Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamietnik Remusa Lupina!
Pamiętnikiem opiekuje się Syrcia
Do 20 marca 2009r pamiętnikiem opiekowała się K@si@@@
Do 07.07.08 pamiętnik prowadził Nowicjusz Magii
Do grudnia 2007 pamiętnik prowadziłą The Halfblood Princess

  24. Wpis dwudziesty czwarty.
Dodał Remus Lupin Wtorek, 02 Marca, 2010, 23:00

Pisana przy czterech piosenkach;
The Jackson 5: "Dancing Machine" oraz 'ABC".
Michael Jackson: "Dirty Diana" i 'Billy Jean".
Dedykowana Doo.:D



Znów była pełnia. Oczywiście, znowu nakłamałem chłopakom, że niby na badania. Tylko dlatego, że znowu zemdlałem. Zaciągnęli mnie do skrzydła szpitalnego. Ta stażystka coś mówiła o badaniach krwi, czy coś... Powiedziałem im też, że pewnie w styczniu trzeba je będzie powtórzyć, bo już kiedyś tak miałem. Uwierzyli. Czyli kłamstewko na nowy rok mam już z głowy. I dobrze... No nic, nakłamię się w starym.
Ciekawe, czy zauważyli zbieżność moich zniknięć? Poza Syriuszem, ale o tym za chwilę. Pewnie nie, zniknąłem dopiero trzy razy. W grudniu wypada między sylwestrem a gwiazdką. Wracam do domu... Nie zostawię mamy samej na święta.
Zbliża się koniec listopada. Jest już naprawdę zimno, zamarznięta trawa chrzęści pod stopami, kiedy idziemy na zielarstwo. Wiatr mocno wieje, targając włosami i ubraniami. Zastanawiałem się, czy ich nie obciąć. Ostatecznie stwierdziłem, że mi szkoda. Trochę je mimo wszystko zapuszczałem... Bitą godzinę siedziałem w wieży na kibelku przed lustrem, głaszcząc je mimowolnie. Oczywiście były rozpuszczone, położone z przodu na ramionach. Nie ma mowy, żebym je obciął, a fe!
Odnośnie Syriego... Cóż. Pełnia była przedwczoraj. A Syri dowiedział się wczoraj, zupełnie przez przypadek. To było tak:

W okolicach godziny osiemnastej, kiedy już dosłownie padałem na twarz i opierałem się na rzęsach przy stoliku w pokoju wspólnym, stwierdziłem głośno, że chce mi się spać. James i ten Peter przyjęli to głośnym aplauzem na stojąco (Syriusz jeszcze wskoczył na stolik i zachęcał do braw resztę uczniów), że taki szybki jestem. Podziękowałem im na pewno uroczym uśmiechem bladozielonego chłopca i zacząłem zbierać ze stołu swoje szpargały. Obiecałem sobie przy tym w myślach, że jak tylko będę w dormitorium, to kopnę ten tobół w kąt i pójdę wziąć gorący prysznic. W zasadzie wyjścia nie miałem, musiałem sobie oczyścić te durne rozcięcia i zmienić opatrunki. Zagadką wtedy dla mnie pozostawało, jak poradzę sobie z tymi sznytami z pleców. Stwierdziłem proroczo, że jakoś to będzie i pożegnałem się z chłopakami. Wolnym krokiem poszedłem na górę, wchodząc kroczek po kroczku i stopień po stopniu. Łah, nachodziłem się, nasze dormitorium jest najwyżej. Ciekawe, czy pomysł Jamesa jest bolesny... Wymyślił bowiem zjazd do salonu w kufrze. Musimy go przy najbliższej okazji wypróbować, nie ma to tamto.
Zatrzasnąwszy za sobą drzwi, rzuciłem torbą przez cały pokój. Prezentem było to, że był w niej kałamarz... Stwierdzając, że jedyne, czego chcę, pragnę i pożądam, to długa kąpiel i słodki zapach owocowego żelu pod prysznic, machnąłem ręką na rozlewający mi się po książkach atrament.
Posuwistym krokiem więc udałem się do toalety, uprzednio targając tam gramofon. Moja mama jest kochana! Przysłała mi go razem z płytą The Jackson 5. Nie wiem, co bym bez niej zrobił...
Zamknąłem się więc w łazience, nastawiając głośno kochaną płytkę. Odkręciłem jeszcze kurek z gorącą wodą, chcąc trochę naparować w łazience, kiedy będę się rozbierał. Lubię tak, nie moja wina.
Wsunąłem się do kabiny, odkręcając nieco chłodniejszej wody. Tak, żeby się nie poparzyć... Odsunąłem się od ściany na wyciągnięcie ramion, spuszczając głowę. Patrzyłem na spływające po mnie stróżki krwi, krzywiąc się. Bolało... Całą swą uwagę skupiłem na krwistych kwiatkach, powstałych w brodziku kabiny. Nawet pomagało, bo przyciągały wzrok ciągłymi zmianami kształtu. Nie zmieniało to jednak faktu, że w przerwie między piosenkami wyraźnie usłyszałem,że chłopcy wpadają do dormitorium. Sądząc po wrzaskach, James i Syriusz. Pewnie znowu walczą na poduszki...
Parsknąłem, słysząc krzyk Blacka: "Ty to nawet nie wiesz, kiedy cię z dupy wydobyto!".
Odpowiedź zagłuszył początek piosenki "Dancing Machine".

Taniec, taniec, taniec
Ona jest tańczącą maszyną
Ach, dziecinka
Rusz to dziecko
Automatyczny, Systematyczny
Pełń koloru jaźń zawarła
Melodia, ten cień do twoich atmosfer
Urokliwy, Inspirujący


Ułatwiło mi to bardzo ten nieszczęsny prysznic, bo nie było słychać jak syczę czy pojękuję. Strasznie piekło...
Kiedy w końcu me rozcięcia łaskawie przestały krwawić, mogłem powoli zacząć się kąpać. Wylałem na gąbkę trochę mazi o mocnej, truskawkowej woni i podstawiłem ją pod prysznic. Zgiąłem kilka razy palce, tworząc pachnącą pianę.
"Dancing Machine" zmieniło się w niemal ubóstwiane przeze mnie "ABC". Uwielbiam głos tego małego Michaela, jest świetny.
Spłukałem pianę z włosów i ciała. Stałem jeszcze chwilę, pozwalając, by ta bardzo, ale to bardzo ciepła woda po mnie spływała. Odchyliłem głowę do tyłu, wystawiając twarz do słuchawy prysznica. Odsunąłem kotary, chłodne powietrze buchnęło mi w twarz, jednocześnie obejmując mnie za plecy i kręcąc się w okolicach kolan i kostek. No nic...
Przyglądałem się chwilę kłębiącej się w łazience parze.
Sięgnąłem po szkarłatny, puchaty ręcznik. No, to teraz zacznie się jazz, pomyślałem. Podszedłem do lustra. Wykrzywiłem mordkę w grymasie obrzydzenia, patrząc na dużą, brzydką bliznę po ugryzieniu. Owszem, lewe ramię. I do tego kolekcja siniaków, zadrapań i kilka naprawdę dużych rozcięć. Westchnąłem ciężko. Jestem po prostu tragiczny!
Ostrożnie zacząłem się suszyć, starając nie dotykać tych większych szram. Nie miałem najmniejszej ochoty czuć w nich włókien ręcznika.
Kiedy byłem już względnie suchy, w tle leciała ostatnia piosenka z płyty, a ja delikatnie smarowałem sobie maścią z dyptamem rozwalone lewe udo - siedziałem przy tym na brzegu wanny - to rozległ się huk otwieranych drzwi i wpadł Syriusz z różdżką.
- Wybacz! - krzyknął, zatrzaskując je za sobą. - Colloportus!
Niedawno nauczyliśmy się tego czaru na zaklęciach.
Pudełko dyptamu potoczyło się po posadzce, kiedy zakryłem się w panice ręcznikiem. Nie miało to nic wspólnego z nagością - miałem przecież bokserki - o ile bardziej z tymi wszystkimi "ozdobami". Black odwrócił się do mnie przodem, ciężko dysząc.
- Wybacz, schowam się tu na chwi...
Zamilkł, wytrzeszczając na mnie oczy. Konkretniej na moją nogę. No tak. Ta durna krew.
Przełknąłem głośno ślinę, trzymając ręcznik przy podbródku i gapiąc się na niego równie małymi oczami, jak on na mnie. Prawie mi z oczodołów wypadły...
- Co ty...?!
- Nastaw płytę! Proszę - szepnąłem. Bez protestów przesunął igłę gdzieś na środek. "Never Can Say Goodbye". Ponownie na mnie spojrzał. Serce tłukło mi się zawzięcie, szybko i mocno tuż pod gardłem, oddech miałem przyspieszony. Źrenice pewnie też nie małe.
Black bez słowa podszedł bliżej, wyciągając rękę po ręcznik. Potrząsnąłem rozpaczliwie głową, robiąc błagalną minę. Z racji tego, iż Syri mimo wszystko jest ode mnie silniejszy, w zasadzie bez problemów odebrał mi materiał. Ściągnął brwi.
- Co oni ci na tych badaniach robili? Sprawdzali odporność na średniowieczne tortury?! - zapytał na tyle głośno, bym go usłyszał, i na tyle cicho, by nie przebić się przez muzykę.
- Nie - wyartykułowałem bezgłośnie. Patrzył na mnie groźnie, znów miał tak samo "zimne" oczy, jak na uczcie powitalnej. Zgarbiłem się pod wpływem tego spojrzenia.
- Co tu jest grane?! - warknął. Chwycił mnie za ramię, podnosząc. Okręcił tak, że stałem tyłem do niego. W lustrze widziałem jego przerażoną minę. - Co ci się stało?... - zapytał już spokojnie. Odsunął się nieco, szukając wzrokiem większej liczby szram. Pokręciłem ponownie głową, zasłaniając się ręcznikiem. Wywrócił oczy. - Odpuść sobie, i tak widziałem.
Położył mi rękę w pasie, delikatnie lecz stanowczo odwracając przodem do siebie. Wskazał palcem na moje lewe ramię.
- A to co? Może rzucił się na ciebie wściekły pekińczyk? A w Mungu potknąłeś się i wleciałeś na stolik ze skalpelami, co? - burknął. - A te sińce od... Chwila... Oo, wiem! Potknąłeś się o biedronkę? Czy może... Olbrzymią drobinkę kurzu? - zadrwił. Zagryzłem wargę, spuszczając głowę. Ponownie nią pokręciłem.
Westchnął ciężko, odchodząc na kilka kroków. Przespacerował się po pomieszczeniu, przez cały ten czas nawet nie drgnąłem. Znów stanął przy mnie.
- Remusie, co ci tak naprawdę jest? Dlaczego tak naprawdę znikasz co mie... - ponownie urwał w pół słowa. Podniosłem na niego wzrok. Uniosłem brew.
- No, złóż to do kupy - mruknąłem. - Duży ślad po ugryzieniu, teraz te sznyty, zniknięcia co miesiąc... Dla ułatwienia podkreślę, że w pełnię. Ach, nie zapomnij o pogarszającym się samopoczuciu i omdleniach! To nie trudne, po prostu pomyśl przez chwilę - syknąłem, nagle czując złość. Szlag!... - Wiem, że dasz radę! - dodałem, odrzucając ręcznik w bok. Chciałem się pochylić po dyptam, ale mnie uprzedził. Podziękowałem cicho, ponownie siadając na brzegu wanny. Kucnął przede mną, zadzierając nieco głowę. Spojrzał mi w oczy. Zrobiło mi się głupio, kiedy zobaczyłem na jego twarzy troskę i współczucie.
- Kto ci to zrobił?...
Domyślił się. Ugh... Wie!
- Parę miesięcy temu dowiedziałem się, że niejaki Greyback.
Syriusz milczał dłuższą chwilę. Znów Michael śpiewał to moje "ABC".
- Ten świr? - zapytał po dłuższej chwili, krzywiąc się z obrzydzeniem.
- Słyszałeś o nim?
- Dziwne, żeby ktoś wychowujący się w rodzinie czarodziei o nim nie słyszał... Mi mówili, że to maniak, morderca i jakiś... zboczeniec? Coś takiego. Padło też coś na "pe", ale nie pamiętam, co... Nie słuchałem uważnie.
- Pedofil? - podsunąłem, uśmiechając się wymuszenie. Skinął głową.
- Skąd wiesz? - zdziwił się. Głupek... Też wychowywałem się wśród czarodziei! No i... Cóż.
Wydąłem wargi, postanawiając pominąć to milczeniem. Wolałbym tego nie pamiętać... Nie, nie skończyło się na oglądaniu księżyca. Obudziłem się u niego w "domu", ramię miałem już opatrzone. Mimo to i tak pamiętam, że bolało. Jak tylko zobaczył, że wstałem, postawił przede mną talerz z kanapkami i szklankę mleka. Głodny byłem jak cholera, więc zjadłem. Potem usiadł obok mnie i posadził mnie sobie na kolanach. Pogłaskał mnie po szyi... Nie no, nie będę tego rozpamiętywać... Jeszcze znowu zacznie mi się to śnić!... Wtedy nie miałem pojęcia, po co on mi każe to wszystko robić i sam mnie dotyka, byłem na to za mały. Jak nie chciałem, to jeden policzek... Kolejna odmowa, drugi policzek... Musiałem być... Grzeczny.
- O kurdę - bąknął Syri. Sądząc po jego minie, bezbłędnie zrozumiał moje milczenie. Westchnąłem ciężko. Coś zapiekło nie ostrzegawczo w nosie. O nie...
- Nie mów o tym nikomu - poprosiłem łamiącym się głosem. Spojrzał na mnie jak na durnia.
- Oszalałeś? Nie pisnę słówka, przysięgam.
Milczeliśmy dłuższą chwilę, wsłuchując się w The Jackson 5. Nakleiłem plaster na przerwę w skórze na nodze. Bandaż nie będzie potrzebny...
- Pomóc ci?... - zapytał niepewnie. Podniosłem na niego wzrok, wykonując dziwny ruch ręką.
- Jakbyś mógł z tymi na tyle...
- Zategocić tym?
- Ehe...
Syknąłem, czując chłod maści i jego palce.
- Wybacz - mruknął. Z trudem powstrzymałem nerwowe parsknięcie śmiechem, zaciskając palce na brzegu umywalki.
- Wybacz, wybacz, wybacz... Nie umiesz przepraszać?
- Przepraszam - powiedział, uśmiechając się chytrze. Widziałem w lustrze. Zafalował brwiami, po czym ponownie wrócił do niespiesznego maskowania czerwonych krech pod białą powłoczką. Milczeliśmy blisko minutę. - Kiedy to się stało?...
- Gdzieś... Ponad sześć lat temu.
- Pamiętasz, jak to było zanim... Ten?
Przechyliłem głowę, mrużąc oczy.
- W zasadzie nie. Pamiętam tylko to, że lubiłem biegać, dużo mówiłem i w pełnię nie dało się mnie odciągnąć od okna.
Znów cisza. Trochę męcząca... Wolałem gadać. Miałem nadzieję, że mnie jeszcze o coś zapyta. Więcej pytań nie miał, jak stwierdziłem.
- Co teraz?...
- Em... Chwila - mruknąłem. Wygrzebałem z szafki bandaż. Uniosłem pytająco brwi. Pokiwał energicznie głową, wyciągając po niego rękę.
- Najpierw gazę przyłóż - powiedziałem, zanim zdążył chociaż odczepić te ząbki. Podałem mu jedną otwartą już paczkę. Pochyliłem się, żeby mi włosy nie powłaziły.
- Dobra... A teraz?
- No i mnie okręcaj... Mógłbyś trochę "wyjść" poza brzegi tej gazy? Tak lepiej się trzyma.
- Jak sobie życzysz, Damo - powiedział pokornie. Wzdrygnąłem się, kiedy jego ręce objęły mnie na wysokości mostka. Nawet nie zjechałem go za tę "Damę".
- Co wyście tam robili? - zapytał ze śmiechem James, kiedy wyszliśmy z łazienki jakieś dwadzieścia minut później. Syri dźwigał mój gramofon. Wsunął go pod moje łóżko.
- Dzięki - mruknąłem do niego. James wskoczył na swoje łóże.
- Hej no, zadałem wam pytanie!
- Nic takiego. Braliśmy razem prysznic - mruknął z lekka kąśliwie Syriusz. Uśmiechnąłem się lekko do siebie. - Żałuj, że cię nie było, Jamie - dodał, patrząc na mnie jak na ciastko z kremem. Zachichotałem, widząc owe spojrzenie.
- Nie patrz tak na mnie, Syri - powiedziałem, zakrywając teatralnie twarz ręką.
- Bo?
- Bo czuję się jak kremówka.
Zaśmiał się, sięgając po paczkę paluszków. Wziął sobie garść, opakowanie zawędrowało do mnie. Również wziąłem sobie trochę.
- Ach! - zawołał Black, kiedy pudełko dzierżył Peter. Wskazał palcem na okularnika. - A tylko spróbuj mi obudzić rano Remuska rzucając się nań z rozpędu!
- To co?
- To ci wsadzę twoją nogę między pośladki. Aż ci oczami wyjdzie! - zastrzegł. Potter pokręcił głową, składając ręce.
- Jakiego ja mam zdolnego kolegę!
- Syriusz, dlaczego ty tak mówisz? - zapytał Peter.
- Jak? - zdziwił się Black, siadając po turecku na swojej kołdrze. Pettigrew przechylił głowę.
- No, tak dosyć chamsko - oświecił nas wszystkich. Syriusz zaśmiał się, skubiąc paluszka.
- Wbrew pozorom, moi starsi koledzy pochodzenia podobnego do mojego, nie są tacy grzeczni, jak by się mogło wydawać. Nasze urodzenie o niczym nie świadczy. Też przecież jesteśmy dziećmi czy nastolatkami, no nie? Każdy kiedyś nimi był, bez względu na to, jako kto się urodził.
Uśmiechnąłem się lekko do siebie, kierując wzrok na okno. Zaskakujące, jak to Syriuszek potrafi nieraz coś mądrego powiedzieć.
Uniosłem brwi, widząc księżyc, którzy przywdział szaty w barwie pomarańczy. W jednym miejscu jakiś taki postrzępiony był...
Znów zaczął ubywać.

W głowie zakołotał mi się refren "ABC".
A B C, to łatwe jak
1 2 3, to proste jak
do re mi, A B C, 1 2 3,
Skarbie ty i ja, dziewczyno

Zerknąłem na Syriusza, udającego, że pali. Za pomocą paluszka. Zagryzłem wargę. Może Jamesowi po prostu powiem?... Syriusz się dowiedział i draki nie narobił...
Po co dłużej kłamać?
Wśliznąłem się pod kołdrę, przymykając oczy. Wtuliłem twarz w poduszkę. Znów poczułem tę przytłaczającą senność...
- Dobranoc, Remi - powiedzieli jednocześnie kuzyni.
Mogłem jedynie mruknąć, nim zabrał mnie sen...

[ 2 komentarze ]


 
23. Wpis dwudziesty trzeci.
Dodał Remus Lupin Środa, 10 Lutego, 2010, 17:55

I nowa nota :D U Huncwotów również, zapraszam. Przybywajcie! ^ ^


Głupio mi... Strasznie mi głupio, że tak szybko "zapomniałem" o zdarzeniu z sierpnia. Chyba zbyt szybko pogodziłem się z tym, co się wydarzyło... Czy mogę usprawiedliwić się tym, że z chłopakami po prostu nie da się myśleć o przykrych sprawach?...


