- Pierwszy - odparła Madeleine.
- Myślę, że trafię do Slytherinu. Tak jak moja cała rodzina - powiedział chłopiec. - Wiesz, że nie można mieć na pierwszym roku miotły.
- Chamstwo, prawda - rzekła z uśmiechem Madeleine. Miotła to latanie, chyba.
Chłopak spojrzał na nią dziwnie.
- Coś mi na nosie siedzi? - zapytała retorycznie.
- Nie, tylko myślałem, że nic ci nie wiadomo o Hogwarcie - dodał cicho chłopak: - Przecież nic wcześniej o nim nie wiedziałaś i... nie wiesz.
- No nie wiem, ale wiem jak to jest w szkołach - przypomniała sobie swoją dawną szkołę, w której nie mogła z Marc'iem jeździć na deskorolce po szkolnych korytarzach, bo od razu jakaś nauczycielka się ciebie czepiała.
Pięć minut później stanęli przed wielkim białym budynkiem z dużymi drewnianymi, ale solidnymi drzwiami. W środku przed następnymi, ale tym razem metalowymi drzwiami stał... goblin, kłaniający się przychodzącym i wychodzącym. Było to małe stworzenie o śniadej cerze i chytrym wyrazie twarzy. Był o głowę niższy od Madeleine i Dracona. Przechodząc przez kolejne drzwi, Madeleine zauważyła na nich napis, ale nie zdążyła go przeczytać.
- Wiecie, co? - zaczął Lucjusz, spoglądając na swoją żonę i syna. - Może ja, Severus i Madeleine pojedziemy do skrytek, a wy zostaniecie i poczekacie tu na nas?
- Dobry pomysł, Lucjuszu - poparł go Severus. - Nie ma, co pchać się do jednego wózka. Zostaniecie?
- To będzie dobre rozwiązanie - mruknęła Narcyza. - Ja z Draconem poczekamy przed bankiem.
Dwójka ruszyła w stronę wyjścia, a Madeleine z dwoma mężczyznami podeszła do wolnego goblina siedzącego za ladą.
- Witam panów i panienkę - powitał ich goblin. - Czym mogę służyć?
- Madeleine Halliwell chciała odebrać swoje pieniądze - zaczął Lucjusz. - I ja też... Lucjusz Malfoy.
- Kluczyki poproszę - poprosił goblin. Lucjusz wygrzebał swój kluczyk i wręczył go goblinowi, tak samo jak Snape. Goblin przyjrzał się im uważnie, a po chwili oddał je właścicielom. - Proszę wybaczyć na chwilę. Zaraz tu kogoś przyprowadzę.
Zniknął na chwilę, a gdy wrócił towarzyszył mu drugi goblin.
- Gorgon zabierze państwa do waszych skrytek - oznajmił pierwszy goblin.
- Proponuję zdjąć czapkę, panienko - polecił Gorgon. - Dowiesz się zaraz, dlaczego.
Madeleine zdjęła czapkę i poprawiła włosy. Gorgon zaprowadził ich do ciemnego tunelu, gdzie gwizdnięciem przywołał wózek z czterema kólkami jadącego na szynach. Usiedli w nim i powoli ruszyli. Wózek jechał sam bardzo szybko skręcając raz w lewo, raz w prawo, do góry lub na dół. Teraz już wiedziała, dlaczego Gorgon poradził jej zdjęcie czapki: siłą wiatru była tak duża, że oczy łzawiły, a zwykłą czapkę z daszkiem na pewno by zwiało. Wózek zwalniał, aż w końcu zatrzymał się. Wysiedli przy skrytce...
- Skrytka siedemset siedemdziesiąt siedem.
- Moja? - zapytała Madeleine profesora Snape'a. Ten kiwnął głową i dał klucz goblinowi.
Gorgon otworzył drzwiczki skrytki, a Madeleine weszła do niej. Oniemiała z wrażenia. Nie mogła uwierzyć, że ma tyle złota. Pod ścianą leżały duże sterty złotych - galeonów -, srebrnych - syklów - i brązowych - knutów - monet. Nachodziło ją tylko jedno pytanie: Skąd miała tyle złota? Rodzice jej zostawili? Tu nasuwało się jeszcze jedno pytanie: Czy jej rodzice byli czarodziejami?