Godzina dwudziesta piętnaście. Za oknami było już ciemno, a w salonie Gryffindoru panowała przyjemna, przytulna atmosfera. Siedzieliśmy z chłopakami przy stolikach niedaleko kominka, odrabiając prace domowe. Był sobotni wieczór.
- Nie, nie! Co ty piszesz? - zirytowałem się. Syriusz inteligentnie napisał, że "mapa nieba to przedstawienie na płaszczyźnie gwieździstego nieba, jako widzialnego sklepienia niebieskiego. Siatki odwzorowań kartograficznych służą do nadania współrzędnych astronomicznych ciał niebieskich w układzie równikowo-południkowym". - Jakiego nadania? Współrzędne na mapie nieba się określa!
Syri mruknął coś pod nosem, wykreślając pomyłkę.
- Remusek prawdę ci powie... - szepnął chrapliwie James. Rzuciłem w niego kawałkiem pergaminu.
- Ty to się nie wymądrzaj, James! Kto powiedział, że do transmutacji żuka w guzik używa się formuły zaklęcia rozbrajającego?
- Ja spałem na lekcji, Remus! Nie moja wina, że wtedy nie myślałem!
- Wtedy? - pióro Syriusza zatrzymało się nad pergaminem. Black patrzył na Jamesa, marszcząc czoło. - To ty W OGÓLE umiesz myśleć?
- Słuszna uwaga - stwierdziłem, muskając się włókienkami orlego pióra po podbródku. - Nie zauważyłem u niego przejawu wykorzystywania mózgu chociaż w jednej setnej procenta, a ty? - zapytałem, celując w niego przedmiotem dzierżonym w dłoni. Czarny pokręcił głową, ciemne włosy zatańczyły mu wokół twarzy.
- Ni w ząb. Chroń nas, Slytherinie, od objawiania tej umiejętności przez Jamesa! Stare gacie Helgi wiedzą, co jeszcze wymyśli...
Zachichotałem. Strasznie mnie bawią te syriuszowe wiązanki. Potter wypiął pierś, przybierając skupioną minę. Syriusz zagryzł wargę, ciągnąc mnie za rękaw.
- Uwaga, zaraz James olśni nas swoją inteligencją... - szepnął mi do ucha. Zdławiłem śmiech.
- Każda różdżka ma dwa końce!
Wyłożyłem się z Blackiem na stoliku, śmiejąc na całe gardła. W tym twierdzeniu może nie było nic śmiesznego, ale mnie osobiście po prostu rozwaliło. Black tłukł pięścią w blat. Kałamarz podskakiwał miarowo.
- O, hahaha! Naprawdę?! - krzyknął Czarny, rechocząc. Odgiąłem się na swoim krześle do tyłu, podrygując. Krzyknąłem zdziwiony, kiedy moje siedzisko poleciało w tył, a ja razem z nim. James zawył, wyrzucając pięść w powietrze. Zakręcił nią młynka w powietrzu, wyjąc z uciechy. Prychnąłem, podnosząc się. Postawiłem krzesełko, siadając na nim z obrażoną miną.
- Faktycznie, masz się z czego śmiać! Prawie sobie odgryzłem język!
- CO?! - ryknął Syriusz, uderzając z hukiem otwartymi dłońmi o stolik. James w ostatniej chwili złapał kałamarz, bo inaczej to rozlałby swą zawartość na naszych wypracowaniach. Wszelkie rozmowy w salonie umilkły, uwaga została skierowana na nas. Black zerwał się ze swojego miejsca, doskakując do mnie. Chwycił mnie za ręce, ciągnąc w stronę kanapy. Nie zdążyłem wstać, więc oczywiście poleciałem bezwładnie na przód. Nie chcąc szorować kolanami po podłodze, zacząłem nimi szybko przebierać, wzbudzając jeszcze większą radość Jamesa. Prawdopodobnie tak rozbawiło go efektowne: "Du, du, du, du!", powstałe w wyniku zderzeń posadzki i moich stawów. Black zręcznym ruchem pociągnął mnie w górę, więc z niekontrolowanym: "Łaaa!", poleciałem jak szmaciana lalka. Albo to ja jestem taki lekki, albo to on jest taki silny. Albo jedno i drugie.
Padłem z plaśnięciem na siedzenie kanapy, Syriusz uklęknął nade mną. Pchnął mnie, gdy usiadłem, zmuszając tym samym, bym leżał. Z głupią miną patrzyłem, jak pochyla się nade mną, sięgając dłonią do mej twarzy. Wcisnąłem się w obicie mebla, czując się bardzo niekomfortowo. Prawa ręka Czarnego lekko ciągnęła mnie za włosy, opierając się obok głowy. Uniosłem brwi, kiedy jego palce dotknęły moich warg, lekko na nie napierając. Posłusznie uchyliłem usta. Black z wyrazem twarzy godnym znawcy, nakazał mi wysunąć język. Nie spierając się, wytknąłem mu go, czego niemal natychmiast pożałowałem - Syri złapał mnie za niego i pociągnął. Automatycznie go cofnąłem, ale ten debil trzymał go paznokciami, więc tylko jęknąłem, bo to bolało. Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Masz go, masz! - zawołał, lekko ciągnąc. Chrząknąłem coś, czego sam nie zrozumiałem, machając rękami. Odskoczył nagle w tył, po drodze niezbyt delikatnie wpychając mi but między uda. Stęknąłem, staczając się z kanapy.
- Śliniak! - wrzasnął.
- Idiota! - odparłem łamiącym się, pełnym żalu głosem. Zewsząd dobiegały głośne śmiechy. No tak, przecież się na nas patrzyli... Przyzwyczajać się?
Najgłośniej oczywiście zacieszał James, gdzieś o uszy obił mi się chichot Lily. Wstałem, trzymając się za miejsce, w którym mam rozporek. - Durniu, to bolało!
Black prychnął.
- Damo, to było obrzydliwe!
- To po co mnie za niego łapałeś?!
- Kazał ci się ktoś tak ślinić?!
- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, Black!
- Ej no, uspokójcie się! - rozległ się głos tego czwartego z dormitorium. Wywróciłem oczami, podchodząc do krzesła. Złączyłem kolana, pochylając się lekko. Jamie, chichocząc, poklepał mnie po ramieniu.
- Szkoda, że się nie widzieliście...
Popatrzyłem na niego, mając na twarzy wypisanego wielkiego, wrzechobecnego i wrzechmocnego "focha". Nie utrzymałem go długo, po chwili rozciągając usta w uśmiechu. Kretyni...
Peter usiadł obok mnie, Black po przeciwnej stronie stolika. Chwycił kawałek pergaminu, leżący samotnie na stoliku. Nabazgrolił coś na nim szybko, po czym wysunął język między zęby. Przez chwilę miałem ochotę zdzielić go w podbródek. Modził coś przez chwilę, co raz to inaczej zaginając trzymaną kartkę. Pokręciłem głową, sięgając po pióro.
- To na czym stanęło? - zapytałem, chcąc skończyć dzisiaj pracę z astronomii. Wydałem z siebie rozjuszone prychnięcie, gdy poczułem lekkie uderzenie w skroń. Czymś ostrym. - BLACK, NIE RZUCAJ TYM WE MNIE!!! - ryknąłem. - Wiesz, że tego nie lubię - dodałem już spokojnie. Peter zaśmiał się cicho.
- Jakiś ty zmienny - zauważył. Zafalowałem brwiami, podnosząc z dywanu samolocik.
- No ba...
- Wiecie co? - zapytał nagle James, patrząc w kominek.
- Nie, nie wiemy - odparł z nagłym znużeniem Syriusz. Podparł głowę jedną ręką, palcem drugiej sunąc po krawędzi stolika. Westchnął, podnosząc wzrok gdzieś z podłogi.
- Ale pewnie zaraz nam powiesz - dodałem, jednocześnie czytając kolejny akapit książki. Na pracę domową, nauczyciel zadał nam wyjaśnienie szeregu dziesięciu pojęć. Połowę już zrobiłem, teraz miałem napisać o astronomii.

...astronomię można inaczej określić jako naukę o wszelkich obiektach i zjawiskach znajdujących się poza Ziemią...

- Chodźmy się przejść! - zaproponował głos Jamesa.
- Niedługo cisza nocna - zauważył ten Petera.
Prychnięcie Blacka, jakby z oddali...
- I co z tego?

...astronomia jest ściśle związana z astrofizyką, która jest zastosowaniem praw fizyki do interpretacji wyników obserwacji astronomicznych. Związek ten jest tak głęboki, że dziś obie dziedziny są właściwie jednością. Mógł on powstać dzięki odkryciu, że ciała niebieskie składają się z takiej samej materii, jak wszystkie inne otaczające nas obiekty....

Czyjaś ręka fruwała mi miarowo przed oczami. Zamrugałem szybko, cofając głowę. Nieświadomie rozluźniłem dłonie, książka opadła mi na uda. Uniosłem brwi, patrząc na Petera. on mi machał przed twarzą.
- Co?
- Zbieraj zwały tłuszczu, idziemy na spacer! - zawołał dziarsko James. Uniosłem brew.
- To do mnie? - zapytałem, wstając. Pokiwał głową, szczerząc się w uśmiechu. Ściągnąłem usta, wyciągając koszulę ze spodni. Podwinąłem ją, zerkając w dół, na swój blady brzuch.
- Jakie zwały?... - zdziwiłem się. - Przecież mam płaski brzuszek... - Pogładziłem go czule, uśmiechając się do niego. Chłopcy wybuchli śmiechem. Podniosłem głowę. - No co?!

[ 2 komentarze ]


 
22. Wpis dwudziesty drugi.
Dodał Remus Lupin Niedziela, 07 Lutego, 2010, 13:09

Notka ze napisana specjalnie dla Doo z okazji urodzin. Z tego co wiem, osiemnastych. :D

Ekhym, ekhym...
Życzę Ci dobrego dnia, dnia bez gonitwy i stresów,
dnia, w którym słońce czas odlicza i nikt nie wylicza sukcesów.
Życzę Ci odwagi być sobą, bez zakłamania i picu,
unieść się dumnie ponad krzesło i pewnie wziąć udział w życiu.
Życzę Ci słońca i deszczu, na przemian, żeby się nie nudzić, kiedy Ci słońca będzie za wiele,
to deszcz Cię może ostudzić.
Życzę Ci bezpieczeństwa, ostoi w rodzinie, prawdziwego domu, azylu, który Ci da schronienie
i nie powie o niczym nikomu.
Życzę Ci fantazji, ozdób Twe niebo skrzypcami,
zatańcz ze szczęścia na ulicy i marząc rozmawiaj z kwiatami.
Życzę Ci zdrowia dla ciała, miej zdrową duszę,
bo kiedy dusza jest chora, to ciało przeżywa katusze.
Życzę Ci kolorów, czarownych barw wesołej tęczy,
barw letnich pachnących ogrodów, czegóż można chcieć więcej?
Życzę Ci dobrego jutra, przyjaciół, szczęścia, zapału, uporu, weny, dużo czasu, pewności siebie!



Leżę na brzuchu, podpierając głowę ręką, drugą leniwie skrobię w pamiętniku. Syriusz zawinął się w prześcieradło, podłożył poduszkę pod czarny łeb i leży na podłodze. Peter coś czyta, a James zniknął za drzwiami łazienki. Prawdopodobnie udaje, że bierze prysznic, bo wątpię, by o tej godzinie dobrowolnie się wykąpał. W uszy boleśnie wierci mnie jego dziki skowyt zranionego niedźwiedzia. Teraz głowa boli mnie jeszcze bardziej, niż przed godziną, kiedy pierwszy raz oberwałem poduszką.
Wojna się udała, było wesoło, choć otrzymywanie ciosów nie było przyjemne. Nie miałem ochoty wysilać swych wilczych zmysłów, by bronić się przed atakami i ułatwiać sobie wymierzanie razów. Czasem wykorzystuję swe wyczulone zmysły do takich błahych celów, ale w tym momencie kosztowałoby mnie to zbyt dużo wysiłku. No masz, prawie rozlałem atrament!
Za pół godziny powinienem pojawić się w skrzydle szpitalnym. Muszę wziąć jeszcze jakieś eliksiry, a potem udać się do tej całej chaty. Boję się. Tylko raz się tam przemieniałem, otoczenie wciąż jest dla mnie całkiem nowe. Tak, przemiana będzie ciężka. Uwolnię całe pokłady negatywnych emocji, które powoli się we mnie zbierają, niezależnie od tego, jakiego nastroju nie miałbym każdego kolejnego dnia. Gdy się ocknę, znów będę do niczego. Nie lubię tego... Dobra, resztę opiszę później. Teraz muszę już iść...

- Gdzie idziesz? - zapytał Syriusz, podnosząc głowę z poduszki, kiedy zobaczył, że kierowałem się do drzwi. Zacisnąłem zęby, głowę przeszyła mi ostra fala bólu. Gdybym wtedy poleżał jeszcze chwilkę, ten "napad" przypomniałby mi, że muszę się zbierać. Nie, ta bestia, która we mnie siedzi, nie jest taka głupia i bezmyślna, jak mogłoby się wydawać. Ma swój rozum, wie, kiedy dać o sobie znać. Pilnuje, żebym mógł się gdzieś skryć, jeśli chcę się odizolować, jeśli nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Taki naturalny czujnik, który ma każdy wilkołak. Jeśli go zignoruję... No cóż, rano zostałoby mi tylko płakać nad swoją głupotą i nad tym, co prawdopodobnie bym nieświadomie zrobił.
Zagryzłem wargę. Zapomniałem w tym miesiącu o wymyśleniu jakiejś sensownej wymówki. Ostatnio mówiłem, że muszę wybrać się do babci. Nie skłamałem zbytnio, przecież mama pisała, że ostatnio źle się czuła... Ja tylko... Wykorzystałem sytuację... Ale nie postąpiłem źle, prawda?... Nie skrzywdziłem tym nikogo... Chyba... To było tylko niewielkie kłamstewko. Nic sie nie stało.
- Muszę jechać do matki, prosiła o to w liście. Wiesz, dlaczego... - dodałem, robiąc wymowną minę. Tak, Syriusz wiedział. Skinął głową.
- Powtórzyć Jamesowi?
- Gdybyś mógł...
- Jak to: jechać? - zapytał Pettigrew. Spojrzałem na niego, czując coś na rodzaj złości. Zapowiedź agresji, która niebawem wydrze się z mej drobnej piersi. Muszę nad sobą panować. Panować... Przynajmniej dopóki nie znajdę się w chacie. Wtedy to już mi obojętne, co będę miał ochotę robić...
- No, normalnie. Wchodzę do kominka, wypowiadam adres, zasysa mnie, siuu i jestem w domu - mruknąłem, podchodząc nieco bliżej drzwi. Chłopak zmarszczył czoło.
- Hogwart można chyba opuszczać tylko na ferie...
- ...albo w szczególnych przypadkach. Peter, nie interesuj się! - fuknął Black, siadając. Więc to Peter, a nie Pierre! Postaram się zapamiętać. Syri pomachał mi skarpetką, którą zdjął z nogi. - Papa, Remi. Pozdrów ode mnie twoją mamę.
Skinąłem głową, czując się po prostu parszywie. Kłamałem. Nie lubię kłamać. To jest nie w porządku, tuszowanie prawdy, paczenie faktów... Ale tego wymagała teraz sytuacja. Przecież nie zamierzam nic nikomu zrobić, ja tylko nie chcę dopuścić do tego, by się dowiedzieli o moim wilkołactwie... Oby tylko te moje przekręty nie wyszły na jaw... Chociaż może lepiej by było, gdybym im po prostu powiedział? Przecież lepsza najgorsza prawda od najsłodszego kłamstwa, jak mawia dziadek. Jeszcze tylko pytanie, czy dałbym radę im o tym powiedzieć... Nie, lepiej nie.
W miarę szybkim krokiem, który, mam nadzieję, nie wyglądał nienaturalnie, opuściłem salon Gryfonów. Wyszedłem na korytarz, wyciągając z kieszeni kartkę, na której niebywale twórczo opisałem sobie drogę do skrzydła. Pierwsza kropka kazała mi iść w prawo. No to poszedłem...
Całą drogę szedłem ze spuszczoną głową, prawą rękę mając ukrytą w kieszeni. Mamrotałem cicho do siebie, przez co na pewno wyglądałem jak człowiek całkowicie zdrowy psychicznie, prawda, pamiętniku? Nie moja wina, że musiałem mówić samemu do siebie, żeby uspokoić sumienie, które odzywa się u mnie aż nazbyt często. Z lusterkiem nie mam w zwyczaju chodzić. Został mi więc cichy monolog i wpatrywanie się w swoje nogi.
Zapukałem do drzwi szkolnego szpitala. Nie oczekując odpowiedzi, wsunąłem się do środka.

Zbyt wiele bym stracił, gdyby się dowiedzieli. Nie mogę dopuścić do tego, żeby to wyszło na jaw. Chociaż... Pewnie by mnie zrozumieli. Na pewno by zrozumieli, dlaczego to ukrywałem. Kto by chciał rozpowiadać, że jest wilkołakiem? Mam jednak nadzieję, że nigdy nie powiedzą mi, że mnie nienawidzą. Nawet gdybym dał im powód, to... Nie chciałbym tego usłyszeć.

- Przyjdę po ciebie rano, dobrze? Tak, jak ostatnio.
Skinąłem głową, obejmując się rękoma za brzuch. Zagryzając wargę, skierowałem wzrok na swoje buty. Jakoś nie miałem ochoty spojrzeć w niebo. Może nie tyle brakowało mi chęci, co raczej odwagi... Poczekałem cierpliwie, aż pielęgniarka wyceluje różdżką w Bijącą Wierzbę i mruknie "Immobilus", unieruchamiając ją tym samym. Muszę zapamiętać to zaklęcie, przyda mi się. Kiedy wiedziałem, że to złe, niedobre drzewo już mnie nie skrzywdzi, osunąłem się na kolana, podpierając rękami. Raczkując zbliżyłem się do pnia. Sturchnąłem palcem podejrzanie wyglądającą narośl. Drzewo mruknęło cicho (a nie mówiłem, że rośliny mają duszę?), powoli rozluźniając mocne sploty korzeni. Odsłoniło przede mną swój sekret - wejście do tunelu, które zaprowadzi mnie poza tereny szkolne. Gdyby nie "wyjątkowa sytuacja", w której się znalazłem, mógłbym to spokojnie uznać za poważne naruszenie szkolnego regulaminu. Wtedy akurat mnie to nie obchodziło...
Tak jak ostatnio, gdy podążałem kamiennym tunelem, sięgnąłem pamięcią wstecz o ponad pięć lat. Tak, tamten wieczór... Może to głupie, że sam wracam myślą do tamtych chwil. Przecież idąc do tej chaty cierpiałem po to, by jeszcze bardziej cierpieć, a zatapiałem się w "tym złym" z przeszłości. Jednak ból tego, co już było, nie boli tak, jak ten co trwa teraz i ma nadejść...


Siedziałem na huśtawce, zawzięcie machając nogami. Dopiero co nauczyłem się sam bujać, musiałem się tym faktem dostatecznie nacieszyć. Niedaleko mnie stał jakiś dość wysoki, ciemnowłosy mężczyzna.

Gdy teraz o tym pomyślę, to wyglądał... Pociągająco. Nie żeby było ze mną "coś nie tak", tylko on po prostu miał w sobie to coś, co przykuwało uwagę i nakłaniało, by za nim iść. Jak każdy mieszaniec...