- Od razu wszystkiego nie musisz brać - powiedział Snape. - Możemy wymienić parę monet na mugolskie pieniądze.
Madeleine skinęła głową i zaczęła zbierać trochę pieniędzy do sakiewki.
Skrytka Lucjusza znajdowała się trzy skrytki dalej, nosiła numer siedemset siedemdziesiąt cztery. Tak jak skrytka Madeleine, skrytka pana Malfoya była bogata w wielkie stosy złota.
Kwadrans później wyszli z banku na ulicę, mrużąc oczy w słońcu. Od razu podbiegła do nich Narcyza z Draconem.
- Szybko wam się zeszło - zauważyła.
- Nie było kolejek. Może wybierzemy się do 'Madame Malkin' - zaproponował Severus. - Później możemy wstąpić po kufer i do księgarni. Na końcu wstąpimy do apteki z Lucjuszem to kupimy Madeleine i Draconowi potrzebne ingrediencje. Ty Narcyzo przejdziesz się do Ollivandera. Nie potrzeba iść całą gromadą.
Po rozdzieleniu 'obowiązków' w piątkę ruszyli do 'Madame Malkin - szaty na każdą okazję'. Snape i Lucjusz pogrążyli się w rozmowie, a Narcyza zaczęła rozmawiać z Madeleine.
Madame Malkin była przysadzistą kobietą w ciemnoróżowej szacie. W jednej ręce trzymała różdżkę, a w lewej centymetr. Miała tendencję do zdrabniania poszczególnych słów, co bardzo drażniło Madeleine. Na słowo ''stołeczek'' lub tego typu zdrobnione słowo Madeleine i Draconowi zbierało się na wymioty. Sklep był duży, obsługiwany przez trzy osoby: madame Malkin i dwie jej pomocnice. Na środku sklepu stały trzy stołki, na które Draco i Madeleine weszli. Trzecie było zajęte przez chłopca w okularach, który już praktycznie schodził ze stołka.
- Hogwart? - zapytała ich madame Malkin. - Ostatnio często was mnie odwiedza. Jakieś pięć minut temu wyszli ode mnie bliźniacy, którzy tam się wybierają.
- To na pewno Martinowie - powiedziała Narcyza do swojego syna z lekkim uśmiechem. - Musieliśmy się minąć. Veronica wspominała mi, że też wybiera się na Pokątną.
Po obejściu wszystkich sklepów została tylko różdżka. Severus i Lucjusz poszli do apteki, a Narcyza z resztą do pana Ollivandera. Draco marudził, że chciałby nową miotłę, a z tego, co chłopak powiedział, Madeleine wie, że ma jakąś bardzo wolną.
Z daleka był widoczny złoty napis na brązowym tle:, OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD, 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ. Na zakurzonej, wyblakłej poduszce na wystawię leżała jedna jedyna różdżka.
Kiedy przekroczyli próg sklepu, przed nimi wyrósł staruszek o wielkich mądrych oczach i bardzo siwych, prawie srebrnych włosach.
- Dobry wieczór - powiedział cicho. - Panienka Halliwell i panicz Malfoy. Wiedziałem, że dzisiaj zawitam was w moim sklepie. Pani Narcyza Malfoy jak mniemam? - spojrzał na kobietę. - Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak pani przyszła do mnie razem z panią Gaunt po swoja pierwsza różdżkę. Tak...
Skierował się w stronę sklepu i zniknął za półkami, na których stały pudełka z różdżkami. Wziął dwa pudełka, otworzył je i porównał. Dał w końcu Madeleine i Draconowi jedną. - Proszę spróbować ręką mocy.