W końcu spojrzałem i na niego, śląc szerokie, mleczne uśmiechy na wszystkie strony. Zerkałem na niego raz po raz, a on wciąż się na mnie patrzył. Po namyśle zatrzymałem huśtawkę, szurając sandałkami o piach. Zsunąłem się z siedziska, ufnie podchodząc bliżej. Jakoś wtedy zapomniałem, że mama zawsze zabraniała mi rozmawiać z obcymi. Zadarłem głowę i zasłaniając oczy przed słońcem drobną ręką, spojrzałem mu w twarz. Nie wyglądał sympatycznie. Jak na mój dziecięcy gust to wyglądał na smutnego.
- Chces się pobujać? - zapytałem, typowo dla siebie lekko przeciągając sylaby i mówiąc "ciut" zbyt głośno. Efektownego seplenienia, którego oduczyłem się około ósmego roku życia nie zabrakło... - Huśtawki są dwie, moziemy pobawić się lazem!
Uśmiechnąłem się do niego, wyciągając drugą rękę. Chwyciłem go za kciuk.
- Chodź!
Pociągnąłem go w stronę huśtawek. Nie oponował, idąc za mną. Mama rozmawiała z koleżanką. Zostawiłem go przy jednej, samemu odchodząc dwa kroki w bok. Wgramoliłem się na swoją, oplatając ramionami łańcuchy. Ponownie się do niego uśmiechnąłem.
- Bujamy się! Umies?
Wtedy odezwał się po raz pierwszy:
- Nie.
- To łatwe! Najpielw musis odepchnąć się od ziemi, a potem tylko zginać nogi i się psechylać! Sam zobac!
Ochoczo pokazałem mu, jak to się robi. Trochę się opierał, mówił, że on nie jest taki sprytny jak ja i że on nie da rady. Przekonywałem go jakiś czas, w końcu również zaczął się huśtać.
- Remus! - zawołał przestraszony głos mojej mamy.
- Mama! - zawołałem, wyciągając do niej ręce. Podbiegła, chwytając mnie w objęcia, zatrzymując tym samym huśtawkę. Przycisnęła mnie do piersi, objąłem ją za szyję.
- Nie zbliżaj się więcej do mojego dziecka! - zawołała, patrząc wrogo na mężczyznę. Ja również na niego spojrzałem. Nie wiedziałem, o co jej chodzi, przecież mój nowy "przyjaciel" był taki... miły... Uśmiechnął się jedynie, podnosząc. Odszedł, niknąc między drzewami parku.
Wieczorem, tak, jak zawsze, wyszedłem na chwilkę na ganek. Tradycyjnie zostawiłem otwarte drzwi, żeby rodzice w każdej chwili mogli do mnie zajrzeć. Przykucnąłem na schodkach, zadzierając głowę. Popatrzyłem w niebo, na gwiazdy i księżyc w pełni. Uwielbiałem na niego patrzeć.
- Cześć, Remusie - odezwał się cichy, chrapliwy głos mojego nowego kolegi. Mimo, iż stał tuż obok mnie, jednak poza zasięgiem widzenia rodziców, pomachałem mu energicznie. Uśmiechnął się. Zrobił przebiegłą minę człowieka, który ma jakiś wielki sekret. - Chciałbyś pójść się ze mną przejść? Popatrzylibyśmy na księżyc, niedługo powinien osiągnąć pełną tarczę...
- Mama mówiła... - zacząłem. Pokręcił głową, nie dając mi skończyć.
- Nie przejmuj się tym. Troszkę się z twoją mamą pokłóciłem, ale już się na siebie nie gniewamy.
- A kim ty jesteś? - zapytałem, podnosząc się.
- Twoim wujkiem.
- Tak? - ucieszyłem się, ukazując komplet zębów. Skinął głową.
- Tak.
- Ale supel! - szepnąłem, chwytając go za kciuk. - To chodźmy, wujku!
Obejrzałem się jeszcze przez ramię. Mamy nie widziałem, tata czytał jakąś gazetę. Wujek pochylił się i wziął mnie na barana. Z każdym jego krokiem oddalałem się od domu, a moje nogi lekko uderzały go w pierś. Trzymał mnie za kolana, ja złożyłem ręce na jego głowie.
- A gdzie idziemy?
- Na taką piękną polanę... - mruknął takim tonem, jakby za żadne skarby nie chciał mi nic więcej powiedzieć.
Nic więcej nie mówiłem, czekając, aż dotrzemy na miejsce.
Jakiś czas później staliśmy na owej polance, o której wujek mówił. Gapiłem się na księżyc z otwartą buzią, wujek stał obok mnie. W pewnym momencie usłyszałem głośne sapanie. Spojrzałem w bok. Wujek tak robił. Miał dziwną minę, zgarbił się, układając ręce w nienaturalny sposób. Zacząłem się śmiać, myśląc, że wujek się wygłupia.
- Jak ty to lobis? - zapytałem wesoło, widząc, że twarz mu się wydłuża i obrasta sierścią. Spojrzał na mnie zielono-żółtymi oczami. Uśmiech spłynął mi z twarzy. Wujek zrobił się większy, kanciasty i włochaty. Patrzył na mnie łakomym wzrokiem, pokazując zęby. Wyprostował się, wyciągając szyję do ciemnego nieba. Czułem, że coś jest nie tak. Przecież nienormalne jest, żeby ktoś umiał tak robić...
- Nauczę cię - wychrypiał jeszcze z trudem. Pokręciłem głową, zaczynając się cofać. Przestraszyłem się, chciałem do domu. Nie wiedziałem tylko, gdzie on jest...
- Nie chcę... Psestań...
Podszedł bliżej, pochylając się. Chwycił mnie za ramiona, spojrzałem mu w oczy. To nie był wujek... Wykrzywiłem buzię w grymasie zapowiadającym, że będę płakać. Nic sobie z tego nie robił. Czując wbijające mi się w plecy pazury, nabrałem powietrza i dosłownie zawyłem. Standardowo zacząłem swój dziecięcy płacz. Pokręciłem jeszcze szybko głową, starając się wyrwać.
- Ja chcę do mamyyyyy! - jęknąłem, roniąc obficie potoki łez. Pochylił się szybko, zatapiając zęby w obojczyku. Wrzasnąłem, zaczynając się wierzgać, krzyk przerodził się w pisk, krew lała mi się po ciele. Zapłakany i zasmarkany niezdarnie biłem go małymi piąstkami po głowie. Zawarczał groźnie, sprawiając, że znowu pisnąłem, co stopniowo zmieniło się w zwykłe, żałosne "Uuu!...". Raz po raz powtarzałem niewyraźnie, że chcę do mamusi...
Bolało. Bardzo bolało... Paliło, piekło i jakby ciągnęło jednocześnie. Znów rozwarł szczęki, ponownie wgryzając mi się w ciało.
Potem pamiętam tylko ciepłą, miękką pościel i zapłakaną twarz mamy. Było mi niedobrze, kręciło mi się w głowie. Wszystkie dźwięki były zbyt ostre, zapachy zbyt wyraźne, bolały mnie plecy i prawe ramię.
Widząc ją, znowu zebrało mi się na płacz, więc oczywiście rozpocząłem serenadę. Pochyliła się, obejmując mnie delikatnie ramieniem. Wtuliłem się w nią, chowając twarz w jej koszulce przy piersiach.
Nie wiem, ile czasu tak przesiedzieliśmy razem płacząc. Gdy podniosłem na chwilę głowę, w drzwiach zobaczyłem tatę. On również miał łzy na policzkach.



- Uhh... - wyrwało mi się, kiedy gramoliłem się z otworu w podłodze. Nie było to takie łatwe, musiałem podciągnąć się na rękach. Padłem na posadzkę bezwładnie, dysząc ciężko. Znowu to samo... Leżałem chwilkę, po czym podniosłem się chwiejnie. Mało brakowało, a wpadłbym do tej dziury.
Bez namysłu skierowałem kroki ku wąskim, drewnianym schodom, wiodących na piętro. Nucąc sobie dla odwagi piosenkę "ABC", powoli wszedłem na górę. Oddech miałem płytki i nierówny, raz nabierałem powietrza nosem, a raz ustami. Kiedy przechodziłem mniej więcej środkiem korytarzyka, zakręciło mi się w głowie na tyle mocno, bym stracił równowagę i upadł. Przekręciłem się na wznak. Nie widziałem sensu w dalszym ciągnięciu się do tamtego pokoju. Tu gdzie leżałem, też podrygiwał srebrny promień księżyca. Zamknąłem oczy, kiedy zobaczyłem, że delikatnie trącił mi czubek buta. Zacisnąłem z całej siły powieki.
Nie odczułem tego od razu, w pierwszej chwili jedynie gwałtownie przyspieszył mi puls, serce uderzało mi tak mocno, że słychać było je chyba w całym domu. A może to mi tak wyostrzył się słuch?... Jakaś niewidzialna siła pociągnęła mi pierś do przodu, jednocześnie wciskając oczy wgłąb czaszki, wygiąłem się w łuk.
Opadłem bezwładnie. Leżałem spokojnie, mając jeszcze chwilę.
Bez zapowiedzi dorwały mnie silne drgawki. Dygotałem na ziemi, zginając się w pół, oczy miałem otwarte, choć odkręcały się wbrew mej woli w górę. Następnie ból, ostry ból w klatce piersiowej, rozchodzący się powolną, rażącą falą po całym ciele. Wyginałem się pod różnymi kątami, robiąc to niezależnie od siebie. Z gardła wyrwało mi się kilka zdławionych jęknięć, brzmiących raczej jak mimowolne stęknięcia osoby mocno uderzonej w brzuch. Znów krótka chwila na złapanie oddechu. Po co, kiedy płuca odmawiały mi posłuszeństwa, kiedy coś mocno ścisnęło przeponę i nie chciało puścić?!...
Wrzasnąłem, kiedy "coś" uderzyło mnie w kręgosłup. Zaczęło się. Już tak naprawdę...
Krzyczałem, wiłem się, płakałem. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić, w głowie miałem tylko jedno: Boli. Boli, jak cholera boli!
Miałem wrażenie, że coś złapało mnie za twarz i namolnie ciągnęło, jakby chciało zedrzeć mi maskę, której nie miałem. Kości zmieniały się boleśnie, nie mogłem złapać nawet najmniejszego oddechu. Kręgosłup wykonywał jakieś dziwne fale pod skórą, trzeszcząc złowrogo i szarpiąc kolejne połączenia nerwowe.
Kolana i śródstopie. Jakby mi ktoś gwoździe próbował wbijać...
Ramiona rozpychały się niecierpliwie pod zbyt ciasną skórą, lecz nie mogły jej przerwać. Łokcie strzelały, łamiąc się to w jedną, to w drugą stronę. Dłonie mi urosły, zmieniły kształt. Popłynęło więcej łez, kiedy z paznokci wyżynały mi się czarne szpony.
Głowa przekręcała mi się bez udziału mej woli na lewo i prawo, lewo i prawo... Uderzała o posadzkę. Nie mogłem oddychać
Z gardła wydostawały się bulgoczące warkoty i zniekształcone zmieniającymi się stunami głosowymi jęki.
Zaraz mi urwie uszy!
Merlinie, mój tyłek! Coś chce się wydostać, czy jak?! No tak... Ten krótki kikut służący mi za ogon. Wyraźnie poczułem, jak pęka mi skóra, jak leje się krew. W jednej, krótkiej chwili wszystko ustało, rana na tyle zarosła.
Już naprawdę myślałem, że się uduszę...

Obudziłem się w skrzydle szpitalnym. Na pościeli kładły się cienie cienkich rurek ozdabiających szybę w oknie. Zachodziło słońce... Nie miałem chęci podliczać, ile godzin byłem nieprzytomny. Zamknąłem oczy, oddychając głęboko i powoli, ignorując kłucie w piersi. Zgiąłem rękę, poruszyłem palcami. Tak... Znów byłem sobą.


* * *


Tydzień później, wczesny ranek.
Błonia jeszcze trochę były skąpane w lekkim mroku, za co winić mogły las odgradzający je od wschodu. Nad wierzchołkami drzew, na niebie, widać było różowe chmury, tu i tam lekko przebijały złotem. Westchnąłem, wsuwając ręce do kieszeni spodni. Zszedłem kilka kroków niżej po kamiennej ścieżce wiodącej w dół zbocza. Popatrzyłem na to, co miałem nad sobą. Westchnąłem, widząc ten masyw błękitu. Wolniutko spacerowało po nim kilka chmur. Przechyliłem głowę, czując, jak delikatny uśmiech rozciąga mi wargi. Nie próbowałem go powstrzymać, bo i po co? Zerknąłem na zegarek widniejący na mej prawej ręce. Dochodziła szósta. Niedługo powinno się pokazać słońce...
Odchyliłem głowę do tyłu, przymykając oczy. Wystawiłem twarz do delikatnych, subtelnych pieszczot jesiennego wiatru. Nadstawiłem uszu na śpiew ptaków. Odzywały się pojedynczo, cicho, ale wesoło. Gdzieś z mojej prawej strony popiskiwał cienkim głosikiem jeden z nich, za mną świszcząco zahuczała sowa. Jeszcze przede mną, gdzieś w lesie, odezwał się kolejny śpiewak. Otworzyłem powoli swe jasne oczy, gdy dosłyszałem szum skrzydeł. Nade mną przefrunęła gromadka czarnych ptaków.
O, skrawek intensywnie pomarańczowej tarczy budzącego się słońca wychynął nieśmiało zza wierzchołków drzew. Wciągnąłem głęboko świeże, chłodne powietrze pierwszych dni listopada. Utkwiłem spojrzenie w powoli, niespiesznie pokazującej się wielkiej gwieździe, rozdzierającej mroki nocy. Za to ją kochałem. Za to, że grzała, świeciła i odpędzała księżyc. Z drugiej strony jednak kocham również noc. Te wszystkie gwiazdy w nieładzie, niby przypadkowo rozrzucone po atramentowym tle... A pośrodku tego wszystkiego, dumnie świecący srebrzystym światłem księżyc. Wolę go jednak, gdy jest w kształcie rogalika. Wygląda wtedy apetycznie i nie tak strasznie.
Słoneczko pokazało się już do połowy, górną częścią kryjąc za złotymi chmurami. Wstydziło się?... Czego? Przecież jest piękne.
Nie było już takie mandarynkowe, teraz powoli upodabniało się do cytryny. Patrzyłem na nie zauroczony, wsłuchując się bezwiednie w miły dla ucha ptasi trel. Cofnąłem się o kilka kroków. Odwróciłem się tyłem do lasu, a przodem do majestatycznego zamczyska, służącego mi za dom i szkołę jednocześnie. W wielu oknach odbijały się żółto-pomarańczowe promienie słońca, lekko drażniąc oczy, jednocześnie pięknie przy tym wyglądając. Brązowe dachówki nabrały głębi, ich barwa stała się bardziej... soczysta, pewna siebie. Zapraszały kochane słoneczko, by więcej, śmielej grzało. Szare kamienie tworzące ściany tego wielkiego ale i małego jednocześnie fragmentu historii wyglądały tak, jakby ktoś jedynie do połowy, od niechcenia musnął je pędzlem, nadając im życia i delikatnego tonu szlachetnego złota. Wiatr lekko dmuchnął mi w plecy. Stanąłem przodem do niego, odgarnął mi włosy z oczu i wygiął usta w wesoły gest. Cytrynowa tarcza rażąca w oczy posyłała swe życiodajne promienie wprost na moją twarz, otulając ją lekką pierzynką swego tak potrzebnego na ziemi ciepła. Ponownie ukryłem ręce w kieszeniach, lekko przymrużając powieki. Powoli, krok za krokiem, szedłem tyłem, pod górkę.
Tup, tup, tup, tup...
Wsłuchwiałem się w wiatr, ptasi chór i miarowe postukiwanie podeszw trampek na kolejnych kamiennych płytach.
Cisza, spokoj. Tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Lekki mrozek pieszczący policzki... Samotność... A przed oczami wschód słońca.
Krok za krokiem szedłem w stronę szkolnego dziedzińca.
Tup, tup, tup...
Nad głową przeleciała mi kolejna gromada ptaków, szumiąc cicho skrzydłami.
Tup, tup, tup...
Wiatr zagwizdał mi w uszach, potargał ubranie.
Tup, tup, tup...
Ptaki nadal głośno śpiewają, dają z siebie wszystko, co najpiękniejsze. Jeden woła "Tuti-tuti-tuuui!", drugi odpowiada wesołym popiskiwaniem.
Tup, tup, tup...
Jakieś drobne stworzenie żyjące w powietrzu przefrunęło mi niedaleko twarzy, szybciutko bijąc skrzydełkami powietrze. Przestało na chwilę, zniżyło się nieco. I znów szybko biło powietrze z cichym szumem i terkotem, wzlatując wyżej.
Tup, tup, tup...
Słyszę już plusk wody w fontannie na dziedzińcu.
Tu, tup, tup...
Nadal jestem sam, wciąż patrzę w słońce. Oczy trochę mnie bolą, ale to nie jest ważne.
Tup, tup, tup...
Powoli żółknąca trawa znów zachwycała widokiem, woda w jeziorze odbijała refleksy świetlne, delikatnie poruszana nieśmiałymi podmuchami wiatru. Oddech Ziemi jakby zapraszał do zabawy, lekko trącał taflę ogromu zimnej wody.
Tup, tup, tup...
Chmury były już całkiem złote, tuląc delikatnie do siebie ówczesnego króla nieba - słońce.
Tup, tup, tup...
Niebo było idealnie błękitne, wiatr znów zaplątał mi się pod nogami, potargał szatę, bawił się chwilę jasnymi włosami.
Tup, tup, tup...
Woda szemrze cicho swą lekką melodię wolności lecz i niewoli zarazem. Zamknięta w stałym obiegu w kamiennym wyrobie ludzkich rąk...
Tup, tup, tup...
Och, robię się głodny. Nie chcę wracać, jest zbyt pięknie.
Tup, tup, tup...
Może zdążę na śniadanie?... Dochodzi ósma. Szybko zleciało...
Odwróciłem się na pięcie, puszczając biegiem w stronę wejścia do szkoły. Usta same mi się uśmiechały, jak sądzę, oczy błyszczały wesoło. Policzki zapewne miałem rumiane jak dojrzewające jesienią w ogrodzie dziadków jabłuszka.

- Gdzie byłeś? - zainteresował się na wstępie James, kiedy tylko zziajany opadłem obok niego na ławkę przy stole. Wyszczerzyłem się do niego wesoło.
- Na dworze. Żałujcie, że was nie było. Mówię wam, było tak... Tak... Pięknie, jak na powoli zmieniającym się obrazie powstałym z ręki wprawnego malarza. Szkoda, że te chwile tak szybko minęły...
Sięgnąłem po koszyk z bułkami, Peter nalał mi kakao do pucharu. Podziękowałem mu uśmiechem i skinieniem głowy. Posmarowałem słodką bułkę z rodzynkami cienką warstwą masła. Zatopiłem w niej zęby, przymykając oczy. Uwielbiam ten smak, do nosa leniwie docierała kusząca woń kakao...
- Oglądałeś wschód słońca? - spytał Czarny, patrząc na mnie. Pokiwałem gorliwie jasnowłosą łepetyną, zawzięcie żując to, co miałem w ustach.
- Uwielbiam to robić.
Usmiechnął się półgębkiem, sięgając po dzban soku.
- Co mamy pierwsze? - zapytał Pettigrew, sprowadzając nas na ziemię. No tak, dzisiaj poniedziałek! Zapomniałem, kra, kraaa...!
- Zielarstwo - odparł wesoło Jamie.
Westchnąłem z zadowoleniem. Lubię zielarstwo.

[ 2 komentarze ]


 
21. Wpis dwudziesty pierwszy.
Dodał Remus Lupin Środa, 03 Lutego, 2010, 05:34

Jestem wredna. Ten wpis bez dedykacji. Kra, kraa... :D


Tradycyjny gwar rozmów, śmiechów i brzęków sztućcy. Nie śmiałem się, nie rozmawiałem, nie jadłem. Tylko strasznie źle się czułem. Tak, dziś w nocy pełnia.. Akurat w Halloween! Głupie to jest. Jak but z lewej nogi!
Kiwałem się miarowo przed swoim talerzem w przód i w tył, gapiąc się zmęczonym wzrokiem na to, co właśnie nakładał mi James. Hmm... Kiełbaski i morze ketchupu. I jeszcze majonez...
Chciałem poprosić Pottera, żeby przestał okupować mój talerz i zajął się swoim, kiedy zaczęło mi strasznie gwizdać w uszach. Potrząsnąłem głową, zaciskając powieki. Ponownie otworzyłem oczy, marszcząc czoło. Kiełbaski z ketchupem i majonezem podwoiły swą ilość, po chwili było ich trzy razy więcej. Następnie zrobiły się całkiem białe...

- Remus, ja nie żartuję, otwórz oczy!
Niewyraźny głos Blacka brzmiał tak, jakby wsadził głowę do kibla. Uchyliłem niepewnie powieki. Światło, za dużo światła... Leżałem na oknie, a struga promieni słonecznych atakowała mi oczy. Syknąłem, podnosząc lewą dłoń. Zakryłem pół twarzy.
- Przestań mnie trącać, James - mruknąłem. - Już się... obudziłem.
Chłopcy pomogli mi usiąść. Dłonie mi się trzęsły, czułem się tak, jakby zaraz miała mnie rozłożyć ciężka grypa. Nie wiem, czemu, bolał mnie tył głowy. Kaszlnąłem, patrząc na nich. Spuściłem nogi z parapetu, drżące ręce kładąc po obu stronach bioder.
- Co się stało, tak w ogól... Potter, co ty robisz?! - jęknąłem, odskakując. Odsunął obślinioną chusteczkę od mojego policzka, unosząc brwi i szczerząc się głupio.
- Masz pół twarzy w majonezie - poinformował mnie. Wyjąłem z kieszeni swoją chustkę, mrugając szybko.
- Jakim cudem? - zapytałem słabym głosem. James zarechotał, a Syriusz wygiął dziwnie usta. Chyba starał się nie roześmiać.
- Wiesz... Na śniadaniu byłeś jakiś strasznie nieżywotny. Ledwie Jamie skończył ci nakładać to, co według niego miałeś zjeść, ty się zachwiałeś i padłeś twarzą w talerz, tworząc efektowną mini-fontannę ketchupu i majonezu... Kilka osób zaczęło się śmiać, ale jak się nie podnosiłeś przez jakąś minutę, to złapałem cię za włosy i pociągnąłem w tył.
- Wtedy właśnie odkryliśmy, że jesteś nieprzytomny. Wynieśliśmy cię z sali, McGonagall poszła po pielęgniarkę.
Spojrzałem w sufit, wyobrażając sobie siebie bez ostrzeżenia padającego gębą w posiłek. Zaśmiałem się, ponownie przenosząc na nich wzrok. Uniosłem brwi i prawy kącik ust.
- To musiało ciekawie wyglądać.
- Tak, scena ta była dość osobliwa... - przyznał cicho Syri, obserwując zbliżającą się pielęgniarkę i młodą nauczycielkę. Zsunąłem się z okna, stając chwiejnie na nogach. Chwyciłem się jamesowego ramienia, żeby nie upaść. Wytknąłem mu język, kiedy puścił mi oczko.
Przystając na propozycję pielęgniarki, poszedłem z nią do skrzydła szpitalnego. Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi, kobieta w białym fartuchu szybkim krokiem znikła za drzwiami po przeciwnej stronie komnaty. Zagryzłem wargę, rozglądając się. Podszedłem do zaściełanego białą pościelą łóżka. Po stronie, gdzie pewnie trzyma się nogi, na kołdrze złożony był w kostkę szary koc. Westchnąłem, marszcząc czoło. Dziwnie mi się skojarzyło... Przeniosłem wzrok na drugą równoległą do mnie ścianę. Trzy czwarte jej wysokości to były okna, ciągnące się od jednego kąta do drugiego w odległości mniej więcej pół metra. Dawało to dobre oświetlenie i piękny widok na góry, wynurzające się zza lasu. Nieco wyżej rozciągało się lazurowe niebo. Westchnąłem. Drgnąłem, słysząc trzask otwieranych drzwi. Spojrzałem w stronę idącej ku mnie pielęgniarki.
- Wypij to - nakazała, podając mi jakąś fiolkę. Posłusznie ją wychyliłem. Zakrztusiłem się. Dobre to nie było... Takie gorzkie. Jak kawa. A ja nie lubię kawy. Kobieta uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłem ten gest, czując jednocześnie zapowiedź bólu głowy. Taak, już niedługo się zacznie... Ponownie podniosłem na nią wzrok, tym razem z zainteresowaniem.
Najwięcej przypisałbym jej dwadzieścia-dwadzieścia dwa lata. Jasnozielone oczy tryskały energią, troską i zapałem. Długie, jasnobrązowe włosy upięła w kok. Niebieską sukienkę do kolan, od wysokości pasa ukrytą pod przyszytym fartuszkiem skrywała pod typowo szpitalnym fartuchem. Na nogach miała białe tenisówki. Podniosłem się.
- Lepiej już pójdę...
Skinęła mi głową, również się podnosząc. Odwróciłem się, podchodząc do drzwi. Wyszedłem na korytarz. No cóż... Którędy do wieży? O, może ona wie... Nie wygląda na pierwszaka, a naszywki na szacie jasno mówią, że jest z Gryffindoru.

***

- Alohomora! - zawołałem, robiąc sobie jeszcze większą krzywdę. Owszem, głowę rozsadzał mi tępy ból skroni, a każdy dźwięk zostawał przeze mnie odbierany dwa razy mocniej. Cuda i uroki wilkołactwa... Syknąłem, przyciskając dłonie do głowy. Muszę się poświęcać. Muszę to umieć! Prace domowe trzeba odrabiać i już! Ponownie zamachałem wściekle różdżką. - Alohomoooraa! Alohomora! Co za głupia zmora...
- Skoncentruj się może na początek - zaproponował Syriusz ze swojego łóżka. Ja, James i ten cały Pettigrew leżeliśmy na swoich.
- Ty wiesz, że może masz rację? - zapytałem niewinnie, starannie maskując swe parszywe samopoczucie. Black parsknął.
- No ba!
- Narcyz... - mruknął nieznany mi głos. Wygiąłem się dziwnie, chcąc spojrzeć na Syriusza, który usiadł gwałtownie.
- Masz coś jeszcze do dodania, Pettigrew? - zapytał spokojnie, choć wyraźnie wyczuwałem, że w każdej chwili może się na niego rzucić. Przechyliłem nieco głowę, patrząc na... Pierre'a chyba...? Nie pamiętam. Chłopak pokręcił głową, wydając z siebie cichy świst. Syri patrzył na niego jeszcze chwilę morderczym wzrokiem, po czym skierował go na sufit. Położył się, podkładając ręce pod głowę.
Czując, że mimo wszystko na usta wkrada mi się lekki uśmieszek, wycelowałem różdżką w okno.
- Alohomooora! - zawołałem, wykonując nadgarstkiem zawzięte młynki. To "ooo", to był akcent, tak dla wyjaśnienia, pamiętniku. Wiesz, gdybyś nie wiedział...
Fuknąłem, krzywiąc się. Zmarszczyłem czoło, całą siłą swej stłamszonej woli skupiając się na tym, by to okno się choć trochę uchyliło. Zmrużyłem powieki, ponownie celując.
- Alohomora! - zawołałem dobitnie, krótko szarpiąc patykiem. Następnie zrobiłem wielkie oczy, bo okno otworzyło się z trzaskiem, uderzając o ścianę. Szyba, na szczęście, nie ucierpiała... Zerwałem się w euforii. Zacząłem zawzięcie skakać po meblu, zapominając, że źle się czułem. - Udało mi się, udało, udało, udało, udaaałooo!!! - padłem na kolana, wyrzucając ręce w górę. Ryknąłem triumfalnie, trząchając jasnowłosą głową. Syriusz i James zaśmiewali się głośno.
- Żebyś tak przypadkiem nie zareagował na zaklęciach! - parsknął Black.
- Niby czemu? Flitwick by się ucieszył - stwierdził chłopak, którego imienia nie pamiętam. Zsunął się z łóżka i podszedł do szafy. Dzieliliśmy ją we czwórkę. James zarechotał, kładąc dłoń na brzuchu. Odchylił łepetynę do tyłu.
- O tak! - zawołał. - Za sam entuzjazm do przedmiotu nagrodził by cię kilkoma punktami!
Śmialiśmy się chwilę we czwórkę. Podszedłem do okna, mając na celu zamknięcie go przy użyciu dłoni. Na tego typu czynności przy użyciu magii przyjdzie jeszcze czas... Zakwiliłem, kiedy coś dość mocno uderzyło mnie w głowę i po części w plecy. Coś dużego i miękkiego. Poduszka?... Chwyciłem przedmiot zbrodni i rzuciłem się na Syriusza. Stał najbliżej, biedaczyna... Odpowiedział mi tym samym. A potem jeszcze dostałem od Jamesa. Za co?! Wyładowałem swój żal na Pettigrew. No i się zaczęło...
Poduszki latały z jednej strony dormitorium na drugą, co raz wylatywały z nich pierze. A my?... Śmialiśmy się jak nawiedzeni, okładając się nimi. Uchylaliśmy się, rzucaliśmy na siebie z wrzaskiem. Po prostu wojna... A ja jakoś zapomniałem o tym, że w nocy znów miałem zmienić się w tego... zwierzaka.

[ 4 komentarze ]


 
20. Wpis dwudziesty.
Dodał Remus Lupin Poniedziałek, 25 Stycznia;, 2010, 22:01

Tak, tak! Notka! Padnijcie na twarz przed monitorem xD
Pozwolę sobie zadedykować ten wpis Zielakowi, Doo i Alice.
Cała notka pisana przy słuchaniu "Ciągle pada" i "Ktoś mnie pokochał".


Zostańmy przyjaciółmi - powiedział mi mój własny głos w głowie, kiedy siedziałem na zaklęciach. Była już połowa października. Tak, wiem. Szybko zleciało. Bardzo szybko.
Mogłem odetchnąć. Cudowne uczucie...
Spojrzałem na Blacka, obracając pióro w dłoni. Siedział obok mnie. Jak zwykle, odkąd powiedziałem te dwa słowa: Zostańmy przyjaciółmi.
To jest takie głupie, niezdarne. Ilekroć niepewnie zbliżymy przyjaźnie do siebie swoje dłonie, coś nas od siebie odepchnie. Mój zły dzień, Syriuszowe humorki, pojawienie się Pottera czy zwykła niewiedza. Nie miałem pojęcia jak to zrobić, by się z nim zaprzyjaźnić. Co źle robiłem?... Co my źle robiliśmy?
Staraliśmy spędzać ze sobą czas, rozmawiać. Przecież na tym polega przyjaźń, czyż nie?... Z pierwszym nie było problemu, wystarczyło razem chodzić na śniadanie, siedzieć na lekcjach, jeść obiad, razem pracować na zielarstwie, razem odrabiać prace domowe. Z rozmowami było ciężej. Nie miałem pojęcia, o czym możemy porozmawiać. Zbyt mało o sobie wiemy. Stanowczo.
- Syriusz... - mruknąłem mu do ucha, lekko ryzykując. Flitwick patrzył na nas. Udałem więc, że sięgałem po syriuszowy kałamarz. To nic, że swój miałem w zasadzie przed nosem. Wymówka prosta w razie wpadki - atrament mi się zglucił.
Wychwyciłem spojrzenie Syriusza.
- Co? - wyartkułował bezgłośnie, jako że nauczyciel przechodził obok nas. Machnąłem obojętnie różdżką w stronę szafki, mówiąc niedbałe: Alohomora. Tak, ćwiczyliśmy zaklęcia otwierające. Szafka nie drgnęła. Zignorowałem swe niepowodzenie, przyodziewając szatę obojętności. To nic, że miałem ochotę rzucić ławką w tą durną szafkę.
- Chciałem poga... Nie, nie tak. Chodzi o tą naszą - Zrobiłem cudzysłów z palców. - przyjaźń.
Black zmarszczył czoło, odwracając się do mnie przodem.
- O co chodzi?
Sięgnąłem do torby po żelka Haribo. Trafił mi się malinowy. Ukryłem go szybko w swoich ustach, nie chcąc narażać nieszczęśnika na zdemaskowanie.
- My źle to robimy - powiedziałem cicho, udając, że trenuję prosty ruch nadgarstka. Wycelowanie. - Za bardzo się przykładamy.
- Zauważyłem - mruknął. - Odpuśćmy sobie - powiedział cicho. Spojrzałem na niego, unosząc brwi. Potrząsnął ciemną głową. - Nie całkowicie, oczywiście. Po prostu niech dzieje się, co chce. Mam wrażenie, że obaj się do tego zmuszaliśmy, zmienialiśmy na siłę.
Westchnąłem, kiwając głową.
- Niech to się potoczy po swojemu. Dobra? - zapytałem, tak, dla pewności. Skinął głową, nawet nie próbując wymusić uśmiechu.
- Panie Lupin, niech pan nam zaprezentuje skuteczność zaklęcia Alohomory!
- ...Kto, ja? - zdziwiłem się, niezgrabnie wstając. Usłyszałem parsknięcie Jamesa. Wytknąłem mu język. Lubiłem go, nie powiem, że było inaczej. Taki wiecznie uchachany pajacyk-wesołek, gotów rozwiać wszystkie ponure myśli z głów swych towarzyszy. Bardzo mi pomagał zapomnieć o tym, co stało się w sierpniu. Nieświadomie z pewnością, ale pomagał.
- Tak, pan! - zawołał żwawo mały profesorek, podchodząc do katedry. Wskazał różdżką na tablicę, jej skrzydła odsunęły się od ściany, delikatnie otulając środkową część zielonego masywu, po którym to nauczyciele od wieków mają w zwyczaju bazgrać. - Proszę bardzo. Ruch ręką i formułka!
Skinąłem głową, starając się nic nie powiedzieć. Czułem na sobie krępujące spojrzenia całej klasy. Nie pomagało mi to wcale, a wcale. Miałem ochotę powiedzieć im, żeby przestali się na mnie gapić. Co ja, okaz jakiś w ZOO, czy co?...
Podniosłem lewą rękę z mą różaną różdżką, celując nią w tablicę. Biedna...
- Alohomora!
Tablica opadła z hukiem na podłogę, a ja, oczywiście, zrobiłem się czerwony. Flitwick pokiwał głową.
- Dodatkowe zadanie, panie Lupin.
Kiwnąłem głową, krzywiąc się lekko. Opadłem na swoje miejsce.

***

Siedziałem na błoniach, gapiąc się turkusowe, jesienne niebo. Miałem ochotę poderwać się ze swojego miejsca i z donośnym śmiechem rzucić w wir tańca z opadającymi liścmi, otulony złocistymi promieniami słońca. Sobota... I pierwsza nauka latania. Nie powiem, cieszyłem się. Kiedy już opanuję tę sztukę, będę mógł w powietrzu ścigać wiatr...
Nie miałem w zasadzie żadnych zmartwień. Z mamą regularnie piszę co drugi dzień. Wprawdzie pierwszy raz odezwała się dopiero po dwóch tygodniach rozstania ze mną, ale napisała. Nic jej nie jest. Z tego, co wywnioskowałem z listu, to próbuje stanąć na nogach. I bardzo dobrze, cudownie!

...staram się wrócić do normalnego życia, kochanie. Wiesz pewnie sam, że nie jest to łatwe. Warto próbować. Tata na pewno byłby szczęśliwy, widząc, że dalej cieszysz się dniem, tak, jak do tamtej chwili...

Nie mam pojęcia, co w tych rozmazanych łzami słowach było. Niesamowicie mnie to podniosło na duchu, jakby wbiło mi w lewy pośladek wielką igłę przymocowaną do gigantycznej strzykawki z napisem: "SZCZĘŚCIE". Mam wrażenie, że wszystko się do mnie śmieje, że słońce świeci tylko dla mnie, że wiatr tylko dla mnie snuje się po szkolnych błoniach, delikatnie łaskocząc me zaróżowione jak dawniej policzki.

...Kocham Cię, syneczku...

Łzy spłynęły obficie przy tych słowach.
Odchyliłem głowę w tył, przymykając oczy.
- Mnóstwo słonecznego światła jest na mojej drodze. ZIP-A DEE-DOO-DAH, ZIP-A-DEE.. Drozd na moich ramionach, ZIP-A DEE-DOO-DAH, ZIP-A-DEE... I jeśli to jest prawdziwe, i aktualnie wszystko jest zadowalające! Yeha, yeah, yeah! - Wyrzuciłem w górę zaciśniętą pięść, śmiejąc się samemu do siebie.
- Cześć! - zawołał głos Jamesa. Poderwałem się, odkręcając w jego stronę. Odkrzyknąłem mu to samo. Strasznie chciało mi się śmiać, gdy go tylko widziałem. Chodząca endorfina. Sięgnąłem do kieszeni, po tę w kostkach. Wyjąłem ciemnogranatowe, papierowe opakowanie. Wyciągnąłem je do Jamesa z wymownym zapytaniem na twarzy. Skinął głową. Po chwili oboje żuliśmy naładowane do ust kostki czekolady, śmiejąc się do siebie głupkowato. Polubiłem to, jeśli nawet i nie pokochałem. Po prostu śmiać się. Z niczego. Do siebie. Bo żyjemy. Bo nasze policzki mają dziwne kształty i usta nam się nie domykają. O, Jamesowi strąk śliny wyciekł z buzi, spływając po podbródku. Otarł go z głupią miną. Zaśmiałem się bardziej. Ktoś objął mnie za szyję, Jamesa po chwili też. Syriusz. Parsknąłem na jego widok, niebywale ubawiony. Oplułem go. Zakryłem usta dłonią, zaczynając się głośno śmiać, nieskromnie opuszczając szczękę. Z doświadczenia wiem, że żuta zawartośc jamy ustnej nie wygląda zachęcająco... Wyjęczałem przeprosiny.
Black puścił mnie, ocierając twarz rękawem wierzchniej szaty.
- Dziękuję. Naprawdę, wielkie dzięki.
Przyklęknąłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Sam nie wiem, co mnie tak ubawiło...


Wymieniłem niepewne spojrzenia z Jackiem. Remus i Syriusz stali na przeciwko nas, wyciagając ręce nad miotłami. Zewsząd dało się słyszeć chłopięce i dziewczęce, czasem nie do odróżnienia: "Do mnie!". Histeryczne, spokojne, pełne agresji bądź czułości, tu i ówdzie stanowczość.
- No, moi drodzy. Spokojnie, czule - usłyszałem za sobą miękki głos profesora.
Ponownie spojrzałem w prawie czarne oczy Skreeg'a, czując się jak debil. Wyciągnąłem prawą rękę nad miotłą.
- Do mnie - bąknąłem. Miotła ani drgnęła. Przez chwilę wydawało mi się, że zachichotała szyderczo. Wydąłem wargi. - Do mnie - bąknąłem ponownie. Jack parsknął. Podniosłem na niego swe niezaprzeczalnie piękne i niewinne, bursztynowo-złote oczy. Miną wyraziłem błaganie o to, by przestał się ze mnie nabijać, bo to bardzo ważna chwila przecież.
- Do mnie! - usłyszałem hardą komendę Blacka. - Co za zołza - mruknął, widząc, że miotła się na niego w zasadzie wypięła.
- Nie lubię cię! - wrzasnąłem do swojej. Zatkało mnie. W następnej chwili trzymałem ją w garści, zewsząc dobiegały mnie śmiechy i brawa. Nie mogłem powstrzymać głupiutkiego uśmiechu cisnącego mi się na twarz.

***

Padało. Oj, bardzo padało we wtorkowe popołudnie...
Oderwałem się od pisania listu do matki, zerkając tęsknie w okno. Rozejrzałem się po salonie Gryfonów. Był pełen uczniów. Jak zwykle w taką pogodę, co mogłem zauważyć od początku roku szkolnego. Ponownie skierowałem wzrok na ciemne niebo.
- Kusi, co nie? - zapytał umiejętnie James, stając za mną. Oj tak, on już wiedział, jak namawiać mnie do drobnych grzeszków. Skinąłem głową, nieszczęśliwie nie mogąc powstrzymać spojrzenia w okno. Potter wyjął mi pióro z ręki, inna para rąk podciągnęła mnie w górę. Pokręciłem głową.
- O nie. Nie ma mowy, nie wyciągniecie mnie...
- Ciii... - szepnął Syriusz, jakby chciał uspokoić podenerwowane dziecko. Prychnąłem, posłusznie jednak pozwalając prowadzić się na górę, do dormitorium. Ciężkie, drewniane drzwi zamknęły się za nami z trzaskiem.
- Ciągle pada - zanucił James, grzebiąc w szafie. Wyjął z niej trzy peleryny przeciwdeszczowe. - Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby...
Całą trójką zgodnie wybuchliśmy śmiechem. Nawet Syriusz, który zwykle ograniczał się tylko do parsknięć i chichotów. Teraz jednak śmiał się na całe gardło, a śmiech miał po prostu zabójczy. Nie muszę chyba więc pisać, że zacząłem się jeszcze bardziej cieszyć.
Syri odebrał od Jamesa długi do kostek, czarny płaszcz z jakiegoś jakby gumowego tworzywa. Przysiadł na łóżku, zakładając jeszcze kalosze. Poszliśmy z okularnikiem w jego ślady. Moja była zielona, Jamesa czerwona. Zgodnym krokiem wyszliśmy z dormitorium, niemal pędem kierując się do wyjścia z salonu, a potem w pełnym galopie po szkolnych korytarzach.
Stanęliśmy zadyszani w wejściu do zamku. Wymieniliśmy spojrzenia i szerokie uśmiechy. Spletliśmy wzajemnie swoje palce. Ja byłem w środku. Huknęło zdrowo, ciemnogranatowe niebo przecięła błyskawica. Jęknąłem, widząc to.
- Jaaaaak pięknie! - zawyłem, podskakując w miejscu. Po lewej stronie usłyszałem śmiech Pottera.
- Na trzy wybiegamy. - powiedział Black. - Raz... Dwa... Trzy!
Z donośnym wrzaskiem rzuciliśmy się przed siebie, wybiegając w deszcz. Unieśliśmy nasze ręce jak najwyżej się dało, stawiając wyzwanie śmigającemu po szkolnych terenach wiatrowi. Biegliśmy ile sił, starając się go prześcignąć. Nasze przystosowane do tego typu wariacji obuwie tylko rozchlustywało kałuże na boki, chroniąc nas przed zmoczeniem stóp i jednocześnie dostarczając zabawy. Skakaliśmy przez kałuże, po kałużach, po błocie. W pewnym momencie Syriusz wymyślił zawody; kto zaliczy więcej kałuż w minutę.
Śmiałem się jak szalony, wesoło, głośno i ochryple. Odchyliłem głowę w tył, kaptur od peleryny opadł mi luźno na plecy. Mocniej zacisnąłem dłonie na palcach Blacka i Pottera, czując to słodkie uczucie, które odkąd tylko pamiętam, wypełniało mnie właśnie w takich chwilach, jak ta. Lekkie łaskotanie w brzuchu, wrażenie, że rosną mi skrzydła, wiara, że mogę odlecieć gdzie tylko bym chciał... Tak. Byłem szczęśliwy. Po prostu.
Przystanęliśmy w końcu, śmiejąc się głośno. Uspokoiłem się nagle, prostując. Popatrzyłem w ciemne niebo. Kolejne błyskawica przecięła je jasną, pogiętą linią z wieloma rozgałęzieniami. Była lekko czerwona. Chwilę później dało się słyszeć donośny, jeżący włosy na karku grzmot. Krople deszczu tak przyjemnie pieściły mi usta, woda przelewała mi się dłońmi strumieniami.
Nie wiem, czy wszyscy tak mają. Ja w deszczu zapominam, kim jestem. Zapominam wszystko, co było "be" - zupełnie jakby spływający po mnie deszcz zmywał ze mnie wszystko to, co złe i niedobre. Przymknąłem oczy, uśmiechając się lekko. Uwielbiam czuć uderzenia kropli na twarzy, na ciele. To mnie uspokaja, koi nerwy i pozwala uporządkować myśli, opanować emocje.
W tym oto momencie dostałem lekcję, którą zapamiętam chyba na zawsze: Nigdy, ale to nigdy nie stój z zamkniętymi oczami, kiedy w pobliżu znajduje się Potter, bo przypłacisz to sińcem lub trwałym kalectwem.
Nim zorientowałem się, o co w ogóle chodzi i skąd to łomotanie, poczułem solidnie uderzenie w bark, poczułem piekący ból ramienia, w uszach zadźwięczał mi jamesowy śmiech, a następnie... BACH! Leżałem rozciągnięty na przemoczonej ziemi. Och, kochana pelerynka. Nie zmoczyłem sobie nawet ubrań. Podniosłem głowę, odgarniając przemoczone włosy z twarzy. Potter śmiał się jak wściekły pawian, opierając się na zgiętych kolanach. Nieustanny szum deszczu i grzmot zagrał na moją korzyść - podniosłem się i podszedłem bliżej. Pochyliłem się, szybkim ruchem wystawiając prawą nogę i podcinając okularnika. Uderzył w ziemię z donośnym plaśnięciem. Pociągnął mnie za sobą, więc zrobiłem drugie "bach". Skrzyżowałem obrażony ręce na piersi, a Black stał kilka metrów dalej i głośno się śmiał. Popatrzyłem na Pottera z uniesionymi brwiami. Błyskawicznie zapomniałem o dąsach. Skinęliśmy sobie głowami. Wstaliśmy. Z grobowymi minami, ramię w ramię, równym krokiem ruszyliśmy na Blacka. Natychmiast przestał się cieszyć.
- Ooo nieee... - mruknął, wyciągając ręce w niezaprzeczalnie obronnym geście. - Nie odważycie się... Ja jestem Black! Szlachcic! - ryknął.
- A wielki, plastikowy guzik mnie to obchodzi! - wrzasnąłem, puszczając się biegiem w jego stronę. James również momentalnie przyspieszył. Black okręcił się na pięcie, uniósł ręce w górę i wymachując nimi dziko, zaczął uciekać. Piszczał przy tym przeraźliwe.
- Ale ja nie jestem Żydem! - zawył. No zabił mnie tym. Padłem na kolana, nie mogąc wytrzymać ze śmiechu.
- Idiota! - zawołałem za nim jeszcze. Zerwałem się jednak, krztusząc wesołością, kiedy zobaczyłem groteskowy upadek Blacka.
- Syri! - zawołałem, kucając obok niego. - Kiedy tak leciałeś na twarz, wyglądałeś tak pięknie, jak żuraw o zachodzie słońca!
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Wybuchliśmy głośnym śmiechem.
Kochane wariaty z nich... To nic, że nie ma takiego słowa. Oni również nie mieszczą się w żadnej skali.