- Ręką mocy? Jestem leworęczna jak i praworęczna - wyznała Madeleine. Draco spojrzał się na nią dziwnie.
Pan Ollivander mruknął coś do siebie niezrozumiałego, co brzmiało: ''No tak, zapomniałem...''
- Spróbuj raz lewą, a raz prawą. Zapewnie przyjmie obydwie, ale która ręką będziesz używała różdżki, to zależy od przyzwyczajenia.
Madeleine machnęła lekko różdżką. Za jej śladem poszedł, Draco. Dwa szklane wazony zostały zbite na tysiące małych kawałeczków. Pan Ollivander spojrzał na nich i na zbite wazony i pokręcił głową.
- Nic się na stało - wyrwał im z rąk różdżki i wyciągnął następne. Jednak te też okazały się nieodpowiednie. Tak samo następne, następne i jeszcze kolejne. Dla Dracona w końcu najlepsza była różdżka wykonana z głogu, włosa jednorożca, dziesięć cali, giętka. Zanim Madeleine odnalazła swoją różdżkę, musiała sprawdzić aż dwadzieścia cztery różdżki.
- Czarny bez, włos jednorożca i dokładnie jedenaście cali, bardzo duża moc, giętka - odchrząknął i dodał szpetem: - Jak powiadają Różdżka z czarnego bzu szczęścia nie przyniesie, wcale nie trzeba się tym tak bardzo zamartwiać. Twoja różdżka, panno Halliwell, będzie ci dobrze służyła.
- Może chcecie kupić sobie jakieś zwierzątko? - zaproponowała Narcyza. Pani Claudy nie byłaby zadowolona z kota, ale jak Aneta Moore ma królika, a Alfred Thomp trzyma chomika, to jej też nie zabroni kupić kota.
- Nooo... Ja chciałbym kupić sobie kota - powiedziała Madeleine.
- To pójdziemy do Eeylopa. Severusa i Lucjusza jeszcze nigdzie nie widać, więc możemy iść - rozejrzała się. - Możemy spokojnie iść. Znajdą nas.
Ruszyli do Eeylopy. Był to duży sklep ze zwierzętami. Były do kupienia różnego gatunku sowy, ropuchy, koty, szczury, jaszczurki (tylko dwie), węgorze, złote rybki... Madeleine od razu wpadł w ręce -dosłownie- czarny kot. Spojrzał na nią swoimi dużymi oczyma, wbijając swoje ostre pazury w jej ręce.
- Cezar - krzyknęła młoda kobieta. - Zawsze psoci. Dobrze, że to jeszcze kociątko. Bardzo przepraszam...
- Ależ nie ma, za co - uśmiechnęła się Madeleine. - Ile kosztuje Cezar?
Sama nie wiedziała dlaczego o to zapytała, ale nie cofnęła.
- Masz zamiar go kupić?- zapytała z wyczuwalnym zdziwieniem rudowłosa. - Dwanaście sykli i dwa knuty, jak dla ciebie.
Madeleine wygrzebała z kieszeni pieniądze i wręczyła je sprzedawczyni. Nawet nie spojrzała na to ile wyjęła, ale prawdopodobnie suma się zgadzała, bo kobieta przyjęła zapłatę. Kiedy Madeleine przyglądała się swojemu nowemu zwierzątku, Narcyza w tym czasie kupiła synowi małą sowę, syczek.
Jak wrócili z Pokątnej zapadł już wieczór. Po teleportacji łącznej - jak to nazwał profesor Snape - Madeleine zakręciło się lekko w głowie. Snape powiedział, że trzeba się do tego przyzwyczaić i mówiąc: ''Do zobaczenia w Hogwarcie'' obrócił się dookoła i rozpłynął się w powietrzu.
Przez chwilę stała nieruchomo wpatrując się w miejsce, w którym zniknął mężczyzna, jakby sobie coś ważnego przypomniała. Otworzyła usta lecz zamknęła je i łapiąc torby z zakupami pomaszerowała do sierocińca.