[ 5 komentarze ]


 
19. Wpis dziewiętnasty.
Dodał Remus Lupin Niedziela, 17 Stycznia;, 2010, 06:22

Tak, mam już komputer. Owszem, notka pisana w nocy, o czym świadczy godzina dodania. Specjalnie dla was ; *
Z dedykacją dla Doo, Parvati, Łapomanki i Zielaka, oraz dla Alice, której serdecznie dziękuję za przemiłą opinię ^^.



Minął tydzień. Dziś jest ósmy września. Trzy i pół tygodnia temu umarł mój tata. Od ponad trzech tygodni nie mam ojca... Dziwnie mi jakoś, gdy patrzę na to zdanie. To jest jakieś... Nienormalne! Do tamtej pory nie byłem wstanie sobie w ogóle wyobrazić tego, że mógłbym nie mieć taty. Przecież to oczywiste, każdy ma! Każdy, zawsze i wszędzie... Tak myślałem. Myliłem się. Oj, bardzo się myliłem...
Jestem blady jak upiór, wzrok mam mętny i jakiś taki... Martwy troszeczkę. Poruszam się mozolnie, jakby niechętnie. Twarz ciągle mam lekko napuchniętą, wyglądam jak siedem nieszczęść. Nie moja wina... Od tych trzech tygodni bardzo mało spałem. Przez ostatnie siedem dni mniej niż pozostałe osiemnaście razem wzięte. Po prostu nie mogę spać. Płaczę po nocach. Nie chcę płakać, ale nie mogę powstrzymać tych łez, które cisną mi się do oczu. Zwłaszcza gdy patrzę na zdjęcie, które wziąłem z domu; ja, mama i tata. Coś niebezpiecznie ściska mnie w gardle, gdy o nim myślę. Czuję pieczenie w nosie i kącikach oczu, gdy patrzę na fotografię.
Tęsknię. Strasznie tęsknię. Tato, dlaczego mnie zostawiłeś?...


* * *


- Pet, możesz podać mi ketchup?... Peter, heeej! Ziemia do Petera! Tu Hogwart, tu Hogwart! Zgłoś się!
- Przymknij chałapę - mruknął głos Syriusza. James zamilkł. Na chwilę, bo zaraz wymamrotał płaczliwe:
- Ja tylko chciałem dostać odrobinę ketchupu...
Usłyszałem rozbawione parsknięcie Czarnego. Niby zimny, a jednak ciepły. Zwykła gra pozorów. Ja robię to samo. Udaję. Ciągle udaję. Że wszystko jest dobrze...
Grzebałem bezsensownie w talerzu jajecznicy. Nie przełknąłem ani kęsa. Westchnąłem ciężko, chrapliwie. Zamknąłem oczy, odkładając widelec. Wbrew sobie wygiąłem wargi w smutną "podkówkę". Czułem, jak zaczynają drżeć.
Przełykając ślinę, wstałem od stołu, flegmatycznym ruchem przekładając pasek torby przez głowę. Starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, wyszedłem z sali, czując na sobie zdziwione spojrzenia chłopaków. Tylko przez chwilę. Być może przywykli przez te kilka dni, że często się "ulatniam". Pewnie myślą, że po prostu chcę być sam. Że to lubię. Owszem, lubię... Chwilami. Ogółem panicznie boję się samotności. Tata mówił, że nigdy nie będę sam. Że zawsze będzie choć jedna osoba, która będzie po mojej stronie. Która będzie mnie kochać, bez względu na wszystko. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy wspominam te słowa, to, oczywiście, mama. To, że chwilami zachowuję się tak, jakbym nie życzył sobie czyjegoś towarzystwa, nie musi być przecież prawdą. Wbrew pozorom zawsze chcę, by ktoś przy mnie był. Czuję się wtedy lepiej, jakby bezpieczniej.
Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarłem pod salę od transmutacji. Pierwszą dziś mamy historię. Klasa jest po drugiej stronie korytarza. Minąłem ją, zrzucając torbę. Upadła z cichym tąpnięciem na marmurową posadzkę. Westchnąłem ciężko, wsuwając ręce do kieszeni. Powłócząc nogami, mijałem kolejne fragmenty szarej ściany, kolejne obrazy w złoconych ramach. Stanąłem przy oknie. Gapiłem się na nie chwilę bezwiednie, po czym sięgnąłem do klamki. Ustąpiła z cichym zgrzytem, okiennica odchyliła się na zewnątrz. Na zmęczonej twarzy poczułem lekki powiew jesiennego wiatru. Spojrzałem w niebo, zastanawiając się, gdzie teraz jest tata. Co dzieje się z mamą?... Pisałem do niej przez ostatnie trzy dni dwa razy dziennie. Ani razu nie odpowiedziała. Mamo, co się z tobą dzieje?...
Drgnąłem, słysząc czyjeś kroki na korytarzu. Niemal natychmiast odzyskałem spokój, zamykając oczy i wciągając solidny chaust powietrza. Było tak przyjemnie świeże i czyste, tak ładnie pachniało...
Wpatrywałem się uparcie w wierzchołki drzew, usilnie starając się ignorować Blacka, który wlepił we mnie uparte spojrzenie. Kątem oka widziałem, że oparł się bokiem o ścianę, skrzyżował ręce i lekko przechylił głowę. Jego zapach świdrował mnie w nos.
- Wszystko w porządku? - zapytał, przerywając trwającą ciszę. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jakbym potwierdził, nie uwierzyłby i drążył dalej. Z drugiej strony gdybym zaprzeczył, pewnie też by spytał, o co chodzi. Nie wiedziałem, czy byłem gotów z kimś o tym rozmawiać. Tłumienie tego w sobie również z kolei też nie było dobrym wyjściem. Nie wiedząc, co robić, milczałem. Skierowałem jedynie spojrzenie na swoje dłonie, którymi leniwie kreśliłem kółeczka na kamiennym parapecie.
- Ma to może jakiś związek z tym snem sprzed trzech nocy? - zapytał cicho. Nieco wbrew sobie skinąłem głową. To chyba był błąd, bo ta tama, która powstrzymywała wszystkie uczucia, które się we mnie kotłowały, pękła lekko. Z trudem powstrzymałem się od krzyku i walenia na oślep pięściami w najbliższą ścianę. Łez jednak nie powstrzymałem. Spłynęły dwie; wolno, niespiesznie, żłobiąc wilgotne korytarze na mojej bladej twarzy. Westchnięcie Czarnego obiło się o moje uszy, kolidując z cichym plaśnięciem słonej kropli uderzającej w parapet.
- Mogę spytać, co ci się śniło? Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpo... - Nie dałem mu dokończyć. Spojrzałem na niego, nabierając głośno powietrza. Mówiłem szybko, lekko łamiącym się, drżącymm głosem.
- Sam nie wiem, co to było. Jakaś stacja. Nie wiem, gdzie. I pociąg. Jakby pociąg-widmo. Wszystko było takie strasznie dziwne. Ślady krwi, totalna pustka. Chyba w nim nawet nie oddychałem. Nie wiem, nie mam pojęcia... Śnili mi się też moi rodzice, tata w ogóle tam zginął, ja nagle zacząłem spadać, były jakieś schody i ogień... Topiłem się, bolało, strasznie bolało. I potem znowu spadałem... I się obudziłem.
Zamilkłem, patrząc w jego duże, szare oczy. Właściwie to ciągle były jakieś takie... zimne, nieprzyjemne. Teraz wyraźnie dostrzegłem w nich zwykłą troskę, uwagę. Wydął wargi.
- Ale twojemu tacie przecież nic nie jest...
- On nie żyje, zginął w wypadku prawie miesiąc temu. - Po wypowiedzeniu tych słów miałem wrażenie, że coś ciężkiego opadło mi z klatki piersiowej i pleców na posadzkę, uwalniając od swojej masy. Poczułem się... lżejszy.
Black zamilkł, wpatrując się we mnie z malowniczym zdziwieniem. Znowu strasznie chciało mi się płakać. Zagryzłem wargę, wzrok kierując na kołnierz syriuszowej koszuli.
- Ach... Nie wiedziałem. Przepraszam...
Potrząsnąłem głową, podnosząc rękę do twarzy. Otarłem gwałtownie policzki. Zamknąłem oczy, przestępując z nogi na nogę.
- Nie mogę sobie z tym poradzić... Nie mogę spać, nie mogę jeść, nic mi się nie chce. Miałem ochotę w ogóle wypiąć się na cały ten Hogwart, magię i tak dalej. Żyć wśród mugoli. To przeze mnie tata zginął, po mnie jechał na Pokątną... - Głos mi się załamał. Poczułem dłonie Czarnego na ramionach, jedna uniosła mi głowę za podbródek.
- Remi, spójrz na mnie - poprosił cicho. Niechętnie wykonałem polecenie, patrząc na niego obojętnie. Był strasznie niewyraźny. - Nie mów tak... To nie twoja wina, różne rzeczy się dzieją... Nie wolno się obwiniać w takich sytuacjach, wiesz? To zabrzmi strasznie banalnie, ale... No musisz chociaż spróbować dalej żyć... A to może zabrzmieć chamsko: ty żyjesz, twój ojciec... Nie. Nie możesz przez to przegapić własnego życia, Remi. Zawsze tak jest.
Parsknąłem, roniąc kolejne łzy.
- Łatwo ci powiedzieć! Zawsze łatwo jest mówić, kiedy jest się osobą trzecią, niezaangażowaną. To... po prostu boli.
Teraz on milczał jakiś czas. W tle rozległ się dźwięk dzwonu, nawołującego uczniów do zbierania się pod salami.
- Wiem, że coś takiego boli. Nie pytaj, skąd. Po prostu wiem. To przecież oczywiste...
Wyciągnął ręce, oplatając je dość ciasno na moich plecach. Nie oponowałem, jedynie westchnąłem ciężko, wtulając nos w jego ramię.
- Obsmarkam cię - wymamrotałem. Parsknął dość wesoło, wbrew sobie zaśmiałem się lekko. Odwzajemniłem jego uścisk. - Syriusz... - dodałem, bo nagle przyszło mi coś do głowy. - Może tak zostaniemy przyjaciółmi? Wiesz, tak na serio...
- Okej - odpowiedział mi jego cichy, zdawkowy głos. Uśmiechnąłem się lekko, czując kolejną łzę na policzku.
- To super...
Odsunąłem się dopiero wtedy, gdy kroki hogwartczyków stały się naprawdę wyaźne. Pociągnąłem nosem, wycierając twarz rękawem. Black sięgnął do kieszeni. Podał mi chusteczkę. Wymamrotałem niemrawe podziękowanie. Doprowadziłem w miarę możliwości do ładu swoją twarz. Przez ten czas Czarny poszedł po moją torbę. Podał mi ją. Westchnąłem, wsuwając zużytą chustkę do kieszeni plecaka. Spojrzałem na Sernika mętnym wzrokiem. Nagle strasznie zachciało mi się spać. Tłumiąc ziewnięcie, skierowałem kroki w stronę sali od historii.
- Chłooopcy! Gdziewyście żeście bywali? - zawył łoś na rykowisku, czyli James.
- Ano tu i tam - odparł ze znużeniem Syriusz. Znów był tym chłodnym i wyniosłym Blackiem. Potarłem dłonią czoło, starając się ukryć twarz. Na pewno widać było, że płakałem. We trójkę weszliśmy do sali. Jak zawsze na historii usiadłem z Lily. Spojrzała na mnie pytająco, widząc mój... Hymm... Stan. Potrząsnąłem w odpowiedzi głową, wyjmując z torby pergamin, pióro i atrament. Po chwili namysłu oderwałem kawałek kartki, by naskrobać na niej krótką wiadomość:

Dziękuję.

Zgiąłem ją na czworo. Napisałem na jednym boku powstałego kwadracika "Do Syriusza", po czym podałem kartkę siedzącej za mną dziewczynie. Jakaś blondynka z czarnymi oczami. Krukonka.
- Podaj to Blackowi. Wiesz, który to?
Skinęła głową, odwracając się do mnie plecami. Ja również zrobiłem to, co ona, uwagę kierując na notatki. Chwilę później poczułem lekkie uderzenie w głowę, niewątpliwie czymś małym. Podniosłem to z ziemi. Zgnieciona kulka pergaminu. Rozprostowałem ją. Pismo Blacka. Zmarszczyłem czoło, starając się odczytać rozmazany atrament, który wykreślił sztywne, grube literki;

To ja dziękuję.

Odkręciłem się na swoim krześle, wyszukując wzrokiem Czarnego. Uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłem gest.


* * *


Cisza, spokój. Od czasu do czasu jedynie szelest pergaminowych stronic wielu grubych, zakurzonych woluminów. Zapach książek, ta słodka woń kartek. Biblioteka...
Od pierwszych chwil, które tu spędziłem, po raz pierwszy przekraczając jej próg, już wiedziałem, że to będzie mój azyl. Moje miejsce w tym zamku. Idealne miejsce dla mnie. Tyle książek... Mnóstwo książek. Setki, tysiące książek. Morze ksiąg i woluminów... No po prostu coś pięknego.
Spacerowałem niespiesznie pomiędzy dziesiątkami regałów. Opuszkami palców delikatnie gładziłem okładki mijanych książek, bezwiednie odczytywałem napisy na ich grzbietach.
Szedłem powoli, z przymkniętymi oczami. Spokojnie wciągałem kolejne dawki niezbędnego do życia tlenu, delektując się jednocześnie tą książkową wonią. Dlaczego ja tak to lubię? Nie mam pojęcia...
Znajdowałem się właśnie w dziale o eliksirach, kiedy do moich uszu dotarł jakiś szelest. Brzmiał naprawdę głośno w tej napierającej zewsząd ciszy. Po krótkiej chwili napięcia ponownie się rozluźniłem. To przecież bliblioteka, dopiero osiemnasta. Pewnie po prostu ktoś tu jest i szpera w różnych wszechobecnych tu tomiszczach.
Odwróciłem się, nagłym pomysłem postanawiając iść tyłem. Ponownie przymknąłem oczy, opuszczając głowę. Wyrzuciłem z siebie wszelkie emocje, skupiając się tylko na tym, co czułem palcami i nosem. Po chwili również plecami...
Wydałem z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk, podskakując. Okręciłem się na pięcie, automatycznie przybierając pozycję pod tytułem brania nóg za pas.
- Jackie?!
- Remus...
- Skąd ty tu? Ale jak? Przecież... Ja pierdzielę! - Przywitałem się inteligentnie, po czym nieprzemyślanym gestem zarzuciłem Jackowi ręce na szyję. Ścisnąłem go tak mocno, jak tylko umiałem. Poczułem w pasie, że moja sympatia została odwzajemniona. Odsunąłem się, czując, jak szeroki uśmiech rozciąga mi wargi.
- Nie wierzę! Jak to się stało? - zapytałem, czując, że na policzki wkrada mi się lekki rumieniec, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Jack chwycił mnie za łokieć.
- Chodź, pogadamy,
- No ale...!
- Nie wiem, Remusie. Po prostu pewnego wakacyjnego dnia, do domu przyszedł jakiś siwy facet z długą brodą i w pelerynie.
- Dumbeldore! - powiedziałem wesoło. Zatrzymałem się nagle w połowie drogi do wyjścia z biblioteki. - Jack, to ty jesteś z magicznej rodziny?
- Nie... Nie słyszałem, aby ktokolwiek umiał robić takie sztuczki, jak ja. Umiałem wprawić w ruch liście nie dotykając ich... Raz nawet nic sobie nie zrobiłem, choć powinienem, jak wyleciałem z okna.
- Po prostu magia - powiedziałem cicho. Pokonałem ostatnie metry dzielące mnie od wyjścia z biblioteki. Nacisnąłem klamkę, otwierając wielkie drzwi z ciemnego drewna. Wyszliśmy na korytarz, portal zamknął się za nami z głuchym trzaskiem. Echo przeszło korytarzami. Jack wlepił we mnie spojrzenie.
- A ty jesteś z...?
- Z magicznej. Rodzice posłali mnie do mugolskiej tylko dlatego, że jest jakiś kruczek prawny czy coś... Że trzeba chodzić do szkoły - powiedziałem, wsuwając ręce do kieszeni. Ruszyliśmy w stronę rozwidlenia korytarza. Skreeg zamyślił się na chwilę. Spojrzałem nań pytająco.
- Co jest?
- Nic. Po prostu zastanawiam się, czy to ma jakieś znaczenie.
- Co, pochodzenie? Skąd! To jest akurat najmniej ważne - zapewniłem. Zerknąłem na jego szatę. - Ravenclaw - powiedziałem. Zagryzłem wargę, przenosząc wzrok na jego twarz. - Jak to możliwe, że nie zauważyłem ani ciebie, ani Lily? A właśnie, gadałeś z nią?
Skinął głową.
- Codziennie rozmawiamy. A ja widziałem cię już na stacji. Znaczy myślałem, że mi się przywidziało... Ceremonia przydziału potwierdziła, że to ty.
Nachmurzyłem się, wyglądając przez okno.
- Czemu nie zagadałeś?
- Jakoś nie wyglądałeś na szczególnie skorego do rozmowy. A dziś przed historią magii chyba płakałeś... Tak przynajmniej wyglądałeś.
- Ee... Taa, troszeczkę. Czasem tak mam - wymamrotałem zmieszany. Ręka sama uciekła mi do karku. Wyszczerzyliśmy do siebie z Jackiem zęby w uśmiechu.
- Kruczek - zachichotałem nagle, wskazując na naszywkę jego szaty. Jack fuknął, krzyżując ręce na piersi. Odwrócił się teatralnie.
- Obraza stanu! - oświadczył. Parsknąłem.
- Przepraszam - powiedziałem spokojnie. Zerknął na mnie przez ramię. - Jaaackie... Przepraszam. Oj Jaaackie... - Zacząłem miauczeć mu w kark. Wiedziałem, że tego nie znosił.
- No dobra, dobra! - prychnął w końcu, machając rękami. Uśmiechnąłem się do siebie, niebywale wręcz ze swej przebiegłości zadowolony.
- Fajnie, że tu jesteś - powiedziałem. Zafalował brwiami, a ja parsknąłem śmiechem.

Przez resztę dnia w głowie tłukła mi się piosenka The Jackson5, "ABC":

Chodziłeś do szkoły uczyć się dziewczyny,
Rzeczy o których wcześniej nie wiedziałeś,
jak ,,I'' przed ,,E'' tyle że po ,,C'',
i dlaczego 2 plus 2 wynosi 4?
Teraz, teraz, teraz...
Nauczę cię, nauczę cię, nauczę cię,
Wszystkiego o dziewczęcej miłości, wszystkiego o miłości,
Usadów się, zajmij miejsce,
Wszystko co musisz robić to powtarzać za mną,

A B C, to łatwe jak
1 2 3, to proste jak
Do re mi, A B C, 1 2 3,
Skarbie ty i ja, dziewczyno

Chodź i pokochaj mnie choć trochę,
Nauczę cię jak to zaśpiewać,
Dalej, dalej, dalej,
Pozwól mi powiedzieć o co chodzi,
Czytanie, pisanie, arytmetyka,
Są gałęziami uczącego się drzewa,
Ale bez źródeł miłości każdego dnia dziewczyny,
Twoja edukacja nie kończy się,
Nauczycielka pokaże ci (ona pokaże ci)
Jak zdobyć ,,A'' (na,na,na,na,na,na),
Jak przeliterować ,,me'', ,,you'' dodać dwa,
Słuchaj mnie skarbie, to wszystko co musisz zrobić,

A B C, to łatwe jak
1 2 3, to proste jak
Do re mi, A B C, 1 2 3,
Skarbie ty i ja, dziewczyno
A B C jest łatwe, jak liczenie do 3
Śpiewając proste melodie,
Jak prosta może być miłość,
Śpiewając proste melodie,
1 2 3 skarbie, ty i ja

Usiądź dziewczyno, myślę, że cię kocham,
Nie, wstań dziewczyno, pokaż mi co możesz zrobić,
Potrząśnij tym, potrząśnij tym skarbie, dalej, teraz
Potrząśnij tym, potrząśnij tym skarbie, oooh, oooh
Potrząśnij tym, potrząśnij tym skarbie, tak
1 2 3 skarbie, oooh oooh
A B C skarbie, ah, ah
Do re mi skarbie, wow,
Jak prosta może być miłość,
A B C jest łatwe jak liczenie do 3
Śpiewając proste melodie,
Jak prosta może być miłość,
Nauczycielka nauczy cię jak
Zaśpiewać to, zaśpiewać to, zaśpiewać to, skarbie.

[ 3 komentarze ]


 
18. Wpis osiemnasty.
Dodał Remus Lupin Czwartek, 24 Grudnia, 2009, 02:49

Notka może dziwna, urwana z choinki. Jakoś tak mnie wzięło. Może wydawać się chwilami chaotycznie. Tak wyszło...
Pisząc to, słuchałam dwóch piosenek. "Keine Lust" i "Moskau" w wykonaniu Rammstein.
Parvati, tak. Słucham reggae : D Na dokładkę jeszcze metalu i jego pochodnych oraz popu.
Z dedykacją dla Doo, Parvati, oraz niejakiej B. i Marthy.



Zardzewiałe szyny niemal znikły między źdźbłami pożółkłej trawy. Rozwalony kamienny mur odgradzał tory od tego, co znajdowało się za nim. Nie widziałem więc, co znajduje się dalej. Ponownie popatrzyłem na tory. Nie wyglądały jakoś nadzwyczajnie. Zwykła, nieuczęszczana linia. Patrzyłem na to dłuższą chwilę.
Nie wiał nawet delikatny wietrzyk, panowała idealna cisza. Nie czułem nic. Jakbym był, ale i mnie nie było. Nie słyszałem nawet swojego oddechu. Nie oddychałem?...
Przestąpiłem z nogi na nogę, pokruszone betonowe płyty zagrzechotały mi pod stopami. Z krawędzi spadło kilka kamyczków.
Przełknąłem ślinę. Odwróciłem się, wzrok kierując na stary, kwadratowy budynek z pochyłym dachem. Wszystkie szyby były powytłukiwane, drzwi trzymały się na jednym zawiasie. Nie miały klamki ani dziurki na klucz. Podszedłem nieco bliżej. Mozaika tworząca posadzkę była brudna, utytłana w jakiejś dziwnej, nieznanej mi substancji. Jakby krew?... Krew, błoto i piach. Gdzieniegdzie plamy promieni słonecznych, wdzierające się przez poszatkowany dosłownie dach. Zawędrowałem spojrzeniem dalej, śledząc krwiste odciski butów na podłodze. Doprowadziły mnie do ściany. I na tym koniec, jakby właściciel tego obuwia wsiąkł w ścianę. Duch? Tylko duchy nie zostawiają śladów podeszw...
Do moich uszu doszedł dźwięk alarmujący kierowców samochodów o zbliżającym się pociągu. Sznur poruszał sercem dzwonka samodzielnie, nikt nie trzymał jego końca. Gdzie tu pociąg?...
Wyszedłem na peron. Nie słyszałem swoich kroków, choć stawiałem je odważnie, zdecydowanie. Nie bałem się tego faktu. Przecież nic nie czułem. Czy ja w ogóle żyłem?...
Podszedłem do krawędzi platformy, ignorując białą, prawie niewidoczną linię, ostrzegającą, gdzie kończy się bezpieczna odległość od nadjeżdżających pojazdów. Spojrzałem w lewo. Słup, na końcu którego znajdowała się sygnalizacja świetlna. Szlabany opuszczały się z donośnym, świdrującym w uszy zgrzytem. Przymrużyłem od dołu lewe oko, wydymając wargi. Były drewniane. Stare, zacinały się. Zielona farba odłaziła płatami, widziałem to z odległości kilku metrów.
Moją uwagę przykuł nadjeżdżający samochód. Granatowy. Identyczny jak ten, którym jeździł mój tata. Kierowca wyraźnie się gdzieś spieszył, zignorował opuszczające się szlabany. A może ich nie zauważył? Zerknął na zegarek, widniejący na jego ręku. Nie zorientował się, kiedy znalazł się w zamknięciu pomiędzy szlabanami. Podniósł głowę, rozglądając się.
Wycie, mrożące krew w żyłach śmiechy i dźwięk rogu. Identycznie wyobrażałem sobie dźwięk tego z "Pieśni o Rolandzie". Mgła. Otoczyła mnie mgła, zimna, błękitna mgła. Niebo pociemniało, powlekło się czarnymi chmurami. Na latarni, drzewie, szlabanach i słupie, pojawiły się postrzępione, niebieskawe szmaty. Wyglądały na delikatne, miłe w dotyku tkaniny. Falowały lekko, zgodnie w jednym kierunku, choć nie było wiatru. Drzwi zaczęły skrzypieć. Znów ten róg. Chichoty, krzyki. I róg. I wszystko w różnych odcieniach niebieskiego, cienie podrygiwały lekko, ziemia drżała, mgła panoszyła się coraz bardziej, coraz wyżej. Była coraz gęstsza. Niebieskawo-sine mleko.
Ciało pokryła mi gęsia skórka. Popatrzyłem na samochód. Obok kierowcy siedziała jakaś kobieta.
- Reja, wyskakuj! - krzyknął mężczyzna. Był przerażony. Kobieta usłuchała. Loki opadły jej na twarz, gdy pochyliła się do pasów bezpieczeństwa. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem ręki. Odpięła pas, odrzuciła go niedbale. Nacisnęła klamkę, wypadła na zewnątrz. Zatrzasnęła drzwi, odbiegła kawałek, przełażąc pod szlabanem. Mężczyzna dalej się szarpał.
- John! - zawołała ochryple. Zagłuszył ją ten róg. Mężczyzna dalej szarpał się z zapięciem. Chciała podbiec, nawet wykonała taki ruch.
- Nie! Ani mi się waż! - ryknął.
Donośny, niemal ogłuszający dźwięk wydawany przez pociąg wypełnił me uszy. Rechoty nasiliły się. Huknęło, przez chwilę było całkiem czarno. Kilka sekund całkowitej ciemności. Szum, stukanie kół na szynach. Odwróciłem się przodem do tego publicznego środka transportu. Nie myśląc, co robię, wskoczyłem na szyny, rozkładając ręce. Nie miałem pojęcia, co mi to miało dać. W zasadzie nic.
Plakietka informująca cel podróży pociągu była pusta, całkiem biała. Światła pociągu zaświeciły się mocniej, oślepiając mnie. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że pociąg uśmiechnął się do mnie złośliwie, ściągając brwi i przymrużając relfektory. Zacisnąłem z całej siły powieki, zasłaniając się rękami. Krzyknąłem, kiedy uderzył we mnie. Czułem to tylko przez chwilę, jakby coś grzmotnęło mnie ze średnią siłą w brzuch. Spojrzałem niepewnie. Byłem... W środku. Miałem wrażenie, jakbym szybko, bardzo szybko biegł na tył pojazdu. Ale ja stałem, nie ruszałem się. Tylko patrzyłem. To pociąg się przemieszczał, nie ja.
I nagle wszystko znikło, zachłysnąłem się powietrzem. Podmuch wiatru potargał mi rozpuszcznone włosy, długą do kostek czarną, postrzępioną u dołu szatę wprawił w dziki taniec. Nie pamiętałem, bym przyodziewał owy materiał. I byłem boso. Kaszląc, osunąłem się na kolana, kaptur opadł mi na głowę. Usłyszałem jeszcze huk i krzyk. Donośny, przerażony, kobiecy krzyk. Pełen bólu... Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, co się stało.
Zakręciło mi się w głowie, świat wirował. Dziwny, widmowy efekt obejmującego mnie otoczenia znikł, jakby go ktoś ręką odjął. Zamiast tego, wokół mnie, we mnie, pojawiła się ciemność. Pustka, nicość... Jakby wrzechświat? Z tą różnicą, że mogłem oddychać i nie było żadnych ciał niebieskich. Jedynie biała półka, na której stałem. Nieco niżej, pojawiła się inna. Skoczyłem na nią. Kawałek dalej zmaterializowała się jeszcze jedna. Ponownie skoczyłem. Powtórzyło się to kilkanaście razy, tworząc schody. Ostatnia znikła, nim zdążyłem dotknąć jej stopami. Nie mogłem też się zatrzymać, powstrzyać tego, co miało się wydarzyć. Wrzasnąłem, zaczynając spadać. Wnętrzoności podjechały mi do gardła, okręcałem się bezwładnie w przestrzeni. Spadałem jak szmaciana lalka z zatrważającą prędkością, wirując. Słyszałem urywki różnych rozmów. Swój głos, własne krzyki, szybkie kroki. Płacz matki, wołanie ciotki. Trzaśnięcie drzwi, płacz. Ktoś wyraźnie biegł.
Zrozumiałem. Wiedziałem, skąd te sceny.
Uderzyłem w podłogę, kiedy tylko zorientowałem się co do ich pochodzenia. Rozsypałem się na setki maleńkich kwadracików. Niczym puzzle, w napadzie szału ciścięte o ścianę. Potoczyłem się we wszystkie możliwe strony, odbijałem się chwilę od ziemi. Grzechotałem cicho na idealnie gładkim podłożu. Niesamowity ból rozrywał każdy z nich, każdy z moich fragmentów. Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem nabrać oddechu, brakowało mi tchu. Bolało. Czułem ból nieznośnie pustych płuc. Czułem, że łzy napływają mi do oczu. Nie wiedziałem tylko, gdzie one są. Nie wiedziałem prawie nic. Jedynie to, że boli. Każda moja maleńka cząsta, każdy fregmencik wrzeszczał w proteście. Miałem wrażenie, że krew popłynęła mi z uszu cienkimi stróżkami. Nie mogłem tego sprawdzić. Nie miałem przecież uszu, nie miałem rąk. Dlaczego ja to wszystko czułem?!
Pod podłogą, na której znajdowały się moje fragmenty, buchnął wielki, nieznośnie gorący płomień. Lizał wszystkie kostki, obejmował je. Rozgrzewał, nie chciałem tego, ale je rozgrzewał. Coraz bardziej i bardziej... Zajaśniały czerwienią, powoli zmieniały się w ciecz. Stopiłem się. Przesiąkłem przez kraty, które pojawiły się tak samo nagle, jak nagle setki kropli zlały się w całość, na nowo rzęźbiąc moje ciało. Nie miałem ubrań, nadal spadałem. Jak wtedy; szybko, bezwładnie. Znów głosy, tym razem jakieś inne. Byłem cały mokry, zlany potem. Ponownie uderzyłem w jakąś powierzchnię.
Poderwałem się z krzykiem do pozycji siedzącej. Wydarłem się głośniej, niespodziewanie widząc tak dobrze mi znane twarze Jamesa i Syriusza. Obok nich stał ten cały Pettigrew. Cały dygotałem, włosy pozlepiały się w strąki od potu, koszulka od piżamy kleiła mi się do ciała. Jęknąłem cicho, dysząc ciężko. Dotknąłem swojego brzucha, piersi i twarzy. Uśmiech rozciągnął mi wargi. Byłem cały, w jednym kawałku. Zacząłem się głośno śmiać, wyrażając tym swoją ulgę.
- To sen! - szepnąłem, uspokajając się. - Tylko sen... - powtórzyłem, po czym wybuchnąłem płaczem. Ktoś mnie objął. Nawet dwie osoby. Nie musiałem nawet pytać, które. Nie zadały nawet jednego pytania.

[ 12 komentarze ]


 
17. Wpis siedemnasty.
Dodał Remus Lupin Sobota, 12 Grudnia, 2009, 19:38

I notka. Nowa pewnie niedługo, łatwo mi się teraz pisze rozdziały do Remuska.
Z dedykacją dla Parvati i Doo, która o mały włos nie zabiła mnie swą ostatnią notką. No i dla autorów tych wszystkich piosenek z lat 60-tych, 70-tych, 80-tych i 90-tych, których słuchałam, pisząc ten rozdział.