Chłopak spojrzał w okno przez które sączyło się słabe światło. Zatrzymał się przed wejściem na dziedziniec, zacisnął palce na grubych prętach bramy i oparł o nie czoło. Po chwili postąpił kroku jakby przeszkody wcale przed nim nie było i przeszedł przez nią. Upewniwszy się, że na zewnątrz nie ma nikogo, ostrożnie przemknął się przez podwórka na drugą stronę budynku. Wtedy przykucnął, by podnieść niewielki kamień z trawy, spoglądając w górę znalazł odpowiednie okno i wycelował w nie rzucając kamieniem. Kamień uderzył w szybę dokładnie w te okno, w które został on wymierzony.
Cezar podniósł główkę, jedno ucho mu zadrgało. Spojrzał żywymi oczami w okno, wzrok Madeleine również w tę stronę poszybował. Dziewczyna wygrywając walkę z nieznośnym suwakiem torby, wstała z podłogi i podbiegła do okna. Odsłoniła ciemne zasłony, otworzyła okno i wychyliła się.
- Co ty tu robisz? – syknęła Madeleine dostatecznie głośno, by chłopak ją usłyszał.
- Przyszedłem po ciebie – uśmiechnął się.
- Jak mnie Chuldy nakryje to już koniec – zerknęła niespokojnie za siebie. – Ostatniego wybryku mi ni darowała.
- A od kiedy ty się ją przejmujesz? – zapytał z kpiną i podszedł do budynku. Złapał za sznur zwisający z góry i zaczął się wspinać.
- Chory jesteś? - dziewczyna prawie krzyknęła. Odbiegła od okna tyłem i szybko schowała kufer do którego zapakowała wszystkie nabyte rzeczy na Pokątnej i wsunęła go pod łóżko. Cezar obserwował każdy jej ruch.
- Chyba jednak chory – przyznał chłopak już stojący przed nią. – Jeżeli nie chcesz iść z własnej woli to wezmę cię siłą.
Chłopak nosił imię Patryk. Miał czarne włosy, trójkątną twarz, na której często gościł uśmiech, granatowe oczy i bardzo wielkie poczucie humoru. Zazwyczaj to on był duszą towarzystwa. Wzrostem przerastał blondynkę o głowę, dzieliła ich różnica trzech lat. Czasami Madeleine rozmyślała nad tym dlaczego wszyscy z jej towarzystwa są od niej o trzy bądź dwa lata starsi. Prócz Marca, bo on akurat był w tym samym wieku co ona, i Harry też, i banda Dudleya, choć z Dudleyem nie przyjaźniła się.
- Nie wygłupiaj się – jęknęła Madeleine mierząc Patryka wzrokiem. – Jak powiesz gdzie chcesz mnie zabrać to pójdę.
Było to najwidoczniej trudne pytanie. Patryk zatrzymał się i spojrzał na koleżankę z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, pochylił się nad blondynką i szepnął jej do ucha:
- Pójdziesz to zobaczyć.
Madeleine spojrzawszy na Cezara wpatrującego się teraz w parę, kiwnęła głową. Patryk skierował się w stronę okna, Madeleine za nim. Jednak, gdy już stanęli przy nim Patryk odwrócił się błyskawicznie w jej stronę.
- Od kiedy masz kota?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową z uśmiechem i wskazała brodą, by Patryk w końcu zszedł na dół. Kiedy znaleźli się na dole szybko schowali się w krzaki i po prętach ogrodzenia wspięli się na górę i zeskoczyli po drugiej stronie. Tym razem brunet nie wykonał swojej sztuczki z przenikaniem.
Ruszyli wzdłuż Stone Street aż do Little Whinging.
...
Przez następny miesiąc Madeleine nie wychodziła ze swojego pokoju. Cały czas wertowała i czytała podręczniki nabyte na Pokątnej i ćwiczyła zaklęcia, oraz próbowała coś transmutować, co jej nawet wychodziło. Co do Cezara pani Kent i pani Chuldy oraz pozostałe pracownice Domu Dziecka nie były zadowolone, ale zgodziły się na kota pod warunkiem, że nie będzie zbliżał się do pokojówki Sary. Z tego, co Madeleine wiadomo, jest ona uczulona na kocią sierść. Poza tym Cezar nie rozrabiał dużo, przeważnie siedział na ramieniu właścicielki i zdawał się czytać książki, które ona czytała, co wyglądało dość dziwnie.
Pierwszego września przed dziesiątą Madeleine jeszcze raz sprawdziła, czy wszystko spakowała i zamykając drzwi swojego pokoju z Cezarem na ramieniu, wyszła na korytarz. Miała szczęście, że pani Chuldy jedzie jeszcze z dwoma dzieciakami do King's Cross, bo inaczej by jej nie zabrała.
Rozdzielili się na miejscu. Pani Chuldy poszła z dwójką dzieciaków na peron piąty, a Madeleine ruszyła w kierunku peronu dziewiątego. Z tego, co pamiętała, a pamięć miała dobrą, był to peron dziewiąty i trzy czwarte. Według 'instrukcji' miała przejść przez barierkę pomiędzy peronem dziewiątym i dziesiątym, tak, by nie zauważył to żaden z nie magicznych ludzi. Skierowała się w stronę jednej z najbliższych barierek dzielącą dziewiąty i dziesiąty peron.
No cóż – pomyślała wzruszając ramionami i ruszyła prosto na nią. Trzy kroki przed zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, znalazła się w całkiem innym miejscu. Nad głowami ludzi unosiła się para buchająca z parowozu, a pod nogami latały koty, hukały sowy. W ogóle tu było głośno i tłoczno. Sama nie wiedziała dlaczego, ale jej wzrok powędrował na barierkę przez którą przed chwilą przeszła. Wynurzyli się z niej trzej rudowłosych chłopców, jeden po drugim, dwaj ostatni byli bliźniakami.
- Madeleine - krzyknął ktoś do niej a ona odwróciła głowę w tą stronę. Był to Draco Malfoy. Machnął do niej żeby do niego podeszła. Już skierowała wózek w jego stronę jak nagle coś ją uderzyło w klatkę piersiową.. Upadła na ziemię przygnieciona czymś ciężkim. Był to chłopak w czarnej czapce.
- Zejdź... ze... mnie - wysapała i zwaliła go z siebie. - Uważaj jak chodzisz, idioto!
- Przepraszam. Jejku, ale wybuchowa - powiedział chłopak masując sobie czoło. - To ty się wpakowałaś z wózkiem prosto na mnie.
- To, jakim cudem ty leżałeś na mnie, a nie odwrotnie - warknęła wyzywająco Madeleine i z pomocą chłopaka wstała. Spojrzała na drugiego chłopaka wyglądającego identycznie, jak ten, co na nią upadł. Poprawiła też czarną czapkę na swojej głowie i spojrzała na obu dziwnie. - Widzę podwójnie czy co?
Obaj zaśmiali się. Cezar ponownie wskoczył na ramię właścicielki patrząc jakby z wyrzutem na chłopców.
- To jest mój brat bliźniak - powiedział ten pierwszy. - Zack Martin, jestem. To mój brat to Cody.
- Umiem się przedstawić, Zack - odezwał się Cody z wyciągnięto ręką do dziewczyny. - Cody Martin. Pierwszy rok, prawda?
- Tak. Madeleine Halliwell.
Sekundę później podszedł do nich Draco. Minę miał nietęgą, ale uśmiechnął się blado na widok bliźniaków.
- Cześć - przywitał ich. - Znacie już Maddie? - zapytał pytaniem retorycznym. - Jak już tu jesteśmy to może wejdziemy do przedziału. Blaise zajął nam wolny.
Madeleine nie była pewna, czy to było do niej, ale jak bliźniacy zgodziła się. Po drodze spotkali dwóch przyjaciół Dracona. Bardziej wyglądali jak jego goryle. Obaj byli otyli, z groźnymi minami i wielkim apetytem. Przywitali się z Draconem, bliźniakami i Madeleine, jak im ją przedstawił blady chłopak, uściskiem dłoni. W pociągu spotkali owego Blaise’a, który jak powiedział Draco, zajął im przedział. Znajdował się niemalże na końcu pociągu.
Cody, Draco, Vincent i Gregory (jak się nazywali goryle Dracona: Vincent Crabbe i Gregory Goyle ten niższy) znali się z czarnoskórym.
- Blaise Zabini - przedstawił się nieznajomy. - Ty to Madeleine Halliwell? Draco wspominał.
Kiedy skinęła głową, chłopak uśmiechając się do niej wyszedł zniknął z przedziału.
Zdawałoby się to nierealne, ale na niewielką półkę udało im się wcisnąć sześć szkolnych kufrów i dwie klatki z sowami, chociaż one by tam się nie zmieściły. Madeleine uznała, że spowodowane jest to skutkiem jakichś czarów i usiadłszy przy oknie koło Zacka i Cody’ego oraz naprzeciwko Dracona poczuła na sonie wzrok tego ostatniego. Nic jednak nie powiedziała wpatrując się w okno a tak dokładnie we dwie kobiety. Jedną poznała od razu; Narcyza Malfoy, matka Dracona, kobieta jej towarzysząca nie była Madeleine znana z imienia, lecz wydawała się być bardzo podobna do kogoś. Miała ona krótki, ciemne włosy, pół okrągłą twarz, zielone bądź niebieskie oczy, choć tutaj blondynka zdała się na przeczucie, i długą szyję, która starała się eksponować. Naprzeciwko kobiet stał również Madeleine nieznany chłopak. Nie widziała jego twarzy, bo stał odwrócony do pociągu plecami. Gestykulował rekami jakby tłumaczył coś ciemnowłosej lub tłumaczył się przed nią.