W końcu nadszedł wieczór, dokładniej pora kolacji. Jakoś nie byłem głodny, mimo iż ostatni raz jadłem w okolicach godziny siódmej rano. Teraz dochodziła dwudziesta.
W dormitorium zostałem sam. Chłopcy, robiąc szumu za dziesięcioro, z czego James wyrabiał z tego cztery piąte udziału, wyszli jakiś czas temu. Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi, raban przenosząc na schody, wolnym krokiem poszedłem do łazienki. Przyklęknąłem przy tym wielkim, fantastycznym oknie, wzrok kierując na choryzont.
Słońce chowało się leniwie za górami, roztaczając wokół siebie złocisto-różową aurę, delikatnie przechodzącą w delikatny granat, stopniowo przybierający na mocy. Pociągnąłem nosem, wyginając się, by móc dojrzeć pierwsze gwiazdy, które być może zaczynały się już pokazywać. Niestety nie...
Przytuliłem policzek do szkła, wzdychając cicho. Było mi tak strasznie źle... Najgorsze było w tym to, że nie chciało mi się płakać, a to było mi wtedy potrzebne. I muzyka. Moje reggae. Pech chciał, że nie miałem tu do niej dostępu. Niestety... Nawet nie miałem chęci jej sobie zanucić, czy chociaż wystukać palcami o posadzkę.
Chciałem do domu. Naprawdę, chciałem wrócić do przedmieści Londynu, iść do nowego gimnazjum, poznać nowych ludzi... Chciałem wrócić do mamy. Nie miałem pojęcia, od dobrych trzydziestu godzin nie miałem z nią kontaktu. Nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo...
W tamtej chwili byłem gotów pójść do Dumbeldore'a i powiedzieć, że chcę wracać.
Wybiłem sobie ten pomysł z głowy. Przecież on tyle zrobił, bym mógł tu być. Ten cały tunel. Chata w tej wiosce, nowe zasady w regulaminie...
Zagryzłem wargę, uparcie gapiąc się na tę choryzontalną linię. Słońca już nie było widać. Oparłem czoło o szybę, przymykając oczy. Zacisnąłem z całej siły powieki, przykładając otwartą dłoń do szkła. Nieświadomie, jakby wbrew sobie, błądziłem myslami w różnych miejscach, które odwiedziłem. Spacerowałem niespiesznie, przyglądając się wszystkim sytuacjom, w których brałem udział. Spotykałem wiele osób... Na widok jednych lekko rozciągałem wargi w uśmiechu, obecność drugich marszczyłem czoło. Nie lubiłem ich...
Podniosłem głowę dopiero wtedy, kiedy ktoś szturchnął mnie w ramię. Otworzyłem oczy, patrząc na sprawcę tego czynu ze zdziwieniem.
- Co jest?...
- Rany, już myślałem, że coś ci jest!
- Niby czemu? - rzuciłem obojętnie, nawet nie patrząc na Jamesa.
- No, siedziałeś taki skulony pod tym oknem, nie ruszałeś się, nie odzywałeś się, jak coś mówiłem...
- A mówiłeś coś? - zdziwiłem się, dopiero wtedy przenosząc na niego spojrzenie. Uniósł brwi, potakując mi ruchem głowy. - Aha - odparłem, wymijając go. Złapał mnie za rękę. Wzdrygnąłem się, czując to. Spojrzałem nań pytająco.
- Na pewno wszystko okej?
Wymusiłem uśmiech, kiwając głową. Rozpromienił się, podskakując w miejscu. Co za dzieciak...
- To chodź!
- Gdzie?
- Daleko - rozległ się nowy głos od drzwi. Syriusz. Zmarszczyłem nos.
- Chłopaki - powiedziałem, posłusznie dając się ciągnąć za rękę Potterowi. Black złapał mnie za drugą. Wydali z siebie pełne entuzjazmu "Hmmm?". - A ten czwarty, co z nami mieszka... To jak on się w ogóle nazywa?
- Peter Pettigrew - nadeszła odpowiedź z wiecznie szeroko rozciągniętych ust Jamesa. Zastanawiałem się raz albo dwa, czy on kiedykolwiek przestaje się uśmiechać.
- Aha.
Milcząc, pozwoliłem się im przeciągnąć przez pokój wspólny. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, odpowiadając na powitanie Lilki. Siedziała z jakimiś dziewczynami przy jednym ze stolików z ciemnego drewna. Potoczyłem spojrzeniem po tej dużej komnacie. Wydałem z siebie zduszone kwęknięcie, kiedy przyrżnąłem kolanem w kant jednego ze stołów. Wyzywając owy mebel w myślach od głupków, wyszedłem za chłopcami na korytarz.
- No, to co teraz? - Wsadziłem ręce do kieszeni. Jakoś mi dziwnie, kiedy mnie ktoś trzyma za dłoń. Eh, traumatyczne wspomnienia, łahaha... Gdy przypomniała mi się Helen, zrobiło mi się jakoś tak nieprzyjemnie. Albo Andrew. I Katie...
- No, to teraz szukamy potencjalnej ofiary - odparł James.
- Aum... Rozumiem - odparłem, starając się dostosować do jego humoru. W nastrój Syriusza ciężko byłoby mi się wczuć, bo w zasadzie nigdy nie wiem, jakie odczucia nim władną. Jest taki... Tajemniczy i niedostępny. A te oczy...
Wzdrygnąłem się. Wydąłem wargi, robiąc z ust "kaczorka". - Może ta waza?...
- Nie, nie. To musi być coś, co się rusza - mruknął Black, patrząc na postacie z obrazów spod przymkniętych powiek. Aż mi się zrobiło ich przez chwilę żal. Miałem nawet chęć poprosić ich, żeby przestali się ruszać. Stłumiłem to w sobie jednak, przestępując z nogi na nogę.
- Remi, jakiej ty właściwie słuchasz muzyki? - zapytał James, zaglądając pod przyłbicę zbroi. Uniosłem brwi.
- A czemu pytasz?
- Daj spokój, Remusie... Mamy mieszkać ze sobą w jednym pokoju przez najbliższe siedem lat, nie rób cyrku... Przecież musimy coś o sobie wiedzieć...
Nie spodobał mi się tan nacisk syriuszowego głosu na "musimy". Chrząknąłem cicho, starając się zamaskować swe zmieszanie.
- Ale sorbet - mruknął Black, kierując się korytarzem odbijającym w lewo. Poszedłem za nim, lekko popchnięty w środek pleców przez Jamesa. Wyszczerzył się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było możliwe. Uniosłem lekko brwi, patrząc na niego.
- Nie bolą cię policzki? - zapytałem. Widząc zdziwone spojrzenie orzechowych oczu, wskazałem nieśmiało palcem na ten wyszczerz. - No, od tego opalania zębów...
- Dostanie kiedyś od kogoś porządnie, to przestanie opalać. Trzeba znaleźć tylko chętnego, bo ja się nie piszę na dotykanie jego... Ekhyym... Ust.
Skojarzył mi się z Mathewem. Wcale nie dodało mi to odwagi, wręcz przeciwnie. Skrzywiłem się, spuszczając głowę. Westchnąłem cicho, postanawiając odpowiedzieć na wcześniej postawione mi pytanie.
- Słucham reggae... I The Jackson 5.
- Ja wolę country - zaświergotał Jamie. Podniosłem wzrok, patrząc na niego pomiędzy pasmami grzywki. Uśmiechnąłem się do niego lekko. Zafalował brwiami, robiąc przy tym tak debilną minę, że musiałem się roześmiać.
- Ty się śmiejesz? - zdziwił się Black, odwracając do mnie przodem. Spojrzałem na niego, przykładając dłoń do ust. Skinąłem głową, krztusząc się własną radością. Czarny uniósł brew. - A już myślałem, że nie umiesz porządnie się zaśmiać. Wiesz, tak z przytupem. - Tupnął prawą nogą, przybierając zawziętą minę; zmarszczył czoło i zagryzł dolną wargę. Fajnie to wyglądało.
Parsknąłem, opuszczając rękę.
- O właśnie... Tak się uśmiechaj - powiedział Black, kiwając powoli głową. Wycelował we mnie palce wskazujące, zginając ręce w łokciach. Trzymał je przy bokach. - Teraz wyglądasz tak mało inteligentnie, że dorównujesz Jamesowi. Podtrzymasz go na duchu...
- Hej! - zawołałem z oburzeniem, przybierając nachmurzony wyraz twarzy, podczas gdy James cieszył się gdzieś za mną. Skrzyżowałem ręce na piersi. - Jesteś podły!
Black skłonił mi się w pas, jedną ręką kładąc sobie na brzuchu, uprzednio wykręcając dłonią dwa młynki. Drugie ramię odgiął w tył, tak samo jak odsunął jedną nogę, krzyżując ją z drugą.
- Ależ padam do nóżek w swej pokorze i uniżeniu, oraz nieśmiało wznosząc swe oczy na twe szlachetne oblicze... - Tu popatrzył na mnie. - ...ośmielam się prosić o wybaczenie. Liczę na litościwy i łaskawy osąd z twych ust...
Uniosłem brwi.
- Że co?
- Przepraszam - powiedział Czarny, stojąc już normalnie, jak zwykle w lekkim rozkroku. Założył ręce za głową.
Znów przybrałem minę, przez moją mamę zatytułowaną "Kaczorkiem". Wbrew sobie ponownie się uśmiechnąłem, czując, że po prostu jest mi wesoło. Zupełnie, jakby ich towarzystwo działało na mnie jak kubek gorącej czekolady.
- To gdzie idziemy?
- Na zwiady! - podniecił się James. - Może kogoś spotkamy? Zawrzemy nowe znajomości, wszak to rozwija elokwencję, wzbogaca słownictwo, dostarcza nowych wrażeń, daje nauki na przyszłość...
Uniosłem dłonie w obronnym geście.
- Okej, okej! - zawołałem, potrząsając głową. - Zrozumiałem! Tylko z kim ty tu chesz zawierać nowe znajomości, rozwijać elokwencję, wzbogacać słownictwo, dostarczać sobie nowych wrażeń i pobierać nauki na przyszłość? Przecież w tych godzinach prawie wszyscy są pewnie już w pokojach wspólnych.
- Nie duchy. I nie pan woźny - zauważył Syriusz, wykreślając palcem w powietrzu jakieś hieroglify. Uniosłem brew, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi, na drugą.
- Tata mówił, że na drugim piętrze jest taki jeden. Właściwie ciągle tam siedzi. Musi mu być smutno, nie sądzicie? - zatroszczył się James. Przeniosłem na niego wzrok.
- Gdzie dokładniej?
- W klopie.
Zacząłem się śmiać, Black zresztą też. Syri otarł nieistniejące łzy radości, po czym zarzucił głową. Czarne włosy, teraz już prawie do ramion, odskoczyły do tyłu, niemal natychmiast wracając na swoje miejsce. Popatrzyłem na niego.
- Syriusz, a ty czego słuchasz? - naskoczyłem dość napastliwym tonem. Uśmiechnął się lekko, unosząc jdynie prawy kącik ust.
- Rock'n'Rolla. Sex, drugs and rock'n'roll... - Roześmiał się ironicznie. Uśmiechnąłem się lekko do siebie. Znałem to połączenie słów.
- Aha. - Odgarnąłem włosy za ucho. - Kołysać i kręcić się. To idziemy do tej łazienki? Znaczy... Do tego ducha?
- Idziemy, co się będziemy oszczędzać. Raz się żyje, potem tylko straszy! - oświadczył z dziką, dziecięcą radością Potter. Syriusz wydał z siebie jedynie pełne entuzjazmu "Tja...". Westchnąłem, wsuwając ręce do kieszeni.
Wszystkie korytarze, które mijaliśmy, były w zasadzie takie same. Ciosane, wielkie, szare kamienie tworzyły ściany i sufity. Wprawdzie na sufitach były jeszcze łuki z betonowych bloków w odległości mniej więcej półtora metra od siebie, ale i tak było szaro. Stąpaliśmy po wielkich, marmurowych płytach. Całość tworzyłaby zimne i odpychające wrażenie, jednak przytulności dodawały te wszystkie obrazy, rozwieszone na ścianach. Piękne, złote, zdobione ramy. Żywe postacie na nich, ta dynamika i perspekrtywy, różnorodnośc tematów. Na jednym łączka z krową, na drugim grupa mnichów w brązowych szatach, gapiąca się na ludzki szkielet. Kontrasty... Kontrasty głównych barw, tematyczne, postaciowe... No po prostu coś pięknego. I pochodnie. Rzucały złotawo-pomarańczowe światło, rozdzierające ciemności. Ogień na nich szumiał cicho, miło łaskotał w uszach. Lubiłem ten dźwięk. Najpiękniejsze w tym wszystkim były jednak ręcznie tkane gobeliny, przedstawiające, jak sądzę, założycieli Hogwartu w różnych sytuacjach. Tkane z jedwabiu. Wiem, bo dotknąłem kilku. Na niektórych korytarzach były nawet dywany. Nie wiem, po co. Może dlatego, by sprawić, by obecni w zamku czuli się bardziej jak w domu?
- No i mamy drugie piętro! - zawołał James. Potarł dłonie o siebie, idąc w stronę jakichś drzwi. Jedynych w tym odcinku zamczyska. Obok nich były drugie.
Jamie odważnie przekroczył próg, ale chwyciłem go za kołnierz. Popatrzył na mnie przez ramię zdziwiony.
- Co?
- To łazienka dziewczyn.
Spojrzał na znaczek widniejący na drzwiach. Dziecko kucające nad wiaderkiem. Miało warkoczyki i sukieneczkę. Zagryzłem wargę, starając się nie śmiać. Zawsze mnie te symbole śmieszyły.
- Wiem.
- Czy jesteś świadomy tego, co to za duch może być?...
- No, dziewczyny. Przecież nie trolla!
- Ja nie chcę - oświadczyłem, odsuwając się od przejścia. Puściłem potterową szatę. Westchnął, kręcąc głową. Podskoczyłem, czując czyjeś ramię oplatające mnie w pasie. Dość mocny uścisk, syriuszowy zapach...
- Black, puść mnie!
- Nie - przejął się, bezceremonialnie wciągając mnie do klopa. Zacząłem się rzucać, wściekle wierzgając nogami, znów przypomniała mi się podstawówka. Blackowi nie przeszkadzał mój jawny protest; chwycił mnie drugą ręką, unosząc nad ziemię. Wrzasnąłem wymownie, okładając jego ręce pięściami.
Puścił mnie, przygrzałem w ziemię kolanami. Syknąłem z bólu, James zamknął drzwi.
- Odwala ci?! Czego dziczejesz? - zezłościł się Black.
- Nigdy nie każ m robić tego, czego nie chcę! - zawołałem, próbując się podnieść. Nie mogłem, za bardzo bolały mnie te nieszczęsne stawy w kolanach. Kiedyś już je sobie uszkodziłem, zleciałem z ponad dwóch metrów na beton. Centralnie na kolana. Skrzywiłem się, siadając.
- Oh, wybacz, księżniczko - prychnął Czarny, podchodząc do umywalek.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Bo co? Nawet pasuje, panna księżna Lupin!
- Zamknij się! - wrzasnąłem. Od tych kolan i wyżerającej mnie od środka złości, łzy napłynęły mi do oczu. Black patrzył na mnie krzywo, Jamesa nie słyszałem. Syriusz podszedł do mnie po chwili, wyciągając rękę. Znów miał tak typową dla siebie, nieodgadnioną twarz, tajemniczy wyraz oczu.
Chwyciłem ją, rękawem ocierając policzki. Pomógł mi wstać.
- Przepraszam - mruknął. Skinąłem mu głową. Dokuśtykałem do okna, przysiadając na parapecie. Na błoniach było już całkiem ciemno.
Przez następne kilka minut, trwała niezręczna cisza, której żaden z nas nie śmiał, lub po prostu nie chciał przerwać. W końcu Syriusz zdecydował się na ten krok.
- A James gdzie?
Odpowiedź nadeszła z jednej z kabin, mając postać dzikiego wrzasku Pottera i przerażonego pisku dziewczyny. Syriusz wyjął różdżkę. Drzwi otworzyły się gwałtownie, Potter wyleciał plecami na przód, padając plackiem na ziemię.
- Aaaah! - rozdarł twarz. - To dziewczyna! - zasłonił się rękami.
- A co myślałeś, baranie? - pisnął urażony, dziewczęcy głosik. Jego właścicielka ukazała się tuż po tym, kiedy przestała mówić.
Jak na ducha przystało, była półprzezroczysta. Na oko, najwięcej przypisałbym jej z piętnaście lat. Na prostym nosie, miała duże, okrągłe okulary w ciemnej oprawce. Wyglądała przez nie trochę jak mucha. Długie, ciemne włosy związała w dwa kucyki po obu stronach głowy. Naszywka na jej szacie powiedziała mi, że należała do domu, które w proporczyku ma borsuka. A więc była Puchonką.
Usiadła w powietrzu, krzyżując nogi. Poprawiła spódniczkę, następnie podciągając podkolanówkę, która zjechała jej do kostki. Zastukała butem o but na niewielkim obcasie. Zmierzyła nas wzrokiem ducha zirytowanego.
- W ogóle co wy tu robicie? - zaskrzeczała ze złością, wyciskając sobie krostę na podbródku. Skrzywiłem się lekko, widząc to. Ohyda... - To jest toaleta dla dziewczyn!
- Im to powiedz - burknąłem, wskazując na Blacka i Pottera, bo zadając pytanie, patrzyła na mnie. Skierowała na nich wzrok.
- To toaleta dla dziewczyn!
- No co ty nie powiesz! - zawołał Black, łapiąc się za głowę. - W życiu bym się nie domyślił - sarknął. Wepchnął ręce do kieszeni, mając wyraźnie wkurzoną minę. James stanął obok niego.
- Przyszliśmy cię poznać - zaszczebiotał Jamie, robiąc słodkie oczy. - Pomyśleliśmy sobie, że możecz czuć się osamotniona, więc postanowiliśmy do ciebie przyjść. Zostańmy przyjaciółmi! - napalił się okularnik, a Black przez chwilę wyglądał jak ryba wyjęta z wody. Panna duch zresztą też.
- Przyszliście tu... Dla mnie? - zapytała zaskoczona. Wyraźnie minęła jej złość. Zsunąłem się z okna, z zadowoleniem stwierdzając, że mogę już chodzić.
- Oczywiście! Jestem Remus, a ty?
- Marta... - szepnęła. Ukryła twarz w dłoniach, zaczynając wyć. Ale to dosłownie. Uniosłem brwi.
- Ee... Marto, wszystko w porządku? - Podszedłem nieco bliżej. Black stanął tuż obok, wyciągając do niej rękę. Mając skupiony wyraz twarzy, machał delikatnie ręką w powietrzu, udając, że poklepuje ją pocieszająco po ramieniu. Jak zwykle poważny i pomocny...
- Nie płacz. Jutro będzie nowy dzień, nowe perspektywy... Spojrzysz na wszystko z zupełnie innej strony! - nadawał współczującym tonem.
Marta zaskomlała, opuszczając dłonie. Kręciła głową, mając tak żałosną minę, że przez chwilę byłem gotów płakać razem z nią. Uniosła się nieco wyżej, rozprostowując nogi. Wydając z siebie żałosne łkanie, pofrunęła do otwartej kabiny. Przekręciła się głową w dół, po czym jak wystrzelona z procy, wleciała do środka, rozchlustując wokół wodę, zachlapując podłogę. Zapadła cisza, przerywana jedynie jej cichym popłakiwaniem, rozbrzmiewającym gdzieś spod podłogi.
Popatrzyliśmy na siebie z chłopakami, mając malowniczo zdziwione miny. Zgodnie wzruszyliśmy ramionami, kierując się do wyjścia. Black zamknął za nami drzwi.
- A więc TO jest Jęcząca Marta...
Uniosłem brwi, kierując się w stronę, z której przyszliśmy. Syriusz i James szli po moich obu stronach.
- Czemu akurat jęcząca? - zapytałem, kładąc nacisk na przymiotnik.
- Nie słyszałeś? - rzucił do mnie Czarny, idąc dalej. Zatrzymałem się, marszcząc czoło. Stałem tak przez chwilę, patrząc, jak chłopcy oddalają się ode mnie z każdym krokiem. Stanęli w pewnym momencie.
- Idziesz?
Skinąłem powoli głową, dobiegając do nich.
Jakoś przestałem nagle się czuć tak obco i nieswojo w ich towarzystwie...?

[ 3 komentarze ]


 
16. Wpis szesnasty.
Dodał Remus Lupin Niedziela, 06 Grudnia, 2009, 18:46

I znowu notka! Łaha, napisałam ją zamiast uzupełniać ćwiczenia z chemii. Powinniście mi dziękować...
Z dedykiem dla Doo i Parvati ^^



Wymachując rękami, wybiegłem z lochu, wypadając na wyższe sfery zamku. Rozejrzałem się, przełykając ślinę. Oparłem się plecami o kamienną ścianę. Była zimna, nawet bardzo. Wzdrygnąłem się lekko, opuszczając głowę. Włosy opadły mi na twarz. Trwałem tak kilka minut, nie myśląc dosłownie o niczym, wsłuchując się w narastający na korytarzu szum. Coraz więcej głosów, kroków i dźwięków.
Podniosłem wzrok. Przesunąłem się nieco w bok, by móc przycupnąć na oknie. Popatrzyłem na uczniów. Wszyscy poubierani jednakowo, rozmawiali żywo gestykulując lub głośno się śmiejąc. Inni podskakiwali, robili głupie miny, wołali kogoś. Po prostu robili na przerwie to, czego ja nigdy nie miałem okazji.
- Z drogi, szlamo! - rozległ się czyjś ostry, wyniosły głos. Automatycznie rozejrzałem się w poszukiwaniu nadawcy owego tonu.
Jego właściciel rozepchnął na boki dwójkę dziewcząt z... Eum... Chyba Ravenlcaw... Popatrzyły na siebie, unosząc brwi, a potem na niego. Ja również skupiłem na nim swoją uwagę.
Był wysoki, niedokładnie zawiązany zielono-srebrny krawat sprawiał, że wyglądał na niezłego zawadiakę. Duże, szare oczy patrzyły na wszystko z pogardą spod przymrużonych powiek. Długie, platynowe włosy związał z tyłu głowy kawałkiem czarnego materiału. Jakby wstążka?... Taki laluś...
Za nim szła grupka uczniów, najbliżej niego takie typowe goryle. Szerokie bary, tępa twarz i niskie czoła, małe oczka... Skojarzyli mi się trochę ze świniami. Oczywiście, wszyscy Ślizgoni...
- Lucjuszu! - zawołał czyjś dziarski, ale chłodny głos. Syriusz. Podszedł do Ślizgona, zaczynając rozmowę. W oczy rzucił mi się fakt, że obaj mieli dość podobne rysy twarzy, z takim szlacheckim przytupem. Ten sam zimny, obojętny wyraz oczu. Pewnie rodzina...
Wydąłem wargi. Jakoś nie miałem ochoty znajdować się w pobliżu jego osobistości. Zsunąłem się z okna. Powoli, pod ścianą, usunąłem się z pola rażenia, wychodząc na inny korytarz. Najlepsze jest to, że wyglądał niemal tak samo, jak tamten, z którego dopiero co wyszedłem. Ruszyłem na jego oględziny. Długi. Stwierdziłem to po kilku krokach. Spojrzałem na zegarek, uczepiony mojego lewego nadgarstka. Ósma pięćdziesiąt. Wyjąłem z kieszeni plan zajęć. Według tej karteluszki, kolejną lekcję zaczynam za dziesięć minut. Historia magii. Może być ciekawie... Sala sto czterdzieści. Ściągnąłem brwi. A gdzie ja ją u licha znajdę?... Rozejrzałem się bezradnie wokół siebie, mając nadzieję, że ktoś mi powie, którędy do sali od historii magii. Westchnąłem ciężko, wpychając ręce do kieszeni. Nie mając w zasadzie wyboru, ruszyłem dalej.
Owy korytarz, w którym się znajdowałem, rozłamywał się na trzy części. W którą stronę iść? Nie miałem pojęcia. Wykonałem krótką wyliczankę, decydując się, by iść w prawo. Kilkanaście metrów dalej znów skręcał, również w prawo. Westchnąłem, idąc dalej. Chyba znów skręcał. Doszedłem do końca, z nietęgą miną stwierdzając, że on się po prostu skończył.
- Zaułek?... - bąknąłem, dotykając szarej ściany.
- Nie zaułek, dotknij tej najciemniejszej cegły - rozległ się czyjś niski, gruby głos. Wrzasnąłem ze strachu, upuszczając torbę. Rozejrzałem się nerwowo, nikogo nie dostrzegłem. Było tu właściwie ciemno, co właśnie łaskawie zauważyłem. Wcisnąłem się plecami w ścianę, coś kliknęło i moje oparcie zaczęło się poruszać. Znów zaskoczony krzyknąłem.
Wyleciałem plecami na jakiś inny korytarz, był pełen ludzi. Tu było jaśniej... Z najzwyklejszym w świecie zdziwieniem stwierdziłem, że leżałem jak przewalony żuk tuż obok Blacka i tego całego Lucjusza. Obaj patrzyli na mnie jak na wyjątkowo malowniczym zaskoczeniem.
- A ty tu skąd? - warknął blondas, łypiąc na mnie groźnie. Podniosłem się niezgrabnie, przydeptując pelerynę od mundurka.
- Stamtąd - odparłem mądrze, wskazując na ścianę za mną. Palnąłem się ręką w czoło, zaciskając powieki. - Torba!
- Jaka torba? - zdumiał się Black, przechylając głowę. Skojarzył mi się nagle z pieskiem, nie wiem, czemu.
- No, moja...
- Pewnie tam została - mruknął Syriusz, podbródkiem wskazując na ścianę, z której wyleciałem. - Pamiętasz, jak się tam znalazłeś? - dodał, patrząc na mnie pytająco. Skinąłem głową. - No, to chodźmy.
Odwróciłem się w stronę wyjścia z owego korytarza, w ścianie którego po jednej stronie były takie okna, przez które można było wyskoczyć na zewnątrz. Dziedziniec chyba...
- Co ci odbiło na eliksirach? - zagadnął, kiedy skręcaliśmy w prawo na tym potrójnym rozwidleniu. Obruszyłem się z lekka.
- Nic. Ty byś się cieszył, gdybyś zabił swoją przyjaciółkę?
- Tę dżdżownicę? - Parsknął ironicznym śmiechem. - Dziwny jesteś.
- Dziękuję za komplement - burknąłem. Wepchnąłem ręce do kieszeni. Kątem oka dostrzegłem, że w tym samym momencie, Black zrobił to samo.
Dotarliśmy do tego "ślepego zaułka".
- Gdzieś tu powinna być - powiedziałem cicho, próbując coś dostrzec w panujących tu ciemnościach. Przyklęknąłem, przybierając pozycję raczkującego niemowlaka, błądząc palcami po posadzce.
- Trochę na lewo! - oświecił mnie ten sam głos, przez który wcześniej omal nie dostałem zawału. Tym razem z trudem powstrzymałem się od wymownego ryku ze strachu.
- Dzięki - wymamrotałem drżącym głosem, posłusznie szukając po lewej stronie. Jest... Podniosłem się, zarzucając zgubę na ramię.
- A jak stąd wyszedłeś? - usłyszałem głos Blacka. Podszedł bliżej, w nosie zawiercił mnie jego zapach. Nie bardzo potrafiłem go określić. Może z czasem mi się uda...
- Oparłem się o ścianę - odparłem cicho. - Tamtą - dodałem, podchodząc do niej. Syriusz stanął obok.
- No, to się o nią oprzyj jeszcze raz - zarządził. Westchnąłem, posłusznie wykonując polecenie. Słysząc znane mi już kliknięcie, odsunąłem się nieco, by nie wylecieć jak wystrzelony z procy na ziemię.
Równym krokiem podeszliśmy z Syrim do punktu wyjścia. Że co napisałem?... Syrim?! Ugh...
- Lu, mógłbyś być tak dobry i wskazać, którędy do sali... Remi, co teraz mamy? - zadał mi kolejne tego dnia pytanie Black. Chrząknąłem cicho.
- Historia magii.
- O zgon... - mruknęła jedna z dziewczyn towarzyszących Lucjuszowi. Była średniego wzrostu, miała postrzępione włosy do ramion, mieniły się kilkoma kolorami. Koszulę miała zapiętą łaskawie pod tym no... Biustem... Żuła zawzięcie jakąś gumę, raz po raz strzelając zrobionymi z niej balonami. Uniosłem lekko brwi. Dziwna jakaś.
- Ja nie, ale Detlef na pewno będzie. Det, wiesz, co masz robić - rzucił władczo do dość krępego blondyna z gęstymi, ciemniejszymi od zaczesanych w tył jasnych włosów. Skinął na nas głową, po czym odwrócił się, łopocząc połami mundurka. Zacmokałem cicho do siebie, posłusznie ruszając za nim. Właściwie nie tyle za nim, co za Syriuszem. Zbliżyłem się do bruneta na tyle, na ile mogłem.
- Skąd ty ich znasz?... - szepnąłem mu do ucha. Spojrzał na mnie krótko, niemal natychmiast wzrok spowrotem kierując na włosy Detlefa.
- Ten blondyn, Lucjusz Malfoy, to mój kuzyn. Dość daleki, ale mniejsza. Poza nim, znam jeszcze Narcyzę, też kuzynka. Resztę dopiero poznaję... Tego Detlefa na przykład, pierwszy raz w życiu na oczy widzę - odparł półgębkiem.
- Aha... - mruknąłem, odsuwając się na neutralną odległość. Zerknąłem na zegarek w tym momencie, w którym zabrzmiał dzwonek. Zdziwiłem się z lekka, wydawało mi się, że minęło więcej czasu, niż tylko dziesięć minut. Detlef przyspieszył, my też.
- To tutaj - rzekł kilkadziesiąt sekund później, niezbyt zachęcającym tonem, teatralnym gestem wskazując na wielkie, drewniane drzwi z ciemnego drewna. U góry, centarlnie na środku, widniała finezyjnie wykonana z jakiegoś metalu tabliczka z wygrawerowanym numerkiem sto czterdziestym.
- Dzięki - rzekł Black, podchodząc do portalu. Detlef skinął głową i odwrócił się na pięcie. Stukając obcasami butów, nie wiem, czemu na obcasie, zniknął za zakrętem.
Syri załomotał w drzwi pięścią, echo przeszło po korytarzach. Nacisnął mosiężną, srebrną klamkę, ustąpiła z cichym zgrzytem.
- Ale jaja - wyrwało mi się wesołym tonem. - Tu jest świetnie!
Syriusz uśmiechnął się do mnie.
- Mi też się tu podo... - urwał w pół słowa, gapiąc się na coś, co było w klasie, mając szeroko otwarte usta. Zaciekawiony, czemuż to tak nagle zamilkł, stanąłem obok. Moja mina zapewne też stała się niezbyt inteligentna.
- ...stłumiono krwawo wszczęte goblińskie bunty, złota szczepu Mariach'ów nie odnaleziono. Na następne dwa lata zapanował względny spokój, nikt z monarchii nie podjrzewał, iż gobliny po cichu planują kolejny zamach na...
Duch. Najprawdziwszy w świecie duch. Zamrugałem szybko, wydając z siebie ciche rzęszenie. Potrząsnąłem głową, zaciskając powieki.
- Od kiedy to duchy prowadzą lekcje?... - zapytałem najciszej jak mogłem, przecierając ręką oczy.
- To Hogwart - odmruknął Syriusz, wchodząc odważnie do środka. - Dzień dob... - Znów zamilkł, tym razem zmarszczył czoło. Stanąłem obok niego, zamykając za sobą dosyć głośnodrzwi. Cała klasa skupiła na nas swą uwagę, a profesor nadal nadawał. Autentycznie nas nie zauważył. Wymieniliśmy spojrzenia, wzruszyliśmy ramionami i zajęliśmy swoje miejsca koło Jamesa.
- Gdzieście się włóczyli? - naskoczył okularnik, odrywając się od stawiania kleksów na kartce, która pewnie miała być na notatki.
- Tu i tam... - odparłem cicho. Spojrzałem na nauczyciela. - I co, on tak cały czas?
- Tak. Gada i gada, zaciął się chyba. Zresztą, to nawet lepiej - mówił pełnym głosem James. - Spóźniliście się, a on nic nie zauważył. Miodzio! - Klasnął w ręce z szerokim uśmiechem. Wyjąłem z plecaka pergamin, pióro i atrament. Oparłem się plecami o krzesło, mając zamiar notować.
Ostatecznie całą kartkę zarysowałem w jakimś komiksie, dziwnym trafem ilustrującym to, co mówił profesor. Nigdy mi się coś takiego jeszcze nie zdarzyło...