Po usłyszeniu gwizdu oznajmiającego, że pociąg zaraz odjeżdża, chłopak pożegnał się i biorąc od kobiety śnieżnobiałe zwierze, wskoczył na dwa stopnie pociągu zanim ten ruszył. Wtedy Madeleine odwróciła się do kolegów, po paru sekundach drzwi rozsunęły się. Stanął w nich owy chłopak z perony.
Pociąg powoli zaczął ruszać. Wjechał do ciemnego tunelu, a gdy wyjechał z niego, za oknami pojawiły się piękne widoki gór, jezioro połyskujące w słońcu i lasy. Madeleine nie mogła uwierzyć, że zostawia przeszłość za sobą. Nie wiedziała, dokąd zmierza, ale była pewna, że jedzie do lepszego miejsca, niż sierociniec.
- Kota się pilnuje, bracie – wyciągnął rękę do Zacka, na której trzymał kotkę. Zwierze od razu zeskoczyło na kolana właściciela. – Jak będziesz miał dziewczynę to będziesz ją pilnował.
- Lub ona jego – szepnął Cody i Draco równocześnie.
- A jeśli już mowa o dziewczynach to, kim jest ta piękna panienka spod okienka?
- Madeleine Halliwell. Roudie Martin – przedstawił Zack.
Roudie zrobił zdziwioną minę, ale błyskawicznie zmienił ją na uśmiech. Uścisnął nowej dłoń i puszczając oczko do braci wyszedł.
- Wy i te wasze deskorolki - westchnął Draco, wzruszając ramionami. - Nie wiem, co wy w niej widzicie.
- Jeździcie na deskorolce? - zapytała nagle Madeleine Zacka i Cody'ego.
- To nasz sposób na życie.
- U nich to rodzinne. Brat deskorolka, rodzice deskorolka... - dodał Draco z przekąsem. - Nie licząc muzyki i dowcipów.
- Ja po prostu kocham dobry hip-hop, taniec i jazdę na deskorolce - wyznała Madeleine czując, że znalazła pokrewne dusze. - Byliście w Wiltshire na zawodach?
- My mieszkamy w Wilshire - odpowiedział za nich Draco. - Mój dwór znajduje się naprzeciwko dworu Martinów.
- No nie aż tak naprzeciwko - sprostował Cody. - Jest kawałek do przejścia.
- To stąd się znacie? - zagadnęła blondynka.
- Nasze mamy się znają - odpowiedział Cody. - Sześć przyjaciółek. Imienniczka nosi ich imiona.
Zack, Cody, Draco, a nawet Blaise uśmiechnęli się do Madeleine.
- O co chodzi? - zapytała dziewczyna. - I co to jest ta cała Imienniczka?
- To proste pytanie - zamyślił się Zack. - Ty!
Madeleine zrobiła głupią minę. O jaka Imienniczkę im chodziło. Czy to przezwisko czarodzieja, który nie wiedział, że nim jest czy co?
- Ja? - wskazała na siebie. - Nie wciskajcie mi tu kitu, proszę.
- Twoja matka była Imienniczką, tak jak twoja babcia, prababcia i praprababcia i...
- Okey, okey, kapuję - przerwała Zacku Madeleine. - Dlaczego ja? Co to jest Imienniczka?
Wszyscy, oprócz Vincenta i Gregory'ego zaczęli jej wyjaśniać. Oni niewiele wiedzieli o Imienniczkach, ale powiedzieli, co wiedzieli. A wiedzieli tyle, co nic. Mówili, że Imienniczka posiada siedem imion - wiadome, że posiada jakieś imiona, bo przecież jest Imienniczką - Imienniczki od urodzenia są animagami, są bystre, sprytne i zwinne, znają każdy język - To, dlatego rozmawiałam ze zwierzętami. Madeleine jakoś nie chciała w to wierzyć, ale wszystkie informacje się zgadzały. Szybko rozwiązywała najtrudniejszy rebus czy zagadkę zadaną na lekcji, szybko reagowała na jakiekolwiek zadane pytanie, no i nie pomijając tych języków... Zapamiętywała najdrobniejsze szczegóły rozmowy, książek czy filmów, na lekcji wychowania fizycznego była najlepsza w bieganiu, gimnastyce i tańcu. Tak, Madeleine potrafiła pięknie tańczyć. Nie walca, nie tango, lecz breakdance.
Nikt nie zauważył, jak zapaliły się światła, a za oknem zapadł wieczór. Dopiero jak z głośnika dobiegł głos konduktora o tym, żeby przebrali się w szkolne szaty przerwali na moment dyskusję i szybko ubrali się w szkolne stroje.
Po paru minutach pociąg się zatrzymał. Zdjęli z półki kufry i wyszli na korytarz. Vincent wyszedł pierwszy, torując drogę innym, by Draco, Blaise, Zack, Cody i Madeleine mogli wyjść, a Gregory wyszedł za nimi. Od razu, gdy wyszli na zewnątrz, uderzył ich w twarz zapach sosen.
- Wszyscy zostawiają kufry przed pociągiem - krzyczał jeden z prefektów przez tłum uczniów. - Zostaną one bezpiecznie zabrane do Hogwartu!
Za jego poradą Madeleine i reszta zostawili kufry. Cezar niechętnie zeskoczył z ramienia właścicielki i wszedł posłusznie do transporterka.

Wielka Sala była wielkim niezwykłym pomieszczeniem. Cztery długie stoły ciągnęły się do stołu nauczycielskiego. Sala była oświetlona przez setki lewitujących białych świec unoszących się nad stołami. Madeleine spojrzała w górę. Zamiast zwykłego sklepienia było widać bezchmurne, gwieździste niebo.
- Sprytna jak wąż, inteligentna jak kruk, odważna jak lew… Hmm… Do Hufflepuffu cię nie przydzielę, bo tam te zdolności mogłyby się zmarnować…- Chwila ciszy - Co ja mam z tobą zrobić? Waham się jednak przy Slytherinie i Ravenclawie. Gdzie byś wolała?
- Ravenclaw brzmi fajnie, a Slytherin kojarzy mi się... ale chwila, chwila. Ja z tobą rozmawiam?
- Tak, panno Halliwell. Jak już wcześniej powiedziałam, że pasujesz do każdego domu. Gdzie by cię tu przydzielić? Przydzieliłabym cię do Slytherinu...
- Dlaczego? - zapytała nagle Madeleine.
- Masz charakter swojej matki. Twoja matka była w Slytherinie, tak jak reszta twojej rodziny i twoje Imienniczki. Prócz jednej, ta ostatnia była Gryfonką
- Moi rodzice byli w Slytherinie?
- Tak. Byli zdolnymi uczniami. Ze Slytherinu wychodziło wiele magów, strasznych, ale wielkich.
- Słyszałam, że do Slytherinu dostają się osoby z ''czystą'' krwią.
- Masz rację. Slytherin przyjmował tylko dzieci z ''czystą'' krwią. Widzę, że masz wątpliwości, co do Slytherinu. Dlaczego?
- Nie mam ''czystej'' krwi.
- Ależ masz. Twoja rodzina szczyci się czystością krwi. - Madeleine uśmiechnęła się w duchu. - SLYTHERIN!
Madeleine szybko zdjęła Tiarę Przydziału z głowy. Położyła ją delikatnie na stołku i popatrzyła na nią przez chwile, po czym podeszła do klaszczącego stołu.
Zack i Cody Martin też trafili do Slytherinu. Draco dumny podszedł do stołu Ślizgonów, gdy tiara tylko musnęła głowę chłopca. Kiedy wyczytywali Potter, Harry, Madeleine była zdziwiona, że on też jest czarodziejem. Harry trafił do Gryffindoru. Stół Ślizgonów i Gryfonów były położone naprzeciwko siebie. Nowa Ślizgonka nie miała problemu z zaczepieniem kolegi.
- Madeleine? - zapytał zaskoczony. - Co tu robisz?
- Nie wiedziałam, że jesteś czarodziejem - powiedziała Madeleine. - Dowiedziałam się w urodziny. Severus Snape po mnie przyszedł.
Gryfon spojrzał się w stronę stołu nauczycielskiego spoglądając, na Severusa Snape'a. Nagle złapał się za bliznę.
- Nic ci nie jest? - zapytała Ślizgonka.
- Nic - odpowiedział czarnowłosy chłopiec. - Ja też dowiedziałem się w urodziny. Przyszedł do mnie Hagrid. Tam siedzi - wskazał głową na wielkiego pół olbrzyma siedzącego przy stole nauczycielskim. Madeleine i Harry pomachali mu, a on im odmachał. - Fajny facet.
Madeleine uśmiechnęła się i odwróciła do stołu. Draco i Blaise spoglądali na nią dziwnie.
- Znasz Pottera? - zapytał ten drugi. - Znasz Pottera?
- Przyjaźnimy się - odparła Madeleine, nakładając sobie porcję lodów czekoladowych. - A co?
- Tak po prostu pytam - wzruszył ramionami Blaise. - On zadaje się z tą szumowiną Weasleyem.
Madeleine popatrzyła na Blaisa groźnie. Zatrzymała rękę z łyżką w środku drogi do ust. Wyprostowała się i powiedziała:
- Nie oceniaj ludzi po okładce - parsknęła. - Może i jest, jak ty to nazwałeś szumowiną, ale może się okazać najlepszym kompanem, jakiego możesz mieć.
Spojrzała na Zacka i Cody'ego. Przypomniała się jej sytuacja z Marckiem. Zanim poznała go, myślała, że to dureń, ale później okazał się jej najlepszym przyjacielem. Miała warunki, a jeden to: ''Nie znasz, nie oceniaj''.
Dumbledore ponownie powstał, jak po przydzieleniu pierwszorocznych do domów i powiedział:
- Zanim prefekci swoich domów zaprowadzą was do dormitoriów, chciałbym przypomnieć parę spraw. Sezon quidditcha rozpoczyna się w pierwszą sobotę października, a rozpoczynają go Gryfoni i Krukoni. Musicie wiedzieć, że wstęp do Zakazanego Lasu jest zabroniony, co powinni wiedzieć i uczniowie ze starszych klas. Wstęp na trzecie Pietro, korytarz po prawej stronie, jest zakazany. A teraz dobranoc.
Szła kamienną drogą. Było ciemno, na atramentowym niebie jaśniał blady, duży księżyc, noc była bezgwiezdna. Nie przerażały ją cienie rzucane przez ostre gałęzie drzew, wręcz przeciwnie, wskazywały jej drogę i podnosiły na Duchu. Skręciła w lewo wchodząc na łąkę. Bezszelestnie przeszła przez krzaki. Czarny kot z białymi oczami schował się w złote żyto.
Szatynka klękła na trawie przed samotną różą. Dotknęła delikatnie jej czerwonych płatków.