[ 1 komentarz ]


 
15. Wpis piętnasty.
Dodał Remus Lupin Piątek, 04 Grudnia, 2009, 21:05

Końcówka ponoć luniakowata. Cóż... "The boys does nothing" słuchałam, pisząc ją, i jakoś tak wyszło... Komentujcie!



Trochę się zdziwiłem, że obudziłem się sam z siebie, a nie za sprawą jakiejś zrytej intrygi. Biorąc pod uwagę lokatorów z dormitorium...
Kiedy otworzyłem oczy i spojrzałem na zegarek, wskazał mi godzinę szóstą. Ponownie opuściłem powieki na oczy, głębiej zakopując się w miękkiej, pachnącej pościeli. Nie miałem choćby mikroskopijnej ochoty na pozbawienie się tego jej przyjemnego ciepła. Westchnąłem cicho, zakładając ręce pod głową.
Czułem się całkiem nieźle, biorąc pod uwagę mój stan psychiczny. Nie chciało mi się wyć ani śmiać, a to znaczyło tylko jedno - mój nastrój będzie zalezał od sytuacji. Nic gorszego dla mnie chyba nie ma, no bo przepraszam bardzo! Jak przyjdzie do śmiechu, to będę czuł się z tym źle, że się śmieję. To przecież... Przecież tak nie powinno być, mój tata nie żyje, jak mógłbym się normalnie się teraz cieszyć?... To byłoby chyba nie w porządku w stosunku do niego. Mam wrażenie, że śmiechem jakby... Niszczę pamięć o nim.
Otworzyłem gwałtownie oczy, tępy wzrok wbijając w baldachim łóżka. W pomieszczeniu było stosunkowo ciemno. Przeniosłem leniwie spojrzenie w stronę okna. No tak. Niebo było pokryte ciemnymi chmurami. Padało...
Jeszcze bardziej straciłem ochotę do wstania. Zmusiłem się jednak do tego. Wiedziałem, że niedługo mój żołądek zacznie się buntować, a kiszki będą wygrywać zażyłego i niebywale wręcz namiętnego marsza.
Powłócząc nogami, ospale ruszyłem w stronę łazienki. Potargałem i tak poplątane włosy, nie mogąc pohamować potężnego ziewnięcia. Otworzyłem ciężkie, drewniane drzwi pchnięciem obu rąk. Pod naciskiem jednej nie chciały ustąpić...
Znalazłem się w średniej wielkości, okrągłym pomieszeczniu. Utrzymane było w chłodnych, błękitnych barwach z domieszką złotego. Tu i tam błysnął szkarłat, przykładowo w zasłonie przy prysznicu albo w kupce puchatych, zachęcająco wyglądających ręczników. Największą bazę krwistej czerwieni skupiał na sobie wielki, szkarłatny dywan z długimi włosami, dumnie leżący na podłodze. Czując nieodpartą ochotę, by się po nim przespacerować, podszedłem bliżej, powolutku stawiając na nim prawą stopę, od palców zaczynając.
Przyjemnie łaskotał mnie po skórze. Był taki mięciutki i ciepły. Zagryzłem delikatnie wargi, dostawiając drugą nogę. Chwyciłem jego włókna palcami, przymykając oczy. Pewnie wyglądałem jak debil, ale to nic. Jakoś tak mam, że lubię wszystko dokładnie poznawać przez dotyk.
Kiedy znudziło mi się dreptanie po dywanie, rozejrzałem się nieco dokładniej. Sufit był wysoki, zwężał się ku górze. Przeleciało mi przez myśl wrażenie, że znajduję się w samiusieńskim środku wieży lwów, dormitoria przecież są bardziej po bokach, z tego, co zauważyłem...
Zbliżyłem się do wielgachnego, gotyckiego okna. Sięgało od podłogi po sufit, poprzecinane finezyjnie czarnymi rureczkami, tworzącymi przeróżne kształty. Kwiaty, jakieś inne rośliny... Nie jestem pewien, ale był tam też chyba wielki gryf. Tak na środku samym... Skupiłem się na tym, co było za oknem.
Za oknem... Niewiele widziałem, szczerze mówiąc. Strasznie lało, deszcz nieustannie obijał się o to duże okno, spływając po nim strugami. Zacząłem się nagle zastanawiać, kiedy jezioro wyleje... O ile już tego nie zrobiło. Przyłożyłem otwartą dłoń do szyby. Była zimna i gładka. Przymrużyłem oczy, lekko przechylając głowę. Bezwiednie głaskałem ją przez chwilę, gapiąc się w to, co mogłem za nią dostrzec. Nawet nie zauważyłem, kiedy przestałem być sam.
- Ładne, co? - mruknął Black, stojąc tuż za mną. Podskoczyłem nerwowo, wciskając się plecami w okno.
- Głupek z ciebie - skwitowałem na wstępie. Parsknął cichym śmiechem, szare oczy zabłysły mu jakoś dziwnie. W jego towarzystwie czułem się jakoś tak... Nieswojo. Chrząknąłem cicho, kiedy się odwrócił, kierując się w stronę umywalki. Nad nią wisiało takie duże lustro, na krawędziach ozdobione niebiesko-zielonym szkłem. Mozaika taka.
Obserwowałem go bezwiednie, gdy mył zęby. Po chwili namysłu podszedłem do niego, sięgając po swoją szczoteczkę.
Staliśmy tak obok siebie z pięć minut, w milczeniu szorując kły. Raz po raz zerkaliśmy na siebie, ja nieco wbrew sobie, co kończyło się tym, że parskaliśmy śmiechem. Jak wcześniej pisałem, nie było mi to na rękę...
- Wiesz może, jakd dojść do tej... Eum... Wielkiej sali? - zapytałem, kiedy pół godziny później wkładałem skarpetki. W tym samym czasie, Syriusz podjął się próby obudzenia Pottera i tego drugiego, którego nie znam. Black spojrzał na mnie krótko.
- Nie. Najwyżej się zabawimy śledząc kogoś ze starszego rocznika.
Westchnąłem w odpowiedzi. Następnie poderwałem się jak oparzony ze swojego kufra, słysząc rozdzierający wrzask Jamesa. Syriuszkowi bowiem na dzień dobry zachciało się wykręcić Potterowi rękę... Jak usłyszał jego skowyt, wygiął ją mocniej.
- Syriusz, przestań, gamoniu! - wrzasnąłem, roześmiał się. Puścił łaskawie okularnika, na co ten błyskawicznie się zerwał.
- Syri! - zawołał, sięgając po okulary. - Jutro po prostu nastaw budzik!
- Jak sobie życzysz... - mruknął z dziwnym błyskiem w zimnych oczach. Znów poczułem te ciarki, co wczoraj.


Tak, wiem już na pewno... Nie przywidziało mi się wczoraj. Naprawdę widziałem kasztanowe włosy Lilki. Ona też jest czarownicą. Nie narzekam... Przynajmniej jest tu ktoś, kogo znam i dobrze mi się z nim rozmawia... Gadałem z nią dziś na śniadaniu.


Dziennik opadł na katedrę ze średnio donośnym trzaskiem. Podniosłem głowę znad żwawo się wijącej dżdżownicy, wzrok kierując na nauczyciela od eliksirów. Był... Hmm... Pękaty. Tak, "pękaty", to dobre określenie. Miał okrąglutki jak mój kociołek brzuch, uktyty pod ciemnozieloną szatą. Guziki owej szaty były podejrzanie napięte, zresztą, od kiedy to w ogóle szata ma guziki?... Pokręciłem głową, starając się wrócić na ziemię, do lochów...
- Dzień dobry!
Odpowiedział mu szmer cichych odpowiedzi. Niezrażony profesor uśmiechnął się szeroko, głaszcząc po brzuchu.
- Nazywam się Horacy Slughorn i przez najbliższe pięć lat będę waszym nauczycielem od eliksirów. Pięć na pewno, dalsze dwa zależą od waszych wyników z sumów. Mam nadzieję, że nie jeden talent do tak subtelnej dziedziny magii znajdzie się w tej klasie. Eliksiry nie są łatwym przedmiotem, trzeba mieć do tego rękę. Nic na siłę, z wyczuciem i delikatnością. Trzeba je czuć, szanować i respektować ich moc.
Z niezadowoleniem stwierdziłem, że oczy same mi się zamykają, a głowa pochyla się do przodu... Głos faceta staje się coraz mniej wyraźny i monotonny... Podparłem ją ręką, zmuszając się, by popatrzeć na profesora.
- Kiedy nauczycie się już o tych wspaniałych płynach podstawowych rzeczy, zrozumienie, co mam na myśli mówiąc, że należy respektować ich moc. One są wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju. Potrafią wzbudzić euforię, doprowadzić do szaleństwa, uśmiercić lub bez pamięci rozkochać... Niektórzy mówią o nich z nienawiścią, pogardą. Dlatego, że ich nie rozumieją. Je trzeba ujarzmić, lecz nie siłą. Wyczuciem i delikatnością... Inni z kolei mówią i myślą o nich jak o najcudowniejszej kochance...
Zagryzłem wargę, unosząc brwi. On z pewnością jak o kochance, łahaha... Ja już ich nie lubię.
Nie mając ochoty wysłuchiwać, jak profesorek pieje z zachwytu nad tymi owymi "cudownymi, zachwycającymi płynami", czy jak on to tam ujął, ponownie swe zainteresowanie okazałem dżdżownicy.
Łaziła w stałym tępie bo blacie mojego stolika, wilgotne, różowe pierścienie raz po raz delikatnie pobłyskiwały w słabym świetle sali. Odgarnąłem włosy za ucho, cichutko odjeżdżając z krzesłem. Rozłożyłem się na stoliku, jednym uchem wsłuchując się w monolog nauczyciela, drugie natomiast mając otwarte, by owy ciąg wyrazów mógł sobie swobodnie wypłynąć z mojej biednej, skołowanej czaszki. Będąc bardzo złym i niedobrym chłopcem, chwyciłem leżący przede mną srebrny nóż i dla zabawy odgradzałem mojej nowej przyjaciółce drogę, przez co raz po raz musiała zawracać. Tak śmiesznie chodziła. W jednym miejscu robiła się ze trzy razy grubsza, w drugim jednocześnie wyciągając jak gęsia szyja.
- Dam ci na imię... Krishi. - szepnąłem, delikatnie ją głaszcząc.
Krishi w końcu skręciła, chcąc wyminąć ostrze noża, a ja, nie koncentrując się zbytnio nad tym, co robię, uniosłem je i spowrotem opuściłem na blat zdecydowanym ruchem. Zawyłem nagle na całą klasę, zrywając się z miejsca, krzesło poleciało do tyłu. Facet przestał gadać, wszyscy uczniowie skierowali na mnie wzrok.
- Co się stało, moja droga? - zapytał profesor. W pierwszej chwili zachciało mi się na niego rzucić z pięściami i zębami, przecież śmiertelnie mnie obraził. Zignorowałem to, bo przecież...
- ...zabiłem Krishi! - jęknąłem, wskazując palcem na ławkę. Leżał na niej nożyk i dwie połówki mojej przyjaciółki. Wszyscy zamarli, gapiąc się na mnie jak na gumochłona z zębami.
- Kogo?...
- No, Krishi! - prychnąłem zirytowany. - Leży przecież! - zaskomlałem, gwałtownie wskazując na stół. Facet podszedł bliżej, po chym pochylił się nad stolikiem. Widząc przepołowioną dżdżownicę, popatrzył na mnie dziwnie.
- Ty się aby na pewno dobrze czujesz?...
Zapowietrzyłem się ze złości, ale nie zdążyłem skomentować, bo zabrzmiał dzwonek.
- Jest pan niedobry! - wrzasnąłem, wymachując rękami. - Wyzywa mnie pan od dziewczyn, kpi pan sobie ze mnie, gada jakieś głupoty i jeszcze bezczelnie się uśmiecha, kiedy ja mam żałobę, bo zabiłem dżdżownicę! I w ogóle to jest pan brzydki i pana nie lubię! I niech pan się na mnie nie patrzy! - ryknąłem. Pochyliłem się po torbę. Porwałem ją w objęcia, w dzikim pędzie wypadając z klasy. A i owszem, puściły mi nerwy, przez co na samym wstępie ukazałem się ze swej najdebilniejszej strony, na jaką było mnie stać.

[ 4 komentarze ]


1 2 3 4 »  

| Script by Alex

 









Magiczny wypoczynek dla kazdego!


  
Newsy po angielsku:
MuggleNet
The Leaky Cauldron
Harry Potter's Page

  
KONKURS

  

ŻONGLER
KSIĘGA HOGWARTU

Nasza strona JK Rowling
Nowości na stronie JKR!

>>H Y D E P A R K<<
Podyskutuj o...
Związek Krytyków ...!
Pamiętnik Miesiąca!
Konkurs ZKP

PAMIĘTNIKI : KANON
Pamiętnik Bellatrix Black
Pamiętnik Freda i Georga
Pamiętnik Hannah Abbott
Pamiętnik Harrego!
James Potter Junior!
Lily i James Potter
Pamiętnik Lily Potter!
Pamiętnik Voldemorta
Pamiętnik Malfoy'a!
Lucius Malfoy
Pamiętnik Luny!
Nowa Księga Huncwotów
Pamiętnik Padmy Patil
Pamiętnik Petunii Ewans!
Pamiętnik Hagrida!
Pamiętnik Romildy Vane
Syriusz Black'a!
Pamiętnik Toma Riddle'a
Pamiętnik W. Kruma!
Pamiętnik Lavender

PAMIĘTNIKI : FIKCJA
Aurora Silverstone
Joanne Carter (Black)
Pamiętnik Laury Diggory
Pamiętnik Marty Pears
Mary Ann Lupin!
Madeleine Halliwell
Roxanne Weasley
Pamiętnik Wiktorii Fynn
Pamiętnik Dorcas Burska
Natasha Potter
Elizabeth Lastrange
Pamiętnik Jasminy!

INKUBATOR
Alicja Spinnet!
Pamiętnik J. Pottera
Cedrik Diggory
Pamiętnik Sarah Potter
Valerie & Charlotte
Pamiętnik Leiry Sanford
Neville Longbottom
Pamiętnik R. Lupina!
Pamiętnik Fleur
Pamiętnik Cho
Pamiętnik Rona!

Pamiętniki do przejęcia

Pamiętniki archiwalne

  

CIEKAWE DZIAŁY
(Niektóre do przejęcia!)
>>Księgi Magii<<
Bestiarium HP!
Biografie HP!
Madame Malkin
W.E.S.Z.
Wmigurok
OPCM
Artykuły o HP
Chatka Hagrida!
Plotki z kuchni Hogwartu
Lekcje transmutacji
Lekcje: eliksiry
Kącik Cedrica
Nasze Gadżety
Poznaj swój HOROSKOP!
Zakon Feniksa
Dodaj własnego Newsa!

  

LSM zaprasza na Magiczne Lato i Magiczną Zimę z Harrym Potterem na Zamku Czocha oraz na Zamku w Gniewie!

  
Co sądzisz o o zakończeniu sagi?
Rewelacyjne, jestem zachwycony/a!
Dobre, ale bez zachwytu
Średnie, mogłoby być lepsze
Kiepskie, bez wyrazu
Beznadziejne- nie dało się czytać!
  

Emma Watson
 
© interREKLAMA.pl strony internetowe szczecin - Wszystkie prawa zastrzeżone