W lustrze zamiast swojego odbicia zobaczyła zapłakaną twarz dziewczyny. Musiała być w jej wieku, musiała. Kasztanowe, lekko kręcone włosy opadały jej na ramiona, czarne, smutne oczy patrzyły prosto w jej z taką intensywnością, że Madeleine zrobiło się strasznie niedobrze. Czuła myśli i palące uczucia dziewczyny. Wiedziała z pewnością jak miała na imię, lecz w tej chwili przypomnieć sobie tego nie mogła.
Dziewczyna z lustrzanego odbicia odwróciła się plecami do gładkiej powierzchni widzącego przedmiotu. Schyliła się po książkę, która wypadła jej wcześniej z rąk. Spojrzała ze zmrużonymi oczami na okładkę książki, na chłopca na miotle, który próbował złapać złotą, skrzydlatą piłeczkę.

***

[ 1115 komentarze ]


   

| Script by Alex

 





  
Kolonie Harry Potter:
Kolonie Travelkids
  
Konkursy-archiwum

  

ŻONGLER
KSIĘGA HOGWARTU

Nasza strona JK Rowling
Nowości na stronie JKR!

Związek Krytyków ...!
Pamiętnik Miesiąca!
Konkurs ZKP

PAMIĘTNIKI : KANON


Albus Severus Potter
Nowa Księga Huncwotów
Lily i James Potter
Nowa Księga Huncwotów
Pamiętnik W. Kruma!
Pamiętnik R. Lupina!
Pamiętnik N. Tonks!
Elizabeth Rosemond

Pamiętnik Bellatrix Black
Pamiętnik Freda i Georga
Pamiętnik Hannah Abbott
Pamiętnik Harrego!
James Potter Junior!
Pamiętnik Lily Potter!
Pamiętnik Voldemorta
Pamiętnik Malfoy'a!
Lucius Malfoy
Pamiętnik Luny!
Pamiętnik Padmy Patil
Pamiętnik Petunii Ewans!
Pamiętnik Hagrida!
Pamiętnik Romildy Vane
Syriusz Black'a!
Pamiętnik Toma Riddle'a
Pamiętnik Lavender

PAMIĘTNIKI : FIKCJA

Aurora Silverstone
Mary Ann Lupin!
Elizabeth Lastrange
Nowa Julia Darkness!

Joanne Carter (Black)
Pamiętnik Laury Diggory
Pamiętnik Marty Pears
Madeleine Halliwell
Roxanne Weasley
Pamiętnik Wiktorii Fynn
Pamiętnik Dorcas Burska
Natasha Potter
Pamiętnik Jasminy!

INKUBATOR
Alicja Spinnet!
Pamiętnik J. Pottera
Cedrik Diggory
Pamiętnik Sarah Potter
Valerie & Charlotte
Pamiętnik Leiry Sanford
Neville Longbottom
Pamiętnik Fleur
Pamiętnik Cho
Pamiętnik Rona!

Pamiętniki do przejęcia

Pamiętniki archiwalne

  

CIEKAWE DZIAŁY
(Niektóre do przejęcia!)
>>Księgi Magii<<
Bestiarium HP!
Biografie HP!
Madame Malkin
W.E.S.Z.
Wmigurok
OPCM
Artykuły o HP
Chatka Hagrida!
Plotki z kuchni Hogwartu
Lekcje transmutacji
Lekcje: eliksiry
Kącik Cedrica
Nasze Gadżety
Poznaj sw�j HOROSKOP!
Zakon Feniksa


  
Co sądzisz o o zakończeniu sagi?
Rewelacyjne, jestem zachwycony/a!
Dobre, ale bez zachwytu
Średnie, mogłoby być lepsze
Kiepskie, bez wyrazu
Beznadziejne- nie dało się czytać!
  

 
© General Informatics - Wszystkie prawa zastrzeżone
linki